czwartek, 31 marca 2005
wojakNajważniejszym składnikiem ceny "markowego produktu" jest koszt przekonania klienta do jego "markowości". Domniemywać zatem należy, że gdzieś tam, w stertach niemarkowego barachła walają się produkty tanie i solidne, których producentom zabrakło kasy lub energii na wypromowanie marki. Gdyby konsumenci nie byli masą tak beznadziejnie ciemną, już dawno złożyliby się na paru ekspertów, którzy za zupełnie niewielkie w przeliczeniu na głowę klienta pieniądze zaryzykowaliby np. spożycie pięciu rodzajów mortadeli i popicie jej tanim piwem. Mogłoby się wtedy okazać, że np. Megawat z liderprajsa to wśród piw mocnych mercedes w cenie matiza (nieprawda, próbowałem).

Kiedyś, przed pierwszą wojną, powszechną rozrywką były występy zapaśników. Dyrektor stajni siłaczy ustalał: na mistrza promujemy Ryśka, bo ma zabójczy wąs i niewiasty za nim szaleją. Od tej chwili żaden osiłek nie śmiał wygrać z czempionem pod groźbą wykopania z roboty. Raz do roku w Hamburgu zapaśnicy jednak spotykali się bez udziału widowni, żeby w końcu móc się zorientować, który naprawdę jest najlepszy. Informacja ta na ranking miała wpływ najwyżej drugorzędny

Z telewizora wiemy, że królem piw jest tyskie bo wygrało wszystkie możliwe konkursy. Jakie - nie wie nikt, producent oszczędził nam nieistotnych szczegółów. Tak naprawdę, to liczące się wyróżnienie dostało inne polskie piwo. Jego nazwa spokojnie może zostać pominięta, bo firma przeznaczyła je dla niezasobnej młodzieży męskiej, ze szczególnym uwzględnieniem żołnierzy służby zasadniczej, a takiemu produktowi telewizyjne spoty nie przysługują. Tak więc duma polskiego browarnictwa czeka na mnie skromnie na dolnym regale między megawatem, a cytronetą po złoty pięćdziesiąt flaszka... Informacja to potęga.
15:42, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (8) »
sobota, 26 marca 2005
sempPrzez długie lata ekolodzy przekonywali, że zdehumanizowana Europa wytłukła u siebie wszystkie ptaki za pomocą przemysłowej uprawy zbóż. Niedawno dowiedziałem się, że masowe wymarcie grozi także ptakom w Polsce, tym razem za sprawą zaniechania wszelkich upraw i inwazji chwastów porastających dawne miedze i pastwiska. Ekolodzy stawiają sprawe jasno: należy używając kosy i sierpa wycinać spłachetki łąk, żeby ptaszki miały miejsca lęgowe, dostęp do dżdżownic itd. inaczej będziemy winni katastrofy i masakry, która obciąży nasze sumienia.

Jeśli komuś się wydaje, że apel taki do dowód kompletnego odklejenia od rzeczywistości grupy, co tu dużo gadać, jełopów, to ma rację. Tak się składa, że jestem wzorcowym właścicielem ośmiu starannie utrzymanych arów trawnika pośrodku bagnistej łąki, której koszenie ustało wraz z upadkiem pegeeru. W efekcie wszystkie ptaki zaparkowały w moim ogródku, na płocie, dachu i gdzie tam jeszcze. W czasie gdy komando sikorek przeczesuje trawnik, banda szpaków napie*dala w elewację na trzy zmiany tak, że fruwający tynk, styropian i wełna mineralna przeszkadza ekipie wróbli dokładnie obes*ać chodnik.

Proponuję ornitofanom spacer po gospodarstwach: niech poproszą o wypożyczenie kos i trzy razy do roku ruszą na łąki, pozyskaną trawę wysuszą i zeżrą sami delektując się trelem skowronka.
13:11, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (10) »
środa, 23 marca 2005
xx W moim ulubionym gminnym hipermarkecie (jedynym) pojawiły sie kosze z tanią (?) strawą duchową. Choć większość tytułów to patentowany szajs, przy odrobinie samozaparcia można wygrzebać coś ciekawego np.:

Altman, Gosford Park - film na sterydach, trudny w odbiorze, nie dlatego, że kwadransami nic się nie dzieje, ale przez tempo i mnogość równoległych wątków. Zdecydowanie dla dorosłych i to szybko kojarzących.

Machulski, Superprodukcja - he he he he he he. Niezłe, trudno żeby miał dobre recenzje, skoro treścią jest flekowanie krytyków i Andrzeja Wajdy (c). Pośmiertnie dostaje też Kieślowski, nie ma jak branża. Zabawne w 80%, pod koniec rozłazi się jak kilery.

