piątek, 30 kwietnia 2010

Było miło, ale czas do szkoły. Kiedyś życie było prostsze, o ile p. Bóg nie obarczył dziecka jakimś szczególnym talentem, trafiało do rejonowej podstawówki. Dzisiaj rodzic staje wobec obezwładniająco bogatej oferty edukacyjnej, bo jakoś tak wyszło, że w ostatnim dwudziestoleciu zakładanie szkół niepublicznych było najbardziej popularnym pomysłem na biznes zaraz po handlu z łózka polowego.

Oprócz szkół społecznych z tradycjami "since 1993", za którymi stoją podejrzane fundacje zarabiające także na filtrach do wody, istnieją różnej maści szkoły wyznaniowe. We Wrocławiu należy do nich szkoła przy gminie żydowskiej, o stratosferycznym ponoć poziomie. Wiadomo: Einstein, Newton, bracia Marx...

Z mglistych powodów chadza tam głównie dziatwa średniego menedżmentu wroclawskiej bankowości, z żydostwem związana dzięki karpiowi po żydowsku. Wieść gminna niesie, że na każdej półrocznej wywiadówce rodzice stawiają zagadnienie: czemu w tej szkole nie ma choinki i świętego Mikołaja.

Brak Mikołaja to jednak hardkor, a poza tym nie jestem antysemitą i nie wierzę, że ONI mogą wszystko [1] dlatego Piotr trafi do cywilnej szkoły społecznej "since 1993", która zaczynała od kształcenia dzieci makrobiotyczną metodą Kaszpirowskiego.

Jak każda dobra szkoła i ta zaczyna od egzaminów, na których kandydaci na uczniów muszą wykazać się umiejętnością pisania, czytania i liczenia w stopniu wyższym od ciała pedagogicznego, tak by mogło się ono zająć się czytaniem "Życia na gorąco", kiedy jego podopieczni będą przygotowywać się do olimpiad przedmiotowych.

Nasza szkoła wszelako, jak na placówkę z tradycjami przystało, ma pewien szczególny rys: testuje nie tylko przydatność uczniów, ale i życiową zaradność rodziców. Na pierwsze zebranie zaproszono rodziców top 20 zdających sześciolatków. Miejsc w klasie było tylko piętnaście...

O tym, czy dziecko się załapie, czy trafi do pechowej piątki zdecydowała kolejność wpłat. Zebranie na czwartym piętrze, kasa na parterze, gotówka w dłoń, na miejsca - gotowi...

Jak wszystko na tym blogu, opisywana sytuacja jest w 100% prawdziwa, o czym mogłaby zaświadczyć Leniuchowa, gdyby mogła dokuśtykać do klawiatury.

__________________
[1] he, czas na antysemicki dowcip, a raczej żydowską anegdotę, bo wyczytaną w GW. (nie do końca jestem pewien, czy mimo to moge ją cytować, czy to nie jest tak, jakby biały mówił do czarnucha "ty czarnuchu", jak to między sobą czarnuchy... zabrnąłem, ale lonegunman wie o co mi chodzi)
Mała moskwianka wraca ze szkoły do domu i mówi:
-Mama, pani kazała, żebyśmy przyszli ubrani w narodowe stroje, Ruscy w rubachach, Ukraincy w papachach, itd.
-Awram - krzyczy kobieta do męża - ty słyszysz, Ester chce iść do szkoły w futrze i brylantach!
______________________
słucham w aucie:

23:12, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Zbliżają się wybory i starym zwyczajem jestem przez Leniuchową wywożony z kraju. W tym roku chcieliśmy skorzystać z "promocji wulkanicznej" rajanera, ale chyba więcaj osób wpadło na ten pomysł i bilety po 12 zeta rozeszły się na długo zanim z nadmiaru chętnych zarwały się serwery tych cwaniaków.
Dla ciekawych - promocja może i była po 12, ale bagaż leciał już za sześć dych itd. itp. W sumie na 3 osobową rodzinę wychodziło koło trzech i pół stówki.
Jako się rzekło spóźniliśmy się i mimo, że w interku wisiały jeszcze banery ze śmiesznymi cenami to nam przyszło płacić pełną stawkę, cytuję:


SZCZEGÓŁY PŁATNOŚCI
*******546.00 PLN Cena początkowa
*******126.00 PLN Opłata: Opłata za odprawę online
*******252.00 PLN Opłata: Odprawiany bagaż (e)
*********4.20 PLN Opłata: Wiadomość tekstowa
*******126.00 PLN Opłata: Opłata administracyjna
******1054.20 PLN Cena całkowita

