niedziela, 30 marca 2008

Powiedzmy sobie od razu, że nie interesują mnie niuanse rozstrząsane przez obserwatorów OBWE, ze Rydzyk trochę za bardzo w prawo, a Michnik w lewo , czy na odwrót. Drobni detaliści szwindlu mogą co najwyżej napić się whisky z niedościgłym Jerzym Urbanem, ale nikt im, cieniasom, auta napisem "Goebbels stanu wojennego" nie upaprze. A przecież sztuka grubego, tłustego kłamstwa wcale nie umarła. Godni następcy mistrza już w tv są, chwilowo tylko kryją się w peryferyjnych redakcjach.

Tuż przed świętami robiłem w serwerowni, której właściciel mroził chyba mięso na wielkanoc, co miało dla mnie ten skutek, że przeziębiony i opatulony w pled spędziłem przed telewizorem ciut więcej czasu niż zwykle. Namierzyliśmy z Leniuchową tak bezczelną manipulację, że Urban z dżaga(1) wysiada. Stacją kłamiącą w żywe oczy okazała się... The British Broadcasting Corporation, which is usually known simply as the BBC.
Wstrząsajace.

Skacząc po kanalach zatrzymaliśmy się na dramatycznej scenie: niewielki, agresywny Azjata osaczył pulchną kobitkę i z takim sadystycznym zacięciem dręczy ją pytaniami: -Teraz już wiesz, ile dają ci przechodnie, powiedz widzom, ile naprawdę masz lat? No mów, powiedz telewidzom! - pokrzykuje, a tłustawy basztyl przełykając łzy odpowiada: "trzyyy-yyy-dzieści" i zanosi się szlochem, bo przechodnie na deptaku wycenili ją na dziesięć lat więcej.

Następnie kobiecinka zostaje poddana obróbce skrawaniem, cieplnej i laserowej, w wyniku której zyskuje białe zęby, traci okulary i w nowych ciuchach i fryzurze znów zostaje poddana pod osąd gawiedzi. Azjata porykując ze szczęścia ogłasza, że oto straciła w oczach bliźnich osiem lat, całuski, oklaski!

Gdzie tu szwindel? Otóż przedmiotowa babka, uczesana i umalowana wyglądała nie na osiem lat młodziej ale jakieś dwadzieścia starzej, jak własna f----g grandma, odstawiona w dodatku jak na bierzmowanie wnuczki. Dysonans dźwięku i obrazu był taki, że oczy bolały patrzeć. Wodzirej krzyczał: matura, ekran - emerytura. Choćby Urban ogłosił, że Popiełuszkę uprowadzili kosmici, nie przebiłby tych grandziarzy.

BBC Lifestyle, "10 lat mniej".

BTW. Podobno mamy odejść od przesuwania czasu, bo nie oszczędza już prądu czy coś. Jestem za. Nakaz "popchnięcia" lub "cofnięcia" czegoś w zegarku o trzeciej uważałem za nieludzki, bo nie lubię zrywać się w środku nocy, he he.

(1) dżag=jaguar. jaguarem sukinkot się wozi.

