wtorek, 30 grudnia 2008
Internet to wielkie bagno pełne półprawd, indolencji i świadomego kłamstwa podawanych jako wiedza ekspercka. Od kiedy do interku podłączono amerykańskie psychiatryki ich pensjonariusze generują od 60 do 80% (podczas pełni księżyca) wszystkich analiz ekonomicznych.

Rzetelne, redagowane przez fachowców serwisy są więc cenne, bo nieliczne. Pozwolę sobie zareklamować tu biznews.pl, głownie z uwagi na wiarygodne źródło, z którego biznews czerpie wiedzę o gospodarce: http://biznews.pl/nasze_zrodla
Yep, jest nim nikt inny, jak piszący te słowa. Dzięki biznews szerokie rzesze inwestorów mają szansę na zapoznanie się z moimi genialnymi strategiami inwestycyjnymi. Przypomnę: krótkoterminowo: cukier, średnioterminowo: wiadra ocynk, długoterminowo: wnuki.
(Sugestie kolegi, że biznews.pl to część tzw. zaplecza soe, czyli internetowy nawóz, na którym mają bujnie krzewić się portale agory, uważam za niedorzeczne)

Korzystając z okazji chciałbym zarekomendować czarną szkapę naszej giełdy: telekomunikację polską. Właśnie dochodzę do siebie po bliskim spotkaniu z jej komórkową odnogą znaną szerzej jako orange.pl. Google wymięka. Oranżystom udało się wyeliminować spam - raz na zawsze. Udostępniane przez nich skrzynki pocztowe działają tylko w jedną stronę. Każda próba wysyłki na mój adres w orange kończy się grzecznym, ale stanowczym:
"Hi. This message was created automatically by mail system at Orange.pl.
I'm afraid I wasn't able to deliver your message to the following addresses.
This is a permanent error; I've given up. Sorry it didn't work out."
Mogli dodać: "wal się spamerze". W pierwszej chwili nie doceniłem tego wynalazku i jak typowy Polak-malkontent wysłałem reklamację i czekałem na maila zwrotnego. Nadaremno. A wystarczyło pomyśleć: przecież pracownicy orandż też mają skrzynki na orange.pl, a więc jednokierunkowe. Tyle, że w tę drugą stronę - do-sie. Potwierdzenie przyjęcia reklamacjji przysłali mi po tygodniu esemesem.

Chłopaki mają osiągnięcia nie tylko w zwalczaniu spamu i obsłudze klientów. Zniechęcony połowiczną funkcjonalnością skrzynki chciałem skasować felerne konto i spróbować założyć je od nowa. Nie z nimi takie numery, Leniuch. Moje konto w orandż okazało się niezabijalne. W trzech próbach na pięć generowało komunikat błędu operacji, w pozostałych udawało, że zniknęło, nie pozwalając wszakże załozyć nowego przed upływem 48 godzin. Po tym czasie wracało do życia, jak jakiś majlowy terminator.

Firma wsparta taką technologią ma kolosalną przyszłość. Biorąc jednak poprawkę na niewdzięczną, ciemną masę kliencką, na wszelki wypadek oprócz akcji tepsy kupcie trochę wiader ocynk.
niedziela, 28 grudnia 2008

Kupiłem kasetę z filmem Iniemamocni. Jestem konsumentem kultury i posiadaczem... chyba prawa do odtwarzania kopii dzieła w domu.
...
Przestałem być posiadaczem, bo dzieło wkręciło mi się w głowicę magnetowidu.
...
Dziecko jęczało, więc poprosiłem kumpla, żeby skopiował mi tych Iniemamocnych. Przyniósł dwa cd z diviksami. O ile się orientuję, stał się tym samym złodziejem własności intelektualnej zakrzepłej w każdej kopii filmu. Z kolei mnie czyniłoby to paserem. Własności intelektualnej. Czy jakiejś.
...
Jakimkolwiek przestępcą bym nie był, jestem już nim tylko w połowie, bo połamała mi się druga płytka z filmem.
...
Próbuję ściągnąć zawartość połamanej płytki z interku. Jak to w sieci - ja doję od kogoś, a to co już ściągnąłem - inni ode mnie. Nawet kilku naraz, co czyni mnie prawdziwym hurtownikiem zbrodni. Przeciwko własności intelektualnej.
...
Komunikat o pliku ściągniętym w 90% cieszy tylko przez pierwsze trzy dni, więc porzucam swój przestępczy proceder. Mimo, że sponiewierałem kodeks karny nadal mam tylko pół filmu!
...
Nadali Iniemamocnych w telewizorze i w ciągu 2 godzin stałem się posiadaczem legalnego nagrania.
...
O ku... Skasowało się.

