piątek, 27 marca 2009

W naszej chałupie jak w każdej wala się mnóstwo elektroniki. Zawodne, nieergonomiczne lub tylko przestarzałe telefony, myszy i piloty dajemy do zabawy dziecku, większość innych  kurzy się gdzieś po kątach, zostaje wszak jakieś 10% gadżetów które świetnie się sprawdzają i dobrze leżą w ręce.
Wyselekcjonowanie ich z reszty badziewia zabrało nam parę lat, a nasza amstafica Emi namierzyła je w pięć dni i przerobiła na granulat.
Po wpierdzieleniu przez nią unikatowego pilota yamahy (zamiennik: 350+ pln, obsługiwał też telewizor) przeszedłem do rękoczynów.
Nie powtórzcie mojego błędu i pod żadnym pozorem nie zamierzajcie się smyczą na amstafa!
To są psy bojowe i bardzo sprawne.
Robią takie uniki, zwijają się w takie kulki, że nie sposób trafić. Do tego Emi zygzakując po domu posikiwała ze stresu, tak że całej frajdy miałem tyle, że szybko musiałem to pościerać, żeby mi panele się od wilgoci nie powykrzywiały.
Tak, przemoc nie jest rozwiązaniem.
Nie wolno zostawiać psa bojowego sam na sam z niczym mniejszym od trzykrotności jego głowy.
No i z dzieckiem, patrz zdjęcie:

20:39, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (10) »
środa, 25 marca 2009
Najlepiej być emerytem, licealistą lub "przy mężu". Teoretycznie rolnicy, którzy dostają kasę za nieobsiewanie pola, też powinni masowo blogować, ale jakoś nie chcą. Mieszkam na wsi, pola nie mam, mam jednak czas. Z nudów opowiem skąd.

Robię w Korporacji wywodzącej się z kraju, gdzie wymyślają sporo urządzeń, które bez wnikania w nudne szczegóły nazywam pudłami. W tych pudłach mielą się lub tylko parkują dane szeroko pojętej ludności. Teoretycznie serwisuję te pudła, w praktyce są dwie możliwości:
- pudło będzie się psuło
- pudło nie będzie się psuło.

Drugi przypadek jest dość częsty i już on sam tłumaczyłby, skąd mam czas.
Ciekawszy jest ten pierwszy. Jakieś dwa lata temu przeszkolono nas w obsłudze serii potencjalnie zawodnych pudeł. Pierwsze zgłoszenie wpadło dopiero w zeszłym tygodniu do skrzynki Iniemaboya. Jakiż to był popłoch, pośpieszne doszkalanie z dyszącym nienawiścią klientem nad głową, gorączkowe dokupowanie narzędzi w sklepie żelaznym na rogu. Iniemaboya podczas naprawy mało nie wkręciło do środka. Od  tego czasu znowiu nic - cisza, spokój, a kasa z kontraktu spływa,

Zagadkowe? I owszem. Pudła zakupił Urząd. Goście, którzy mieli z nimi pracować doskonale wiedzieli co to za bestie i ani im w głowie było rozpakowywać je, a tym bardziej podłączać do prądu. W końcu jakiś kacyk przypomniał sobie o pudłach i rozesłał po serwerowniach ponagalającego maila pełnego gróźb karalnych. Starsi pracownicy podeszli do niego z wyrozumiałością, ale niezorientowana młodzież się przejęła. Właśnie taka młodzież pracuje w rewirze Inemaboya. Nie ma jednak tego złego. Po katastrofalnej interwencji kolegi informatycy w Urzędzie kolektywnie pokręcili głowami. Nie ma głupich, niech lepiej pudła stoją, gdzie stały.
11:38, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 23 marca 2009
W poprzednim odcinku: autor (że niby ja) zastanawia się, czy przymierzanie w realu (w sensie: w rzeczywistości) by w końcu taniej kupić w necie jest aby w porządku wobec realu.

