wtorek, 28 kwietnia 2009

Nie zdziwiłem się bynajmniej, że podesłano mi do instalacji zupełnie inne urządzenie niż było potrzebne. Uniosłem brew dopiero, gdy zleceniodawca, młody wesoły Hiszpan poprosił o wgranie konfiguracji, która po prostu nie mogła w tej sytuacji zadziałać.
Szczęka opadła mi na klawiaturę, gdy kazał sobie dokładnie przeczytać komunikaty błędów, bo chce je ... wrzucić do googla.
Trzeci raz zdziwiłem się, gdy podesłał nową konfigurację, opatrzoną uwagą 'and pray to God it works!'. Zdziwiła mnie nie tyla apostrofa do Stwórcy, ile fakt, że jakimś doprawdy cudem zadziałało. Google rządzi.

Co do połówki zdziwienia... ile można zapłacić za półtorametrowy kabelek ethernetowy? 4 pary  skrętki, dwie wtyczki... robiąc samemu - 2-3 złote, gotowy w drogim sklepie - niechby dziesięć.
Well, poznajcie niezawodny audiofilski kabelek firmy Denon za jedyne 499 dołków (albo 1295,00 peelenów). Ma bajeranckie wtyczki i podręcznik użytkownika. "Additionally, signal directional markings are provided for optimum signal transfer."
Tylko pół zdziwienia, bo po audiofilach można się wszystkiego spodziewać.
Kiedyś kupię sobie taki kabelek.
Czego i Wam, Mili, życzę,

Świnska Grypa Special Update

Mówcie co chcecie, ten blog jest wart każdych pieniędzy.
25 kwietnia publikuję rekomendację:
"1% podatku daj na benzynę dla policji.
Na żadne tem dzieci, dzieci roznoszą zarazki"
i.. TRACH pojawia się pierwsze doniesienie o świńskiej grypie.
Dzisiaj już wiadomo, kto świnską grypę złapał pierwszy. Dzieciar, dokładnie jak ostrzegałem
To ten drugi z prawej, Édgar Hernández, lat pięć. Dzisiaj już zdrowiusieńki!

23:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
sobota, 25 kwietnia 2009

A zatem przekazaliście swój jeden procent podatku jakiejś Fundacji Na Rzecz Pokręconych Dzieciarów Z Zezem Zbieżnym i jesteście diablo z siebie dumni, hę?
Think again.
Ten procent może przyda się Fundacji, być może nawet naprostuje jakiegoś dzieciara, może nie, ale na pewno - na 100% - nie trafi do budżetu. Powiększyliście zatem rekordowy deficyt, który przekreśla nadzieje na rychłe przyjęcie euro, to raz. Skoro nie trafił do budżetu, to i zeń nie wypłynie: ani w formie spec-zapomogi dla pogorzelców, powodzian itp. ani na benzynę do rdzewiejących policyjnych polonezów.


Nie zapłaci nim minister za prąd do tego radaru, który strzeże nieba nad Tychami, gdyby Czechom odbiło i zechcieli je zbombardować.
Nie dopłaci młodemu małżeństwu do kredytu, ani kopalni do deficytu. Szkole wyższe, niższej ani lekkopółśredniej.
Przykro mi, ale swoim gówniarskim postępkiem wyszliście moralnie na zero.
Jedyne wyjście, to czym prędzej przelać na konto Urzędu Skarbowego ten procent z dopiskiem: "na ratunek budżetowi i walkę z kryzysem".




Żartowałem. Wpłaćcie na Wikipedię.

07:47, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (8) »
czwartek, 23 kwietnia 2009

Idą wakacje, a z nimi wyjazdy do krajów mówiących w językach niezrozumiałych. Kierowany oszczędnością wybieram się na wycieczkę z plecakiem i namiotem, oraz Kwadratem do ich dźwigania. Z tej samej oszczędności w domu zostaje Leniuchowa z oboma psami i dzieckiem.

Taka podróż to dobra okazja do nauczenia się jakiegoś języka. W moim przypadku był nim hiszpański. Łyknąłem go w jedno popołudnie i chętnie podzielę się swoją wiedzą. Oczywiście nie jest to jakiś wyszukany hiszpański, bo niby o czym i z kim tam gadać. Ot, podstawy pozwalające na swobodne podróżowanie po kraju.