Ciekaw byłem, co rajaner ma mi do powiedzenia w kwestii wciąż wiszących reklam, kłamliwie obiecujących podróż za 72 złote. (2 (w te i wefte) x 3 (bo jest nas troje) x 12 zł = 72 zł.)
Zadzwoniłem na polską infolinię. Info kosztowało 5 zeta za minutę, a jego polskość ograniczyła się do zapowiedzi, że rozmowa będzie prowadzona po angielsku, kiedy - nie wiadomo, bo jestem na końcu kolejki.
Uznałem, że zapłaciłem już dosyć, a z hinduskim helpdeskiem wystarczająco naużeram się w robocie. Lecimy za tysiaka, wciąż niedrogo.

* * *
Skoro już o samolotach mowa, to niechętnie dorzucę się do dyskusji, zainicjowanej niedawno przez lonegunmena, a podjętej - o  dziwo - przez poważne gazety.

W odróżnieniu od pismaków i gunmena mam pewne doświadczenia w temacie, jak to jest, kiedy samolot nie wyceluje w lotnisko.
Rzeczywiście, podczas nerwowego krążenia nad domniemanym lądowiskiem chce się wbiec do kabiny pilotów, ale po to, żeby poderwać stery i wcisnąć gaz do dechy.
Co zresztą w naszym przypadku zrobili sami piloci, kiedy zorientowali się, że zamiast lądować w Katowicach-Pyrzowicach chcą się wryć w boisko KKS Drezyna.
Psychologiczne prawdopodobieństwo, że pasażer rozkaże pilotom lądować na ślepo w mleku jest rozpaczliwie małe.
Szansa, że go posłuchają - żadna.
______________________
aha... lecimy o tu:

22:25, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (16) »
czwartek, 22 kwietnia 2010

Wg opiniotwórczego periodyku "Nowy Pompon" najczęściej rozmawiamy o

16%    różnicach w wielkości wyświetlaczy komórek.
23%    włamaniu do sklepu naprzeciwko.
11%    mroźnej zimie w 1978.
14%    nędzy moralnej prawicowców
17%     wczorajszym upadku rowerzysty.
19%     tym, co słychać.

Zaraz potem idą koszty ogrzewania, edukacja dzieci... a potem na ogół zapada niezręczna cisza i pytanie: może jeszcze kawki? albo herbatki?

Czasami jednak gadka-szmatka skręci w zupełnie nieoczekiwanym kierunku, np. na wzrost kosztów wywozu śmieci. Właśnie przy takiej okazji dowiedziałem się, ze jestem mistrzem świata w niewywożeniu tychże. Wszystkie znane mi osoby płacą co tydzień za wywóz kubła o pojemności 240 litrów i uważają to za normalne, a czasami nawet niewystarczające.

No nie wiem.

Ja mam żonę, dziecko, dwa psy, wszystko karmione syntetyczną, barwioną kazeiną w kolorowych opakowaniach wprost z biedronki i udaje mi się zmieścić odpady w kuble 120 litrów.
Opróżnianym - uwaga - raz na dwa tygodnie!
W praktyce odpowiada to tytułowemu wiadru dziennie.
Kto da mniej?
Pytanie retoryczne, nie ma takich zawodników, którzy:
-rozdeptują własnokapciowo butelki po wodzie celem recyrkulacji tychże.
-dają do wylizania psom kubek po jogurcie i wkładają jeden w drugi w celu jak wyżej
-pakują brykę po dach makulaturą a 10 gr kilo w skupie, który jest zupełnie nienamierzalny w internecie, całkowicie tajny i działa tylko siłą przyzwyczajenia

Jedyną nagrodą, poza groszowym rachunkiem za śmieci, będzie napis na nagrobku: "Leniuch. Odcisnął zaniedbywalnie mały ślad."
_____________
Oprocz tego, że jestem skromny, ekologiczny, przystojny i bogaty (dochody z makulatury) mam jeszcze dobry gust muzyczny:

18:29, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (11) »
środa, 14 kwietnia 2010

Od czasu, kiedy bohatersko odmówiłem zapłaty mandatu i okazało się, że miałem rację, bywam proszony o konsultację w sprawach o wykroczenia drogowe. Zielonego pojęcia o kodeksie drogowym jak nie miałem, tak nie mam, ale tym chętniej obdarzam naiwnych swoimi radami. Wiem, powinienem odczuwać z tego powodu wyrzuty, ale mądrzenie się zawsze sprawiało mi przyjemność, a poza tym, jak dowiedli amerykańscy naukowcy, nie ma czegoś takiego jak "ja", jest tylko kłębek substancji szarej podejmujący przypadkowe decyzje, dla których świadomość post faktum, na chybcika dopisuje uzasadnienia. Gdzie tu miejsce na wyrzuty? I u kogo?