Życie to dopiero dopisuje puenty. W filmie Mucha-Ileś-Tam eksperymentalnie teleportują dobermana, który przemieszcza się co prawda w komplecie, ale wywalony środkiem na zewnątrz, Tak mniej więcej wyglądały moje nowiutkie słuchawki po spotkaniu z Emi, naszą amstaficą. Cieszyłem się nimi dokładnie 20 godzin, w tym osiem przez sen, po czym zostały rozszarpane.
Byłżeby to bezsensowny akt destrukcji, a może znak z góry i odpowiedź na moje rozterki?

Jeśli miałem jeszcze wątpliwości, to rozwiała je Leniuchowa. Poczuwając się do braku nadzoru nad psem, pojechała do miasta i odkupiła mi słuchawki. Nowe zanabyła dokładnie w tym sklepie, w którym nieodpłatnie testowałem różne modele przed pierwszym zakupem.

Sprawiedliwości stało się zadość.

Wszelkim posiadaczom słuchawek, głośników w kolumnach i laptopach oraz amstafów:
00:29, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (3) »
piątek, 20 marca 2009

Nie tak dawno tłumaczyłem żarliwie, że nie wszyscy kradną. Dzisiaj mam wątpliwości. Wchodząc do zakładu fryzjerskiego pani Ani chcąc nie chcąc słucham puszczanych przez nią starych przebojów Lady Pank. Kasa fiskalna pani Ani kurzy się od nieużywania, z prawdopodobieństwem równym jedynce mogę więc założyć, że od moich piętnastu złotych za strzyżenie nie odprowadza nie tylko VAT-u i dochodowego, ale i nie dzieli się nimi z ZAIKS-em.
Czy składam zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia? Opuszczam miejsce przestępstwa w popłochu?
Tak tylko pytam.
Oczywiście rozsiadam się wygodnie, na ile to możliwe na biurowym krześle heroicznie udającym wyposażenie salonu fryzjerskiego i jedziemy.
W świetle prawa to moje - mimowolne - słuchanie muzyki, to jak częstowanie się wódką kradzioną z geesu.
Pewnie współudział czy inne poplecznictwo.

W przerwach między piosenkami wsłuchuję się jednak w swoje sumienie i - wiecie, co? - cisza.
Cisza panuje również w czasie ściągania z netu i konsumpcji Transportera 3. Podejrzewam, że moje sumienie usytuowane jest niedaleko chłopskiego rozumu, który podpowiada mu, że nie ma kradzieży bez okradzionego. Czy poszedłbym na tego Transportera do kina? Tak jak na koncert Lady Pank, z pistoletem przystawionym do głowy chyba. Straty twórcy zatem nie ponieśli, bo nie mieli najmniejszej szansy na zysk. Z płodami ich kreatywności mogę się zapoznać tylko nielegalnie albo wcale. Jeśli był ktoś poszkodowany, to tylko ja sam, bo Transporter wyjął mi z życia dwie godziny.

Sumienie odzywa mi się za to w dość nieoczekiwanych momentach. Ostatnio w sklepie audio, kiedy pani spytała, czy zapakować mi słuchawki w kształcie kapci. No nie, za tę cenę dziękuję postoję. W kolejce na poczcie, po takie same kupione na allegro dwie stówki taniej. Chciałoby się wyjąć portfel i jakąś rozsądną sumką za fatygę pani sklepowej (w końcu grymasilem pół godziny) uciszyć ten niesympatyczny dźwięk, jaki zaczęło wydawć sumienie, ale ten system tak nie działa, niestety.