Na początek należy odpuścić sobie czasowniki, zaimiki i inne partykuły, a zamiast nich wziąć ze sobą parasol. Gdyby podszedł do nas na ulicy jakiś Chińczyk i groźnie potrząsając parasolem krzyknął: Hotel?! to raczej nie wnikalibyśmy w brak "przepraszam" i "szanowny panie" tylko czym prędzej wskazalibyśmy mu hotel.

A znalezienie noclegu, knajpy i autobusu to warunek konieczny i wystarczający każdej udanej wyprawy.

Zatem, lekcja pierwsza.
W lekkim rozkroku stajemy przed lustrem i stanowczo wymachując parasolem wykrzykujemy

-El hotel?!
-El autobus?!
-El bar?!

Łatwe, nespa?


środa, 22 kwietnia 2009

Kiedy Silvertown przestało płacić haracz gangowi Daltonów, nieszczęście zawisło w powietrzu. Wkrótce banda dwunastu braci D. zjechała do miasteczka z ekspedycją karną i przez pół dnia waliła do mieszkańców jak do kaczek.

Minęło parę lat i na Zachód zawitało prawo, na tyle skutecznie, że osadziło Daltonów za kratkami. Całe Silvertown w napięciu czekało na proces. Trwał długo - prawie tydzień, bo rzecz wydarzyła się dziesięć lat wcześniej. Wobec całego miasta świadków, w tym zeznań niedostrzelonych górników (Silvertown żyło z pobliskiej kopalni) wyrok - zdawało się - mógł być tylko jeden.
W tym większym zdziwieniu mieszkańcy słuchali przemowy sędziego.
-Wielce szanowni zebrani. Sąd musi dać wiarę zeznaniom oskarżonych, że strzelali w powietrze i w samoobronie, do tego na rozkaz herszta, bo dalibóg, nie da się im udowodnić kłamstwa. Kolty Daltonów zardzewiały na dnie Rio Grande, a z nimi nadzieja na przypisanie konkretnej dziury w głowie konretnego górnika do konkretnego Daltona. Jako że USA są państwem prawa...
Tu sędzia J. R. Kowalski (czyt. Kołalski) musiał przerwać, bowiem został przez mieszkańców wywleczony przed budynek, wytarzany w smole i w akompaniamencie okrzyków "spier*alaj głupi Polaczku" przegnany z osady.
Górnicy wieszając gang Daltonów nawet nie wiedzieli, że J. R. Kowalski w swej niezmierzonej mądrości wydał wyrok uniewinniający.
Prawo i sprawiedliwość wróciły do Silvertown, a sędzia Kowalski - do Polski, gdzie praktykuje do dzisiaj. Są bowiem na szczęście dla Kowalskiego kraje, w których podziurawienie górnika kulami na oczach setki świadków wcale nie musi być karalne.
Puszczenie rewolwerowców wolno jest dowodem dojrzałości państwa prawa, a najsurowsi z sędziów skażą takich typków na jakieś trzy - cztery lata.
Zwyczajowo wyjdą po połowie.

PS.
Najmłodszym z czytelników wyjaśniam, że inspiracją do tej notki była rzeźnia w kopalni Wujek i wydane dzisiaj (po 28 latach) orzeczenie Sądu Najwyższego.

wtorek, 21 kwietnia 2009
Pan Dareczek wszedł do kuchni i bez słowa podstawił filiżankę pod ekspres. Na ów widok rozbawione Koleżeństwo umilkło i kolektywnym, pytającym wzrokiem śledziło jego ruchy.
-I? - odważył się pierwszy inżynier Szymala.
-No właśnie, jak było? - poparło go Koleżeństwo.
Pan Dareczek oparł się o lodówkę i niewidzącym wzrokiem powiódł po wpatrzonych weń twarzach.
-To jest kurna jakiś pierdol*ny meleks....
Koleżeństwo nabrało powietrza w płuca, a pan Dareczek kontynuował - On... on po prostu nie przyśpiesza.. ja mu w gaz, a on... wyje... no nie wiem. Brak mi słów. - zabrakło mu słów.
-Ej no chwila, ten. -podjął Kierownik Serwisu - No nie... - jemu też zabrakło słów, ale jako przedstawiciel menedżmentu czuł się zobowiązany do komentarza - Było sto koni i jest sto koni, generalnie, tak? To konkretne, prawda, dane, tak?
-Sto słoni!- wypalił Dareczek. Schyłkowe nastroje w dotkniętych kryzysem korporacjach nie sprzyjają utrzymaniu autorytetu kierownictwa. -Sto słoni, kurna. Ależ to głupi pomysł był, żeby zamiast dizla benzynę brać. Meleks, normalny meleks. Leniuch mówił, że tak będzie.

