sobota, 31 marca 2012

Rzadko zabieram głos w sprawach, o których nie mam zielonego pojęcia, ale dla Agnieszki Radwańskiej zrobię wyjątek. Otóż parę dni temu nasza gwiazda wspięła się na czwarte miejsce w rankingu. Niby fajnie, ale awans nastąpił po kompromitującym mancie, jakie sprawiła jej Białorusinka Azarenka. Azarenka stłukła Radwańską jak rudą sierotę, że aż oczy bolały patrzeć, 6:0 6:2, a i tych dwóch mogło nie być.

Słowem czwarte miejsce Radwańskiej podszyte było wątpliwością, czy aby na pewno na nie zasługuje. Fakt, że wygrywała wszystko po katastrofie z Azarenką wcale tej wątpliwości nie rozwiał, no bo: dwie Hiszpańki jakie pogoniła w Miami wcale nie były jakieś genialne. Potem rozjechała Venus Wiliams co byłoby sensacją, gdyby Venus była sobą, a nie wychudzonym zombie z zaświatów. Dalej rozwaliła Bartoli, ale Bartoli... wiadomo. Kto przez minutę patrzył na Bartoli wie o czym mówię, to jest postać z kosmosu, na którą Radwańska zresztą zawsze miała patent. Na dodatek Bartoli rozjechała się w... no, spojeniu i snuła się po korcie ciągnąc za sobą lewą nogę.

Tak więc dzisiaj Radwańska trafiła co prawda do finału ważnego turnieju jako czwarta tenisistka świata, ale naprzeciw niej stanęła metr wyższa, trzy razy silniejsza i skupiona jak wiązka promieni śmierci Szarapowa. Numero dos, która za chwilę będzie numero uno, zaraz jak tylko odparuje Radwańską.

I co ja kurdebalans pacze???

Radwańska po prostu nie chce umrzeć. Bomba za bombą, as za asem Szarapowa wgniata ją w kort, a Agnieszka jak ruska wańka wstańka, jak biały Muhammad Ali w spódnicy powraca i oddaje. Cios za cios, ale dokładnie w tym momencie kiedy trzeba, ani wcześniej ani później jest o jedną piłkę lepsza. Najpierw tę na 7:5, potem tę na 6:4.

Co za mecz, ranyboskie, co za mecz.

I, tell you what, folks, połowa rodaków w życiu nie słyszała nazwiska Radwańska, a druga połowa usłyszy je po raz pierwszy w ten weekend, ale w oczach świata istnieje tylko dwóch polskich sportowców: Andrew Golota i Agnieszka. No sorry, całkując po nowożytnym i starożytnym polskim sporcie, po Fortunie, Szewińskiej, Małyszu, tym chodziarzu, tej od biegów i Jurku Dudku nie uzbiera się nawet na pół Radwańskiej, w sensie światowej popularności of course.

No chyba, że wygramy euro. Jak wygramy euro, to zwycięska polska jedenastka stanie się prawie tak sławna jak ona.

21:37, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 26 marca 2012

Właśnie rozmawiałem z babką, której buchnęli laptopa. W miarę jak docierało do niej, że wszystkie zdjęcia, filmy, pity, archiwum poczty, hasła do banków poszły w przysłowiowe piz-du, z osoby nieszczególnie zmartwionej (dostanie nowy laptop!) stała się kobietą na skraju załamania nerwowego, a właściwie granicy próby samobójczej.

Nie stój, nie czekaj, co robić, piszę poniżej.

Kliknięcie pierwsze na stronę darmowego serwisu np. dropbox. W pięć minut później na twoim kompie pojawia się folder, którego cała zawartość będzie automagicznie kopiowana do interku.

Kliknięcie drugie na stronę Link Shell Extension. Dzięki tym Extension prawym klawiszem myszy można wskazać dowolny plik, który ma trafić do zabezpieczonego folderu (tego z pierwszego kroku. Taki plik - fizycznie wciąż jeden, magicznie znajduje się jednocześnie w dwu folderach - oryginalnym i tym zabezpieczonym).

Kliknięcie trzecie wybiera konkretne foldery do zabezpieczenia w interku.
I już.
Teraz niech se kradną.

Alternatywnie można co pewien czas spakować istotne foldery i wysłać e-pocztą do jakiejś własnej pojemnej a darmowej skrzynki, ale to rozwiązanie o elegancji fufajki i gumofilców.

Uratowane w powyższy sposób życie można poświęcić na koszenie trawnika w ogródku dobroczyńcy, czyli moim.


09:01, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (19) »
środa, 21 marca 2012

Nie tylko żyjemy dłużej, o czym nieustannie przypomina nam premier próbując zagonić leniwych seniorów do roboty, ale jesteśmy także wyżsi niż kiedyś. Przeciętny Polak karmiony bułką Gomułki, cukierkiem Gierka i grillem Tuska wystrzelił w górę jak puszczańska sosna.