Koń ma wielki łeb, niech się martwi. A propos konia:

wtorek, 17 marca 2009

Ciężko być konsumentem, ale nie być nim - niemożliwe. Będąc konsumentem trzeba uważać, by nie dać sobie wetknąć np. genetycznie zmodyfikowanego odkurzacza, czy coś. Bez czytania etykiet się nie obejdzie, a jak sie już zacznie...
Ostatnio wpadłem w stupor patrząc na dwie butelki domestosa. Na jednej pisało: "zabija wszystkie zarazki", a na drugiej, pozornie identycznej: "zabija wszystkie znane zarazki na śmierć".
Pozornie lepiej kupic tę "na śmierć", bo taniej wyjdzie. Głupi kot ma dziewięć żyć, ile nie miałby taki zarazek, taniej będzie odebrać mu wszystkie za jednym zamachem, prawda?
No jednak nie. Słowem-kluczem jest tu "znane". Co z tego, że zabija na śmierć, jesli tylko te znane?
To oczywiste, że wybrakowane domestosy zabijające tylko znane zarazki zostały podrzucone przez jakieś nieznane zarazki z Plutona.
Że świruję? Poczekajcie, kiedy uprzątniecie im lądowisko z naszych zarazków, a one w podzięce dobiorą się wam do d....

Alternatywą dla czytania etykiet może być zaufanie marce. Najlepiej niemieckiej. Te produkty są niezawodne na wieczność. Tak właśnie powiedział mi sprzedawca, kiedy się spytałem, czemu spłuczka podtynkowa kosztuje więcej niż pakiet ratunkowy dla citibanku. -Zapłacisz pan, ale będziesz miał na wieczność. Bo jak się zepsuje to pod tynkiem bardzo trudno naprawić. Wieczność po niemiecku (die Ewigkeit) trwała pięć lat, po których spłuczka zaczęła ciec.
"Trudno naprawić" powiedział? Szit, to jak operacja serca przez dziurkę od klucza!
Wymiana uszczelki za dwadzieścia groszy, dostępnej tylko w komplecie z kawałkiem plastiku za czterdzieści złotych, z transportem - pięć dych. I wywichnięty nadgarstek.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli - groszowa pierdoła do spłuczki geberit kosztuje więcej niż kompletny ceramiczny dolnopłuk z klechniowskiej.
Cóż, cena niezawodności.

 


(rozczarowanym przyziemnością notki proponuję dołączenie do zapasów w błocie)
09:48, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (21) »
sobota, 14 marca 2009
Stoję w korku na A4, a obok mnie dwie ciężarówy wyładowane oplami-zafirami. Na autach z pierwszej lawety znajomy znaczek opla, a na tych z drugiej jakiś inny, pokręcony. Aha, to zafiry - vauxhalle, kierownica z prawej strony, jadą na Wyspy.
Dziwny jest ten świat. Niedługo jakiś Angol przyjdzie do salonu vauxhalla, żeby kupić auto tej angielskiej marki, które jest w istocie niemieckim oplem zafirą z amerykańskiego koncernu GM, wyprodukowanym w Polsce przez polskich Polaków.
Trochę, jakby oglądać amerykański remake Czterech Pancernych skręcony dla oszczędności w Indiach. Albo gorzej.

Anglicy przestali eksportować samochody, zaczęli zarabiać na audycjach o motoryzacji. Czy mogą być jednak wiarygodni goście, którzy ograniczają się do przyklejania własnych nalepek na pojazdy wyprodukowane zupełnie gdzie indziej? Cóż takiego o zafirze czy pandzie może wiedzieć Jeremi Klakson, czego nie wiedziałby Blogomotive? By rozstrzygnąć tę kwestię kupiłem sobie książkę "Don't stop me now" tego pierwszego, bo Blogo jeszcze nic nie wydał.

Czytamy: "jeśli chcesz rodzinnego hatchbacka, kup używanego fokusa, jeśli chcesz coś nowego, kup nowego fokusa". Dalej następuje rasistowski, a co najmniej arogancki wywód o tym, że auta koreańskie opsysają , bo ich wytwórcy dopiero co zsiedli z wołów, więc hyundaje siłą rzeczy nie są w stanie konkurować z fokusem czy golfem.

