sobota, 26 grudnia 2009

Mili... Chciałem Wam życzyć wszystkiego naj na Święta i nowy Rok... ale tego nie zrobię.
Nigdy w sześcioletniej historii mojego bloga tego nie robiłem i stało to się lokalną bożonarodzeniową tradycją.
A tradycję trzeba szanować.

Miewałem za to wpisy okołoświąteczne i np.  w zeszłym roku o tej porze wzywałem do brutalnego gwałtu na Głusi Andrzejewicz, jeśli piosenkarka spełni swe groźby wylansowania utworu pt. "Magia Świąt". Jeżeli Głusia nie zapaskudziła Wam zeszłorocznych Świąt, to niemała w tym moja zasługa.

Święta byłyby miłym zwyczajem, gdyby nie dwie plagi: goście i prezenty. Goście np. wpieniają mnie od wejścia, kiwając się z gapowatą miną na progu domostwa, podczas gdy ciepło ucieka na zewnątrz! Wejdź albo wyjdź, ale nie dokładaj się do globalnego, sieroto. Czasem, trudno, wchodzą i dopiero się zaczyna. Zanim wieczerza, wypadałoby się rozwalić na tzw. wypoczynku. Każdy dom dysponuje ograniczoną liczbą siedzień niskich, wyściełanych i w naszym wypadku jest ich sześć. W normie. Normą niestety też jest, że przeciętna madame na jednym sadowi pupę, na drugim - torebkę, a na trzecim paletko/sweterek/szal/aparat fotograficzny.
Staropolska gościnność zobowiązuje i nawet okiem nie mrugnę na taką marnację miejsca, ot czasem dyskretnie szurnę torebkę przez okno w ciemność, a szalik niby w żartach zacisnę na szyi właścicielki, ale ogólnie spoks. Nenufar pośrodku stawu, nieprawdaż, bo najfajniejsze dopiero przede mną.
Prezenty.
Nie, nie mam pretensji, że znowu zamiast kluczyków do humvee dostaję papucie i czapkie uszatkie.
To "tataaa, masz .. sześć baterii???" do chińskiego toksycznego pojazdu szarpie mi nerwy. Jak już powyjmuję te baterie z budzika i pilota, muszę szukać śrubokręcika, żeby umieścić je w zabawce. W nagrodę za moje starania przez resztę wieczoru zabawka katuje nas upiornymi dźwiękami przerywanymi obsesyjną melodyjką, póki jej przypadkiem nie nadepnę.
Potem wkładam czapkie uszatkie i w ciepłych papuciach dolączam do palaczy okupujących ganek, gdzie przeczekuję wrzaski dzieciaka.
I tak jakoś leci...
___________________
Poniżej: zaskakująco dobre wykonanie nawymiotnie popularnego standardu, doprawdy kojące

22:47, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
wtorek, 22 grudnia 2009

Czasem mi odbije, jak każdemu. Ostatnio mam schizę na kabelki. Obrażają mnie, normalnie. Takie mam już zajęcie, że najróżniejszymi kabelkami łączę dziwne urządzenia, ale na swoim własnym biurku chciałbym mieć kabelków jak najmniej. Nie jest to łatwe. Ostatnio stoczyłem dwunastogodzinny bój z kabelkiem od mikrofonu.

Wszyscy znają syndrom "zaraz włączę mikrofon". Co pewiem czas via komunikator zgłasza się jakiś debil, który by chciał sobie pogadać. Paszczą przez mikrofon. W realu może to być całkiem spoko koles, a jakże go nienawidzimy, kiedy zmusza nas do panicznych poszukiwań mikrofonu, rozplątywania kabelka etc.

Jest tylko jeden rodzaj kretynów gorszych od w/w. To te łosie, co nie mają mikrofonu kiedy MY zechcemy zaszczycić ich rozmową.

W wolnej chwili, a dzięki światowej recesji mam ich sporo, postanowiłem przeciąć problem mikrofonu na kabelku raz na zawsze. Ostatecznie używam Windows XP, gdzie XP znaczy experienced, ubogaconego trzema zestawami poprawek, które sprawiły, bo przecież musiały, ze system ten ujrzy standardowy bezprzewodowy zestaw słuchawkowy w szeroko stosowanej od lat technologii bluetooth, nieprawdaż?