czwartek, 25 grudnia 2008
Niedziela rano, Piotruś (5) z karabinem siedzi na parapecie i celuje do z rzadka przejeżdżających samochodów. Oryginalne hobby opisane w "Wilku Stepowym".
- Cześć synek!
- Tata?! Ty tu? Bo tam przed chwilą jechał ford taki brudny jak Twój

* * *

-Synek, to jak nazwiemy tego nowego pieska?
-Kjopek.
-Chyba Kropka, bo to dziewczynka.
-Kjopek. Ona i tak nie wie, czy jest chłopiec czy dziewczynka.


* * *

W kościele na straży żłóbka stoi aniołek. Dzieci wrzucają aniołkowi pieniążki, a on z uznaniem kiwa głową. Za dwa złote mocno, z piotrusiowie 50 groszy - słabiutko. Dopiero kiedy Piotrek pstryka go w czoło, aniołek kiwa z prawdziwym entuzjazmem.

09:08, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (6) »
wtorek, 23 grudnia 2008

Od szóstego grudnia minęły prawie trzy tygodnie i te słodkie szczeniaki, co je dzieci podostawały na Mikołaja zdążyły się opatrzeć, a nawet zbrzydzić. Żre toto coraz więcej, kupy wali coraz to bardziej śmierdzące, pęta się pod nogami po kuchni a święta tuż. Życie ma swoje prawa i w imię spokojnych i wesołych co niektórzy decydują się wywieźć psa do dziczy i przywiązać do drzewa - niech se tam zwierzątko zdycha w naturze.

Nie oceniam, tylko konstatuję problem. A problem polega na tym, że trafiają się likwidatorzy mylnie zakładający, że dzicz zaczyna się koło mojej chałupy.
No, proszę państwa!
Jeśli nie stać was już na pozbycie się psa ciosem szpadla, to wywieźcie jeszcze parę kilometrów dalej i humanitarnie rozkwaście go na jakiejś leśnej drodze szerokimi oponami waszego nissana nawarry, czy czym tam jeździcie. Chyba czymś dobrym, skoro stać was na wywalenie z chałupy rasowego amstaffa.

Apropos, świeżo z lasu przybłąkana ok. trzymiesięczna suka amstaffa do wzięcia. Tymczasowy adres: garaż na bagnach. Szczegóły przekazania do ustalenia: leniuch102@gazeta.pl


20:57, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
niedziela, 21 grudnia 2008
  • yeti z kamczatki
  • ruski słoń
  • pinokio
  • kalectwo
  • kłoda
  • kołek
  • syberyjski żbik
  • człekopodobny
  • przerośnięty neandertalczyk
  • zagubiony chłopiec
tylu oryginalnych określeń użyto na jednym tylko forum sportowym w ciągu pół godziny od zakończenia walki Wałujew-Holyfield. Walki nie widziałem, ale zgaduję, że Mikołaj Wałujew, bo o nim była mowa, chyba się nie spisał.
piątek, 19 grudnia 2008
My tu sobie śmychy-chychy, a kryzys gore. Jeszcze nie u nas, jeszcze nie dziś. Przypomina mi to scenę z Powrótu Króla, kiedy Biały Czarodziej z hobbitem podziwiają zachód słońca z murów Minas Tirth,  w którego kierunku ciągną już armie Mordoru.
-It's so quiet.
-It's the deep breath before the plunge.

