czwartek, 30 grudnia 2010

Inside joke to taki dżołk dla wtajemniczonych, w tym wypadku - mieszkańców Wrocławia i okolic.
Dżołk nie mój, cytuję za drogowcami:

"30-12-2010
Wrocław ma już nowoczesną, komfortową obwodnicę

30 grudnia 2010 roku wrocławski oddział Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad uruchomił Autostradową Obwodnicę Wrocławia (AOW). Głównym celem inwestycji jest  skierowanie ruchu tranzytowego poza istniejący układ ulic stolicy Dolnego Śląska. Obecnie tranzyt poprowadzony jest  ulicami miejskimi,  których parametry nie są dostosowane do  skali natężenia ruchu. AOW zatem, poprowadzona północno-zachodnim obrzeżem miasta, w znacznym stopniu poprawi rozwiązania komunikacyjne a także wpłynie na bezpieczeństwo ruchu"

http://www.gddkia.gov.pl/article/8408/wroclaw-ma-juz-nowoczesna-komfortowa-obwodnice

Uff, kiedy już otarliśmy łzy śmiechu, a co wrażliwsi - po prostu łzy, możemy wsiąść do aut i pojechać do roboty pchając się jak zwykle przez centrum miasta.
Czemu nie skorzystacie ze swojej "nowoczesnej, komfortowej"? - zapytają niezorientowani.
Ech, długo by tłumaczyć.

środa, 29 grudnia 2010

Przy okazji zakupów na Amazonie, kiedy już się stworzy konto, zgłosi kartę kredytową, zapomni hasła etc., słowem odwali mitręgę niezbędną, by zdarli z ciebie skórę, warto skorzystać z całkiem nieznanej usługi amazona. Nazwali ją "elastic computing cloud" i - czym by się nie okazała - brzmi trendy.

Chodzi z grubsza o to, że Amazon stawia ci wirtualny serwerek w necie. Jeśli jest całkiem mały (613 MB RAM, 10 GB HDD) i linuksowy, wtedy jest za darmo, przez rok.

Oferta zbyt piękna, by mogła być prawdziwa, dlatego postanowiłem samodzielnie ją przetestować. Oczywiście zawiera hak. A właściwie haczyk, w sumie niewielki, bo tydzień pracy rzeczonego serwera kosztował mnie na razie 0,01$, plus VAT.

Niedużo, a w życiorysie zawodowym można dopisać: Unix/Linux Elastic Computing Cloud Specialist; administrował popularnym serwisem w technologii "cloud computing".

Gdybym był pracodawcą zaprosiłbym takiego z czystej ciekawości.

* * *

Na mroczniejszą nutę... nowonabyta skłonność do klasyki weszła w następną fazę.

Beethoven Sonata Op. 69, Adagio cantabile - Allegro vivace by aristidesrivas

15:36, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
czwartek, 23 grudnia 2010

-Puknij się w głowę, Aziz, nie ma takiej opcji, żebyś wwiózł toto do Anglii. Poważnie, owczarek wywęszy nawet szczyptę trotylu, a co dopiero piętnaście kilo. Co? Pięćdziesiąt? Nauczyłbyś się liczebników, tyle czasu u nas siedzisz.
Ty, a gdzie kupiłeś ten trotyl? Na bazarku w Ostrawie? Za siedemdziesiąt tysi? Euro? Koron! Taniocha.

To wypijmy... No co ty, żartowałem. Przecież wiem, że nie pijesz, odłóż ten kindżał. Ja wypiję, ty się sztachnij.

Uwierz mi, że z Anglią to kiepski pomysł... Ale czekaj mam lepszy... Genialny, w istocie genialny! Jest taki kraj... taki kraj, gdzie nie pozwalają budować minaretów i piszą, że Mahomet to ciota.  Hej, zostaw ten kindżał, dla mnie Mahomet jest kul, to Szwajcarzy tak...
Do Szwajcarii jest dużo bliżej niż do Anglii i w ogóle nie potrzebujesz nic wysadzać.

Musiałbyś tylko wejść do dwóch... nie trzech serwerowni. Trzy banki, trzy serwerownie. Tu masz identyfikatoy serwisowe... tak wygląda światłowód, a tak dysk. Wchodzisz, tniesz światłowody, z każdej półki wyciągasz po dwa dyski i rozwalasz je o siebie. To wystarczy, uwierz. Kraj staje w piętnaście minut... na przynajmniej tydzień, póki sobie tych kont z bekapów nie poodtwarzają. Giełdy szaleją, waluta pikuje w dół, armagedon, mekong delta.