Podczas gdy dobre filmy trafiają na kupę w hipermarkecie, nad dziełami z samego dna pochylają Wielcy Hollywood[tm]. Jeszcze nie otrząsnąłem się po wieści, że Tarantino wyreżyseruje kinową wersję ::13 w piątek::, kiedy Spielberg ogłosił, że weźmie się za Słoneczny Patrol. Stefan, zostaw viagrę, łyknij lecytynę, Słoneczny Patrol już nakręciłeś, w głównej roli obsadziłeś rekina, remember?
Wspomóż lepiej kolegę z dalekiej Bolandy. Panie Zanussi, moje ukochane ::Daleko od noszy:: czeka na pański talent !
09:09, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
wtorek, 22 marca 2005
xxPromień wiosennego słońca, dżingiel z zetki, ciepełko z kaloryfera, choć postrzegane przez różne zmysły są w istocie tym samym - falą elektromagnetyczną. Jak twierdzą fizycy, fale te mają dwoistą naturę i im krótsze tym bliżej im do strumienia cząstek. Odsłaniam okno i - cząstki, nie cząstki - wpuszczam do chałupy, co mi tam. Nie mam pretensji. Choć mógłbym. Bo np. nikt mnie się nie spytał, czy fale nieco dłuższe, którymi polsaty nadają swą obrzydliwą komercję, a telewizja publiczna rozmiękcza mózgi abonentom, czy fale te mogą naruszyć granice mojej działki i wtargnąć pod mój dach.  Dziecko sąsiadów za kopnięcie piłką w okno dostałoby pewnie od ojca paskiem. Nadawcom spod ciemnego satelity na sucho uchodzi bombardowanie prywatnych posesji al-dżazirą albo rydzykiem i do tego w paśmie gigahertzowym, coraz mniej z łagodną falą wspólnego mającym.
A ja nic, siła spokoju, zero protestów, sąd grodzki i Sztrasburg, prezes Walter i Ojciec Dyrektor mogą na razie spać spokojnie. Tyle że sobie antenę zamontuję, żeby wiedzieć, co mi tam na ogródek wrzucają. I dekoder, żeby móc monitorować, i gdy sprawy zajdą zbyt daleko, ewentualnie cofnąć milczącą zgodę na nadawanie na moje terytorium. To chyba jasne, że moje działania nie mają nic wspólnego z trywialnym piractwem.
14:58, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 21 marca 2005

Jakieś pół mojego zawodowego życia spędziłem obsługując sprzęt w Banku. Cokolwiek by nie mówić o tej instytucji, to bankowa serwerownia była świątynią Uniksa z kapłanem-administratorem i moją osobą jako well, wysłannikiem niebios do zadań specjalnych. Od czasu do czasu gniew bożka-serwera rzucał blady strach na wyznawców mamony, których tłumy kłębiły się wówczas na sali operacyjnej i przed budynkiem daremnie oczekując na wypłatę kasy wstrzymanej Awarią Systemu.

Prestiż wynikający z funkcji serwisanta ja i moi koledzy przyjmowaliśmy jako coś oczywistego. Tym większy był nasz szok, gdy Korporacja podłapała zlecenie na obsługę firmy kurierskiej. Ajenci Kuriera w swojej ciemnej masie pojęcie o komputerach mieli mętne, a już zupełnie nie rozumieli, czemu serwer kosztuje ich więcej niż dostawczak. Węszyli tu niezły przekręt, my zaś byliśmy cwaniakami, którzy wcisnąwszy im podejrzany złom próbują skroić ich jeszcze za kompletnie zbędny "serwis".

xxWymiana sprzętu u Kuriera wiązała się z przejęciem firmy przez Inwestora i wykopaniem części Agentów. Gęsta atmosfera przekładała się wprost na komfort naszej pracy. Zamiast sympatycznej rozmowy przy kawie z administratorem gotowym siedzieć z nami do bladego świtu jeśli trzeba, ajent-troglodyta potrafił zamknąć inżyniera w firmie i pójść do domu z wyłączoną komórką. Przewidujący wozili karimaty i śpiworki, gapy dla zabicia czasu mogły np. pojeździć do rana na paleciaku. Szczytem był typ, który chciał na noc zamknąć kolegę w serwerowni. -Rozumiesz kolego, sekjuriti - zapodał wręczając mu wiadro, które miało zrekompensować brak dostępu do toalety.
Dil z Kurierem okazał się dla nas szkołą życia, a nawet przetrwania.
09:53, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
sobota, 19 marca 2005
Idzie wiosna, a wraz z nią kolejny, ósmy sezon budowlany. W powietrzu unosi się rzeźwa woń domaluxu, którym stolarz wreszcie pokrywa robione od dwu lat schody. Pośród topniejących śniegów moja samotna chata otoczona bagiennym żywiołem trwa jak transatlantyk pośrodku oceanu .