08:00, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (15) »
piątek, 28 marca 2008
  1. 80% rupieci zajmuje tylko 20% pojemności garażu ale...
  2. 20% wypełnia resztę.
  3. Glazura wujka Cześka, która do dziś uniemożliwia Ci posprzątanie garażu tak naprawdę została zabrana w 2003 ale
  4. nikt z domowników Cię nie ponagla, bo grozisz wywaleniem jego rupieci jako pierwszych.
  5. Półki z których byłeś taki dumny służą jako cmentarzysko różnych błonoskrzydłych.
  6. Potrzebne narzędzia pochowały się po kątach, bo...
  7. dojście do półek zawalone jest przez bezsensowne rupiecie.
  8. Wszelkie próby uprzątnięcia garażu wiodą do wniosku, że garaż jest bez sensu.
06:35, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (14) »
środa, 26 marca 2008
TVP właśnie zakończyła sześćset piątą emisję Czterech Pancernych. W ostatnim odcinku niewiele czołgów, więcej weselnego folkloru, który dziecko odpuściło sobie, a ja oglądałem z rosnącym zainteresowaniem. I olśniło mnie. Otóż Czterej Pancerni są leciutko tylko zakamuflowanym paszkwilem na ruskich!
Zjawiskowa, śliczna Pola Raksa i barytonowy Pedros Gajos mają symbolizować miłość polsko-radziecką i robią to doskonale. To być może najbardziej niezainteresowana sobą para w historii kinematografii w ogóle. Ona przez dwadzieścia odcinków bawi się warkoczem rzucając czasem zakłopotane: "niczewo", on omija ją starannie wzrokiem jakby jej widok sprawiał mu dotkliwą przykrość. Hasło "Janek i Marusia" wrzucone do obrazków googla zwraca jedną jedyną mikroskopijną fotkę najważniejszej pary najsłynniejszego polskiego serialu. Jest łudząco podobne do słynnej fotki "Charles i Diana chwilę przed bójką na pięści".
Janka serdeczniejsze więzi łączą nawet z sierżantem Biełousowem, o Szariku, który w istocie był suką, nie wspominając. Radziecka Marusia w polskim filmie obywa się w ogóle bez przyjaźni, zwierzając się z poczucia odrzucenia torbie sanitariuszki. Finałowy ślub, zresztą pokątny, bo na przyczepkę do wesela dużo bardziej przekonujących Gustlika i Honoraty jest imprezą wyraźnie wymuszoną na Janku. I to bynajmniej nie z TEGO powodu, który zwykle prowadzi do ożenku. Janek robi co robi bo musi z mocy niezależnych od niego, a potężnych układów. Widz zorientowany w historii domyśla się, że to układ jałtański. Widz wrażliwy zgaduje, że ich pożycie będzie jednym wielkim katyniem.
10:12, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 24 marca 2008
Osoby świeżo po posiłku proszone są o opuszczenie niniejszej notki.

Każde miasto ma swoja dzielnicę cudów, we Wrocławiu mówi się na taki rejon "Trójkąt". Trójkat pełen jest ekscentryków, ale i wśród nich zdarzają się egzemplarze o ponadprzeciętnej intensywności. Weźmy takiego Benka, który przy próbie zakucia go w kajdanki wyciągał z kieszeni duży gwóźdź i z rozmachem wbijał go sobie w czoło, w miejsce, gdzie był już sobie kiedyś przedziurawił czaszkę i wiedział, że ma spore szanse przeżyć taki wyczyn. Żaden kapral flak nie chciał brać odpowiedzialności za zejście kolesia z gwoździem w czole, więc zamiast do aresztu zawozili go na ostry dyżur.

To opowieść z rodzaju tych, którymi pryszczaci nastolatkowie lubią szokować dziewczyny wyciągnięte na pierwsze piwo, a przypominam ją z nie byle powodu - od Świąt mieszkamy z takim Benkiem. Ba, niewiele brakowało, żebym mieszkał sam z dzieckiem, bo z powodu dziury w czole Leniuchowa miała spore szanse zostania zatrzymaną do wyjaśnienia. (He, tym razem nie było to czoło Leniuchowej). Zaczęło się od porannego truchtu - truchtu w przypadku Leniuchowej, a dzikiego galopu naszej suki Liry. To radosne zwierzę ma pewien feler - oczopląs. Z powodu oczopląsu nie udało jej się trafić w mostek o szerokości jakichś - bagatela - sześciu metrów i wyrżła łbem w barierkę. Wiekowa weterynarka bez mrugnięcia oka wywaliła Leniuchowej, że doskonale zna tego typu rany, sto na sto będące wynikiem starcia psa z troglodytą uzbrojonym w siekierę.
Gulp.

No ale się zszyło, przyklepało, popsikało takim srebrolem i goi się jak na psie. Który zresztą zrobił furrorę wśród gości pod ksywą Inwazja-Śmierci-Z-Plutona.

Po tych szokach polecam kawałek na skołatane nerwy.
21:24, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (12) »
piątek, 21 marca 2008

Ze zdumieniem i poniewczasie dotarło do mnie, że Chińczycy na chwilę przerwą publiczne egzekucje na stadionach i w ramach olimpiady wpuszczą na nie sportowców. Podobno MKOl zabronił im jakichkolwiek gestów sympatii wobec rozjeżdżanego właśnie czołgami Tybetu, która to konkurencja to drugi - po rozwalaniu rzezimieszków strzałem w głowę na środku boiska - ulubiony sport chińskich komuchów. Nie wątpię, że sportowcy zastosują się do prośby, bo w końcu kto wie, czy w szatni, gładząc kolbę od parabelki, nie czeka na jakąś zuchwałość z ich strony regularna obsługa stadionu.