Ja? Ja nic z tego nie będę miał. Z czystej sympatii do wielkiego narodu czeczeńskiego! No wypijmy!  Żartowałem!

* * *

Niestety, nie znam żadnego islamisty  imieniem Aziz i nieprawdą jest jakobym nie miał nic do zyskania na załamaniu kursu franka szwajcarskiego. Ale przecież kredytobiorców we franku są dziesiątki tysięcy, może któryś ma jakiś pomysł na zbicie kursu... tak do osiemdziesięciu groszy, żeby szybko spłacić? Albo zna jakiegoś Aziza?
Tak tylko pytam....

____________________
http://www.finanse.egospodarka.pl/60351,Kurs-franka-najwyzej-od-marca-2009,1,48,1.html

15:55, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
niedziela, 19 grudnia 2010

W desperackiej próbie podreperowania nadwerężonej reputacji (matkobosko ile tych er) zamieszczam dziś relację z wernisażu. Sztuki. Konceptualnej.
No Kidding.

Sztuka współczesna ma swoje kody – nie zawsze zrozumiałe dla nieprzygotowanego umysłu. Istnieje też specyficzny język mówienia o sztuce, czasem przypominający w swej hermetyczności narzecza izolowanych plemion żyjących gdzieś w Amazonii czy w tropikalnych lasach Nowej Gwinei. Dziwnie brzmiące kombinacje dźwięków, nic nie mówiące obcoplemieńcom, przenoszą istotne treści – istotne przynajmniej dla wtajemniczonych w sekretny język plemiennych kodów.

Dramat formy
Biała gładka płaszczyzna kartki papieru, przełamana w nieprzewidywalnych skrętach, ujawnie nieoczekiwane napięcie dramatyczne. Pozornie monotonna powierzchnia kryje w sobie bogactwo przestrzenne, wychodzi poza płaskość ściany, stawia odbiorcę wobec refleksji nad codziennością ujawniającą swoje dodatkowe oblicze. Dynamika prowadzi od niewielkich deformacji w stronę zagłady i zniszczenia.

Był las
Nie było nas – był las, nie będzie nas – będzie las. Poświąteczna codzienność kraju bożonarodzeniowej choinki każe zwątpić w prawdziwość tego porzekadła, przynajmniej w jego drugiej części. Na przyjście Dzieciątka odbywa się hekatomba lasu – tego, który wprawdzie był gdy nas nie było ale którego już nie będzie.

Paradoksalny Pojemnik Pamięci
Co może lepiej oddawać naszą bezradność wobec historii, niż nieuporządkowana sterta starych gazet, ze splątanymi związkami przyczynowo- skutkowymi, gdzie niejednokrotnie przeszłość wyprzedza przyszłość?

I wreszcie, po serii uznanych twórców, dzieło młodego artysty, przełamującego stereotypy kulturowe cywilizacji białego człowieka, wychodzące – w nieuświadomiony jeszcze przez niego samego sposób – ponad granice konwenansu europejskiego. Elementy turpistyczne są tu kontrapunktem nużącego rytuału otaczającej banalności, a wręcz niezauważalna w gorączce codziennego wiru czynność staje się punktem wyjścia do refleksji nad sensem istnienia.
Kolacja pana Sedesa

Piotr Leniuch (7)

Pytanie konkursowe: co leży na talerzu przed Panem Sedesem?

12:07, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (13) »
środa, 15 grudnia 2010

Mieszkając na bagnach trzeba liczyć się z tym, ze każdy spacer z psem może być ostatnim. Jeden niebaczny krok i bagno z głośnym cmoknięciem składa na spacerowiczach ostatni pocałunek.
To scenariusz optymistyczny.
W pesymistycznym wracasz jednak do domu i musisz wyczyścić oba psy z błota. U nas przypomina to partię ping-ponga. Czyszczę psy i wrzucam do środka. Po chwili drzwi otwierają się (ręką leniuchowej) i psy z powrotem wylatują na dwór. Czyszczę je trochę mocniej i znowu wrzucam. Drzwi się otwierają... itd. itp.