U nas sucho, a inni już po szyję. Zjechali ostatnio do mnie Polak, Niemiec i Francuz. Koledzy z pracy znaczy, którzy próbują sprzedać serwer lokalnemu potentatowi. Francuz się przedstawił:
-Niektórzy mówią o mnie: specjalista od baz danych, pewno dlatego, że zostałem ostatni z naszego działu
-Ostatni we Francji? (oczywiście nie we Francji w ogóle, hjuston, tylko we francuskim oddziale naszej Korporacji)
-...
-W Europie?! (j.w.)
-Lepiej. Ostatni w EMEA (EMEA = Europa + Afryka + Bliski Wschód)

Opadły nam kopary, bo do niedawna takich gości mieliśmy pęczek w samej Warszawie.
Zmiany, zmiany, zmiany.
Po drodze na lotnisko pogadaliśmy dłużej. Zgodziliśmy się, że jako Korporacja to już od ładnych paru lat jesteśmy w głębokiej... no, powiedzmy: w tunelu jesteśmy, więc może i tym razem jakoś się rozejdzie.
-Tym razem to trochę inaczej - powiedział. Przedtem na końcu tego tunelu było światełko, teraz w ramach oszczędności je wyłączyli.
No tak.
Nie pytaj, komu gaszą światełko. Gaszą je tobie, gaszą je mnie.

Dlatego, zamiast się szastać bez sensu, pod choinkę dziecku połóżcie np. puste opakowanie po japońskim filtrze powietrza.
Jak spyta co to takiego, powiedzcie, że fenomenalna gra, którą tatuś już zainstalował mu na kompie i kliknijcie w poniższy link:
http://www8.agame.com/mirror/flash/n/n-game.swf

Wszystkiego oszczędnego.

13:50, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
niedziela, 14 grudnia 2008
Kolega fieloryb w komentach przypomniał mi, że posiadam na blogu coś takiego jak reklamy google.
Zabawna sprawa, zapomniałem o nich, bo sam używam przeglądarki firefox z dodatkiem adblock, który skutecznie mi te reklamy (i 99% innych) filtruje. Skądinąd wiem, że adblokujący soft do Internet Eksplorera jest dużo mniej rozpowszechniony i chyba nie tak skuteczny.
Kiedyś zastanawiałem się, czy "dochody" z reklam warte są zaśmiecania nimi bloga.
Zasadniczo nie, bo od marca 2006 nastukało mi raptem 120 dołków, co daje mniej więcej a quarter ($0.25) za notkę.
Zasadniczo tak, bo ich w ogóle nie widzę, co więcej, wychodzi, że opodatkowałem nimi używanie Internet Eksplorera.

Ale, Mili, wizyta na moim blogu jest czasami warta wszystkich pieniędzy świata i jeszcze ciut. Mam tutaj patenty, jakich NIGDZIE indziej nie znajdziecie, które dadzą wam życiowe competitive edge, niezbędne do wyrąbania ścieżki w dżungli świata.
Dzisiaj, przy niedzieli, ze świętami w nieodległej perspektywie, podzielę się praktyczną radą, jak przetrwać w kościele. Katolickim, ale innych również. Dokładniej: przetrwać kazanie, bo rozterki duchowe, zwątpienia i apostazje to zagadnienia niegodne inżyniera.
Jak w temacie, nie zawsze kanodzieja ma dobry dzień, ba, być może nigdy go nie miał, a kazania wysłuchać należałoby, choćby przez wzgląd np. na krytycznie obserwującą nas przyszłą teściową, o tym, że za chwilę położymy za nie na tacę parę złotych, już nie wspomnę.
Ja, im bardziej pokrętna homila, im dłuższy list konferencji biskupów, tym łapczywiej chłonę słowa proboszcza, namarszczam czoło i w ogóle robię za kontrast wobec pozostałych wiernych, czyli parafii odkorowanych zombiaków, które z letargu wyrwie dopiero zaklęcie: "a teraz powstańmy".
Patent jest taki: trzeba sobie to kazanie w duchu tłumaczyć na język obcy.
Tylko tyle i aż tyle. Zamiast dać sobie zmarnować pół godziny życia - ostry sparing dla wapniejącego mózgu.
Enjoy. I ament.
21:29, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (10) »
piątek, 12 grudnia 2008
Zerwałem się z łóżka i szybko zamknąłem drzwi sypialni, żeby nie doszedł mnie dźwięk radia albo głos będącej już na chodzie Leniuchowej. Wciągnąłem portki, bluzę, skarpetki... yes - już miałem wolne ręce. Z rozmachem wbiłem palce wskazujące we własne uszy. Nogą otworzyłem drzwi i zbiegłem do pokoju. Po drodze ujrzałem dziecko poruszające ustami. Chyba mówiło: cześć tato. -Cześć - odkrzyknąłem głucho i palcem u nogi włączyłem nagrywarkę wideo. "Co ty Leniuch wyprawiasz?!" doszło do mnie z bardzo daleka. To Leniuchowa wydzierała się tuż przy moim zatkanym uchu. Niedobrze, coś jednak słychać, pomyślałem i zacząłem wydawać paszczą dźwięk "eoeoeoeo", żeby całkiem odciąć się od świata. Nagrywarka startowała z uśpienia, a w mojej kieszeni zawibrował telefon. Pognałem zamknąć się w gabinecie. "Taa Grześku  - jasne - sprawdzam - oddzwonię" uciąłem rozmowę i zajrzałem do maila. Może poczekać - stwierdziłem i, zeby przypadkiem nie przeczytać innych nagłówków (strzeżonego ... itd) zamknąłem program pocztowy...
I wtedy... i wtedy odsłoniła się przeglądarka, ze stroną, która wielką czcionką ... zgwałciła mnie przez oczy.
"Trzy nokdauny, Adamek mistrzem świata".
...
Zdruzgotany siadłem przed telewizorem, żeby odtworzyć nagraną nocą walkę. Niespodziankę diabli wzięli.
czwartek, 11 grudnia 2008