Jakoś tak się dzieje, że kraje dysponujące "nieskończonymi" rezerwuarami dóbr - morzem ropy, syberią gazu, czy miliardem napędzanych ryżem robotów mają swych obywateli za nic. Niechby - życie nie jest bajką i wolnoć tomku. Ale, czy doprawdy musimy wpadać do nich na imprezki i uśmiechać się, gdy podgłaśniają radio, by zagłuszyć bitych domowników?

Podobno musimy. Czemu? Bo nie sprzedadzą nam góry swoich śmierdzących tenisówek po pięć groszy para. I tych fenomenalnych rowerów a 100 zł w hurcie, loco Gdynia.
Panie premierze, nie ma obaw - sprzedadzą, z tego żyją. Odżałujemy też półtora brązowego medalu, jaki być może zdobylibyśmy na tej imprezie.
Z drugiej zaś strony, rozumiejąc, że myślenie kategoriami etycznymi może być dla premiera-liberała trudne, oszacujmy kolosalną darmową publicity, jaką mogłaby naszemu biednemu kraikowi przynieść decyzja o pozostaniu w domu.
Ale tylko podjęta teraz.

wtorek, 18 marca 2008
Cóż może być żałośniejszego niż spróchniała lafirynda? How about nachalna stara zdzira której nikt nie chce?
Ta zdzira to stręczona reklamodawcom poczta polska. Alfons-marketngowiec wytapetował wnętrza urzędów pocztowych informacją o tym, że bywa w nich 87% Polaków. He, na nieszczęście dla poczty w tych 87% mieszczą się też potencjalni reklamodawcy. Stojąc w ogonkach mogą podziwiać przemyślne algorytmy, wg których działa ten urząd. Jeśli np. ilosć ludzi w ogonku zejdzie poniżej 10, okienko sąsiednie natychmiast zostaje zamknięte. Bez względu na ilość klientów każdy z nich musi odpękać swoje dwie godziny. Co jednak, gdy klientów jest tylko dwóch lub trzech? Kiedy któryś poda awizo, urzędniczka przez chwilę wertuje obślurpane dekturowe pudełeczka, a potem zapada w czeluście magazynu. Czas płynie nieśpiesznie, a w dziewięciu przypadkach na dziesięć klient wraca z niczym, bo już nie ma, jeszcze nie ma, albo powinno być, ale nie ma. Bywa, że wśród tych trzech klientów na krzyż, żaden nie ma awiza i zachodzi ryzyko, że mogliby spędzić na poczcie mniej niż obowiązkowe pół godziny. Jest sposób i na to. Któryś klient może chcieć regulować należność banknotem. Well, wtedy jest sam sobie winien. Poczta jako państwo w państwie nie honoruje biletów NBP. I tak winniśmy jej wdzięczność, że przyjmuje monety, choć z nie należy przeginać z pięciozłotówkami. Wyjęcie stuzłotówki to zamach na zdrowie urzędniczki, których już parę oślepło wskutek wywrócenia oczu na widok tego banknotu. Równie dobrze możnaby wyciągnąć gnata - sprawy i tak nie załatwi, a tylko wpędzi w kłopoty.
Zamiast się wpędzać już lepiej grzecznie odkiblować z woreczkiem drobnych w jednym, a "Wojną i Pokojem" w drugim ręku. W przerwie między tomami można zrobić przegląd niechodliwego chińskiego barachła, jakie pechowi hurtownicy przepchnęli z magazynów na półki urzędów pocztowych.