Tak było kiedyś, przed globalnym ociepleniem. Teraz mróz skuwa bagno już w listopadzie i ściska aż trzeszczy, mogę brnąć przez śnieg w dowolną stronę. Bagno, stawy, rzeka, droga: wszystko zaciągnięte białą gładzią. Pługi jeżdżą rzadko, czekają chyba, aż właściciele przekopią swoje do jezdni i dopiero potem wywalają to białe z drogi na odśnieżone przed domami.

Tak, globalne to nie przelewki. Nad światem zatrzasnęła się niewidzialna kopuła z dwutlenku węgla i wysysa te celsjusze w kosmos. Czy tak jakoś.

No mniejsza, Polska na biało już w niczym nie ustępuje Szwecji, a pewno ją i przewyższa. Nie tylko zresztą Polska ze Szwecją, świat w ogóle jest piękny, tylko ludzie próbują go oszpecić.
Poniżej dziesięć najbrzydszych aut mijającego roku:

forbeszdx.jpg
©Courtesy Honda

Acura ZDX

Segment: Hatchback Crossover
MSRP: $45,495







forbes-crosstour.jpg
©Courtesy Honda

Honda Accord Crosstour

Segment: Hatchback Wagon
MSRP: $29,670







forbes.cube.jpg
©Courtesy Nissan

Nissan Cube

Segment: Small hatchback
MSRP: $13,990







forbesxb.jpg
©Courtesy Toyota

Scion xB

Segment: Small Hatchback
MSRP: $16,720







forbeshhr.jpg
©Courtesy GM

Chevrolet HHR

Segment: Crossover

MSRP: $18,720

 

Zestawienie powyższe łyknąłem ctrl-c/ctrl-v wprost z przezabawnego serwisu Yahoo Finance. Trafiłem na niego przy okazji hazardowania się na giełdzie. Czy był to jedyny zysk? Czy pokonałem rynek i strategię lonegunmana?
Stay tuned.

15:52, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 13 grudnia 2010

Zwykle gdzieś tak w okolicach Świąt niektórych dopada chętka, żeby zrobić coś dobrego. Jeśli ten ktoś jest personalną w korporacji, to kropi do wszystkich pracowników mejla takiego, jak znaleziony dziś w mojej skrzynce:

"Kochani,

Tak jak rok temu tak i teraz pragniemy rozświetlić uśmiechem twarze dzieci ze Szkoły Specjalnej w Głuchej.  Uczą się w niej dzieci które potrzebują specjalnej opieki.
Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia w tym roku podarujemy słodycze. Dzieciaki na pewno ucieszą się ze słodkiej niespodzianki.
Podobno dobro powraca:)

Pozdrawiam serdecznie
Wiktoria"

Nie wiem jak Wam, mi przed oczami staje stadko śliniących się debili z lizakami w rękach. Nieletnie niedorozwoje uśmiechają się czarnymi pieńkami popsutych zębów w kierunku hojnych sponsorów.

(Jakbyśmy nie dość mieli jednego pogodnego kretyna z dwururką [1])

Zżymam się nie od dzisiaj na ten rodzaj dobroczynności. Doprawdy, jaki jest - każdy widzi, najpewniej źle skończy, ale póki co naszemu krajowi daleko do jakiejś Albanii, gdzie upośledzony dzieciak umiera z głodu albo sprzedawany jest na części.

Czy nie ma innych potrzebujących?

Czy np. wszyscy młodzi zdolni kontrafagociści mają instrumenty, o jakich marzą i na których mogli by wydmuchać światu chwałę polskiej szkoły kontrafagociarstwa? Saksofonu? Fortepianu?

Nie samym lizakiem żyje człowiek, koleżanko Wiktorio, możnaby się dla odmiany dołożyć jakiemuś Jankowi Muzykantowi do skrzypiec, nie przyszło wam to do głowy?

Chyba nie, skoro nie wpadła nawet na to, żeby podać numer konta, na który mogłaby przelać pieniądze (duża) część pracowników zatrudnionych poza Warszawą. I dobrze, dzieci z Głuchej wyciumkają parę lizaków mniej.

* * *

To głupie, ale od jakiegoś czasu katuję rodzinę Szopenem. Kiedyś by sobie nie dali, ale po doświadczeniach  z Herbiem Hancockiem na Szopena nikt ani piśnie.
Encore: F. Chopin Nocturne No. 20 in C-sharp Minor by Igor Lipinski

________________
[1]  Obiecywałem sobie, że nie będę się nabijał z Najwyższego Urzędu RP, ale odkąd wybrał sobie na doradcę gen. Jaruzelskiego - porzuciłem skrupuły.