Yep, Szanowni, jakbym tam był, choć podczas tej rozmowy telepracowałem 350 kilosów od wzmiankowanej korporacyjnej kuchni.
Niestety, zamiana służbowych dizli na benzyny o identycznym koniarzżu tylko potwierdziła, że fizyka z matematyką kiepsko opisują świat realny.
W święta za kierownicą mojego nowego auta usiadła Leniuchowa. Podobało jej się, nie powiem, ale musiałem uważać bardziej niżbym prowadził sam. Co chwila żeby uciszyć wycie silnika próbowała wrzucić szóstkę, której jak raz nie mam, za to w miejscu szóstki znajduje się wsteczny.
Szybko nauczyłem się zbijać żoniną rękę na słuch, płynnym gedan-barai powstrzymując ją przed demolką skrzyni biegów.

Życie co i rusz zadaje kłam liczbom. Stoimy w sklepie przed plazmą panasłonika, która ma absolutnie każdy parametr dużo gorszy niż elcede szarpa. Konkretne, mierzalne dane - rodzielczość, kontrast itepe. Skutkiem przeoczenia obsługa postawiła je jednak obok siebie i dzięki temu już nic nie muszę tłumaczyć ciotce Krystynie. Stara plazma z przeceny świeci dwa razy lepiej niż nowe elcede i to ją ładujemy ciotczysku na pakę.

Ostateczny impuls do napisania tej notki nadjechał spalinową kosiarką z hałasem 96 decybeli. To naprawdę zupełnie inne 96 decybeli niż w poprzedniej, elektrycznej, spytajcie sąsiada.
Jak mawiają Zulusi: "głośne żelazo to mocne żelazo" i również dwa kilowaty z dwa razy głośniejszych decybeli są dwa razy mocniejsze.

Fizyka opsysa.
11:45, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (10) »
sobota, 18 kwietnia 2009


W poprzednim wpisie odsłoniłem się jako niewydarzony językowy besserwisser. Dzisiaj zaserwuję więcej tego samego i poskaczę po użytkownikach słowa "profesjonalny". Często są nimi goście, którzy chcieliby powiedzieć "zaje*isty", ale reflektują się i mówią właśnie: profesjonalny.
"Profesjonalny" znaczy zaś ni mniej ni więcej, że ktoś wykonuje np. usługi i bierze za nie pieniądze. W przeciwieństwie do amatora, który robi to samo dla frajdy.

Oto śpiew być może najpopularniejszej profesjonalnej piosenkarki świata:

 

a tu żałosnego kaszalota z kuchni na angielskim zadupiu, który nie zarobił na śpiewaniu ani pensa:

Słychać różnicę, nespa?
Notka była cienka, na omastę głosowanie.