Nie prawdaż. Nie ujrzy. A że po drodze, między bt donglem a moim lapkiem jest jeszcze standard USB, również stosowany od wieków, to zawiesi mi przy okazji mysz i klawiaturę usb. Jak jakiś nastoletni linuksiarz, a nie poweruser XP w wersji profeszynal, udałem się po wsparcie na forum. Poradzili mi artystyczne wycięcie XP sterowników blututa i zastąpienie ich jakimis innymi. Ściągnąłem jakieś inne i otworzyłem dokumentację, by czym prędzej zamknąć ją w przerażeniiu. Wierzcie lub nie, ale podręcznik użytkownika gównianego dongla za piętnaście złotych miał 483 strony!

Tu mejk a 12 hour story szort, lapek ujrzał słuchawkę (nokia bh102), ale nim opanowałem voodoo jej podłączania/odłączania, zaliczył trzykrotny zwis.  Koło północy mogłem już obdzwonić wszystkich łosi, którzy mieli nieszczęście mieć włączone komunikatory.

Ale nie obdzwoniłem.

Podczas pierwszej rozmowy słuchawka zabiła mnie charkotem, który konsekwentnie wlączała w losowych momentach i żadne forum wsparcia ofiar technologii nie znało na ten problem lekarstwa.

Z oczamy na zapałkach sięgnąłem po mikrofon (1876) i kabelkiem miedzianym (3 tys lat przed Chrystusem) podłączyłem go do różowego gniazdka w pececie (1984).

Uwielbiam technologie, które po prostu działają.

_______
PS. Koniec końców do komórki z symbianem wrzuciłem komunikator z gejtłejem do skajpa i voipów, podpiąłem się tą komórką pod domowe wifi i mam wymarzoną bezprzewodowość. W trakcie testowania w/w zestawu zostałem wykreślony z komunikatorów większości znajomych.
Czytelników porozumiewających się z bliźnimi za pomoca tradycyjnej telefonii przepraszam za powyższy, bełkotliwy dla nich wpis i gratuluję zdrowego rozsądku.

Johnny Hates Microsoft, too:

16:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
środa, 16 grudnia 2009

Podobno Stalin po ataku Hitlera na Sowiety wezwał do siebie szefa ruskiego wywiadu. Wbrew powszechnemu oczekiwaniu szef ów nie wymaszerował z gabinetu wodza na rozwałkę "pod stienku", tylko jak gdyby nigdy nic wrócił do roboty.

Tawariszcz oberszpion wybronił się z zarzutu gapowatości przedstawiając metodę, jaką monitorował zagrożenie ze strony Niemców. Polegała ona na skupie szmat z jednostek wojskowych i liczeniu baranów. Jeśli szmaty byłyby upaprane lżejszymi niż zwykle olejami, a barany zaczęłyby znikać, wniosek byłby prosty: Szkopy przestawiają się na zimowy olej i tłuką owce na kożuchy. Norwegia już zdobyta, musi wybierają się na wycieczkę do Rosji.

Może i wywiad nie przewidział, że Niemcy nadciągną, ale prawidłowo ocenił, że goło i na piechotę dociągną najwyżej do świąt.

Przypomniała mi się ta anegdota w związku z ostatnią telekonferencją w naszej Korporacji. W swoim dziale niepostrzeżenie stałem się pracownikiem najstarszym stażem i wiekiem, i od pewnego czasu zadawano mi pytania w stylu: "co to z nami będzie, panie Leniu, w sensie że kryzys i ogólna bryndza". Niezmiennie odpowiadałem w stylu "spox, relaks, byle do świąt, a potem z górki".

Nic dziwnego, że kiedy na telekonferencji Szef Wszystkich Szefów zapowiedział wygaszenie polskiego oddziału korporacji, w sensie, że kryzys i ogólna bryndza, na moim gg pojawiły się natychmiast najpierw ogólnopanikarskie, a potem kąśliwe komentarze pod moim własnym adresem. Na które odpowiedziałem niezmiennie pogodnym "spox, relaks" itp. itd.

Szef-W.-S.może sobie wygaszać cokolwiek tam chce, ale w kryzysie i bryndzy nikt nas nie kupi, w związku z czym robotę do zrobienia, która nie zniknie tak na pstryk, będziemy musieli przerobić sami, prości zapierdalacze. Kiedy opadł dym, wraz z którym zniknął polski Prezes, Zarząd, stado sekretarek, dział sprzedaży etc. etc. na pobojowisku zostaliśmy tylko my, serwisyny i problem zagospodarowania świeżo zwolnionego hektara powierzchni biurowej.