Jak dla mnie, to spokojnie mogą. Rzeczywiście, koreańczykiem nie wejdzie się setką w ciasny zakręt, jak fokusem, a nawet jeśli, to już z tego zakrętu się nie wyjdzie. Wyższość foki jest w tym punkcie bezdyskusyjna, z tym, że nikt nie wozi rodziny w takim stylu. Z dzieckiem, żoną i psem normalny kierowca jeździ jak pozostali uczestnicy ruchu drogowego. Ci zaś często popylają kią czy lublinem. Fokus z golfem są więc lepsze w konkurencji Rodzinny Hatchback Z Rodziną Siedzącą W Domu. To wciąż istotna przewaga kiedy pruję sam do klienta krętymi drogami doliny Jezierzycy. Czy warta jednak istotnej różnicy w cenie, długości gwarancji, kosztów serwisu i czego tam jeszcze?

Na rodzinny wyjazd wytaczamy nie fokusa, a auto podobno dużo od niego prymitywniejsze. Oceniamy je jednak wg zupełnie innych priorytetów niż Clarkson. Po pierwsze ma mieć wygodne, miękkie fotele, po drugie dobre audio, tertio - ciche silnik i zawieszenie. Na miejscu 105-tym jest duże lusterko (makijaż!) po stronie pasażera , a na 106 precyzja prowadzenia w ciasnym wirażu. W punkcie 106 fokus byłby rzeczywiście mocniejszy, gdyby nie to, że został pod domem.

Co ja tyle o fokusie? Aha, no tak, po trzech latach jazdy prywatnym fordem, podczas których obiecałem sobie, że przygoda z tym producentem, acz ciekawa, dobiega powoli końca, dostałem nowy służbowy samochód. Fokę trójkę.

Na pierwszy rzut oka, bo tylko taki zdążyłem rzucić, foka nr trzy, to foka nr dwa plus trochę błyszczyka. Miało być ładniej, wyszło wyrzygiście. Metalowa listwa nad wlotem powietrza miała chyba nawiązać do nowego mondeo, ale pierwszym skojarzeniem jakie przywodzi to napompowane silikonem wargi Pameli Anderson. Karoserię zdewastowano kanciastymi przetłoczeniami. Klosze reflektorów wywinięto na błotniki (laguna?). Auto zyskało na agresywności, ale to agresywność alfonsa, w dodatku brzydkiego. Wnętrze trzyma ten styl. Mnóstwo blingu na odtwarzaczu, desce i kierownicy (!). I wskaźniki... jakby ktoś rozlał wiadro fosforyzującego sosu pomidorowego.

Wiem, że fokus z założenia jest autem dla zgarbionego od roboty proletariatu (Klakson: walnut-faced peasantry)  ale doprawdy, producent nie powinien kierować się jego gustem.