Jak zacząć mejla
do kogoś średnio znajomego

Howgh!
Hej!
Sława!
Szanowny Panie
Szanowni! (a la Skrzynecki)
Czołem
Elo
Mili
Drodzy
Cześć
Ahoj
Witam
00:44, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (22) »
wtorek, 14 kwietnia 2009
Muszę się tu zwierzyć z dużego kłopotu, jaki sprawia mi korzystanie z poczty elektronicznej. Nie wiem jak zacząć. Tzn. wiem jak zacząć zwierzanie się, bo właśnie to zrobiłem, ale nie wiem jak zacząć mejla. Serio. Kiedy piszę do jakiegoś Janka, to piszę "Janku" i po przecinku, ale kiedy mam napisać do jakiegoś Jana zupełnie mi nieznanego... zacząć "Szanowny Panie" ?!
Tak się nie da. Gdybym sam dostał mejla zaczynającego się od "Szanowny Panie" skasowałbym bez czytania. To oczywiste, że tak piszą tylko świeżo zinternetyzowani emeryci proszący o 1% podatku na polonijne Zjednoczenie Narodowo-Narodowe.
Odczuwam też samoistny opór przed kropnięciem Szanowny Panie do jakiegoś bliżej nieokreślonego sieciowego bytu, który może się okazać mało rozgarniętym skryptem cgi wrzucającym całą korespondencję do kubełka z napisem "spam".
Na razie idę po bandzie i korespondencję z nieznanym odbiorcą zaczynam od "Dzień dobry".
"Dzień dobry" wszelako wydaje mi się niewłaściwe, kiedy odpowiadam na jakiegoś zawikłanego korporacyjnego mejla do pięciu odbiorców i dwunastu "do wiadomości", którego temat zaczyna się "Re: Re: FWD: DW: Odp: RE: FWD:".
Po angielsku walnąłbym: "Dear All, bez paniki, pojadę i zrobię w piątek", ale po polsku?
Korci mnie, żeby pisać "Mili" (od: "Myłe Panie i Panowie bardzo Myli"), ale to ostatecznie zdefiniowałoby mnie jako ekscentryka.
Każdy współczesny internauta czytający powyższe międli zapewne już w ustach TO SŁOWO, którym zaczyna się 60% polskich mejli.
Niedoczekanie.
Nigdy nie zacznę mejla od pornodebilnego słówka: "Witam".
"Witam", Mili, to może powiedzieć dyrektor pegeeru do kontroli skarbowej. Towarzysz Kuszelak do inżyniera Karwowskiego może. "Witam" ma sens tylko na schodkach dworku na widok synowca wracającego z nauk w Wilnie. I to z ust stryja, bo już nie zajeżdżającego bryczką pana Tadeusza.
"Witam" w nagłówku mejla z daleka jedzie  bezczelnym salesmanem z dyplomem marketingu kupionym w powiatowej "wyższej" uczelni.
Jak kiedyś zostanę prezesem, to podepnę sobie pod skrzynkę filtr, który na mejla rozpoczętego "Witam" automatycznie odpowie mejlem kończącym się na "Zwalniam".
Na szczęście nie zostanę prezesem, bo po tygodniu zostałbym w firmie sam na sam ze sprzątaczką
20:19, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (23) »
niedziela, 12 kwietnia 2009
Jako się rzekło życie spędzamy na trzech fotelach - przed telewizorem, w samochodzie i przed ekranem komputera. O ile w telewizji nie leci "Obcy" albo w kompie redtube, to centralna pompa pompuje w leniwym tempie poniżej stu uderzeń na minutę.
Żeby zyskać na zdrowiu i urodzie należy zmusić ją do wysiłku, czyli wstać z fotela i ruszyć przed siebie.
Święta zachęcają do podobnych ekstrementów, chętnie podzielę się więc swoimi w tej materii doświadczeniami. Słowo "doświadczenie" należy rozumieć w ściśle naukowym sensie od kiedy kupiłem sobie porządny pulsometr. To taki elektroniczny Benhaker, bezlitośnie obnażający braki w kondycji.
Tętno każdego z nas ma pewną wartość szczytową, którą można wyliczyć dzieląc datę urodzenia przez długość członka. Dla normalnego białego -dziestolatka wypada trochę mniej niż dwieście (żartowałem, zapnijcie rozporki i po prostu odejmijcie od 220 swój wiek) i pulsometr jutra powinien po jej przekroczeniu dzwonić po karetkę (jak przy tętnie =0 po karawan).
Istnieje szereg tabelek, które dzielą wartość tętna na tzw. strefy aerobowe. Pierwsza - strefa zdrowia zaczyna się trochę nad setką uderzeń na minutę, druga strefa - nazwijmy ją strefą urody - koło 130, reszta, aż do wartości szczytowej to strefa trzecia - "strefa wyczynu".
Do wczoraj żyłem w szlachetnym złudzeniu, że okazyjne przejażdżki rowerem zapewnią mi życie wieczne. Zapas tłuszczu odkładający się bezczelnie tuż nad paskiem wzbudził jednak moją podejrzliwość co do skuteczności kolarstwa jako sposobu na urodę. Przepasałem się pulsometrem i wyszło, że muszę pedałować nader żwawo, żeby zmusić pikawę do pracy zaledwie w strefie zdrowia. W ciągu godzinnej jazdy o "wyczyn" zahaczyłem raptem na osiem sekund w trakcie stromego podjazdu.
Zaintrygowany postanowiłem zmierzyć skuteczność truchtu z psem.
Nie do wiary!
Miałem kłopot, żeby choć na chwilę uciec ze strefy wyczynu, mimo że po drodze wyprzedził mnie jeż i inwalida na wózku!
Pulsometr wskazał, że spaliłem kalorie, jakie wystarczyłyby do ogrzania wszystkich budynków ojca Rydzyka przez następne dwieście lat.

W ten naukowy sposób wyłoniłem najlepszą aktywność fizyczną dla komputerowców w średnim wieku. Są nią oczywiście rolki. Nie tylko pozwalają różnicować obciążenie w niemal aptekarski sposób dzieląc je po równo na trzy wspomniane strefy, ale jeśli znaleźć fajne miejsce to wręcz nie chce się ich odpinać.

