czwartek, 29 grudnia 2011

Pora na wpis emfatyczny. Nietrudno o taki, bo A.Ś. to kraina rozlicznych wspaniałości nawzajem się przyćmiewających. Czy jest wobec tego jakieś jeden obraz, jedno uczucie które przeważyło, utkwiło i powraca jak sen jakiś złoty?
Owszem jest. Zanim o nim, chwila wprowadzenia.

Granica między Meksykiem a Gwatemalą biegnie przez tereny dzikie na północy i niebezpieczne na południu. Jej przekroczenie wiąże się albo z przeprawą przez wściekłe nurty Rio Lancadon, albo szemrane pogranicze na Pacyfikem, gdzie śmiesznie łatwo o kokainę, a jeszcze łatwiej - pchnięcie nożem.

Latynoski żywioł przybiera tam złowrogą i fascynującą formę. Po ulicach krążą mostrualne, pokryte matową czernią pikapy pełne zamaskowanych żołnierzy. Niczym młodsi bracia lorda Vadera lustrują spod kevlarowych hełmów zakazane gęby szwendających się po ulicach typów.

Pośród tej krainy ostrych noży i spiłowanych spustów istnieje wszelako oaza uśmiechu, relaksu i wiecznych wakacji. Zaludnia ją luzacko wygibany lud Garifuna, a oaza nazywa się Belize. Belize to kawałek Afryki pośrodku Ameryk. Garifuna jak większość kolorowych w okolicy są skrupulatnymi rasistami i stulecia po opuszczeniu Nigerii są dokładnie tak samo czarni jak na początku. Nie muszą już tyrać na swoich brytyjskich panów i zajmują się prostymi hobbies ludzi czarnych i wolnych: bębnieniem na bębnach, łowieniem ryb i popijaniem rumu. Spędziliśmy wśród nich dwa i pół dnia, ale to jeszcze nie TO wspomnienie.

U brzegów Belize rozrzucone są dziesiątki karaibskich wysepek. Czas płynie tam jeszcze wolniej niż na wybrzeżu, bo śpieszyć się po prostu nie ma jak. Każda próba wydłużenia kroku, podkręcenia tempa rychło  kończy się dotarciem do któregoś z krańców wysepki. Pozostaje przemierzanie jej nieśpiesznym posuwistym krokiem - najchętniej boso lub w klapkach.

I w tych klapkach właśnie docieram do najbardziej ekstatycznego wspomnienia całej podróży. Koniec dwuipółdniowego pobytu na wyspie Kejkolker, godzina do wyjazdu, pakujemy plecaki. Zdejmuję klapki i zakładam adidasy. Zakładam adidasy i robię krok. Jeden, piąty, dziesiąty. Matkobosko-z-gwadelupy, co za niesamowite, uskrzydlające uczucie, po tym całym beznadziejnym upierdliwym człapaniu w tych beznadziejnych klapkach. Ja nie idę - ja frunę. Jestem wykorbistym kotem - co tam kotem, sprężystą panterą jestem - w siedmiusetmilowych sportowych, naspidowanych butach.

I to właśnie było zapowiadanym najwyrąbistszym wspomnieniem z całej miesięcznej wyprawy na drugą półkulę.
Które sobie każdy może zafundować we własnym domu w cenie dziadowskich klapek.

wtorek, 20 grudnia 2011

Uważam się za urodzonego ekologa. Niektórzy muszą się nieźle napiąć, żeby poczuć się ekologami, ja mam ekologię we krwi. Nie widzę na przykład żadnego problemu w zielsku porastającym mój ogródek, może o tyle że przewiązuję hamak trochę wyżej, żeby mnie oset nie kłuł w mój ekologiczny zadek.

Kibicuję wszelkim inicjatywom mającym na celu pozostawienie tego, co jest, tak jak jest. Z zachwytem np. przyjąłem wiadomosć, że bagno wokół naszej chaty zostało zgłoszone do Natury 2000 jako ostoja kumaka. Nikt mi przed domem buraków nie zasadzi, pomyślałem sobie, ta łąka już zawsze będzie malowniczo brzęczeć komarami i kumać kumakami.

Dni mijały nieśpiesznie, a w ich tle młyny biurokracji podnosiły status łąki do "mającej znaczenie dla Wspólnoty" jako "specjalny obszar ochrony siedlisk".

Grubo myliłem się sądząc, że Natura 2000 po prostu pozwoli kumakom żyć w spokoju. Trwało bo trwało, ale jak już ruszyło... Łąkę rach ciach opalikowano a wzdłuż palików rozciągnięto gustowną czarną folię pcv. To dla własnego kumaków dobra, żeby sobie krzywdy nie zrobiły przechodząc przez jezdnię. W sezonie godowym pojawili się specjaliści z wiadrami, żeby przenosić te kumaki z łąki nad stawy.

Tyle, że w międzyczasie je wszystkie trafił szlag. Oui, w ostoi nie ma obecnie ani jednego kumaka - słabo padało to i ostoja wyschła. Ostatniego kumaka rozjechałem gdzieś jesienią 2006. Obecnie łąka jest we władaniu bażantów i saren, z wdziękiem skaczących nad pokumakową folią.