Komentarz muzyczny:
18:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (10) »
piątek, 13 marca 2009
"Najlepsze rzeczy w życiu mamy za darmo" i - umówmy się - nieostatnią z nich jest służbowy samochód. Warto poczekać, nawet na tego głupka, co go wiózł, zakopał się lawetą pod chałupą Iniemaboya w Rybniku i nie był łaskaw uprzedzić, że spóźni się dwa dni.
Jak już się doczłapał, to stanowczo odmówił zapuszczenia się w lasy i wjazd na bagna, więc ustaliliśmy, ze brykę odbiorę z parkingu przy wylocie na Wa-wę.
Zapakowałem dzieciaka, szkło powiększające, rentgen. Na miejscu dokonałem skrupulatnej inspekcji zewnętrza i wnętrza, podpisałem furę papierów, przełożyłem fotelik i wykonałem strzelisty akt zawierzenia się św. Krzysztofowi, polegający na zamknięciu oczu i ściśnięciu kierownicy tak mocno, że zostało dziesięć palców na centymetr głęboko. Siakoś się tak bowiem dzieje, że frajda z odbioru nowego auta przyciąga liczne ryzyka, chyba dla utrzymania poziomu zgryzoty na tym padole łez.
Np. służbowy polonez kiedyś tam, niezły z wierzchu, okazał się w środku wrakiem, którym tylko cudem dotarłem do Wrocławia, opel z byle powodu unieruchamiał się od antynapadu itd. itp.
Tu wszystko na razie szło jak z płatka. Odpalił, dał się natankować, odnalazłem nawet pin do karty paliwowej... podejrzanie gładko szło.
Na lico wypełzł mi szeroki uśmiech i ogarnęło mnie głupie zadowolenie. Zdekoncentrowałem się jak amator i z tą rozanieloną gębą dojrzała mnie Leniuchowa. Gruba nieostrożność, niepotrzebna osentacja.
Nie wchodząc w przykre szczegóły wyszło, że po stare auto, zostawione na parkingu muszę w efekcie dygać sam, pięć kilosów pod wiatr. Miałem jeszcze spory zasób pozytywnej energii, wziąłem więc psa na sznurek i ruszyłem w ciemność.
Przeczuwałem, że moja dobra passa się skończyła, dlatego wzmogłem czujność. Pewne rzeczy, jak podstępny pekińczyk, który ujadaniem spłoszył pięć razy od siebie większą Lirę były jednak nie do przewidzenia. Lira zrobiła nawrót bojowy po którym padłem jak ścięty kwiat, a ilość kostek w prawym nadgarstku zwiększyła się w wyniku upadku o jakąś połowę.
Nic to, jak się okazało wsteczny można wrzucić również łokciem. Doturlałem się do domu. Parking przed nim wyglądał teraz jakby upadający przemysł motoryzacyjny Ameryki postanowił ulokować tu wszystkie swoje nadwyżki. Zalogowałem się do chałupy, siegnąłem do kieszeni po komórkę... tak tę, komórkę, przez którą następnego dnia miałem odbyć brzemienną dla kariery zawodowej rozmowę...  
Ja żesz ^*&^*&% ^%$@ %$%$  w ^^%%^$ #@$#@ jeża !!!!!!!!!!
Wylogowałem się z chałupy, założyłem na czoło reflektor i ruszyłem wypatrywać na nieoświetlonej, polnej drodze komórki w kolorze szaro-szarym.
Kosmiczna równowaga pecha została utrzymana.
01:04, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (10) »
środa, 11 marca 2009
Halinka nie mogła wierzyć własnym oczom. Po latach pracy w Korporacji została wreszcie doceniona i dostanie służbowy samochód. Dowiedziała się o tym całkiem przypadkiem, przeglądając papiery dotyczące leasingu. Trochę się zdziwiła, bo jako pracownicy księgowości po primo auto jej nie przysługiwało, a po wtóre jako pracownica księgowości orientowała się, że Korporacja robi bokami, pod górkę, żyje ponad stan i na kredyt.

-Już wiesz? - spytała Halinkę Małgosia.
-Wiem, wiem - odpowiedziała rozpromieniona Halinka.
Małgosia popatrzyła na Halinkę jakoś dziwnie.

Po lanczu poproszono Halinkę do dyrektora.
-Pani Halinko, bardzo mi przykro, ale musimy zakończyć z Panią współpracę - oświadczył -Kryzys, co ja zresztą pani będę, w księgowości sami wiecie najlepiej.
-Ale ja miałam... przecież... - reszta skargi Halinki utonęła w szlochu.

