sobota, 27 marca 2010

Czemu nie? Bycie papieżem to zaszczytne zajęcie, które wobec plotek o rychłym zniesieniu celibatu dodatkowo zyskuje na atrakcyjności.
Czyjeś dziecko musi w końcu tym papieżem zostać, nie widzę powodu, żeby nie moje. Pokażcie mi drugiego sześciolatka, który dnie spędza na czytaniu biblii (dla dzieci) i słuchaniu muzyki poważnej.
Kopary poopadały?
To dodam jeszcze, że obu tym czynnościom mój dzieciak oddaje się dobrowolnie!
A to wszystko za sprawą serii gier f-my Lugo. Nie dość im było produkowania klocków, wydają jeszcze gry komputerowe z klockami w roli głównej. Klockowy Batman rozbija w nich na kawałki klockowego Dżokera, takiż Luk Skajłoker gania się z plastikowym Waderem.

Jestem gorącym fanem tej serii, bo idzie wbrew trendom branży. Przeciętna dzisiejsza gra składa się bowiem z lufy obrzyna, trzymanej w dwu owłosionych rękach, obciętych w połowie przedramion oraz z uciekających w głąb ekranu ofiar. Setki najtęższych mózgów z Krzemowej Doliny kombinuje nad tym, żeby ci uciekający wyglądali jak żywi, trafieni tryskali krwią w 3D i konali w możliwie widowiskowy sposób.
Większość cykli procesorów zużywana jest na modelowanie niechlujnego zarostu i realistycznych przedśmiertnych grymasów.
To ślepy zaułek, już niedługo gracze zorientują się, że taniej, w lepszej rodzielczości i  w pełnym trzy de wyjdzie wsiąść w auto i sklepać jakiegoś menela pod budką z piwem.

Ludziki Lugo odwrotnie, są tak kwadratowe, że bardziej nie można, za to jest ich mnóstwo i krzątają się po całym ekranie. Obsługuje się je padem albo dwoma w trybie współpracy. Ojciec w każdej chwili może złapać za drugiego pada i np. jako lord Wader pomóc synowi pokonać Imperatora.

Wysiłkom graczy cały czas towarzyszy w tle oryginalna symfoniczna muzyka filmowa, John Williams etc.
A biblia?
No cóż,  wystarczyło ustalić taryfikator: pozwolenie na przejście jednego etapu gry, jeśli dzieciak przeczyta płynnie trzy strony z dowolnej przez siebie wybranej książki.
Tak się składa, że biblia dla dzieci ma największą czcionkę = najmniej słów na stronie = najmniejsza strata czasu między etapami Batmana.

http://www.idg.pl/ftp/pobierz/gry/7104.html

13:45, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 marca 2010

Ekscentrycy zaglądający na tego bloga po kolejną porcję niegramatycznych wywnętrzeń inżyniera z prowincji zyskają dziś niebłahy powód, by czynić to dalej. Może generowane przeze mnie wpisy bywają niespójne, chaotyczne, nudne oraz niesmaczne, ale są stuprocentowo prawdziwe. A że czasami rzeczywistość przewyższa najdziksze fantazje...
Dla czytelników tekstowych czytników rss referuję zawartość pisma, jakie otrzymałem w następstwie zdarzeń opisanych w notce "Zawrócony".
"Po przeprowadzeniu czynności wyjaśniających w sprawie zarzuconego wykroczenia [...] ustalono, ze oznakowanie poziome w w/w miejscu NIE ZABRANIA na wykonanie manewru zawracania".
Fanfary, System czołga się, skamle i żebrze o wybaczenie.
Faksymile (?! lmao) dokumentu poniżej.


Prowadzenie bloga vérité (?! wtf) nie oznacza, że opieram się pokusom fikcji. Ba, ostatnio znalazłem sobie okienko, przez które te fikcje wypycham w interek. Zanim klikniecie, zastanówcie się wszakże, czy jest po co:

Horror tak straszny, że wykrzywia mózgi!

Horror tak  straszny, że wykrzywia mózgi!

Trzy czwarte widzów opuszcza kino z wywichniętym mózgiem. Neurolodzy są bezradni. Do nieszczęścia dochodzi zwykle w 23 minucie horroru "Parapsychoza", kiedy widzom ukazuje się Bestia, grana przez Cezarego Pazurę.