Jakoś nie wyobrażam sobie, by którykolwiek z 87% bywających na poczcie Polaków chciał, by jego firma była z nią kojarzona. Jak wszystkim niechcianym, poczcie pozostaje zadowolić się samej - reklamami banku pocztowego. Fuj.
Pudelsi - Czerwone tango
10:09, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (16) »
niedziela, 16 marca 2008

Kiedy byłem małym chłopcem, hej, nurtowały mnie ważkie pytania o sens wszechrzeczy, teleranek i kto byłby górą, gdyby przyszło co do czego - King Kong czy Godzilla ?
Z wiekiem uświadomiłem sobie ich dziecinność, zostały zastąpione przez inne, głębsze i istotniejsze.
Np. czy Robocop poradziłby sobie z Terminatorem.
Dzięki szybkim prockom i interkowi nie musze już czekać, aż jakiś infantylny czterdziestolatek naciągnie magnatów hollywood na sto - dwieście milionów dołków i rozstrzygnie dla mnie tę kwestię. Robiąc dobry użytek ze służbowego laptopa pewien francuzik sam posklejał upragniony przez wielu film, który - jak bonie-dydy - w niczym nie ustępuje oryginałom, a nawet je przewyższa. Brak w nim całej tej bezsensownej gadaniny, tych holywoodzkich dłużyzn zaprojektowanych tylko po to, by widzowie mieli kiedy skonsumować popcorn czy wepchnąć łapę w dekolt zaciągniętej do kina dziewuchy.
Mesdames, monsieurs i wy, interkowa hołoto... przed wami 6 minut czystej akcji... zanim jednak klikniecie "plej" spróbujcie zgadnąć kto wygra to starcie: zły robot, dobry robot czy porucznik borewicz?

 

BTW. Owszem, inspiracją do tej notki było tytaniczne starcie komentatorów: "normalniejszej " i "USERA_ALK"

czwartek, 13 marca 2008

Swego czasu w NY było dość głośno o dwóch knypkach z Bronksu, którzy obejrzawszy film "Mój Brat Niedźwiedź" poszli przybić piątkę miśkowi w zoo. Zwierzę bardzo się ucieszyło z dodatkowego, jakkkolwiek krzykliwego, posiłku. Dzieci z marginesu, poznające świat przez okienko telewizora mają o nim zupełnie wypaczone pojęcie. Telewizja kłamie bowiem jak kłamała i przestać nie zamierza. Nie ma zresztą wyjścia. Kanał, który zamiast rozmiękczać młodociane mózgi Kubusiem Puchatkiem pokazałaby dokument pt. "miś uzupełnia dietę turystą" straciłby koncesję szybciej niż rozwija się skrót KRRiT.

Ciekawe, gdzie była ta instytucja, kiedy na ekranie szalała Czarna Mamba, heroina filmideł z fabryczki Tarantino. Czemuś strasznie mnie irytują filmy o kobitkach rozwalających dwoma machnięciami baletek sześciu stukilkowych zbirów. Chyba wyniosłem ten uraz z korytarza szkoły podstawowej nr 74, gdzie żeby powalić choć jednego zbira musiałem sie pocić całą przerwę, często zresztą nadaremno.
Uma Thurman gwałcąca logikę i fizykę w Kill Bill jest dla Rady OK, za to nie do przyjęcia okazała się boleśnie realistyczna reklama Mobilkinga Przypomnę, że czarnomambopodobne bohaterki łapią się w niej za różne gadżety, którymi w filmie akcji władałaby swobodnie jak chochelką: karabin maszynowy, piłę łańcuchową i bodaj strażacką sikawkę.
Spot z rzetelnością filmu szkoleniowego bhp pokazuje realne skutki takich działań. Mam nadzieję, że nim został zakazany uratował choć jedną blondynkę przed obcięciem tipsów piłą łańcuchową.

22:31, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (29) »
środa, 12 marca 2008

Wiosna to dla komputerowców niebezpiecznia pora. Zauważaja, że przez zimę przestali się mieścić w drzwiach i postanawiają coś z tym zrobić. Ambitniejsi potrafią np. zapisać się na Bieg Partyzanta o Memoriał Gajowego Maruchy.
Biegną, a falująca wokół pasa masa z każdym krokiem miażdży im skorodowane stawy. Może i dobiegną, ale na paraolimpiadę.

Zwykle w takich chwilach z piekła wychyla łysy łeb Lenin i pyta: szto diełat’ ? Bo coś z nadwagą zrobić trzeba.
Odpowiadam: nie ryzykować zdrowia dla figury, na miłybóg. Ostrożnie i stopniowo. Powoli i roztropnie. Jeśli można zaproponować... wpław do Azji. Cieśniną Bosfor. Wypatrzyłem z satelity fajne miejsce tuż poniżej mostu Mehmeta Zdobywcy w Stambule. Bosfor ma tu raptem 775 metrów. Z powodu ceny benzyny, temperatury cieśniny i ryzyka rozjechania przez tankowiec sugeruję rozpisanie tego bosforu na 31 długości (krótkości?) krótkiego basenu. Styl dowolny, w sensie - jak tam wygodniej, żabką rekreacyjną na przykład. Czasy wpisujemy w komentach.
Pierwszy Wiosenny Korespondencyjny Maraton Pływacki Pracowników IT - Bosfor 2008 uważam za otwarty!