Dzisiaj obrazek w tradycji dokonań kol. Wątróbki:


ale inspirowany moim tegotygodniowym doświadczeniem na parkiecie WGPW (wykres jest autentyczny). Kasyno właśnie dało mi wygrać i chyba liczy, że w rewanżu położę na parkiecie oszczędności życia.
He he.
Niedoczekanie.
Chociaż...

10:05, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 grudnia 2008
Okiem świeżo upieczonego inwestora popatrzyłem na akcje mojej własnej Korporacji. Czy kupiłbym? Będę szczery: raczej nie, Korporacja śmierdzi trupem. A w każdym razie tak wynika z wykresów,  Zjechały do poziomu nędznego na tyle, że niedługo jakiś dzieciak wykupi całą firmę za kieszonkowe. Z drugiej strony biznes kręci się jak zwykle: w tym roku zarobimy te same marne grosze co w zeszłym i następny też nie wygląda tragicznie. Chwilę po tej konstatacji popatrzyłem na wykres, a ten jakby się ze mną zgodził i drgnął, a że czołgał się tuż nad zerem, to jego drgnięcie miało wartość koło 30%. W jeden dzień. Dzieciak który zainwestował kieszonkowe ma do lodów darmową colę.
Rozejrzałem się (w przenośni) po parkiecie, na stragan (metaforyczny) z akcjami innej znajomej firmy. Były warte mniej, niż ta firma miała kasy w banku. Innymi słowy inwestorzy w baranim pędzie wycenili jej wciąż niezły biznes, produkty, fabryki, budynki itp. na mniej niż zero.
Jestem jak najdalszy od próby "skarmienia leszczy" akcjami w/n (wyżej niewymienionych) firm. Tym bardziej, że opisane sytuacje dzieją się na NYSE, dla przyjaciół - Wall Street.
Ale life goes on i zaniebawem ktoś puknie się w głowę i za półdarmo kupi sobie inwestycyjny prezent pod choinkę. A wtedy - nie żeby od razu skończył się kryzys - ale nowy rok powitamy w lepszych nastrojach.

To pisałam ja, racjonalna składowa jaźni leniucha102. Oddajemy klawiaturę jego ciemnej stronie.

Kulinarny przebój schyłku cywilizacji, który rozpocznie swój tryumfalny pochód przez osmalone garnki polskich kuchni zbliżającym się roku.
Zupa z lebiody
Składniki:
0.5 kg liści lebiody,
20 dkg mięsa wołowego (lub wieprzowego), Każdemu wolno marzyć (przyp. mój)
0.125 l śmietany, j.w.
5 dkg szczypioru,
pieprz,
sól do smaku.