Tymczasem w handlu narzędzia np. ogrodnicze ani drgnęły. Szpadel czy grabie są, jakie były za cara Mikołaja, a raczej króla Łokietka, czyli przycięte dla kmiecia metr pięć w kapeluszu. Stanowczo protestuję i domagam się grabi XL, zoptymalizowanych dla działkowicza metr osiemdziesiąt dwa.

20:52, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
sobota, 17 marca 2012

Co tak pani stęka pani Mamoniowa?
Przepraszam panie prezesie, wiadro takie ciężkie...
Takie ciężkie? A może i szmata ciężka? A może sobie Mamoniowa już nie radzi?
Oj, panie prezesie... ależ radzę sobie, radzę, sama pani prezesowa mówiła, że posadzki u nas na błysk. Przepraszam za to stękanie.
No i bardzo dobrze, że Mamoniowa nie stęka, że Mamoniowa w dobrej formie i będzie mogła się tą formą jeszcze trochę powykazywać.
Przepraszam pana, panie prezesie ale nie rozumiem?
Miała iść na emeryturę niedługo?
No tak, ciężko się z panem prezesem rozstać, ale córce pomóc trzebaby i w ogóle...
No to się Mamoniowa już nie martwi, będzie mogła mi tu stękać...
...ależ nie stękam...
...jeszcze siedem lat. Zadowolona?
Słucham?
No przecież mówię, pójdzie sobie na emeryturę, tylko siedem lat później.
O-matko-boska.
No tylko bez takich, bo pomyślę, że się Mamoniowej przestało u nas podobać. Musi zrozumieć, że reforma była niezbędna. Dla samej Mamoniowej dobra. To bardzo trudna reforma była. Ileż ja się z Księgowym nie naradzałem, jaka ta reforma ma być. Czy siedem lat, czy może pięć, a może dziesięć?
Dziesięć? O matko!
A widzi Mamoniowa. Mogło być i dziesięć. To straszna praca intelektualna była, żeby wymyślić, że siedem, mówię Mamoniowej. Czasami mi się od tych cyferek  w oczach mieniło. Ogromna, ogromna praca. Nie codzień się taką reformę robi. Wielki wysiłek i poświęcenie. Brzemię i wyrzeczenie. Moje. Niewielu doceni. Ale bez niej to emerytura Mamoniowej ledwo na bułkę i cienkie mleko by starczyła...
...ale mi więcej nie trzeba...
... a może nawet by zabrakło. A tak popracuje dłużej, ale pożyje potem jak człowiek, może nawet na lekarstwa Mamoniowej wystarczy. I na lekarza.
Na lekarza? W ZOZ-ie za darmo mamy.
No pewnie że za darmo. I bedzie za darmo. Tak mi się z tym lekarzem wypsnęło...Mamoniowa nie powtarza czasem.

środa, 14 marca 2012

W poprzedniej notce szumnie zapowiedziałem, że wypowiem się nt e-booków i "końca cywilizacji druku", ale po drodze przeczytałem fundamentalny esej pt. "Czy e-booki zmienią nam mózgi?" [1], który ze szczętem obrzydził mi temat, a obrzydziłby mi też całą Gazetę Wyborczą, gdyby nie była już obrzydzona.

Zamiast tego przytoczę historyjkę z życia, o odchudzaniu. Pewien znajomy zapisał się do szpitala na zabieg. Czekał rok, czy ile się na taką usługę NFZ w Polsce ad 2012 czeka i oznaczonego dnia karnie stawił się w placówce, na czczo, tak jak bezwzględnie jest przy zabiegu wymagane. Harmonogram sobie, życie sobie i jakoś mu tego zabiegu nie zrobili musiał poczekać jeszcze dzień. Na czczo. Następnie coś wypadło lekarzowi, więc przesunęlli go znowu o dzień. Na czczo. Kolesia przekładali tak przez cztery dni, czyli nie jadł w sumie tydzień jakiś.

No, trochę nieludzkie, ale tylko trochę, bo posiłki w takim szpitalu to żadna tam uczta Babbette.
Wg relacji Leniuchowej:
Podjeżdża do pacjentki katering. Na drugie jakaś brązowa breja, zatem pacjentka prosi o zupę. Klient nasz pan, proszę oto zupa tyle, że głębokie talerze wyszły, więc proponują zupę w filiżance. Elegancko prawda? I jak jeszcze, zwłaszcza, że filiżanka taka bardziej do espresso jakby. Pani nalewa zupkę, następnie się sięga po kawałek ziemniaczka, najmniejszy, ale i tak wolumenem niewiele mniejszy od filliżanki i grzecznie pyta: samo rzadkie czy kartofelek też pani życzy?