"Był tak straszny, ze zapomniałam oddychać" - wyznaje Maria Buczek, u której zdiagnozowano skręcenie mózgu z przemieszczeniem. Ofiary rozbuchanej wyobraźni filmowców na ogół opuszczają kino na własnych nogach, ale ich sposób widzenia świata zmienia się na zawsze.

"To nic zabawnego stać się leworęcznym po czterdziestce" - mówi najbardziej poszkodowany Jan F., u którego półkule zamieniły się miejscami.

Humbug przestrzega przed filmem "Parapsychoza". Przed resztą polskiej produkcji filmowej zresztą też.

08:44, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 22 marca 2010

Przyszła wiosna, wiem na pewno. Na naszych bagnach zwiastują ją komary i promocje na wertykulatory. Jeśli to drugie niewiele Wam mówi, nie szkodzi. Kiedy staniecie się właścicielami spłachetka trawnika przed domem, kupno wertykulatora stanie się wczesniej czy później palącą koniecznością.

Wcale nie trzeba być miłośnikiem ogródka, żeby bulić na niego ciężką kasę. Wystarczy mieć ambicję niebycia wytykanym palcami przez sąsiadów. Z ciężkim wzdechem odwiedziłem hipermarket by zostawić w nim pięć stówek za chiński wertykulator (a może aerator). Miałem inne plany wobec tych banknotów, miały zostać wydane na kartę graficzną. Ale nie, kupiłem jeszcze granulowane kurze gówno na porost trawy (osiem dych) i worek samej trawy na uzupełnienie łysiny (stówa). A mówimy tu tylko o dwustu metrach trawki przed domem, za domem czniam trawę serdecznie.

Wybór: kasa w trawnik czy w bebechy peceta w moim wypadku był wyborem pozornym. Pociesznie przestarzały pecet bez większych zacięć radzi sobie z przebojami sezonu: CoD Modern Warfare 2, Batman Asylum i Pro Evo Soccer 2010 i jako taki poczeka sobie nastęny rok.

Dawno temu (kto zgadnie, jak dawno), kiedy za 180$ zaczynałem przygodę z grami na atari z peweksu, stanowiło ono równowartość hektara kapusty  z kombajnem i kombajnistą na dokładkę. Czasy się zmieniły. Dzisiaj to ogrodnictwo jest hobby dla szalonych utracjuszy szastających na oślep gotowizną.

__________________________
Przebój z epoki Wolfensteina 3D:

23:58, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 marca 2010

Kiedyś na tym blogu ciężko wyśmiałem "teorię stada" nibywyjaśniającą zachowania psów. Przypomnę (zgoła niepotrzebnie, bo "teoria stada" w jakiejś skundlonej postaci przypominana jest co imieniny przez wujków, którzy nie mają nic innego do powiedzenia), że aby pies/psy się ciebie słuchały, musisz osiągnąć i utrzymać status "samca alfa" w rzekomym stadzie, jakie rodzina z psami ma w mniemaniu psów tworzyć.

Niewielu zwolenników teorii wie coś o praktycznych jej zastosowaniach, poza tym, że status alfa osiąga się okładając opornego psa gorącym łańcuchem, najchętniej po nosie. Żeby alfy nie stracić i nie zostać przegonionym z własnej kanapy należy ponadto:
- karmić psa na samym końcu, kiedy sami już zjedliśmy, jeśli oczywiście udało się nam przełknąć cokolwiek pod wbitym w nasz talerz spojrzeniem wygłodniałego zwierzęcia
- wychodzić zawsze pierwszemu przez drzwi (a dopiero potem niezdarnie wypuszczać/wpuszczać psy)
- nie omijać/przechodzić nad zgonionym po spacerze psem, tylko przegnać go kopniakami ze swojej drogi precz
...i stosować się do dziesiątek innych absurdalnych zakazów i nakazów.

Nie jestem hodowcą, treserem ani Jackiem Londonem, ale od ponad roku obserwuję zachowania owczarka poniemieckiego i amstaffa, dzielących z nami chatę na bagnach. Owczarek jest pół ślepy, a bezdomne dzieciństwo na Górnym Śląsku i szkoła życia w schronisku w Gliwicach nauczyły go np. połykać gicz cielęcą w powietrzu, unikając dzielenia się nią z ewentualnymi konkurentami.
Ewentualna konkurentka, wybredna amstaffka i tak nie tknęłaby giczy kijem przez szmatę. No chyba, że gicz by ją zdenerwowała, jak np. jeż, którego zagryzła z typowym dla amstaffów oddaniem sztuce zagryzania.