Sposób przyrządzenia:
        Liście lebiody dokładnie umyć. Zagotować 2 l wody. Do wrzątku włożyć mięso (albo wyobrazić sobie, że wrzucamy) i gotować do miękkości. Następnie mięso wyjąć (i oddać do sklepu), a do wywaru wrzucić liście lebiody i drobno posiekany szczypior. Osolić i dodać pieprzu do smaku. Gotować 10 min. Wersja premium: na koniec podprawić śmietaną
11:22, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
niedziela, 07 grudnia 2008
W czerstwym dowcipasie pasażer samolotu lecącego do Londynu zagaduje sąsiada:
-mówi pan po angielsku?
-nie
-świetnie, świetnie, ja też ani-ani, trzymajmy się razem to nie zginiemy.

Oczytani mówią o angielszczyznie per "lingua franca". Co do francy chętnie się zgodzę, ani jej zrozumieć, ani się w niej wyjęzyczyć. Jest tylko jedna rzecz gorsza od angielskiego - jego brak.

Ostatnio paru łebskich kolesi ściaga ze Szwajcarii używane nagrywarki video, Sprzęt co prawda z drugiej ręki, ale za to bez dysku i polskiej fonii. Schodzą jak ciepłe bułeczki, bo jednak jakiś stary dysk zawsze się znajdzie, fonię puści "po niskiej", a w żadnym sklepie nagrywarki hdd za równowartość trzech flaszek nie kupi. Za tyle to każdy złom jest świetny. Kupiłem i ja, ale wcześniej zajrzałem na niezawodne forum elektroda.pl. I co powiecie, za największą usterke tego skądinąd solidnie wykonanego  grzmota koledzy-elektronicy uznali brak angielskiego menu. Rozgorzała gorąca dyskusja nt. który z kompletnie niezrozumiałych szwajcarskich języków jest nam, Polakom najbliższy. Tu powinna pojawić się sonda z pytaniami 1. Niemiecki? 2 Włoski? 3.Francuski?, ale odpuszczę sobię i wyjawię, że przez aklamację wybrano włoski.
Szok, a jednak.
No dobra, włoszczyzna bliższa, ale do czego: naszego czy może angielskiego.
Szybko dowiedzieli się koledzy, którym po odtworzeniu filmu pojawiło się okno dialogowe z tajemniczym tekstem i dwoma opcjami: "Cancello" i "Annullo".
"Anglofile" kliknęli na odczepnego "Cancello", bo jak "cancel", "poloniści" - "Annullo", że niby "anuluj".
Well, ci od "cancello" muszą nagrywać od nowa.
I wszystko jasne.

PS.
Spostrzegawczy zauważyli, że obok niniejszego bloga mam jeszcze jeden, na którym daję upust najniższym instynktom, zionę nienawiścią etc. Było mi mało, więc dziś inauguruję zupełnie nowego podbloga tematycznego, do którego będę wrzucał notki nt nowospiraconych filmów. Mam mianowicie wolne łącze, którego mi szkoda na ściąganie chłamu i coraz krotszą resztę zycia, której mi szkoda na tegoż chłamu oglądanie. Jeśli ktoś ma tak samo jak ja, niech rzuci okiem na... axxowatch.blox.pl i skorzysta z mojego ryserczu. Enjoy.
23:19, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
piątek, 05 grudnia 2008
Wszedłem w kryzys wieku średniego, a wraz z nim dopadła mnie potrzeba doznań ekstermalnych. Nie żeby od razu samemu na gołe kastety pod mostem o flaszkę, ale niechby na bazarku przegrać stówkę w trzy kubki. Niestety, na miejscu bazarku powstał hipermarket. Wbrew pozorom również tam mozna sporo zaryzykować, np. kupując i spożywając kiełbasę swojską w promocji po 4,50, ale to hazard bardziej na terminalną depresję niż na wspomniany kryzys.
Jest wszakże miejsce, gdzie mozna wtopić nie gorzej niż vegas, nie ruszając się przy tym zza komputera. Cwaniacy w czerwonych szelkach mieli swój fun przepuszczając tam moją emeryturę, niechże zabawię się i ja. Podjąłem pensję i dwoma kliknięciami obstawiłem nieparzyste i zero, sorry, tepsę i pekao bp. Rię-ne-wa-pli, bo mi się kasa skończyła.
Włączyłem tv biznes, jeszcze przed chwilą największe nudziarstwo w telewizorze... i cóż za zmiana. To fascynujący kanał, zwłaszcza jak pokazuje ci twoje własne znikające pieniądze. Fraza "Dzisiaj na warszawskiej giełdzie" wczoraj powodowała automatyczne przełączenie stacji w radiu, dzisiaj brzmi jak gwóźdź programu.
Po trzech dniach ekstazy i udręki spotęgowanej nieodmiennie histerycznym tonem giełdowych komentarzy przy każdym półprocencie w górę czy dół jestem... 50 groszy do tyłu.
Nie ma to jak niedrogo się zabawić i jeszcze niczym nie zarazić.