Fajnym miejscem może być np. nowiutka leśna dróżka wyłączona z ruchu samochodowego, a wiodąca przez majestatyczny drzewostan nasienny.
Ja sobie taką znalazłem, redukuję na niej tłuszcze i generuję endorfiny, czego i Wam życzę na Święta, a nawet po.
00:51, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (8) »
piątek, 10 kwietnia 2009
poniedziałek
Zimna woda - kocioł nie pali - wzywam serwis.
Pan Robert wywala z kotła wiadro zużlu, wymienia elektrody i dyszę.
Będzie dobrze.

środa
Zimna woda - kocioł nie pali - wzywam serwis.
Pan Robert gmera przy kotle. Nie to nie dysza, a ja się nie znam.
Będzie dobrze.

czwartek
Z.w. - k. n. p. - w.s.
Pojawia się Pan Staszek, który się lepiej na tych kotłach zna. Gmera przy kotle. Dysza? Weź przestań.
B. d.

piątek
Z.w. - k. n. p. - w.s.
Pojawia się pan Andrzej, który obu panów szkolił z tych kotłów. G. p. k. Opowiada mi historię życia i 40 lat kariery zawodowej w kotłach, w tym kilka w elektrowni atomowej na Węgrzech. Wymienia wszystko. No, prawie wszystko, ale co ja mogę wiedzieć o dyszach.
B. d.

sobota
Z.w. - k. n. p. - w.s.
Panu Andrzejowi skończyły się opowieści, więc szkoli mnie z budowy i serwisu kotła. Dość szybko łapię, ale do tej roboty barkuje mi analitycznego podejścia - najlepszy dowód, że wciąż coś mamroczę o dyszy.
B. d.

niedziela
Z.w. - k. n. p. - w.s.
W kotłowni coś warczy, ale to nie kocioł, tylko takie słowa z "rrrr" w środku, często emitowane przez p. Andrzeja. Wymienia dyszę.

poniedziałek
stawiam się w Korporacji na dorocznej odprawie. Prezes przedstawia scenariusze rozwoju sytuacji:
a jak anemia
b jak bankructwo
ć jak wrogie przejęcie

Mam chyba pomysł na alternatywną karierę w serwisie.
07:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Wśród wielu lekceważących określeń mojego stanowiska pracy nieostatnim jest "inżynier regionalny". Tytuł ten wydawał mi się okej, zwłaszcza w porównaniu z "zasobem instalacyjnym" ale od kiedy klient czytając wizytówkę wybuchnął zdrowym śmiechem: "ja nie moge, "regionalny", czemu nie w łowickim pasiaku?", jakoś mi ta nazwa zbrzydła.

Mogę się dąsać, ale centrala chyba rzeczywiście nas tak postrzega. Podczas rzadkich wizyt jestem witany tekstami:
- o, Wrocław, co u Niemców, napierają?
- o, Wrocław, wyschliście po powodzi?  (była w 1997)

W dzisiejszym mejlu zapraszającym na składkowy lancz przedwielkanocny również znalazła się wzmianka o inżynierach regionalnych, którzy pewnie uraczą nas (ich) regionalnymi przysmakami.

Ja doprawdy nie wiem ococho. W wielkanoc je się... te .. szynkę i jajko. I baranka z cukru. Cukier wszędzie taki sam, chyba nie? Szkoda, że nie jestem z Krakowa przywiózłbym podwawelską. Nie ma "przysmaku wrocławskiego" na allegro ani na ceneo, a na googlu zgłasza się: "Przysmak Drobiowy. Sklep spożywczy - Wrocław, Kręta 4".

Taki już urok miasta przesiedleńców. Chyba żeby... moi rodzice mają w dowodzie miejsce urodzenia: "Białoruska SSR", Leniuchowej  - Kazachstan.
Baranie jaja na dziko - anybody?
14:33, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (15) »
sobota, 04 kwietnia 2009
Powszednia historia i w stu procentach niestety prawdziwa. Jej bohaterem jest nowy pilot uniwersalny, zakupiony w miejsce tego zeżartego przez psa, ale w gruncie rzeczy mógłby nim być dowolny w miarę nowy gadżet - telefon, empetrójka... a jutro już może czajnik. Dlatego dalej będę nazywał go po prostu Gadżetem...