Wydaje się, że taki tandem jak powyższy to przepis na kłopot, ale jakoś nie. W wyjątkowych przypadkach, pod moją nieobecność zdarzają się co prawda incydenty... związane na ogół z gośćmi o słabszych nerwach. Owczarek zaprawiony jest bowiem w nachalnym żebractwie zbliżającym się od wymuszenia rozbójniczego. Nigdy nie przekracza granicy dzielącej gardło opychającego się gościa od kłów żebrzącego, ale nie dla każdego jest to oczywiste i dla świętego spokoju odpalają owczarkowi pół kotleta.

Kiedy byłem w Peru, proceder ów rozkwitł i dołączyła się do niego amstaffka. A dla dwóch psów pół kotleta to tyle co nic. Nie wchodząc w szczegóły, goście za swoje głupie pół kotleta dostali dwanaście rund ekscytującej walki między zawodnikami topowych ras obronnych. Na ostatnie dwie w trosce o swoje bezpieczeństwo musieli już opuścić lokal.

Podwórkowi darwiniści pewno skłonni byliby upatrywać  w powyższym potwierdzenia swoich teorii, ja powiem tyle, iż bójka psów równie, albo i lepiej dowodzi, ze podobne są do myszy, bo harcują, kiedy kota nie ma.

cdn...
_______________________________________
piątek spędziłem zastępując kolegę w fabryce na krańcu cywilizacji. W pokoju siedziało pięciu komputerowców przed 30-tką, słuchających... no właśnie, nie zgadlibyście czego.

11:10, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
środa, 10 marca 2010

Zdarza mi sie czasem skorzystać z przeglądarki bez adbloka i zawsze dostaję lekkiego szoku na widok, jakim syfiatym miejscem stała się Sieć. Oczy bolą patrzeć na biliard kolorowych reklam, które rujnują wygląd serwisów. Pierwsze strony portali jeszcze zachowują pozory przyzwoitości, jeśli ogromniasty czerwony baner "nie dla idiotów" mozna nazwać przyzwoitym. Eksperymentalnie zapisałem na dysku pierwszą stronę popularnego portalu z reklamami i bez. Różnica w magabajtażu nie była jakaś znacząca - jakieś +25%. Ta dodatkowa ćwiartka, te plus 200 kB zostało wyrwanych wszelako z mojego pasma, zapakowanych do mojego ramu i skeszowanego na moim dysku, dammit.

A to tylko pierwsza strona, im dalej tym niestety gorzej. Z fleszowych okienek szczekają na mnie psy, domagające się ulubionej karmy, prężą kaloryfery jakieś osiłki, które nażarły się odżywek i mi też to radzą, ogólnie atakuje krzykliwe naciągactwo.

Gott-sei-dank-fur-den-Adblock, włączam filtrowanie i wirtualny swiat wraca do normy.

Aliści podnoszą się całkiem poważne głosy, że korzystanie z adbloków to ni mniej ni więcej KRADZIEŻ, że jeśli wszyscy omijaliby reklamy to serwisy splajtowałyby "A WIĘC" jesteś złodziejem, drogi używający adbloka internauto.

Ten cudaczny ciąg skojarzeń udający wnioskowanie stosowany jest za każdym razem, kiedy konsumenci mediów spożywają je w sposób inny niż zalecany przez ważniaków z branży medialnej. Zarabiamy na reklamach "A WIĘC" jesteś złodziejem jeśli je przewijasz. Ściszasz. Odwracasz głowę. Wychodzisz do kibla.

I USA i Polska są wolnym krajem można wyplatać w nich dowolne bzdury. Na szczęście  starają się być też państwami prawa i cytowani rygoryści starannie uważają, by nie nazwać "złodziejem" kogoś konkretnego. Ktoś konkretny mógłby nieźle się na takim pomówieniu wzbogacić.