Przy okazji jakoś jednak tę wiedzę o ruchu drogowym absorbuję, a to czego się dowiaduję, wprawia mnie czasem w osłupienie.

Pewna panna skręciła sobie na skrzyżowaniu w prawo, kiedy nagle przed maską wyrósł jej koleś preferujący jazdę lewym pasem. Czołówka, szpital, kręgi, blacharz, notatka w prasie...
Cóż się okazuje, jedyną winną okazała się prawidłowo jadąca panna!
Na skrzyżowaniu równorzędnym należy zawsze ustąpić pojazdom nadjeżdżającym z prawej strony! Przepis nie określa, na jakim pasie mają się znajdować.
A co z lewostronnym? No cóż, on twierdzi, że jechał lewym, bo akurat wyprzedzał...
Na skrzyżowaniu?!
Otóż nawet jeśli na skrzyżowaniu, to jest winien "przestępstwa formalnego" i za nie zostanie ukarany mandatem, ale winną kolizji jest nadal prawostronna panna!
W opisywanym przypadku jednak panna miała pecha, bo jechała co prawda ulicą, taką wyasfaltowaną i z tabliczkami, ale zrobioną "na dziko" i choć skrzyżowanie faktycznie istniało, to w papierach go nie było. Lewostronny wychodzi z kolizji czysty jak łza.

Ale z ryjem jak kotlet siekany, bo mu pasy nie zadziały.

Zawsze coś.

_______________

23:30, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Na blogu staram się "omijać święta" dosłownie i w przenośni. Żadnych jajeczek na Wielkanoc czy tulipanów na dzień kobiet. Jeszcze skrzętniej przemilczam wydarzenia historyczne i towarzyszącą im zbiorową egzaltację. Czasami język świerzbi, ale na ogół udaje mi się w porę weń ugryźć i pozwolić umrzeć Papieżowi czy wstąpić Polsce do Unii bez dokładania się do zgiełku.

Tak miało być i tym razem, ale bracia Kaczyńscy są bodaj jedynymi politykami, których karierze kibicowałem także na blogu, a z okazji wyboru Lecha otworzyłem nawet gif-a z szampanem. Komentarz pod tamta notką: "he, chyba jesteś jedyny na bloxie, który cieszy się z Kaczora:)" mówił wszystko.

Rozpoczęta wtedy prezydentura dobiegła właśnie końca i Lech (Nie: Leszek, Leszek to inny patron i inne imię) Kaczyński nie postawi po raz drugi w kłopotliwym położeniu gospodarzy wieczorów wyborczych i nie skompromituje ośrodków badań opinii publicznej. Wygra ten co ma wygrać i prezydentura wróci w przewidywalne koleiny. Nowy prezydent nie zada niestosownych pytań, podpisze, co mu każą i nauczy się angielskiego, a w każdym razie "yes" i "thank you".

Szkoda.

PS.
Wyjątkowo zgodnie z moimi własnymi odczuciami zabrzmiał głos pewnego rosyjskiego emeryta:

"Prezydent Lech Kaczyński i jego delegacja zginęli w czasie wykonywania swych obowiązków slużbowych. Spieszyli się do ludzi i dlatego nie chcieli lądować ani w Mińsku, ani gdzie indziej. Wyrażam ogromnne współczucie Polakom, Polsce. I wyrażam ogromne współczucie obywatelom Rosji. To wspólne nieszczęście. Stała sie rzecz straszna. Ale nie potrzebne są żadne mistyfikacje. Są surowe fakty. Powtórze, delegacja polska zginęła, bo spieszyła sie do ludzi."
______________________

21:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (32) »
środa, 07 kwietnia 2010

Od zeszłego roku propaguję tezę, że zabieranie 1% podatku budżetowi Państwa, które w końcu spłaca długi szpitali, daje zapomogi wielodzietnym i dokłada się do domu starego aktora, jest czynnością moralnie co najmniej podejrzaną.
Jeśli już trzeba wyrwać Ojczyźnie ten jeden procent, pod pozorem, że politycy go zmarnują (a kto niby wybrał polityków?) to warto dofinansować nim jakąś inicjatywę niekoniecznie rozreklamowaną, co rzeczywiście użyteczną. Dla mnie takim dziełem jest wikipedia i na wikipedię łożę, chyba, że zapomnę.