Przyszłości w jej powierzchownych przejawach być może nie da się precyzyjnie przewidzieć, ale sedno spraw trudno przesunąć bez poważnych przygotowań - pomyślałem rżnąc na rączce swego śrubokręta sznytę ku pamięci kolejnego spuszczonego prezesa.

BTW, czy to uniwersalny standard, żeby masowe ruchy personalne (tzn. wypchnięcie pracowników na bruk) wykonywać między Mikołajem a Świętami?

00:20, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
piątek, 11 grudnia 2009

Już to pisałem, ale jeszcze powtórzę - telekonferencje nie tylko oszczędzają pierdyliardy osobokilometrów rocznie na dojazdach, ale wyzwalają nas od nudy klasycznych nasiadówek i chronią przed toksycznymi treściami na nich zapodawanymi.
Obecnie nie trzeba tłuc się do Wawy pięć godzin w jedną, pięć godzin drugą, żeby przez pięć godzin pośrodku słuchać, że nie jest dobrze.
Sam zresztą najlepiej wiem, że nie jest dobrze, bo jak zresztą ma być dobrze, jesli tacy jak ja dostają od Korporacji wieloletnią licencję na nicnierobienie, hę?

Że nie jest dobrze dowiedzieliśmy się na ostatniej telekonferencji, jak się potem okazało. Potem, bo w trakcie słychać było wszystko, tylko nie prelegenta. Telekonferencje w nieco większym gronie mają bowiem to do siebie, że zawsze znajdzie się paru debili, którzy nie potrafią wyłączyć swoich mikrofonów, nie chcą wyłączyć swoich mikrofonów, albo w ogóle są nieświadomi istnienia czegoś takiego jak mikrofon w komórce.

I tak wszyscy inżynierowie z terenu spięci mostkiem telekonferencyjnym mogli wysłuchać, co atechniczne debile porabiają ze słuchawką bezprzewodową w uchu. Zaczynają od zaparzenia kawy, potem słuchają radia, prowadzą samochód, albo siorbią herbatę w warsie. Jeden wydawał szczególnie intrygujące odgłosy, ale zagadka rozwiązała się na koniec, wraz z dźwiękiem spuszczanej wody. W dalekim tle tego słuchowiska pobrzmiewał odległy głos Szefa-Wszystkich-Szefów, o tym, że - surprise-surprise - w Korporacji nie jest dobrze.

Czy nie można się na atechnicznych poskarżyć? Owszem, jeżeli komuś zależy na wątpliwej sławie jedynego-któremu-to-przeszkadza. Praktyka pokazuje, że na upomnienie atechniczne debile panicznie cisną przypadkowe guziki na swych komórkach, wywołując kakofonię w stylu "Warszawska Jesień", co tylko pogarsza sprawę. Mnie kakofonia wkurza, zwłaszcza, gdy prowadzę naszą reprezentację do zwycięstwa w mistrzostwach Europy, w nożną na pececie. Przy wyłączonym mikrofonie własnym, rzecz jasna.
______________
Pomyśleć, że kiedyś w służbowych komórkach trzymało się służbowe rowery. Kawałek z tamtych czasów:

00:42, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
wtorek, 08 grudnia 2009

Przeżywamy czasy gwałtownego wzmożenia moralnego. Pozornie neutralne czynności, jak wybór auta czy telewizora stały się decyzjami etycznymi na miarę księcia Makbeta.

Produkty eko, które należy wybierać, bo wydzielają mniej tego, czego wydzielać nie powinny w ogóle, są co prawda iks razy droższe od tych zwykłych, ale za to mają upośledzoną funkcjonalność. Ekosamochód jedzie jakby chciał, a nie mógł, ekożarówa rozpala się pół dnia, by po tygodniu zgasnąć na wieki, ekotelewizor niby wporzo, tyle, że nie wyświetla czerwonego.

W świecie eko "żyt' budiesz, no jobat' nie zachoczetsa".

Z drugiej strony nie chcecie chyba, żeby CO2 napędzające Waszą zwykłą, stuwatową żarówkę roztopiło krę pod misiem polarnym i zalało sympatycznych ludożerców z wyspy Bara-bara?
No, chcecie?!

Zawodowcy z domów medialnych już was przekonają reklamówkami o milionowym budżecie, jak  przykro byc stuwatową kanalią.

Co robić, jeśli nie stać nas na toyotę-priusa, ani nawet na świetlówkę filipsa, a nie chcemy się czuć jak śmieć?