Innym przykładem potencjalnie karalnego nadużycia mocnych słów jest szara kwestia ściągania plików. Z zadziwiającą łatwością różni eksperci mieszają internautów z błotem jako złodziei i wrogów ludzkości. Niektórzy przy tym są naprawdę przekonani, że Kodeks Karny zakazuje ściągania filmów z piratebaya.

Otóż nie. Wg definicji kradzież to zabór cudzej rzeczy. Kodeks karny rzeczywiście zauważa, że kraść można nie tylko "wołu z owcą' ale także energię elektryczną, impulsy telefoniczne, czy oprogramowanie. Pośród tych niematerialnych dóbr NIE wymienia jednak plików z filmami lub muzyką.

Przy okazji chciałbym pozdrowić producentów konsoli plejstejszyn 3. Dżentelmeni ci od lat nie zawracają ludziom pupy pretensjami o kradzież softu, nie nasyłają na nich policji, nie piszą paszkwili do prasy. Po prostu wykonali urządzenie, które nie daje się w opłacalny sposób zhakować. Czemu tylko oni?
_________
http://www.kradniemy.pl/
http://www.networkworld.com/columnists/2002/0513bradner.html
http://www.nytimes.com/2007/09/03/technology/03link.html?_r=2&ref=technology&oref=slogin
http://prawo.money.pl/akty-prawne/ujednolicone-akty-prawne/kodeksy/kodeks;karny;z;dnia;6;czerwca;1997;r;,1997,88,553,DU,410.html

16:34, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
niedziela, 07 marca 2010

Jeszcze nie wybrzmiał krzyk kastrowanych pedofilów, a już szykuje się młot na młodziez bijącą policję. Będzie sobie taka policja mogła wziąć broń służbową np. na narty, i np. na stoku zastrzelić tę agresywną młodzież.

I bardzo dobrze, po to właśnie jest policja, obuzy i broń służbowa. Policji bić nie wolno. Choć czasem, doprawdy, trudno się powstrzymać.
Próbowałem wrócić, panie dziejku, z Ostrowa Wielkopolskiego pod Wrocław. Może nieco arogancko nie doszacowałem rozmiarów Ostrowa, nie włączyłem nawigacji i oto zamiast na ulicy Wrocławskiej znalazłem na Poznańskiej, zgoła pratiwpałożnej. Trzeba było zawrócić. Znalazłem sobie lewoskręt i delikatnie acz stanowczo wykonałem nawrót bojowy. Barierka przy chodniku aż zbladła, kiedy mijałem ją na grubość lakieru, a raczej wosku na tym lakierze.

Nie ujechałem kilometra, kiedy wyprzedził mnie policyjna - cóż - suka, z okienka której wyskoczył lizak na patyku.
-Sierżant Garszyjak, zapraszamy... Wie pan za co?
-No chyba nie za moje perfekcyjne zawracanie.
-Otóż właśnie, dokumenty poprosimy.

Byłem przekonany, że gdzieś po drodze przeoczyłem pokryty śniegiem zakaz zawracania, ale nie. Niezrównane duo ostrowskich debili próbowało mi wmówić, że zawracając złamałem nakaz skrętu w lewo i wiszę im dwie i pół stówki, o punktach nie wspominając. Prawo jazdy otrzymałem ho ho jak dawno temu i z kodeksu nie pamiętam nic, ale to, że znaki nakazu są okrągłe, a nie kwadratowe  jeszcze mi się kołacze.

Jakiego nieprzytomnego tupetu trzeba, żeby mając jeszcze mniejsze od mojego pojęcie o kodeksie dochrzaniać się do ludzi, naciągać ich na jakieś pieniądze, wymachiwać jakimś taryfikatorem. Za samo to należałoby się w trąbę. Ale to nie koniec. Na rzeczową uwagę o różnicy między kółkiem a kwadratem kapral-flak na mnie wsiadł i odpytał z przepisów:
- Jakie znaki są? - pyta tyleż enigmatycznie co zasadniczo
- Dymne? - odpowiadam, ale w duchu, no bo jest ich dwóch, do tego z z bronią służbową
- Poziome są - sam sobie tłumaczy - i... i pionowe.
- Gdzie poziome są? Na tej ... jezdni - kontynuuje, kreśląc dłonią prostą poziomą - a pionowe? - pytanie zawisło w próżni, tylko dłoń daremnie majtała się w pionie błogosławiąc przetaczający się mimo ruch uliczny.
- To już nieistotne, bo nie są znakami nakazu, o czym możemy pogadać przed sądem grodzkim, bo mandatu na pewno nie dam sobie wcisnąć. - uciąłem ten kabaret.