22:36, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (19) »
czwartek, 09 grudnia 2010

Nie tak znowu dawno naprawiałem sprzęt firmy X. Zanim pozwolono mi się dotknąć śrubokrętem do urządzeń X poinstalowanych po ludziach musiałem przejść dwumiesięczne skoszarowane szkolenie wyjazdowe, zaliczając po pięć testów dziennie i zdać na koniec czterogodzinny egzamin praktyczny podczas którego schudłem dwa kilo.

Dzisiaj mam naprawiać sprzęt firmy Y, która chętnie skasuje swoich klientów za moje usługi naprawczo-instalacyjne, ale za całe szkolenie oferuje parę internetowych quizów. Zdam - wszystko jedno jak - i mogę przyczepić sobie znaczek: Dumny-Specjalista-Od-Y-Pudeł.

Gópi nie jestem, żeby wkuwać przez dwa miesiące (a tyle trzebaby), więc tylko zassałem na twardziela całą witrynę serwisową firmy Y i rozwalam te quizy z biegu.

Pytanie: W urządzeniu Y500 (nie wiem co to za Y500 i nie chcę wiedzieć) kartę MSW (mam w dupie, co to za karta) można włożyć do:
-slotu nr 7
-slotu nr 2
-obie odpowiedzi są poprawne

Wrzucam do lokalnej wyszukiwarki "Y500 MSW slotu", zaklikuję odpowiedź i zapominam. Co to za Y500 i do czego służy dowiem się dopiero, jak się Wam zepsuje i będę musiał je - he he - naprawić.
I módlcie się, żebym to był ja, a nie jeden z moich kolegów, który nie ma tej dokumentacji do Y500 na twardzielu, bo zdał quiz li tylko na podstawie wyżebranych ode mnie gotowych odpowiedzi.

Życie to - Mili - nie bajka, rządzi nim taniocha i cwaniactwo, a ci, co sądzą inaczej wyginą jak dinozaury albo jak szacowna firma X zmieciona z rynku przez niewymagającą od siebie i innych f-mę Y.

A ja sam, czy nie czuję absmaku biorąc udział w procederze fikcyjnych szkoleń, nicniewartych certyfikatów i - w konsekwencji - świadczenia drogich usług wątpliwej jakości? Czy nie mógłbym jednak przysiąść nad tą dokumentacją urządzeń Y i tak, sam dla siebie, ze szlachetnego głodu wiedzy, dowiedzieć się czegoś ciekawego o ekscytujacych osiągnięciach techniki niewątpliwie zaklętych w Y500?

Otóż nie, jakoś nie czuję, znaczy absmaku, bo głód wiedzy i owszem, tyle, że zaspokajam go szkoleniami innego rodzaju.

Tu uwaga, zmienię całkiem temat, albowiem szkolę się z entuzjazmem i dobrowolnie w pilotażu śmigłowców Apacz. Właśnie pojawił się nowy symulator helikopterów zmiatających działkami 30 mm wioski od Wenezueli po Afganistan, dzięki któremu każdy posiadacz peceta może poczuć się amerykańskim ludobójcą.

Albo raczej samobójcą, bo Apacz jest sterowny mniej więcej jak składak po ośmiu piwach i żeby dokądkolwiek dolecieć i kogokolwiek zastrzelić trzeba się po drodze ze dwa razy zabić o drzewo czy górę, tak tymi łopatami majta człowieka na wszystkie strony.

Załóżmy, że w końcu uda się gdzieś dolecieć, rozwalić parę afgańskich chatynek z krowiego łajna i wylądować w bazie. Tu dopiero czeka na pilota szok, w postaci rachunku kosztów dziesięciominutowej misji, wynoszących - bagatela - pięćset tysięcy dołków. No tak, cysterna lotniczej wachy, amortyzacja sprzętu, koszta osobowe i - last but not least - pięć samonaprowadzających pocisków hellfire.

Gdyby zamiast bombardować wioski wypłacać ich mieszkańcom ułamek tej kwoty, to przez najbliższe trzy pokolenia zasuwaliby przy dowolnym projekcie rządu USA, be it ręczna budowa sfinksa z głową Baracka Obamy czy drążenie kilofami tunelu na druga stronę Hindukuszu.