01:32, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (40) »
poniedziałek, 10 marca 2008
Zdarzyło mi się kiedyś (z puszką piwa w ręku) wygłosić złotą myśl o tym, że "najlepsze w życiu rzeczy są za darmo". Czas jakiś później dowiedziałem się, że banał ów zapadł biesiadnikom w pamięć, a nawet zyskał mi opinię nie-tak-płytkiego-gościa-jak-się-wydaje.
He, nie wiem jak oni, ale ja przez "najlepsze rzeczy" rozumiałem interek i całkiem darmowy dostęp do najnowszych produkcji hollywoodzkich.

* * *

Znajomy administrator systemów komp w dużej instytucji ubezpieczeniowej nie był w stanie odtworzyć pewnych skasowanych danych. Skończyło się transferem sporej kasy do kieszeni poszkodowanych klientów. Nie był to co prawda powód ostatniego spadku na Wall Street, ale i tak kolega mógł zacząć sprzątać biurko. I pewnie by sprzątał, gdyby nie to, że serwer z feralnymi danymi nie figurował w żadnym oficjalnym spisie. W tej sytuacji całkiem gładko się wybronił, a i zauważył, że nazwa serwera... powiedzmy "jupiter" .. świetnie nadawała się do zmiany tematu rozmowy. Im bardziej drążył, tym większe budził zniecierpliwienie przełożonych. W końcu ktoś dał mu hasło dostępowe z radą, żeby - czegokolwiek tam nie znajdzie - się nie wygłupiał.

* * *

[Lysy]: te leniuch, zajrzyj na skrzynke
[Lysy]: obadaj kture filmy z tej listy się nadajom, to przyniose z roboty
[Lysy]: bo na wszystkie to życia nie starczy
20:00, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
sobota, 08 marca 2008

Ktoś kiedyś porównał pozyskiwanie info z interku do picia z hydrantu. Trzeba uważać, żeby łba nie urwało. Od siebie dodam, że ciecz w tym hydrancie bywa mocno zanieczyszczona. Zadałem googlowi proste pytanie o wymianę żarówek w fokusie, bo na pierwszy rzut oka wygląda, że trzeba demontować silinik. Odpowiedzi na forum użytkowników :
- niemożliwe, robią to dopiero w serwisie, który zatrudnia ET o wyjątkowo długich palcach. Kosztuje pięć dych
- niemożliwe, j.w., kosztuje dwie dychy
- możliwe, ale trudne, nawet dla ET
- trzeba byc kompletnym debilem, by nie poradzić sobie z tym w pięć minut.
ET ze mnie żadne, zadzwoniłem do dealera. Stówka. Chyba rzeczywiście wymienia ET, bo stawka kosmiczna.
Poza ET diler musi utrzymać też całą ligę koszykówki.
BTW czy gdziekolwiek na świecie _jeden diler forda_ potrafi zasponsorować jakąś dorosłą ligę?!
Zadzwoniłem do "niezależnego eksperta". Dałby radę, ale nie wiedział za ile, ani czy ma żarówkę... jeśli taki ćwok potrafi to może i mi się poszczęści.
Złapałem za śrubokręt i ustaliłem stan faktyczny.... trzeba być kompletnym debilem, by nie poradzić sobie z żarówką w pięć minut :-)
Pierwsze 100 zł zaoszczędzonych w drodze do miliona.

Update: wbrew kąśliwym komentarzom wymiana żarówek to nie śmychy-chychy. Leniuchowa pojechała zmienić żarówkę w dodżu, to kazali jej czekać na podnośnik, bo zaczynają od demontażu kół. Autentyko.
100 zł w plecy w drodze do miliona.