W Ostrowie miejcie oczy dookoła głowy, zwłaszcza jeżdżąc z polotem i na warszawskich numerach.


* * *

Hosanna, wyszedł oficjalny klient Skype na nokię. Oczywiście istniały wcześniej działające protezy (fringe) ale teraz padł ostatni tytuł iphona do wyższości nad o ileż tańszymi aparatami z Chin (świat jest święcie przekonany, że nokia leży w Chinach).

Ja tam bym się mocno zastanowił, czy wydać górę kasy na ajfona, telefon,  który nie ma nawet klawiatury a do tego dżi-pi-esa, lampy błyskowej, wystarczającej liczby piksli, nawigacji, czy porządnej przeglądarki z fleszem. Możliwość uszczypnięcia go w wyświetlacz jak dla mnie nie rekompensuje tych braków.  Ale pewno się mylę, musi mieć jakieś fenomenalne a nieznane mi, profanowi, przewagi.

09:22, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (12) »
środa, 03 marca 2010

The World has changed. I feel it in the water. I feel it in the Earth. I smell it, in the air.

Podobno gógiel przeszedł na ciemną stronę mocy i zza jego kolorowych literek coraz bezczelniej wyziera zielona morda aroganckiego monopolisty. Wzięły się za gógla linuksowe media, warknęła nań Unia.

Chodzi o to, że gógiel nie szanuje naszej prywatności. Robi nam zdjęcia z góry i z dołu, a później publikuje buk-wie-gdzie. Do tego jeden z bossów gógla, firmy, której dewizą do dziś jest: "nie robimy świnstw", śmiał powiedzieć, że uczciwi nie mają się czego bać.

Pozycja gógla, jego wiedza o internautach i potencjalne zagrożenia dla ich prywatności to "zagadnienia wieloaspektowe, samoistne aczkolwiek zazębiajace się", zdecydowanie nie na mój ośmiobitowy rozumek.

Pochylę się tylko nad fotkami. Z grubsza rozumiem, iż niechętni zdjęciom nie boją się, że fotografowie Google Streetview ukradną im dusze albo przyłapią na dłubaniu w nosie. Głupie miny itp. są bowiem przed opublikowaniem zdjęć zamazywane. Chodzi raczej o zasadę, że nie namierza się obywateli bez ich wiedzy i zgody. Że info o tym, gdzie, kiedy i z kim przebywamy jest wyłącznie naszą prywatną sprawą....

Wydawać by się mogło...Hmm, doprawdy nie trzeba było gógla, żeby, kiedy zaszła potrzeba, zrekonstruować krzątaninę pewnego ministra, który udał się do apartamentu szemranego biznesmena zapewne po to, by wypaplać mu co ciekawsze nowiny z afery łapówkarskiej.

Zwykły szary człowiek nie ma tajemnic przed Systemem wyposażonym w fotki gógla lub bez nich. Co więcej System wie nie tylko wszystko o naszej przeszłości, potrafi również bardzo dokładnie przewidzieć przyszłość. W oparciu o historyczne dane z telefonii komórkowej można określić czyjeś położenie w przyszłości z dokładnością do... 93%. Oczywiście tylko użytkowników komórek. Siostra Bożena, lat 78, zgromadzenie klarysek może spać spokojnie jako ostatnia Polka bez komórki.
System i tak zresztą wie, gdzie ją znaleźć.

A oto zeszłoroczna fotka mojej chałupy, traśnięta nb nie przez gógla, a powiatowy kataster. Ten biały samochód bardziej na północ to astra I, rocznik 98, 60 koni benzyna. Zadziwiające jak cicho chodzą sliniki opla, jeśli wymienić czasem olej :-). Do wzięcia za cztery i pół tysia. Niestety, chłopaki z gógla nie jeździły jeszcze po mojej ulicy, więc fotkę z bliska musiałem zrobić sam. Zapytania na leniuch102@gazeta.pl.
______________________________
http://arstechnica.com/science/news/2010/02/cell-phones-show-human-movement-predictable-93-of-the-time.ars


słucham  w aucie, żeby zdążyć:

07:08, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (13) »
Archiwum