Na wielkich kałużach tuż za ogrodzeniem lądują kaczki. Stolarz nerwowo macha pędzlem, by zdążyć, zanim jego audi zniknie wessane zdradliwym cmoknięciem. Kiedy odjedzie, zostanę na pokładzie sam, patrząc na czarnozieloną maź podchodzącą do okien. Być może komin wraz z anteną do interku pozostanie jeszcze chwilę nad powierzchnią. Póki starczy abonamentu możecie liczyć na notki z Tamtej Strony.


10:34, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (6) »
czwartek, 17 marca 2005
Postanowiłem uszczęśliwić bliskich i znajomych autorską kartką świąteczną. Jeśli macie dosyć piskląt i króliczków i stać Was na SMS-a za 4,50 pln + VAT...
Dobra, żartowałem.
Here it comes:

10:31, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (10) »
środa, 16 marca 2005
Młodzi ludzie pozostawieni sam na sam z szybkim łączem rychło zauważaja, że kamienne tablice dekalogu utrudniają im swobodne operowanie myszką. Pojawia się paląca potrzeba wygenerowania lajtowej wersji przykazań zważywszy, że nawet najgorszy zbrodzień nie wyniesie z interku ani wołu ani owcy o żonie bliźniego swego nie wspominając - tę skonsumować musi w realu.

Najpierw przyjrzyjmy się prawom własności intelektualnej. Jeśli chcieć niewolniczo trzymać się kodeksów, to lepiej od razu dać sobie spokój z komputerem. Zamiast tego postawmy zagadnienie w szerszym kontekście np.: Microsoft - największy kapitalista świata, monopol, łamanie standardów, nieuczciwa konkurencja - wystarczy ?! Z czystym sumieniem instalujemy spiratowane pozyskane Windows. Właśnie zmniejszyliśmy deficyt handlowy z USA i ukaraliśmy korpowampira.

xxLubimy np. Dodę? Jak tu jej nie lubić. Ale "własność intelektualna" w odniesieniu do jej piosenek...bez żartów proszę. Radośnie zasysamy album na twardziela...Enjoy.

Van Damm - klasyk przemocy. Jeśli ja ściągnę, to zatkam łącze i ktoś inny nie ściągnie. Ergo - dobry uczynek.

Za to nigdy, przenigdy nie wolno oddawać się w/w aktywnościom między 8:00 a 18:00. W tym czasie tysiące internautów flirtuje w pracy na gadu-gadu, pracowicie obsmarowuje firmy w blogach i rozsyła maile z gołymi babami. Sobek ściągający wtedy wszystkie części Rocky-iego potrafi spowolnić interek do tego stopnia, że okoliczne biura nie wyrabiają się i muszą doklikać po godzinach.
14:17, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 marca 2005

Producent komputerów, które naprawiam, do niedawna udostępniał klientom "Pełną Listę Komponentów". Wtrącił się marketing i oto klienci bez wykupionego kontraktu mają dostęp do ..."Ograniczonej Pełnej Listy Komponentów" (tm).

* * *

Blog niniejszy normalnie szwenda się po trzeciej dziesiątce listy przebojów, z wyjątkiem tygodni, kiedy na reklamującej go stronie pojawia się banner zupki Knorr. Spycha link do bloga poza ekran, a samego bloga do czwartej dziesiątki. Kiedyś lubiłem tą zupkę.

* * *

Jeśli chodzi o oszukańcze zwabianie internautów na strony internetowe to perfidia ludzka nie zna granic. Jakieś rozkociudłane popychle bezczelnie zajęło szacownej korporacji domenę www.milka.fr utrzymując, że tak właśnie mama dała jej kiedyś na imię: Milka, Milka Budumir. Na szczęście francuski sąd (quelle culture, magnifique) nie dał wiary pokrętnym tłumaczeniom sprytnej oszustki, jakoby zapłaciła za domenę żywą gotówką i używała jej do promocji swoich butików.
niedziela, 13 marca 2005
Życie co i raz dowodzi, że komputery to bezużyteczny złom. W zmaganiach z trudną rzeczywistością ich konstruktor, człowiek, jest wciąż osamotniony. Fakt, że jakieś liczydło spuściło bęcki Kasparowowi świadczy tylko o niewdzięczności maszyn względem ich twórców. Zachowują się jak przerośnięty dryblas, który już potrafi wyszarpnąć z ojca kasę na piwo, ale sam na siebie jeszcze zarobić nie umie. Spartoli za to dokumentnie każde zadanie, nawet tak proste jak prognoza rozwoju polityka małego formatu.
Miało byc tak:



a wyszło tak:


sobota, 12 marca 2005
też kret
Najpierw zasypało, teraz taje. Co rano brnę przez pośniegową breję do sklepiku po bułki i nowiny. Po powrocie dzielę się jednym i drugim z wygłodniałą rodziną.
- Wiesz z kim kręci Żwirek ?
- Z Muchomorkiem...
- A Krecik ?
- Z Myszką ?
- Nie. Z Agatą Młynarską, lat 40.
- Nieee !
- Tak ! Przyłapał ich reporter Faktu !  (przeglądnąłem w kolejce)
- Mój Krecik...
- Żaden Krecik, wiesz ile ma lat ?
- No ode mnie trochę  młodszy chyba jest...
- Ha ! On jest starszy nie tylko od ciebie, nie tylko ode mnie...
- ..niemożliwe..
- ale nawet od Agaty Młynarskiej !
- A ja myślałam, młody zdolny, na prognozach się wybije... To gdzie on się dotąd uchował ?
- Może w podziemiu ?
18:26, leniuch102 , z bagien
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 marca 2005
bestiaWydawać by się mogło, że odległość z bagien do W-wy skutecznie chroni przed upierdliwością kierownictwa. Być może. Poniżej stratosfery menedżmentu snują się jednak potępieńcy, którym nie dając pełni władzy przekazano narzędzia do dręczenia maluczkich. Mutanty te, zmuszone do ośmiogodzinnego stawiennictwa w biurze, z wiadomych względów nie cierpią telepracowników.
Psychologia biura czeka jeszcze na swego Le Bona, bo Dilbert nie jest w stanie wytłumaczyć, czemu rozsądny, sympatyczny w bezpośrednim kontakcie inżynier zmienia się w sadystyczną bestię gdy zlecic mu nadzór nad sprawozdawczością. Autentyczny przykład:

Ja: wysyłam raport
Bestia: błędy. przeczytaj instrukcję
Ja: czytam raz. czytam drugi. Eureka, podając czas wpisałem "8 h" a miałem podać bez spacji "8h" !!!. Poprawiam, odsyłam.
Bestia: błędy. przeczytaj instrukcję
Ja: czytam trzeci raz. nic. pass
Bestia: Napisałeś "10min" a powinieneś "10m". Wystarczyło przeczytać instrukcję.

Bestia sama tę instrukcję aktualizuje i informuje o tym mailem, ale nie myślcie, że można ją przeczytać w pdf-ie czy w internecie.
Należy zalogować się do firmowego serwera, z katalogu /export/home/bestia skopiować plik instrukcja-patch21.txt, wykonać polecenie "patch -p < instrukcja-patch21.txt" i już można czytać instrukcję poleceniem np. "pg instrukcja.txt". Świetny program to pg, bogaty w funkcje i prosty w obsłudze, na koniec dokumentu np. skaczesz klawiszem "$".
Po namyśle: przestało mnie interesować, czemu Bestia stał się Bestią. Ciekawsze, czemu nikt nie protestuje.
11:56, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (11) »
środa, 09 marca 2005

.. konstytucja USA zaczyna się słowami "My, Naród" ?
Europejska ma startować tak: "JEGO KRÓLEWSKA MOŚĆ KRÓL BELGÓW"
... nie żebym miał coś przeciwko :-D.

Na prawo patrz: ten kolo w różowej kokardzie to typowy król Belgów.
wtorek, 08 marca 2005
Swego czasu paru sprytnych rokendrolowców nagrało prześmiewczą piosenkę o Eli, która straciła przyjaciela. Song w założeniu miał byc kpiną z estetyki dansingowej, ale sam stał się megahitem. Odbiorcy wyrobieni odbierali go jako niezłe jaja, a szeroka publiczność jako kawałek pod jej gust. W ten sposób zespół najpierw napluł kołtunowi w gębę, by potem dzięki niemu napchać kieszenie kasą z tantiem.
Formuła taka przyjęła się w naszym szołbiznesie i śmiało podbija nowe obszary. Oto niejaki Staszewski dał gniewny odpór plotkarzom żerującym na śmierci artysty: "Nie zginął w sadomasochistycznym akcie, nie zabił go uczeń uzurpator, nie popełnił wymyślnego samobójstwa.", poczym przez trzy czwarte sążnistego artykuliszcza rozrabia najbardziej plugawe i nieprawdopodobne plotki ze smakiem znawcy roztrząsając wszystkie niemożliwe warianty. I nikt nie może mu zarzucić pogoni za sensacją, wręcz przeciwnie, on przecież dementuje i prostuje, nieważne, że dopiero w dwu ostatnich akapitach.


poniedziałek, 07 marca 2005
 
1 , 2
Archiwum