00:06, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (18) »
środa, 05 marca 2008
Nie mogę wyjśc z podziwu dla bezczelności typka, który próbuje sprzedać mi receptę na zdobycie miliona w ciągu doby.
Koleś! Ja swój pierwszy milion skołowałem w piętnaście minut. Wyłączyłem komputer, poszedłem po schodkach do księgowości, a pani Basia wypłaciła mi pierwszą pensję. I już. Po drodze do domu kupiłem gazetę za tysiąc pięćset, a do dwudziestego po milionie nie było śladu. I musiałem zdobyć swój następny milion.
Łza się w oku kręci, gdy pomyśleć o tym kraju szczęśliwych multimilionerów, bezlitośnie ograbionych później przez Balcerowicza.
Nie da się ukryć, dziś młodzi mają trudniej. Dziesięć tysięcy razy trudniej.
Z drugiej jednak strony już niedługo. Za rogiem, mili, czeka nas koniec władzy pieniądza w ogóle, a przy okazji implozja cywilizacji. Jeśli ktoś kupuje auto, powinien zwróć uwagę, czy do przedniego zderzaka da się łatwo podpiąć dyszel z orczykiem. Za dziesięć lat widok parki siwków ciągnących merca będzie normą.

A oto, jak się stałem Wernyhorą świata finansów na skalę chaty na bagnach. Najpierw doradziłem Leniuchowej paniczny wypad z funduszy inwestycyjnych. Tak, zachowamy się jak niepoważni niedzielni inwestorzy, jak nieświadoma zdrowych fundamentów krajowej gospodarki ciemna masa i czmychniemy, gdzie pieprz rośnie przy pierwszych oznakach dekoniunktury. Z podkulonym ogonem czmychniemy.
Dzięki temu manewrowi Leniuchowa wciąż ma się czym bawić w inwestowanie.
Co prawda, jakoś nie korzysta z moich następnych rad, doprawdy nie wiem czemu.
Chyba skupowanie ruskich obrączek na bazarku, by zakopać je potem w słoiku trzy kroki na północny wschod od szamba w ogródku jest poniżej jej godności jako inwestora. A przecież te obrączki wymieniłoby się później na kałacha, którym mozna zabezpieczyć nasze _średnioterminowe_ aktywa.
Czyli cukier, którego pareset kilo jako źródło łatwoprzyswajalnych kalorii pozwoli nam przetrwać parę następnych zim. I przednówków. A to warunek niezbędny by móc uruchomić aktywa długoterminowe. Tu się trochę waham... ale co tam. Wiadra ocynkowane, niezbędne w gospodarstwie. To inwestycja na lata. Trochę ostatnio zdrożały w mojej okolicy, bo jakis świr wykupuje każdą ilość. Ale za dziesięć, piętnaście lat... za mendel tych wiader kupimy Piotrusiowi...no wtedy to już będzie Piotr... kupimy mu żonę. Dużą, zdrową, szeroką w biodrach. Co z kolei uruchomi nasz plan emerytalny, czyli wnuczęta.
Lots of them.
Optymizm, mili, i wyobraźnia, a wszystko będzie dobrze.
09:00, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (23) »
wtorek, 04 marca 2008
Z wielu sympatycznych rzeczy, jakie mogą przytrafić się Wam w życiu, nieostatnią jest pojawienie się w moich zakładkach.  Warto? Jeszcze jak. Już drugi zakładkowicz wydaje - bynajmniej nie własnym sumptem - książkę. Daleki jestem od przypisywania sobie tu jakichkolwiek zasług, ale korelacja jest zadziwiająca - zakładek raptem dziesięć, książek aż dwie.
Ale na tym nie koniec, był jeszcze trzeci, który nakręcił film! Prawdziwy, acz krótkometrażowy. Nakręcił, a potem zniknął. I znów - czemu zniknął. Otóż musiał zastrzec sobie bloga, bowiem po nakręceniu filmu młode niewiasty, konkurujac o jego - reżysera - względy, po pierwsze pojawiły się w ilościach ponadprzeciętnych, po wtóre, czytając na blogu o innych jego podbojach urządzały mu nieustannie sceny. To mi dopiero zmartwienie, hę?