Przypomniał mi się wpis z bash.org: "jestem na dwóch dietach, bo na jednej byłam głodna".
Przypomniał mi się też ulubiony serial "Daleko od noszy", o którym znajomi lekarze mówią, że jest debilnym paszkwilem na służbę zdrowia, ale mi w obliczu powyższej relacji wydaje się raczej dokumentem lekuchno tylko fabularyzowanym.

________________
[1] Co to kurna za tytuł w ogóle jest jak z humbuga.pl? Nie podaję linku bo artykuł jest w najwyższym stopniu irytujący.


czwartek, 08 marca 2012

Zamierzałem dziś opisać Kindle Toucha, który przeszedł przez moje ręce jako kolejny (5?) czytnik zakupiony w Amazonie, ale znajomość z nim była zbyt krótka, żeby wyrobić sobie blade pojęcie. Zamiast bladego pojęcia mam tylko pierwsze wrażenie, pierwsze i niespecjalnie pochlebne. Kindle Toucha wyobrażałem sobie jako istotnie mniejszego skoro producent urżnął mu całą klawiaturę. Rzeczywiście jest ciut mniejszy, ale nie aż tyle, bo zachował całkiem szeroki i całkiem bezużyteczny panel. Do tego jest wyraźnie grubszy. Podejrzewam, że część elektroniki która w kindlu 3 schowana była pod klawiaturą została rozsmarowana pod ekranem i za panelem.
Sam ekran, który wcześniej niemal licował [1] z plastikiem obudowy, w Touchu jest wyraźnie cofnięty. Pobieżny kontakt z touchem pozwolił mi docenić nienachalną elegancję "starych" kindli. Nowe, srebrzyste wykończenie wydaje mi się po prostu wiejskie (inaczej: przeszło agrotuning). Choć to pewnie kwestia przyzwyczajenia przeszkadzało mi w lekturze.
Po namyśle nie wydaje mi się, żeby trochę mniejszy rozmiar rekompensował stratę klawiatury. To prawda, nie używałem jej intensywnie, ale w podróży porządna klawiatura świetnie służy do pisania maili. Pisze się śmiesznie, ale skutecznie, o co trudno dziubiąc w nawet dużego smartfona.

Ale - i to zupełnie podstawowe i fundamentalne ale - czy pisanie maili, czytanie ich jak również pisanie i czytanie czegokolwiek ma jeszcze sens?
O tym w następnym odcinku, w którym rozwinę profetyczną wizję cywilizacji żywego słowa, gdzie czytaniem i pisaniem zajmuje się upośledzony margines.
Stay tuned.
____________
[1] ha! ojczysty, dodaj do ulubionych


Tagi: kindle
10:55, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (4) »
piątek, 02 marca 2012

Niezorientowanym przypomnę, że Iniemaboy serwisuje od jakiegoś czasu sąsiedni kawałek Polski. Ja - powiedzmy - między Odrą a Wisłą, on - z grubsza - dalej aż do Bugu. Każdy z nas uprawia swoje poletko sam, co mi służy, a jemu najwyraźniej nie. Telepracę trzeba mieć bowiem w genach. Osobniki słabsze psychicznie na codzień stabilizowane przez życzliwe otoczenie biurowe pozostawione same sobie potrafią samowzbudzić sie jak popsuty wzmacniacz.

Taki aparat, zanim się przepali, czyli - powiedzmy - nawtyka szefowi, rzuci papierami i pójdzie do jakiegoś biura ślęczeć po osiem godzin dziennie, otóż zanim walnie mu ostatni bezpiecznik, to wydaje z siebie różne dziwaczne zgrzyty. Dokładnie takie dźwięki dochodzą do mnie z kierunku Iniemaboya. Symptomatyczna była jego seria telefonów z narzekaniami na służbowe auto.

Najpierw umiarkowanie narzekał, że benzyna, a nie dizel. Co racja, to racja, przyjąłem bez uwag. Potem wyraził przypuszczenie, że rowerem przemieszczałby się szybciej. Cóż, dla mnie wystarczy, pomyślałem. Następnie oświadczył, że nie stać go już na mandaty i co to za auto bez tempomatu. Najdelikatniej jak mogłem wytknąłem mu niespójności w narzekaniach, ale chyba za delikatnie, bo nie uchroniło mnie to przed następnymi telefonami: "co to jest, że byle mercz go wyprzedza, jego - inżyniera" oraz - naprawdę niepokojące - że auto jest za głośne.
I w związku z tym zdobędzie zaświadczenie od laryngologa, że jemu wyjące auto szkodzi i powinien dostać inne. Nic nie zmyślam, to wszystko koncepty (c) Iniemaboy.

Cóż, wiele  wskazuje na to, że niedługo stracimy kolejnego kolegę.

13:53, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
Archiwum