Kusi mnie, aby rozszerzyć ten sadystyczny wątek o złamany obcas i obryzgane kałużą paletko, ale na tym blogu opisuję tylko fakty.
A fakty są takie, że auto zamówione dla odstrzelonej właśnie Halinki jedzie właśnie na lawecie w stronę chaty na bagnach. Coż, jako skromnemu podwykonawcy Korporacja nie mogła mi tak o kupić nowej bryki, musiała odebrać ją jakiejś, hak jej w smak, Halince.
Już za chwileczkę, już za momencik rozpoczynam testy nowiutkiego serwiswagen.
Stay tuned.
09:00, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 09 marca 2009
Z natury jestem piękny i mądry. Do niedawna byłem też młody. Gdybym zaś słuchał własnych rad, byłbym jeszcze zdrowy i bogaty. A zwłaszcza zdrowy.

O zdrowie trzeba dbać. Kopnąć się czasem na basen np., zwłaszcza na wiosnę. Z basenem jest wszakże ten problem, że  można się do niego zniechęcić gdzieś między szukaniem gatek a zakładaniem soczewek. A jeszcze trzeba dojechać no i zapłacić.
Lepiej, bo bezpłatnie (kryzys), a równie zdrowo założyć trampki i pognać kłusem przez pola. Choć z drugiej strony obwisły brzuch pod wpływem wstrząsów staje się w oczywisty sposób jeszcze bardziej obwisły, a w trakcie truchtu  miażdży kolana. Możliwe że z takiego dżogingu wrócimy na wózku.
Czy nie lepiej i pożyteczniej przećwiczyć obręcz barkową, myjąc na świeżym powietrzu samochód? Nie tylko zadba się o zdrowie, ale i zaoszczędzi na myjni więcej, niż wydałoby się na basen!
Najfajniejsze, że jeśli prognoza przewiduje deszcz w ciągu następnych dwunastu godzin, to z czystym sumieniem można sobie to mycie odpuścić.

Gdybym postąpił wg tego algorytmu miałbym dziś czystą brykę i... ale nie uprzedzajmy wypadków.

Swego czasu strasznie się zżymałem na doprawdy skandalicznie długą budowę jedynego jak dotąd wrocławskiego akwaparku. Latami nie mogła go pobudować grupa leniwych Niemców nadzorowanych przez rozkojarzone władze miasta. W końcu, sto lat po najbardziej ostatecznym terminie Wrocław jako ostatnia miejscowość regionu otworzył akwapark. Ku mojej osentacyjnej obojętności, bo mieszkając obok maciupeńkiej Oleśnicy oczywiście miałem taki pod ręką i od zawsze.

Ostatniej niedzieli zakończyłem bojkot i wraz z grupą ojców z przedszkola stanąłem na obmywanym falami brzegu basenu. Tata Franciszka z naturalną łatwością wcielił w się w hipopotama i począł ścigać i zatapiać naszych podopiecznych. Wykalkulowałem sobie, że nawet pod wodą dzieciak wytrzyma jakieś trzy minuty, więc mam czas żeby zjechać jakąś rurą.
Przed każdą była spora kolejka, bardziej na trzy godziny niż minuty. Z wyjątkiem jednej zjeżdżalni. Tak, wiem, że musiała być jakaś przyczyna, dla której odpuścili ją sobie inni plażowicze. Jak wspomniałem, dziedzicznie jestem piękny i mądry. Ale nie tylko to, jestem też odważny.
A poza tym, czas naglił.
Wlazłem do otworu przypominającego drzwi do lodówki. Tuż za nim była biała ścianka. Gdzie była rura? W podłodze. Opadałem z jednostajnym przyśpieszeniem. Śniadanie próbowało zostać na górze przeciskając się z żołądka przez przełyk. Przed oczami przelatywało mi życie. Dłużyzna. Przewinąłem parę lepszych momentów. Coś jak Kieślowski, ale bez głębi, krytyka ziewa, publiczność wychodzi. Wreszcie koniec - walnąłem dupskiem w pochylnię i pomknąłem z fajczącą gatki prędkością w kierunku wywiniętej skoczni. Na jej progu wygło mnie, przegło i chrupło w kręgosłupie. Bezwładnie chlupło do wody.
Teraz już wiem, że Wrocław opóźniał oddanie akwaparku z troski o mieszkańców.
Niemieccy budowniczowie zaprojektowali go tak, by skręcić karki najodważniejszym Polakom.
piątek, 06 marca 2009