Ciekawe, czy sponsor folii, wiadra i operatora wiadra kiedyś się w braku kumaka połapie?

Tagi: kumak
21:27, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
sobota, 17 grudnia 2011

Dziś sam konkret i mięcho. Zostałem poproszony przez znajomego o poradę, co kupić dzieciom pod choinkę: konsolę, peceta, a może jeszcze coś innego, na czym bedą mogą łupać w gry przez następny sezon.
Mimo, że sam gram na pececie, odpowiedziałem bez wahania, że konsolę, konkretnie tę z literką x w nazwie.
Potem z ciekawości sprawdziłem, ile kosztuje pecet rekomendowany do gry w Battlefield 3.
Ceny brutto w oparciu o aktualny cennik podzespołów popularnej wrocławskiej hurtowni części komputerowych bez narzutu pośrednika-składacza.

Nazwa Cena
Procesor AMD Athlon II X4 640 BOX 95W 2MB 3.0GHz S-AM3 447,23 zł
Płyta F7025+nF630/VGA/DDR3/COM/AM3/mATX 168,95 zł
RAM DDR3 4 GB/1333MHz PC3-10600 CL.9 62,66 zł
Dysk  500GB  7200 16MB SATA III 333,34 zł
VGA  GTX560 OC 1GB GDDR5 256b 2DVI+mHDMI PCI-E 726,75 zł
Obudowa  USB 3.0, 600W ATX 2.3 219,04 zł
Xbox 360 Wireless Controller for Windows 160,43 zł
MS Windows Home Premium 7 SP1 OEM 64Bit POLISH 1-pack 404,99 zł
  2 523,39 zł



wtorek, 13 grudnia 2011

W obecnej dobie autorytet Ojca jest kruchy jak pokój na Bliskim Wschodzie. Przychodzę któregoś dnia do domu i okazuje się, że dziecko moje słucha się jakiegoś typa o ksywie JJayJoker. "Dzidzia Dżoker", jak go natychmiast prześmiewczo przezwałem jest autorytetem świata Minecraft, pociesznej gry sieciowej, która wygląda jakby napisano ją w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, ale w którą z jakichś powodów grają WSZYSCY. W każdym razie wszyscy koledzy syna. I koledzy ich kolegów. Dość napisać, że kolejne reportaże Dzidzi Dżokera z jego wypraw do Minecraft są na samym czubie polskich przebojów YouTube.

Niestety, w świecie Minecraft mam zerowe rozeznanie i jako taki nie istnieję dla własnego dziecka. A w każdym razie nie istniałem, aż do przedwczoraj.

-Tato, tato, JJayJoker nie gra już w Minecraft!
-O.
-Tak, teraz gra w taką wyczepistą grę: Skajrim, gdzie walczy z kościotrupami, czarownikami i takimi tam. Świetna gra, jest już na czwartym poziomie i przyjęli go do Bohaterów.
-Aha?
-No, takich rycerzy, którzych wszyscy w Skajrimie się boją. Jak się postara, to awansują go na wilkołaka.
-Błąd.
-Co?
-Błąd. Czar wilkołaka podarowały Bohaterom Wiedźmy. Bohaterowie nie wiedzą, że również po śmierci będą musieli służyć Królowi Wilkołaków.
-Aaa... a skąd ty to wiesz?
-Bo musiałem pokonać Wiedźmy, żeby odkręcić to całe wilkołactwo, za co zresztą Bohaterowie uczynili mnie swoim Heroldem. Jestem także Tanem Białej Grani i Zimowej Twierdzy, posiadaczem siedmiu smoczych dusz i jako gracz na dwudziestym czwartym poziomie nie mógłbym nawet spojrzeć na Dzidzię Dżokera bez spopielenia go samym wzrokiem.

- ...

(syn podnosi z parkietu opadniętą szczękę)
The Elder Scrolls V: Skyrim ScreenshotSee More The Elder Scrolls V: Skyrim Screenshot at IGN.com
                * * *

Si, listopad to dla graczy niebezpieczna pora, w listopadzie wychodzą na półki sklepowe zawodnicy wagi ciężkiej, że wymienię Modern Warfare, Battlefield, Assassina oraz Need For Speed. Prasa doniosła, że dochód z MW3 właśnie przegonił dochód z Avatara, spychając kinematografię do niszy dla emerytów.
Jak dla mnie ten sezon należy jednak do Skyrim, który przebojem wdarł się do czołówki i podniósł gry fabularne na nowy poziom. Wyraźnie zresztą wyższy, niż ten, po którym pętał się nieznośnie pretensjonalny Wiedźmin. Szkoda, bo gdyby autorzy tego ostatniego dopracowali rozgrywkę, zamiast szlifować wizualnie "porywającą alegorię pogromu kieleckiego", którą zachwycał się jeden z zaczadzonych recenzentów z Wyborczej, to może właśnie Wiedźmin zarobiłby w tydzień pół miliarda baksów.


piątek, 09 grudnia 2011

Nie żebym się znał na końcach świata, ale nolens-volens nabrałem ostatnio orientacji w Majach, którzy jakiś czas temu ów koniec świata ogłosili. Istnieje szeroko rozpowszechnione przekonanie o wybitnych osiągnięciach Majów w zakresie matematyki, astronomii, budownictwa sakralnego, gry w piłkę, czarnego piotrusia, wodolotniarstwa, ikebany, spekulacji giełdowych, fizyki ośrodka sypkiego... you name it.

