poniedziałek, 31 marca 2014

Zupełnie, ale to zupełnie nie chciałem się wywnętrzać w sprawie tych Srymów-Krymów etc. Tak się jednak złozyło, że ukraińskie afery wdarły się do mojego domu za sprawa kolegów syna, którzy bawili się w Majdan. Majdanem był Piotrek, jego kolega imieniem Milan - Berkutem, a niejaki Staś - Janukowyczem. No i wyszło, że Janukowycza musiał jego tata zawieźć na pogotowie, gdzie założono mu trzy szwy w miejscu, które zetknęło się z klamką, kiedy ścigał z Berkutem Majdan.
Rzecz rozgrywała się w murach naszego domu pobudowanego przez Ukraińców , sympatycznych chłopaków, zupełnie różnych od tych, którzy 80 lat wcześniej polowali na mojego dziadka na Wołyniu.
Było, minęło.
Co do Krymu, to nie inaczej niż Putin postąpił swego czasu Piłsudski odzyskując Wilno, tyle, że zrobił to 90 lat temu co mniej więcej wskazuje, na jak anachronicznym etapie znajduje się teraz Rosja w ogóle a Putin w szczególe. I co z tego, nie dość, że miał frajdę z poważnej korekty mapy Europy, to na deser rozśmieszyli go "sankcjami". W dużo gorszym położeniu znajdują się mieszkańcy Krymu, choc może jeszcze tego nie wiedzą. Eksperci przytomnie wskazują, że było juz parę atrakcyjnych turystycznie kraików, które liczyły na tłusty dochód z rosyjskich turystów. Cieszyła się Czarnogóra, kiedy wykupywali ją ruscy oligarchowie, wielkimi nadziejami karmiła się odrywając od bidnej Gruzji malownicza Abchazja...
Stumetrowe jachty odpłynęły z Czarnogóry bynajmniej nie do Abchazji, ale na Riwierę i Karaiby, a niedoszłe ruskie Monaka klepią teraz bidę. Oczywiście w przypadku Krymu może być inaczej, może rzeczywiście zapanuje tam teraz prosperity... ale to w przyszłości, a w poniedziałek krymianie gorzko pożałuję swego powrotu do Rosji.
W poniedziałek bowiem pierwszy raz pójdą do roboty według czasu moskiewskiego, przesuwając zegarki o całe dwie godziny naprzód. Ktoś, kto w piątek wstał o siódmej, w poniedziałek zerwie się o - biologicznej - piątej.
Ciekawe, jakimi słowami powitają krymianie dźwięk poniedziałkowych budzików. Obstawiam angielskie słowo "job" i coś o matce, niekoniecznie Rusi.

Tagi: krym
00:55, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
wtorek, 18 marca 2014

Nie żebym był tam jakimś panie, wesołkiem, niepohamowanym, tego, optymistą, dżokerem, prawda - nie. Ale mimo to, a może właśnie dlatego założyłem sobie, że obchodzę wszystkie święta, jakie podejdą. No moze poza helołinem.
Trzech króli, dzień leśnika i kobiet oczywiście też obchodziłem. Obchodziłem w przedszkolu, podstawówce i liceum też, choć wrzucanie do jednego ósmomarcowego wora bytów tak odległych jak babcia, profesor chemii i narzeczona wydawało mi się co najmniej niestosowne, jesli nie wprost chore. I co z tego - cmok, tulipan, cmok, tulipan, cmok, tulipan. Siła tradycji, aż do teraz.
A w tym roku - wyjątkowo nie.
Pracę mam jaką mam. Od niedawna, na moje własne życzenie - absorbującą raczej. Włączam kompa o dziewiątej, dziewiąta pięć wpada pierwszy kejz. Coś się popsuło klientu temu, co dzwoni. Diagnozuję, zamawiam część. Dziesiąta- następne zgłoszenie. Ops, tym razem kminię je, kminię, ale rozkminić nie mogę. Wywalam do drugiej linii. Z trzecim zgłoszeniem wpada alert, że część z pierwszego nie dojedzie na czas. Odkręcam inżyniera, kiedy specjalista od drugiego zgłoszenia domaga się dodatkowych danych. Prawą ręką pisze mejla do drugiego klienta, a lewą odbieram telefon od trzeciego. Koło południa prowadzę trzy do siedmiu kejzów na raz. O 17:30 zamykam kramik i otwieram piwo. Chyba, że mam dyżur. Jak mam dyżur to otwarte piwo może czekać do północy. O - powiedzmy - czwartej budzi mnie koleś, który wstępnie ogarnia  awarie zgłoszone automatycznie i wrzuca mi zajęcie na resztę ranka. Koło ósmej wchodzę pod prysznic, żeby o dziewiątej pięć odebrać pierwszy telefon. Yup, maraton 8h+16h+8h to żadna w naszej firmie sensacja. To taki lokalny koloryt, autorskie rozwiązanie, które nie tylko nie stało koło kodeksu pracy, ale nawet nie daje się rozliczyć oficjalnie w wewnątrzkorporacyjnych systemach.
W takim na przykład styczniu natrzaskałem trzysta konkretnych godzin, a resztę czasu spędziłem w delegacjach. Nie narzekam - płacą, robię. Tyle, że na swoje udręczenie, poza mejlami z własnej działki mogę, a nawet muszę czytać też mejle z życia korporacji. I kiedy ja nie mam czasu, żeby podrapać się w dupę, to kierownictwo zaprasza nas na konferencję "Kobiecy liderzy w naszej firmie". Jest wszak koniec lutego, świętowanie Dnia Kobiet czas zacząć. To zapewne najważniejsze ze świąt, ważniejsze nawet od dnia Dumy Afroamerykanów, dnia środowisk LGBT, o Season Holidays, onegdaj zwanymi Bożym Narodzeniem, nie wspominając. Dlatego z każdym następnym dniem w skrzynce gestnieją zaproszenia na poświęcone kobietom panele, menedżerzy różnych szczebli w listach pasterskich roztrząsają ubogacający wkład kobiet w życie firmy (hy, w moim dziale była kiedyś jedna, ale ją wylali)  a piątego marca: tadam - wszystkie korporacyjne aplikacje, te do obróbki zgłoszeń, zamawiania cześci, bazy wiedzy itd. - przybierają kolor Dnia Kobiet.
Jaki to kolor, spytacie? Otóż taki k-wa fioletowy. Nie pytajcie, bo sam nie wiem czemu. Zaprawdę, powiadam wam, sporą część życia spędziłem w komunie, ale nowa świecka obrzędowość kapitalizmu ją dogania.
Dlatego w tym roku sorry kobiety. 