Parę dni temu wyraziłem przypuszczenie, że drogami planowanymi na Euro 2012 pojedziemy dopiero za dwadzieścia lat. Dziś przyznaję się do nadmiernego optymizmu - nie pojedziemy nimi nigdy. My, czytający te słowa. Jak słusznie bowiem zauważył pewien zrozpaczony reformą kodeksu recydywista : "ludzie nie żółwie, nie żyją po sto lat".
Proszę mi nie przerywać, proszę się nie oburzać, tylko uważnie popatrzeć na mapkę ze obiecanymi drogami.

Prawda?
Nadzieja wszelako umiera ostatnia i jeden z czytelników (no dobra, Kwadrat), rzucił we mnie takim spostrzeżeniem:

"Przy okazji, nawiązując do Twoich blogowych insynuacji, jakoby przy budowie autostrady nic się nie dzieje. Budowa weszła w nowy etap o czym się przekonałem na własnej skórze. Od dwóch dni nie mam netu i może do końca tygodnia naprawią. Przyczyna - wyrwali kable razem z drzewem, które stało na drodze budowniczym autostrady"


Zauważyłem sarkazm Kwadrata, ale u podstaw jego trzeźwej obserwacji wciąż tkwi zupełnie nieuzasadnione, a naiwne założenie, że to nieudolni "budowniczowie autostrady" likwidują mu drzewa wraz z internetem. Jak raz przed chwilą za moim oknem przemknęła babcia Okoniowa z wózkiem pełnym drzewa "wziętego" z dworskiego parku. Nie raz i nie dwa jej oddane wnuki obaliły sosenkę na druty zaciemniając wieś, aż w końcu sama energetyka usunęła drzewa z pobliża linii.
Mimo, że babcia Okoniowa grasuje na północnym końcu wirtualnej A8, nigdy nie zdarzyło mi się wziąć jej wyczynów za budowę autostrady.
Bard pouczał: "pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic i nie zdarzy się nic aż do końca".
Nawet wojna z Gabonem.

01:28, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
środa, 04 marca 2009
Stół rodzinny, za nim my i Wujostwo Z Podróży

-Doskonała ta karkówka!
-Dziękuję. A co TAM Wujostwo jadło było?
-A... różnie.
-Kakadu, kakadu dosyć smaczne nawet..
-Nie kakadu, Jagna, tylko kudu. Antylopę kudu jedliśmy. I krokodyla.
-Kudu? Henryk, to kakadu było.
-Ja, ja wiem co to jest kakadu!
- Piotruś, nie machaj rękami jak krzyczysz, bo wywrócisz szklankę!
- Nie, Jagna, kakadu to taka małpa. Kudu - antylopa. Ogromna.
- Nieeee! Kakadu to nie małpa! Ja powiem, ja!
- Pozwól, Heniu, kurczaka.
- Kakadu TO-NIE-MAŁ-PA!
- Dziękuję. Sałatki?
- Chętnie.
- Kakadu to...
-... uważaj, rozlejesz
- ...PAAAPUGAAA!
- Hipopotam miał być dobry, ale strasznie tłusty..
-Kakadu to nie małpa, to paaaapuuuugaaaa.
-Może stary był. Czemu Piotruś tak charczy?
-Podziębiony jakiś ostatnio. Wracając do kakadu..
-Kudu
-Ach, kudu. Kakadu to małpa..
-Czemu to dziecko bije głową w stół?
-Piotrek, przestań bo wyjdziesz
-To nie jego wina. Za mało jodu w powietrzu, za dużo ołowiu w diecie. Nad Oceanem Indyjskim jest mnóstwo jodu...
- I co z tym kakadu? Znaczy - kudu?
09:44, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (3) »
Archiwum