Uświadomić sobie, że lepszym uczynkiem niż kupienie nowego priusa jest niekupienie nowej bryki w ogóle. Przysłowiowy golf drei na gaz, ile by tego gazu na polskich drogach nie spalił, nadal będzie bardziej eko od priusa, którego powołanie na świat podniosło zatokę Botnicką o półtora milimetra.
Żona w ciuchach szmateksu w ogóle nie zostawia śladu ekologicznego, bo kroczy po śladzie grubej Niemki, która te ciuchy kupiła w jakimś Ha und Em.

Itd. itp.

Spalam kopalne? Spalam, bo mi zimno. Jak będzie ciepło, to przestanę. Sprzężenie zwrotne, nie?
Ale są tacy, co mają w swoich chałupach z dykty klimę. Ja nie mam i nie znam nikogo, kto ma. Tacy z klimą nie przestaną doić energii, kiedy będzie cieplej, oj nie. Dopiero wtedy odkręcą kurki z prądem, nieprawdaż.

Jeśli więc są w naszej nowej, cieplarnianej sytuacji osobniki naprawdę ZŁE, to te, które kupują nowe bryki by jeździć nimi z kllimatyzowanych chat do klimatyzowanych biur, nie my.
Od nas się odpinkolcie, sierściuchy.
__________________________________
Nie do wiary, ale kiedyś w ogóle nikt nie przejmował się CO2. W szafie mam jeszcze gajer z tamtych czasów, takusieńki jak  w poniższym klipie.

21:18, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (49) »
niedziela, 06 grudnia 2009

Truchtałem sobie przez jesienne pustkowia, kiedy zobaczyłem na ścieżce krokomierz. Nie nazwałbym siebie gadżeciarzem,  ale jak np. zabieram się do biegania to  zanabywam pulsometr, z obrzydzeniem zwracam prezenty bez wejścia usb, a komórkę z tacz-skrinem miałem eony (4 lata!) przed pojawieniem się ajfona.
Po krokomierz schyliłem się z pogardą (nie ma nawet usb) zmieszaną z pożądaniem (jednak gadżet!). Po powrocie do domu natychmiast zanurkowałem w interku.
-Wiesz ile kroków dziennie trzeba wydeptać, żeby mieć gwarancję spadku wagi? - zagaiłem do Leniuchowej.
Nie doczekałem się odpowiedzi i po prawdzie nie za bardzo na nią liczyłem, albowiem od mojego wyjazdu do Peru Leniuchowa odzywa się tylko w stanach wyższej konieczności i wyłącznie przez zęby.
-Dziesięć tysięcy! Da się zrobić. Patrz! - wyciągnąłem do niej krokomierz. Nie doczekałem się spojrzenia i po prawdzie... itd. itp. więc tylko położyłem krokomierz na stole.
Rano krokomierza nie było. Wieczorem znalazłem go z przerażającą liczbą dwunastu tysięcy.
Następnego ranka porwałem psy na długi spacer. 2500... zaledwie. W porze lanczu (3000 i nie chce być więcej) zrozumiałem, że pora powziąć nadzwyczajne kroki. Nadzwyczajnie liczne kroki. Truchtem ruszyłem nabijać licznik. Po dwóch godzinach dobiłem zaledwie do 7000. To nie było w porządku. Rzeczywiście, podczas biegu ta opona nad gumką od dresu przechylała urządzonko tak, że liczyło co trzeci, czwarty krok!

Wycieńczone psy ciągnęły mnie do domu, w którym zaległem bez życia na kanapie. Moja interakcja z dzieckiem ograniczyła się  do służenia mu za batut. W pewnym momencie usłyszałem chrupnięcie.
-O kurcze, patrz, Piotrek zmiażdżył mi krokomierz - wykrzyknąłem z tryumfalnym żalem.
-Tylko klips. Wciąż działa i pokazuje zaledwie 7200 - wycedziła przez zęby Leniuchowa.

Zwlokłem się kanapy, naciągnąłem polar, a za gumkę dresu wetknąłem szczątek krokomierza. Przerażone psy czym prędzej się przede mną pochowały. Samotnie potruchtałem w wilgotny mrok.

-Mogło być już piętnaście tysięcy, kiedy patrzę - nie ma, gdzieś wypadł. Oczywiście szukałem, pod każdą kępką, na czworakach, ale znajdzie to w taki ćmik?