Dżentelmen skrywający się za przydomkiem Lone Gunman, dla znajomych  - Guma, zapewne nie odniesie tak oszałamiającego sukcesu. Z jakimś doprawdy fatalnym wyczuciem chwili opublikował bowiem poradnik inwestora w momencie, gdy większość potencjalnych zainteresowanych rozgląda się za sznurkiem do bielizny, by definitywnie zakończyć swą przygodę z giełdą. Przykra ta okoliczność w niczym nie ujmuje jednak samemu dziełu. Pozornie nie odbiega ono od innych producji tego typu. Znajomy matematyk podsumował: profesor ekonomii bierze na warsztat jedno proste równanie, a potem pisze o nim książkę, po rozdziale o każdym współczynniku. "Guma" profesorem nie jest, więc nie wychyla się poza cztery działania swego kalkulatora i garsc zdroworozsądkowych rad.

Tak szczerze, to w ogóle nie chce mi się juz pisać o tej książce, bo to w końcu mój blog, który, mimo wszystkich zmył i pozorów traktuje o tym, jakim świetnym gościem jest jego autor. Z niechęcią tylko przyznam, że  "jak zostać milionerem w 24 godziny" to najzabawniejsza rzecz od wypuszczenia XiV księgi przygód Tytusa, a jej autor to Jeremi Klakson świata finansów osobistych, co zostałoby zapewne między nami, bowiem geniusze z Prószyńskiego oprawili jego dziełko w przeohydną zieloniastą okładkę zastępczą.
Ale nie zostanie, bo książkę właśnie zaskanowałem i wrzuciłem do piratebay'a z cichopek na okładce i bobrem na co drugiej stronie.
OK, żartowałem.

W następnej notce: leniuch102, zainspirowany przekombinowaną książką kolegi-bloggera, opowiada o SWOJEJ drodze do miliona, uwiarygadnia się papierem wartościowym i podaje aaaabsolutnie pewne typy na inwestycje krótko, średnio i długoterminowe. Stay tuned.
00:46, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 03 marca 2008
Ktokolwiek zahaczył dziecinstwem o czasy Edwarda G. pamięta obezwładniającą nudę jaka zionęła z dziennika tv. A właściwie z wiadomości krajowych. Bo za zachodnią granicą... matkobosko, co tam się nie wyrabiało. Recesje, strajki, powódź, pożar i siedmiu jeźdźców apokalipsy.
A u nas spoks - górnik fedruje, hutnik wytapia, Edwarda G. przecina wstęgę... szerokim łukiem omijają nas nie tylko klęski ekonomiczne ale i kaprysy klimatu. Młodzi muszą uwierzyć na słowo - dzieciństwo w Polsce było niegdyś wystygłym piekłem.
Minęły lata, zmieniło się co mogło, z wyjątkiem jednego. Tornada o seksownych imionach wciąż atakują głównie Florydę.
W końcu doczekałem się, że również na moje bagna zawitał... no właśnie, kto? Ten "orkan", ale ta "Emma" czyli meteorologiczny transwestyta.
Uwierzcie, nie chcielibyście witać Emmy w samotnej chacie na wygwizdowiu. Niby człowiek sam doglądał konstrukcji dachu, ba, wskazał drzewo na więźbę, ale też sam będzie musiał sobie pogratulować największej lotni w gminie, jeśli jak raz Emma okaże się silniejsza.
Zaczęło się jak w horrorze. Las za drogą w jednej sekundzie ruszył w kierunku chałupy głośno szurając gałęziami. Na szczęście Lira zaczęła histerycznie ujadać i to, oraz korzenie, na chwilę powstrzymało niezrównoważone drzewa. Piotruś czym prędzej spylił na górę, a ja wyraziłem zdziwienie, że jeszcze świeci światło. Zgasło. Za oknem przeleciał jelonek bambi i dójka z odległego pegeeru.
I to był koniec atrakcji. Emma szumiał czas jakiś z nordycką sumiennością właściwą przybyszom z Wysp Owczych, poczym ucichł.
Życie jest pasmem rozczarowań.

BTW, szanse, że nawet w Stanach ktoś kopnie w kalendarz z powodu X37 (Exposure to forces of nature, Cataclysmic storm) są żałośnie małe, bo rocznie spotyka to jednego Amerykanina na 6,383,844. Już łatwiej zabić się spadając z wyrka - "Fall involving bed, chair, other furniture" zabił co 379 402 drugiego. Polecam źródło: "The odds of dying from... ", czytać - nucąc "jeszcze Polska..."
11:26, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
Archiwum