poniedziałek, 18 grudnia 2017

Duży może więcej, zatem i Belfer 2, grany przez "młodego" Stuhra powinien być lepszy od Belfra 1, w którym Stuhr ma 2x mniejszy brzuch.  Ale na tym kończą się przewagi dwójki nad jedynką.
O ile Belfer 1 był dobrym serialem ze słabszymi momentami, to Belfer2 jest słabym serialem z lepszymi momentami i jako taki nie nadaje się do oglądania. Niestety, wrocławianie muszą go obejrzeć, bo jedynym konsekwentnie mocnym punktem tej katastrofy jest właśnie Wrocław, a ja to nawet uczyłem się metrologii w budynku "liceum" Belfra 2 i nieobca jest mi przerażająca ulica Chudoby, przy której zamieszkał.
Kiedy pojawiły się napisy końcowe odetchnąłem z ulgą, choć akurat finał wypadł dosyć zaskakująco, zupełnie inaczej niż w pierwszej serii, która drążyła kwestię, kto zabił Asię Wachowiak Walewską, a na koniec okazało się, że w sumie odpowiedź nam powiewa.
Belfer 2 nieoczekiwanie potwierdza teorię, że krajem rządzą degeneraci ze służb specjalnych, aż chce się westchnąć, dobrze, że Macierewicz w końcu dobrał im się do skóry.
Wszystkim rozczarowanym Belfrem 2 tym bardziej polecam obejrzenie Belfra 1, a zwłaszcza zapoznanie się z prozą scenarzysty serialu nazwiskiem Żulczyk, który napisał jedyny dobry polski kryminał po roku 1945, zatytułowany "Ślepnąc od świateł".

17:00, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 grudnia 2017


Wiek dopada nas niesprowokowany.
(Pragnę zwrócić uwagę na poprzednie zdanie, bo jest literackim zdaniem klasy premium, które dostajecie za gratis na obskurnym, jak to się teraz mówi, blogu. Tymczasem spokojnie obroniłoby się jako linijka Szymborskiej)
A zatem, wiek dopada nas niesprowokowany. Dopadnięty przez wiek uświadomiłem sobie, że czas najwyższy spełnić... no może nie marzenia, bo dowodzenie pancernikiem Yamato z różnych względów byłoby obecnie trudne, ale przynajmniej jakąś ich namiastkę. Namiastka ma prawie cztery metry, dwa luki bagażowe i parkuję ją u mamy w garażu, którego wielką zaletą jest położenie tuż obok śluzy Różanka.
Już parę razy załadowałem nabyty okazyjnie kajak, bo o kajaku mowa, na wózeczek i piechotą, ciągnąc go za sobą na podobieństwo niebieskiego, bardzo długiego jamnika, przeprawiłem się na drugą stronę wału przeciwpowodziowego, by zwodowawszy się poniżej śluzy odpłynąć w kierunku zachodzącego słońca. I z powrotem.
Znakomita sprawa, polecam każdemu, z bliska buro-bure wody Odry nie różnią się zasadniczo od wód - powiedzmy - Amazonki, a o ileż do nich bliżej i w ogóle. Moje wyprawy zapewne wywołały poruszenie wśród sąsiadów, ale nikt go nie okazał - bo są - jak to sobie później uświadomiłem - arystokratami, jak ja.
Po ekstatycznym powrocie z pierwszej wyprawy siostra zadała mi pytanie: "A czy nie było ci głupio?" "Co głupio?". "No tak z tym kajakiem między ludźmi, ostatecznie jest tam chodnik, przejście dla pieszych, ścieżka rowerowa".
Zamilkłem, bo,o dziwo, w ogóle nie było mi głupio. Rzeczywiście, po ścieżce pomykali weekendowi rowerzyści na swoich ultralekkich rowerach, truchtały laski odziane w wymyślne stroje itp. W ogóle ostatnio miasto odwróciło się ku rzece, cywilizując jej nabrzeża za kupę pieniędzy, część tego splendoru spłynęła także na nasz jej odcinek. Przechodnie też nie wzięli się znikąd, wzięli się z nowych osiedli ze słowem "residence" w nazwie i cieciem - pardon - konsjerżem przy szlabanie.
Nie zawsze tak było. Bardzo dobrze - bo od pewnego momentu najlepiej pamiętamy naprawdę zamierzchłe czasy - pamiętam zielone chaszcze w miejscu apartamentowców i miasto kończące swój bieg na moście Osobowickim. Za mostem ulica była dosłownie ucięta i niebaczny wrocławianin, który nie skręcił w kierunku cmentarza lądował na drodze nieutwardzonej, acz zaminowanej, o czym przekonała się załoga zbłąkanego tam spychacza. Jak niesie legenda dwaj wysadzeni budowlańcy byli "dosłownie wszędzie"  i kompletowano ich przez dwa tygodnie po wybuchu.
Nie zna życia, kto nie budował za komuny.

20:05, leniuch102
Link Komentarze (2) »
Archiwum