Rano obserwowałem z balkonu Leniuchową, jak uważnie rozglądała się po ścieżce. Na darmo. Niedługo przed nią szedł tamtędy leśniczy, który podniósł coś z ziemi, z zainteresowaniem pougniatał kciukami a potem schował do kieszeni. Dobrze mu tak.
____________________________

Historia z krokomierzem wpada do kategorii "Dzieje jednego pocisku" (że niby o pechowych przedmiotach uprzykrzających życie kolejnym posiadaczom).
Jest i ballada na padchadziaszczy temat, śpiewana ostatnio (dwadzieścia lat temu) prze Vaya Con Dios, a trochę wcześniej przez tę panią:

21:10, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 grudnia 2009

Mam psa, a nawet dwa. Kiedy wychodzę na spacer, robią się z nich trzy, bo dołącza do nas wioskowy wycirus wielu imion.
No, ale tego dnia szedłem raptem z jednym pseudowczarkiem poniemieckim. Wycirusa nie liczę. Obtruchtałem pobliskie dwadzieścia hektarów, bo ja taki więcej ekosportowy czasem bywam, kiedy z lasu wyjechały trzy gaziki pełne myśliwych. Panowie kulturalnie zwracali mi uwagę, że pieski powinny być smyczy, tłumaczyli, że pies "potrafi pobiec za zającem " oraz informowali, że bezpańskie psy mogą być odstrzelone, jeśli zabłąkały się więcej niż 200 m od zabudowań.

Człowiek truchtający bywa kołowaty, więc tylko coś burknąłem, że czasem trzeba jednak spuścić psa ze smyczy i to jest właśnie dobre miejsce. Im bardziej jednak docierało do mnie meritum uwag pp. myśliwych, tym bardziej mnie wkurw chytał. Do głowy przychodziły mi coraz lepsze i coraz bardziej miażdżące riposty, których powinienem był użyć, od "czy to karalna groźba pozbawienia życia była???" (nie, to głupie, mój owczarek nie pozwie przecież o groźbę myśliwego) po "popatrz krzywo na mojego psa jeszcze raz, to ci tę fuzję w gardło wepchnę, ciulu. Przez dupę."

Słowem, kiedy dotarłem do leśniczówki (leśniczówkę mijam w drodze do domu) byłem już nieźle nabuzowany. I tu, Mili, zeszła ze mnie cała para. Na podjeździe stały auta tych wąsatych arogantów, tworząc zadziwiający zbiór staroci. Pośród polonezów i eskortów wypatrzyłem nawet nawoskowanego fiata kredensa w kolorze kość słoniowa, wzór 73.

Wygląda na to, że po lasach plącze się dzisiaj ostatnie pokolenie myśliwych. Wkrótce zapewne odejdzie z kniei na marskość wątroby i otępienie starcze. Jeśli jakieś zwierzę leśne pilnie wymaga dziś wpisu do księgi gatunków ginących - jest nim właśnie myśliwy.

* * *

Z całkiem innej beczki, krótkie omówienie wyników ankiety ps vs pc vs xbox. Po pierwsze spadła mi oglądalność. Kiedyś w taką ankietę kliknęłoby z trzysta osób, dzisiaj - nedza z bidą. Wróć! - elita :-).
Po wtóre, pece rządzi. Po dogłębnym przemyśleniu sprawy pozostaję więc przy pece. Decydujący okazał się fakt, że od pece odliczam vat i dodatkowo wpisuję pece w koszty.
Tu dygresja. Im więcej dowiadywałem się nt peesów i i iksboksów, tym bardziej trzeźwiałem. Najbardziej niepokojące  były "sukcesy" posiadaczy tych "domowych centrów rozrywki". Np. "po tygodniu okładania peesa gorącym łańcuchem nareszcie odtwarza polskie napisy!". Albo "owinąłem sobie xboksa w pierzynę po zmarłej babci i już nie muszę przekrzykiwać warczącego dvd".
Come-on.
Stówka-dwie w cichy zasilacz i lepsze wentylatory  i mam wszystkie plusy peesa i żadnych minusów. End macz more.

Po trzecie, teraz znowu nie za bardzo mam sobie co włożyć pod łóżko na Mikołaja. Jeśli wyciągnę wentylatorek z zasilaczem, to dziecko może na powrót uwierzy w Mikołaja, ale będzie to jakiś Mikołaj Kuszelak, elektryk

* * *

Wymierają myśliwi, wymieraja blusmeni.

14:29, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (19) »
Archiwum