Dowód użyteczności? Proszę bardzo. Przeglądamy z dzieckiem artykuły o państwach, które powiewają tymi samymi barwami co polskie, tzn. o Indonezji i Monako. Z wiki można się dowiedzieć, że rzeczywiście nie potrafią prawidłowo wywiesić flagi, (mają czerwonym do góry, białym do dołu) ale to upośledzenie nie przeszkadza im posiadać czegoś, na co my jakoś nie wpadliśmy, a mianowicie dewizy. Motta, z którym kroczą przez historię.

Monako wyhaftowało sobie na sztandarach "Deo Juvante" a Indonezja "Bhinneka Tunggal lka". Nie żebym wiedział o-co-cho, ale brzmi dystyngowanie. Mają swoją dewizę Amerykanie (In God We Trust), mają Anglicy (też nie bardzo wiadomo, bo francusku), mają nawet Czesi ("Prawda zwycięży" (!)) tylko nam jakoś fantazji zabrakło i mamy Nic.
My i Ruscy.

Tak dalej być nie może. Niniejszym ogłaszam ogólnointernetowy kasting na Dewizę Rzeczpospolitej Polskiej. Po dojrzałym namyśle wybrałem parę szeroko znanych stwierdzeń, które pasowałyby.
Mi.

Dewiza Rzeczpospolitej
Polskiej

By Żyło Się Lepiej
Alleluja I Do Przodu.
Jakoś To Będzie.
Prawy Do Lewego!
Inna, jaka?

__________________

12:27, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 05 kwietnia 2010

Witam Miłych Czytaczy po świątecznej przerwie. Jeśli czytacie te słowa, to udało się Wam przetrwać Święta bez wbicia widelca w grdykę innego członka rodziny i samemu też uniknąć nadziania... gratuluję. Zwłaszcza drugi dzień świąt to dobry moment żeby się gdzieś stlenić, jeśli nie fizycznie, to przynajmniej mentalnie, np. odpalić sobie na ekranie sezon jakiegoś serialu.

Jeśli zastanawiacie się, czy z powodu szeroko reklamowanego serialu Pacyfik kupić sobie habeo - odradzam. Właśnie łyknąłem trzy pierwsze odcinki i poza zręcznym budowaniem napięcia w pierwszym nie dojrzałem w tej produkcji znamion wybitności. Reżyserowi jakoś nie udało się zindywidualizować bohaterów, niby na początku ten jest rudym irlandczykiem, ów ognistym latynosem, ale potem idą wszyscy do fryzjera, zakładają mundury i wtapiają w zieloną masę.
A jak się już któryś odznaczy, to przytrafia mu się coś złego, zostaje zastąpiony zastępcą i hu-yz-hu zaczyna się od nowa. Tym niemniej, dla fanów Call Of Duty 5 aka World At War to doskonała lektura uzupełniająca.

Preferującym współczesne pole walki mogę polecić zupełnie u nas nieznany serial "Over There" traktujący o wojnie w Iraku.  Kreacja magika od Nowojorskich Gliniarzy okazała się kompletną porażką zarzuconą po pierwszym sezonie, bo pies z kulawą nogą nie chciał na to patrzeć, do tego stopnia, ze próżno go szukać np. w zasłużonym serwisie eztv, w którym ląduje każdy odcinek każdego innego serialu. Jak dla mnie - co najmniej obleci. "One of the most graphically–violent television programs ever", gdyby się ktoś wahał.

Na koniec refleksja. Przy okazji świąt tv co i rusz przestrzega przed obżarstwem i jego skutkiem w postaci "dodatkowych kilogramów". Następnie reporter staje frontem do kamery i w manierze przywleczonej do nas przez dziennikarza Lisa puentuje, że święta to święta i tradycji trzeba uczynić zadość, nawet kosztem "dodatkowych kilogramów".
Czy ktoś mi wytłumaczy w jaki sposób "tradycjonalistom" może przybyć kilogramów niechby po dwóch dniach obżarstwa, poprzedzonych wszelako "tradycyjnym" 40 dniowym Postem, w tym dwoma dniami postu ścisłego?!
____________
Piosenka z serialu, napisana jeszcze przy okazji I wojny:

21:26, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
sobota, 03 kwietnia 2010

Jako młody człowiek mieszkałem wi-za-wi Państwowego Instytutu Badań Szeroko Zakrojonych. Wychodząc kiedyś do sklepiku po bułki ujrzałem w gablocie informację o przetargu na kawałek malarycznych bagien. Instytut, brnąc przez zawieruchę transformacji systemowej, najwyraźniej próbował przetrwać zmniejszając zakres swoich badań.