A dla kolegów-inwestorów mam niezawodny cynk - Polmos. Ale nie akcje tylko wyroby. Kupić - poczekać na akcyzę - wypić. Z gwarantowanym zyskiem.
00:11, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
wtorek, 02 grudnia 2008
Kiedy wyzionął ducha nasz stary aparat, a Leniuchowa, mimo że przecież ma świetny aparat w komórce, postanowiła zastąpić go nowym, ogarnęło mnie niedobre przeczucie ciężkiej wtopy.
 
I rzeczywiście, przytachała do domu jakąś koszmarną bryłę, jakby nie było w sklepach tych ślicznych, błyszczących aparatów po 199,99.

Ja w zasadzie lubię solidne żelazo, ale niekonieczne uwieszone na szyi. Może i ma jakieś zalety, np świetnie stabilizuje kajak, innych na razie się nie dopatrzyłem. Oględziny tego czegoś pozwoliły mi jednak poznać receptę na aparat, za który sprzedawca krzyknie z pięć razy tyle, co normalnie.

Po pierwsze należy nowoczesny kieszonkowy aparat pomalować na czarno. Napompować do rozmiarów cegły. Dociążyć do wagi dużego imadła. Usunąć obiektyw, klient bulnie osobno. "Zaktualizować" soft, pozbawiając możliwości nagrywania filmików, dokładania zgrywnego tła i komentarza paszczą.
I najważniejsze: zmusić użytkownika, żeby patrzył w tę analogową dziurę zamiast na ekran lcd.
Dopiero takiemu umęczonemu dźwiganiem, zgiętemu nad wizjerem, wycyckanemu z gotówki klientowi producent łaskawie przyzna status pstrykacza-amatora. Bo przeciez nie profesjonalisty. Za profesjonalną luszczankę trzeba oddać konto emerytalne i nerkę.

Za to taki "amator" może czuć się istotnie powyżej zwykłego idioty, bo któż inny używa idiotenaparatów na jeden pstryk. Fotoproducenci na razie nie zauważają istnienia podklasy pstrykaczy zadawalających się  parumegapikslowymi komórkami, ale podobno działy marketingu nikona i kanona ciężko pracują nad odpowiednio pogardliwym oetykietowaniem takich indywiduów.
Telekretyn-Apparat Benutzer i NRNZNF - Nędzny Robak Niedający Zarobić Naszej Firmie - to robocze określenia.

Ale może na końcu tej fotogolgoty jest jakaś nagroda, coś co symbolicznie choćby wyrówna poniesione koszta i wysiłek? Np. jakość zdjęcia?

Tu dopiero zaczyna się tragedia. Za zdjęcia wykonane tą machinerią można zostać ekspresowo wypisanym z rodziny, która wybaczy prześwietlenie, nieostrość, złe kadrowanie, czerwone oczy... ale nie drobiazgową upierdliwość luszczanki, odnotowującej każdą zmarszczkę, pryszcz i plombę na siódemce... To ponad siły nawet kochających bliskich.
Choć z drugiej strony, po co fotoamatorowi rodzina?
12:35, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (6) »
Archiwum