No, ale byłoby to posunięcie niezgodne z duchem gospodarki rynkowej.
Życie to - Mili - nie bajka, rządzi nim... a, to już pisałem.

23:54, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 grudnia 2010

Mam strategię kupowania prezentów na zapas - jak widzę coś fajnego i  przede wszystkim - taniego, pakuję do koszyka i kiszę w garażu aż do mikołaja czy innej choinki. Wcześniej przeżywałem w sklepach katusze ostatniej minuty, a teraz choćby dziecko z Leniuchową co dwa dni ogłaszali urodziny, to ja proszę bardzo, jak króliki z kapelusza mogę wyciągnąć dowolną ilość gadżetów zanabytych za punkty na stacji benzynowej względnie wyciągniętych z dna kubła z taniochą.

Wsiegda gatow.

Mniej zapobiegliwym chętnie posłużę za to ODradnikiem upominkowym [1], owocem eksperymentów na sobie samym i obserwacji innych frajerów.

W tym sezonie NIE KUPUJEMY:

-Ipada. Primo z powodu, że za drogi. Tymczasem rynek tabletów szturmowany jest milionem modeli na androidzie pięć do dziesięciu razy tańszych od ipada. Ich też nie kupujemy, głównie z powodu krótkiego czasu pracy na bateriach. W momencie, kiedy cena i jakość baterii zbiegną się w opłacalnym punkcie, dam Wam znać :-)

-Kinecta. Kinecta testujemy z dzieckiem każdej niedzieli po kościele w pobliskim sklepie i mogę zaświadczyć, że to zadziwiający gadżet. Niestety wciąż nie "zadziwiający" w sensie: Polak z Mławy dziwi się londyńskiemu metru, a bardziej w sensie: sir Cavendish dziwi się pierwszemu lotowi braci Wright. Lata! Kiedyś zrobi furrorę.

-Kindla. Właściwie kindla możnaby kupić, ale tylko zdeklarowanemu piratowi, bo dla przeciętnego humanisty wierzącego w prawa autorskie etc. z kindla pożytek niewielki. Oferta polskich książek na kindla niestety - marginalna, a darmową klasykę humanista zna.

-Nooka. Nooka też nie kupujcie. Co prawda w przeciwieństwie do kindla obsługuje formaty sprzedawane w polskich księgarniach, ale nie sposób zamówić go z Polski. Czemu? To słodka tajemnica panów Barnesa i Nobla, producentów w/w. Nooków do Polski nie wysyłają.

-innych e-readerów. Bo są wydrożone w kosmos. Żaden, ale to żaden czytnik nie jest wart więcej niż pięć stów i im szybciej ta oczywistość dotrze do sprzedawców tym lepiej, dla nich i literatury.

Well, to był hardware, a co z software?

Nie kupujemy przebojów sezonu: tegorocznych edycji Call of Duty, Need For Speed, Pro Evolution Soccer, NBA etc. W każdym przypadku czeka  nas większe lub mniejsze rozczarowanie.
Podobnie z filmami: w 2010 nie nakręcono żadnego dobrego filmu. Nie napisano - niestety - żadnej dobrej książki. Nie nagrano żadnego fajnego albumu, a przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Oczywiście zawsze można położyć pod drzewko Chopina i sześciopak filmów z "Obcym", ale czy naprawdę iks milionów twórców analogowych i cyfrowych nie spłodziło w bieżącym roku nic sensownego?

Owszem, jest takie coś. To gra pod tytułem "nail'd" wyrzeźbiona w pewnej wrocławskiej firmie (stąd tytuł notki). Zajefajoza, która po wetknięciu do konsoli/peceta będzie się kręciła w nim przez całe święta. Grali w "Pure"? Quady z "Pure" to te znikające punkty we wstecznych lusterkach quadów z "nail'd", które popylają tak, że może zrobić się słabo od samego patrzenia na czyjeś granie.
________________

[1] nie jestem sponsorowany, niestety.