Kiedyś szło się po Gadżet (1.0) do sklepu, w domu włączało do sieci i jeśli nie robił tego co powinien - czytało instrukcję.
Dzisiaj Gadżet przywożony jest kurierem z alergo.pl i obowiązkowo ma wejście usb i płytkę cd z softem. Cd w trakcie instalacji na laptopie nachalnie próbuje ci wmusić Gadżet Agenta (c), który na wieki wieków zasiądzie w twoim pasku narzędzi, Gadżet Messendżera [tm], który "powiadomi Cię o nowościach i promocjach Producenta Gadżetu" i - jak masz pecha - Gadżet (c) Search Toolbar [tm], który zainstaluje się we wszystkich przeglądarkach i nagoni twoje kliknięcia wiadomo komu.
Po instalacji soft zażąda dostępu do interku, zaktualizuje się, zażąda podłączenia Gadżetu do kompa, zaktualizuje mu firmware.
To byłby dobry moment, żeby zacząć Gadżetu używać, ale w Świecie 2.0 obowiązują ciut inne reguły. Najpierw musisz go skonfigurować. Kopia twojej konfiguracji zostanie zapisana na serwerze producenta Gadżetu, dlatego najpierw musisz stworzyć tam swój profil, identyfikator, hasło, podać - pod rygorem bezużyteczności Gadżetu - mejla, imię, nazwisko, adres, wiek, płeć... Dopiero po obnażeniu danych osobowych można sobie pokonfigurować Gadżet.

Gdyby Gadżet był w wersji 2.1 pewnie szłoby to lepiej, ale jest w wersji 2.0, chyba przemianowanej przez Dyrektora d/s Sprzedaży z 1.87 beta, a taki wybieg oznacza dla klienta kłopoty.
Oprogramowanie Gadżetu wali co rusz intrygującymi komunikatami typu "XML Doc cannot be null". każe sprawdzać kabel usb i dzwonić po wsparcie na angielski numer spięty na krótko z Bombajem. Słuchawkę podnoszą tam zestresowani Hindusi, którzy  przerzucają cię między sobą jak gorący kartofel. Przy odrobinie szczęścia i wywrotce uporu trafisz w końcu do fachowca, który zdradzi Ci tajną formułę sukcesu: jeśli zapis konfiguracji w Gadżecie nie uda się siedem razy pod rząd - zrestartuj cały soft.

O trzeciej nad ranem, kiedy już Gadżet jakoś działa, zabijesz Menedżerem Zadań Gadżet Agenta (c), nie mając się siły dziwić, że soft który robi tak niewiele pożarł połowę dostępnej pamięci w kompie.

Jeśli masz pecha, w wyniku nocnych ekscesów wyczerpią się baterie w Gadżecie i do rana konfigurację szlag trafi.
Bez względu na dalsze losy Gadżetu do końca świata codziennie będziesz dostawał mejla z "informacją o nowościach i promocjach Producenta Gadżetu".

(przetrenowane na pilocie "dysharmonia" f-my nielogitech i innych podobnych)
20:48, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (17) »
czwartek, 02 kwietnia 2009
Last.fm kończy darmowe nadawanie, zanim udało mi się obczaić, jak ono właściwie działa. Mam dość staroświecki stosunek do wykorzystania internetu, sięgający jeszcze numeru dostępowego 0202122 i Trumpet Winsock. Marnotrawienie pasma na takie fidrygałki, jak słuchanie radia do niedawna wydawało mi się ciężkim grzechem przeciwko tcp, a może nawet ip.

Last.fm zapamiętam jako wynalazek, który nainstalował mi furę spyware, a jak dostroiłem je do stacji np. Cassandra Wilson, to zamiast czarnej bluesmenki z głośnika słyszałem białego brodatego piosenkarza kantry.

Mała strata, krótki żal. Niestety, alternatywy czyli pandora i spotify w nikczemny sposób dyskryminują polskie numery ip i nie chcą grać. Nam, Polakom.

Pozostają tradycyjne netradyjka, wśród których niedawno odkryłem dla siebie jedno, hmm, wyjątkowe. To właściwie strona internetowa z programem "Sjesta", prowadzonym w trójce przez młodego Kydryńskiego. Grafoman Kydryński działa mi czasem na nerwy, jest też niezośnym pozerem, takusieńko jak stary Kydryński, ale ma gusta muzyczne zbliżone do moich. W dodatku w wersji internetowej można jego ględzenie pominąć suwakiem. Sponsorowany przez czeskie piwo serwis ma, ococho: indeks po utworach, wykonawcach i albumach. Jak kliknąć w tyłek Sade, śpiewa Sade, a nie Tom Jones.
Archiwum