Fajnie jest mieć własne malaryczne bagno, pomyślałem i za resztę z bułki nabyłem spłachetek. Potem z niewielką pomocą nowopoznanych ukraińskich przyjaciół postawiłem tam dom, w nim kompa i zacząłem pisać tego bloga. Poza mną jakoś nikt się nie połakomił na resztę bagna, a nawet jeśli, to miał tyle rozsądku, żeby się nań nie wyprowadzać.
Trwałem więc nieniepokojony.

Na bagnach jak to na bagnach -  od czasu lorda Baskervilla wypada mieć psa. Z psem można pójść na spacer. W pewnym momencie bagna przecina rzeczka i wtedy trzeba podjąć decyzję -  w lewo lub w prawo. Kiedyś idąc w lewo ujrzałem postać wygrażającą mi piąchą. Był to zięć Człaptaka, młodzieniec, który po powrocie z Anglii kupił sobie grilla i ogarnął śmietnik za posesją teścia. Niestety, uroił sobie też, że ich działka sięga aż do rzeki. Gniewne tyrady Człaptaków znakomicie urozmaicały mi spacery, bo miotając wymyślne obelgi i wymachując piąchami zachowywali jednocześnie pełen szacunku (psy!) dystans.

Pech jednak chciał, że oproćz mnie nad rzeczką spacerował pewien biznesmen. Jemu, jako posiadaczowi basseta trudniej było ignorować pretensje Człaptaków. Zwrócił się więc do Instytutu - wciąż posiadacza reszty bagien z przyległościami - o zdyscyplinowanie człaptakoidów. I to był błąd, bo szczwane docenty wyczuły zainteresowanie spornym kawałkiem. Niedługo trwało i wylądował w instytutowej gablocie wystawiony za sumę urągającą zdrowemu rozsądkowi.

Zalewowy kawałek nieużytka w cenie samochodu?! czy was Leniuch porąbało? - spytała trzeźwo Leniuchowa. Powinni dopłacić frajerowi, który to sobie na łeb weźmie.
Aliści... stanął nam przed oczyma obraz aroganckiego biznesmena, który przechadza się - tym razem PO SWOIM - z pokracznym pornobassetem niedaleko naszych okien...

Zasiedliśmy przy nakrytym zielonym suknem stole do instytutowego przetargu. Maleńka nieruchomość rolna, na której możnaby zasadzić buraki, kiedy tylko zejdzie z niej pół metra wiosennej wody.

-Skoda fabia po raz pierwszy - otworzył przetarg docent (jako dżentelmen pominę monetarny aspekt licytacji)
-Z klimą - przebił biznesmen.
- I abeesem - podniosłem stawkę.
- W dizlu!
- I z dywanikami.
- Ford focus - rozpoczął następną rundę biznesmen. Oczami duszy ujrzałem swoją zbędną nerkę, zapakowaną w sreberko i jadącą do kliniki dla zamożnych arabów.
- Z nawigacją!
...
Kiedy doszliśmy do beemwu, wymiękłem i wtedy ze zdumieniem usłyszałem Leniuchową
-W dizlu!
Ale i ona poddała się przy dachu panoramicznym.

Licytację skończyliśmy na miękkich nogach. Docent-licytator wyglądał nawet na lekko przestraszonego.
-Dziękuję w imieniu polskiej nauki, Instytutu i badań szeroko zakrojonych - pocieszał biznesmena.
My zaś poczuliśmy się bogatsi o niewydaną kasę na nową beemkę.
Wszyscy okoliczni rolnicy, posiadacze hektarów podmokłych nieużytków poczuli się posiadaczami całych garażów nowych beemek. Niewykluczone, że wezmą pod ich zastaw jakieś kredyty...

Chyba nieprędko ujrzymy też basseta za naszymi oknami. Człaptak na wieść o sprzedaży ogrodził "swój" kawałek i zapowiedział że "każdej lebiedze, co wejdzie na moje, łeb szpadlem u...ę i ch...a mi zrobią".
______

klimat, czeba zmienić klimat:

10:25, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
Archiwum