07:50, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (26) »
środa, 01 grudnia 2010

Jedną z fajniejszych cech internetu jest możliwość kliknięcia się do periodyków, po które z wahaniem sięga się realu. Co by nie mówić, paradowanie z różowym kwadratem wyborczej to jednak lekki obciach. Niby zawsze można zwinąć ją tą reklamą nie dla idiotów na zewnątrz, jak to robię np. z polityką, ale wyborcza jakoś bardziej brudzi wtedy ręce. No mniejsza.
Oczywiście w kolorowej tęczy rzeczywistości potrzebny jest także róż, choćby dlatego, że wprawia w dobry humor. W swoich własnych zakładkach miałem kiedyś lewicowego dziennikarza GW o giętkim piórze i zainteresowaniach sci-fi. Sci oddziela od fi subtelna granica po której przekroczeniu dziennikarz nadal bywa zabawny, tyle, że już w sposób niezamierzony. Red. Orliński, bo o nim tu mowa, zaczął np. walczyć z urojonym zakazem spożywania "środków psychoaktywnych" czyli m. in. kawy i herbaty, które redaktorowi pomyliły się z dopalaczami.

Kupować takie androny w kiosku? W życiu. Kliknąć się od czasu do czasu, po dawkę mimowolnego komizmu? Jak najbardziej.

Niezawodny red. Orliński regularnie odkrywa nowe (dla siebie) obszary rzeczywistości i natychmiast wyrabia sobie na ich temat pogląd, który gazeta drukuje w coraz mniejszej, ale wciąż znacznej ilości egzemplarzy. Ostatnio pochylił się nad "zagrożeniami prywatności" niesionymi przez złowrogie ekipy Google Streetview. Ekipy te nie tylko jeżdżą po kraju fotografując budynki, co samo w sobie jest wystarczająco oburząjace, ale podobno rejestrują też okoliczne sieci bezprzewodowe.

"To znaczy, że jeśli siedziałeś w kawiarni i sprawdzałeś pocztę, a za oknem lokalu przejechał samochód Google - oni już mają twoje hasło i treść przesyłanych wiadomości." - objaśnia czytelnikom zdjęty "moralną paniką" Orliński.

Ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha. Kiedyś napisałem notkę o policji, która może zalogować się do KAŻDEJ poczty za pomocą tajnego hasła "997", ale ja - na miłość boską - nie pisałem tego na poważnie.

Oczywiście istnieją użytkownicy poczty, którzy używają hasła "997", tak samo jak tacy, którzy przesyłają niezabezpieczone hasła przez publiczną sieć do podsłuchania przez wszystkich: np. policję i Krystynę z gazowni. I Google. Tylko po co Google miałby się włamywać np. na skrzynkę leniuch102@gazeta.pl? Przecież Gazeta.pl już dawno przekazała skrzynki wszystkich swoich użytkowników nikomu innemu, tylko Googlowi.

"Może Eric Schmidt [prezes Google] ma rację i prywatność w cyfrowej epoce jest skazana na porażkę - kto wie. Ale w Europie nie oddamy jej bez walki." - dramatycznie kończy redaktor Gazety, prywatnie posiadacz skrzynki (wo@gazeta.pl) na serwerze Google.

Słodkie.

To prawda, że o prywatność trzeba umieć zadbać. Pewien mój znajomy zaczyna rozmowy od wyłączenia komórki i wyjęcia z niej baterii. No, ale on nie jest teoretykiem, a praktykiem prywatności, której utrata mogłaby go narazić na pobyt za kratami. "Praktycy prywatności" mają gdzieś gógle i majkrozofty, bardziej obawiają się, że z brudnymi butami wtargnie w ich prywatne życie jakieś cebeeś.

Napisałem: majkrozofty? Tak, majkrozofty.

"Denis Durkin, dyrektor finasowy i operacyjny pionu Xbox w Microsoft, oświadczył inwestorom, że kinect może być użyty przez reklamodawców do okreslenia liczby osób obecnych w pomieszczeniu podczas nadawania reklamy i odpowiedniej personalizacji jej treści w zależności od rozpoznanych osób." 

Tłumacząc w stylu Orlińskiego: kupując iksboksa z kinektem wpuszczasz do domu szpiega, który ogląda twoją starą w szlafroku.

Co do mnie, nie mam nic przeciwko. Niech sobie reklamodawca rozpozna przez kinecta, że przed ekranem siedzą osoby niezainteresowane reklamami ruskich z biedronki i niech puści zamiast nich klip z jakims porsze. Może też rozpoznać, że dziecko poszło już odrabiać lekcje i wtedy, kierując się kupioną od googla historią mojej przeglądarki, posadzić na tylnym siedzeniu porsze - ja wiem ? - dwie wyuzdane blondyny.

Każdemu prywatność na miarę.

Archiwum