Znajomość konkretnej daty końca świata stwarza ogromne możliwości: można np. zaprzestać płacić składki ZUS, a zoszczędzone pieniądze wydać na wino, kobiety i śpiew, postanowiłem sprawdzić więc naocznie, czy Majowie mieli niezbędne kompetencje, żeby zajrzeć Przyszłości w karty.

Odwiedziłem majskie centra obrzędowe w Palenque, Tikal, Chichen Itzy, Copan, Tulum, Dzibilchaltun, Uxmal i Coba. Trzy kraje i trzy tysiące kilometrów, thank you very much. Dałem zarobić współczesnym Majom: górskim z San Cristobal, leśnym z El Peten i wodnolądowym z wypożyczalni aut Ejecutivo na Riviera Maya. Wybrałem się do muzeum antropologii w mieście Meksyk, by z bliska zajrzeć w oczodoły kryształowej czaszki (z umiarkowanym powodzeniem, czaszka ma pięć centymetrów średnicy).

Podbudowawszy wrażenia organoleptyczne lekturą przewodników stwierdzam co następuje: Miłosz miał rację i żadnego końca świata nie będzie.

Przy okazji wizyty w każdym z centrów obrzędowych dowiadywałem się, że zostało wzniesione "bez udziału zwierząt jucznych i zastosowania koła". Hmm, interesujące, ale sam bym się nie chwalił. Mógłbym odpuścić im te zwierzęte juczne (selektywny chów ciężarowych oposów mógłby się nie powieść), ale niewynalezienie koła przy takiej obfitości kauczuku jest doprawdy karygodne. Nie wpadli nawet na to, żeby sobie napompować piłki do peloty!

Niech tam... nie oszczędzę Majom niczego: nie wynaleźli nawet łuku.

W jaki zatem sposób mogli wpaść na datę końca świata???
Nie mogli i nie wpadli. Idę przelać ZUS.

Poniżej: Tikal, jedna z "9 Nerdy Film Locations You Need to Visit in Your Lifetime"

środa, 07 grudnia 2011

Jest taki stary harcerski dowcip, w którym drużynowy obwieszcza druhom nowiny dobre na przemian ze złymi, a ci odpowiadają wybuchem entuzjazmu (Huurrrra!) lub rozczarowania ("Łeeee"). Z grubsza leciało to tak:
-mam dla was nowe trampki !
-Hurrra!
-ale tylko lewe
-Łeee

itd.

No więc zakładając, że piszę dla fanów kindla, w podobnej formie streszczę moje przygody z kindlem w terenie.

Przez cały miesiąc podróżowałem z kindlem po Ameryce Środkowej. Ładowałem go raptem dwa razy, korzystaliśmy z niego na przemian zarówno czytając literaturę (w tym klasyk: "Pamiętnik żołnierza Korteza") jak i przeglądając pedeefy z przewodnikiem. Sprawdził się na sto dziesięć procent i tę część spokojnie mogę podsumować gromkim: hurrra!.

Był świetny i niezawodny, aż do ostatniego dnia. Ostatniego dnia jak zwykle przed dłuższym spacerem (z hotelu metrem na lotnisko) zapakowałem podręczny plecak do plecaka większego. Tym razem jednak w dużym plecaku były pamiątki ponakupowane na odjezdne, dlatego, żeby go zawiązać musiałem ciut mocniej przycisnąć.

Coś w nim zgrzytło i jakby chrupło.
Łeeee....

Po rozpakowaniu okazało się, że kindle (w półtwardych okładkach) jest nienaruszony,
Hurra!

Ale po włączeniu działa tylko ca 10% ekranu.
Łeeee,

Ale w interku piszą, że to częsta przypadłość kindli, więc spoks.
Hurrra!

Tylko że gwarancja na mojego kindla wygasła dokładnie trzy dni przed awarią.
Łeeee.

Ale kupiłem byłem jeszcze jednego kindla dla Leniuchowej, któremu jeszcze nie wygasła, więc mogę zachachmęcić i wysłać swojego jako jej. Tak zrobiłem i w ciągu trzech dni (!!!) dostałem nowiutki egzemplarz.
Hurra!

Tylko że obciążyli mnie na 200 dolarów.
Łeee.

Ale zaraz zrefundowali, bo gwarancja.
Hurrra!

Stay tuned.
I nie skaczcie po swoich kindlach, nie?

Tagi: kindle
20:24, leniuch102 , z podróży
Link Komentarze (11) »
Archiwum