08:24, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 marca 2014

Po trzech latach edukacji przedszkolnej, czterech - szkolnej i związanych z tą edukacją niezliczonych wycieczkach w różne miejsca, dziecko moje odwiedzilo wreszcie Stolicę. Jak wiadomo z okazji Mistrzostw Europy w 2012 Premier zobowiązał się połączyć Wrocław ze Stolicą nowoczesną drogą szybkiego ruchu i słowa dotrzymał. Dzieci wsiadły w autobus i jak po stole - szszuuuu - pojechały nową drogą, bezpieczną trasą, całe trzysta kilometrów z okładem. Wycieczka bardzo się udała, dzieci się nazwiedzały, najbardziej  -jak zwykle - podobał im się MacDonald, ale nie tylko, bo Brama Brandenburska i Reichstag również.
W tej sytuacji zwlokłem się się z mojego śmietnika historii, wziąłem trzy dni urlopu i wybrałem się z synem do Warszawy. Swego czasu pobudowano tam Centrum Nauki Copernic, (a może Kopernick), co ma ten kłopotliwy aspekt, że różni pogrobowcy patriotyzmu mogą przy okazji wizyty w przybytku Nauki ciągnąć młodzież w ponure miejsca typu Zamek Królewski wraz ze spowitym złowrogim cieniem placem Zamkowym. Wspomniany cień pada of course z katofaszystowskiej kolumny Zygmunta, zawłaszczającej krzyżem europejską bądź co bądź przestrzeń publiczną.
Na szczęście dla dziatwy szkolnej wcale nie jest łatwo do Warszawy dotrzeć. Nas na przykład zatrzymał na dobrą godzinę jakiś traktor, który rozkraczył się na jednym pasie w Sieradzu. Owszem, istnieją miejsca w Polsce, z których łatwo do Warszawy dojechać, jak z takiego np. Kostrzynia, który na swoje szczęście leży na trasie do Berlina. Łatwo jednak nie znaczy tanio - opłata autostradowa Kostrzynń - Warszawa to równowartość dziesięciodniowej opłaty za jazdę dowolnymi autostradami w Czechach.
W samej Warszawie też pod górkę  - automapa sprzed ośmiu raptem miesięcy kompletnie się w mieście pogubiła i próbowała prowadzić nas przez jakieś wykroty, które jeszcze niedawno musiały być przejezdne, ale dzisiaj wyglądają jak zbombardowane.
Mniejsza. Centrum Nauki jest wypas, moje zblazowane dziecko przez cztery godziny z okładem odpalało eksponat za eksponatem, żeby w końcu paść ze zmęczenia na twarz. Dodatkowo podjęło juz wiążące decyzje dotyczące własnej kariery zawodowej. Na mur-beton chce robić to samo co ja. Ojciec - patrz - jedziesz służbowym autem zatankowanym służbową benzyną, w burger kingu płacisz kartą lanczową, nocujemy w słuzbowym mieszkaniu. A w pracy ta pani na recepcji napakowałby mi cały plecak piegusków, gdybym nie zapełnił go wcześniej - darmową - ojciec- darmową kolą z automatu.
Zdecydowanie, kola z darmowego automatu w naszym warszawskim biurze przyćmiła Berlin we wspomnieniach syna.
Na zdrowie.

poniedziałek, 03 marca 2014

Jechałem ostatnio z Pragi do Wrocławia. Droga prosta i niedroga, bo dziesięciodniowa winieta na całe Czechy kosztuje tyle co przejazd ze Świecka do Konina. W dodatku we wspomnianej Pradze chcąc trafić do wspomnianego Wrocławia wystarczy skierować się z grubsza na północ i wyglądać drogowskazu z napisem "Wrocław". No such luck we Wrocławiu. Autor odjechanych polskich drogowskazów bez żenady przyznał, że kierowca powinien znać geografię, dlatego nie umieścił na nich banalnych "Praga" lub "Berlin", ale intrygujące "Jędrzejów" i "Kudowa".

Po tej informacji -  jakieś dwa lata temu - "przez media przetoczyła się fala słusznej krytyki" no i ch. z tego, bo edukacyjne drogowskazy zostały jak były.

So much for power of media.
Albo nie, o mediach trochę jeszcze. Słucham ich piąte przez dziesiąte i jakiś miesiąc temu ze zdumieniem przeczytałem, że "złapano człowieka, który zakatował Leszka Millera". Leszek Miller - postrach żyrardowskich prządek - zakatowany? Jak? Gdzie? Kiedy? Wyostrzyłem wzrok - torebką, torebką go ktoś... aaa zAAtakował, nie  - zakatował.
Szkoda.
Jak w tym starym dowcipie - słyszałeś ten kawał o tym, jak koleś wbił Jaruzelowi nóż w plecy?
-Nie!
-Ja też nie, ale fajnie się zaczyna.

21:19, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (1) »
Archiwum