czwartek, 27 grudnia 2007
Seria stresów podczas przygotowań do Świąt powoduje, że potrafimy być nieźle podgotowani. Osoby ą ę i na poziomie potrafią założyć sobie tłumik, ale lud prosty nie zawsze i dlatego najwięcej zabójstw notuje się właśnie w święta. U mnie na taki klimat trafił Zygmunt , który w wigilijny poranek zadryndał (komórkowo) z problemem.
- Zadzwoń - mówi - na błękitną linię, bo zaraz osiedle straci telefony na święta.
- ?!
- Wysiadł przedwczoraj numer Pipsztyńskiej, przyjechało dwu debili i naprawili Pipsztyńską, ale odłączyli Kuszelaka. Dzisiaj przyjechali naprawić Kuszelaka i [--- fragment usunięty jako łamiący regulamin blox.pl ---] i odłączyli mnie.
Dzwoniłem do jednego z tych kretynów na komórkę, ale on mówi, że nic nie rozłączał, a w ogóle tylko stał i patrzył co kolega robi, ale nie powie jak się kolega nazywa, bo kapusia pan ze mnie nie zrobi, wyobrażasz sobie?!
- No wiesz, te chłopaki zarabiają jakieś grosze, nie wiem, czy im się za benzynę zwróci, a fachowcy z nich żadni, to pewne.
- Ale to firma duża przecież jest, jak oni o swój wizerunek dbają!
- Duża, duża, ale wciąż państwowa, tyle ze francuska.
- Jaka państwowa, jak prywatyzowali
- he he, prywatyzowali - mówię, i czuję, że zły duch świąt popycha mnie ku niedobremu - żeby przyjaciel twojego prezydenta mógł skasować swoje 5 procent - (no nie da się ukryć, z Zygmuntem dzielą nas sympatie polityczne).
Do Sarkozego teraz ojciec napisz, to może poskutkuje - dodaję gazu - jeden emeryt poskarżył się Chiracowi to w trzy dni telefon miał.
- A ile czasu na naprawę mają w tepe?!
- Ostatni raz jak zgłaszałem to 50 godzin. I tak masz podobno w umowie. Mógłbyś podać ich do sądu, jeślibyś przez pięć lat o chlebie i wodzie uzbierał na adwokata. Nie-twój-premier miał pomysł, żeby adwokatem był każdy prawnik, który zdał egzamin, jak w Stanach, ale to podobno niezgodne z konstytucją.
- Ty się nie mądruj, ale zadzwoń na tę linię i im powiedz, że jak do jutra nie będę miał interku, to ICH osiedlową centralkę na ścianie MOJEGO domku może spotkać jakieś nieszczęście.

Guess what, poskutkowało. Jeszcze w Wigilię przyjechał do Zygmunta "jakiś kretyn" zawalczyć z centralką, a w Boże Narodzenie rano "debile" poprawiły, już skutecznie.
Dużo łatwiej negocjuje się z tepsą przystawiając jej pistolet do centralki.
21:59, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (11) »
niedziela, 23 grudnia 2007

Dorastałem, Mili, w peerelu. Na zasadzie, wg której kaczka po wykluciu uzna za mamę choćby odkurzacz, jeśli akurat jest w pobliżu, tak i mi planowa gospodarka socjalistyczna wydawała się najnormalniejszym pod słońcem porządkiem świata. Jeśli na święta gwoździem programu był słoik z dżemem "ananasowym" przyjmowałem to bez zdziwienia, a nawet pewnym zadowoleniem. To, że jego zawartość była żółtawą galaretą bez śladu ananasa - również.
Dopiero z czasem nieoficjalnie dowiedziałem się, że tak wcale być nie musi, że bywają miejsca, gdzie ananasów, pomarańczy i frutipapalinków jest na święta opór. I że winę za relatywną skromność naszych świąt ponosi "księżycowa ekonomia" żartobliwie zwana planową.
Życie dowiodło prawdziwości pogłosek o nowym, lepszym świecie. Tym samym jednak przyprawiło mnie o podejrzliwość względem oficjalnych zapewnień, że system wokół nas jest najlepszym z możliwych. Robili mnie w bambuko wtedy, może robią nas i teraz? Weźmy hipermarkety, których mnogość ma być wg skorumpowanych rad miejskich błogosławieństwem dla konsumentów.
Te molochy w założeniu najpierw wykończą cenowo sklep rtv "po schodkach", a potem zewrą się w śmiertelnych zapasach na zjeżdżające ceny. Wilcze prawa konkurencji, dumping cenowy i podrzynanie gardeł, wszystko po to, by na parę dni przed świętami klient kupił co tam chce za psi pieniądz.
Aha.
Podszedłem do dwu sąsiednich i "wykańczających" się hipersklepów obejrzeć konkurencyjne ceny na upatrzoną miniwieżę. W obu takie same: 2499 zł. Tak ze 100% drożej niż interku.
Zrozumiałem, że byłbym idiotą gdybym tam kupił. A że przynajmniej jeden z tych sklepów jest nie dla idiotów, poczułem się niemile widziany. Po drodze do domu wstąpiłem do sklepu rtv "po schodkach", który jakoś nie zorientował się, że jego czas minął.
1599 zł - tyle sklepik zażyczył sobie za moją wieżę i tyle dostał.
My, anachroniczni idioci, powinniśmy się wspierać.

PS:

Wobec pewnych kontrowersji wywołanych zamieszczeniem tuż przed świętami niestosownego i na pierwszy rzut oka niezwiązanego z tematem notki zdjęcia Hitlera, wyjaśniam:

  • - obrazek pochodzi z niemieckiego serwera indymedia.org
  • - "Kaufen, Marsch, Marsch!" był sloganem reklamowym sklepów media Markt w Niemczech
  • - Opisywane w notce sklepy Media - Markt i Saturn należą do tego samego koncernu Metro AG, co być może wyjaśnia zaskakującą zbieżność cen i wrażenie braku konkurencji między nimi. http://pl.wikipedia.org/wiki/Metro_Group
  • - Założyciel i współwłaściciel Metro AG, Otto Beisheim w czasie wojny należał do formacji "1 Dywizja Pancerna SS "Leibstandarte SS Adolf Hitler" (Gwardia Przyboczna Adolfa Hitlera, w skrócie: LSSAH) "

http://de.wikipedia.org/wiki/Otto_Beisheim
http://media-bloed.de/bild/media-bloed/ kaufen-marsch-marsch-mitglied-der-waffen-ss-leibstandarte-adolf-hitler-otto-beisheim-mediamarkt-metro-ag/

czwartek, 20 grudnia 2007
Jedne programy są mądre, inne głupie. Kiedyś wszystkie mieściły się w 640 KB pamięci, z systemem operacyjnym włącznie. Ostatnio zainstalowałem sobie programik, który udaje 5 (słownie: pięć) guzików do regulacji monitora. Zamiast sięgać paluchem do obudowy panelu odpala się programik Magic-Tune-Premium i myszką ustawia co tam trzeba.
Program ładuje się podejrzanie długo, ale jest na to metoda, można odhaczyć sobie w opcjach "szybkie uruchamianie" i w trayu pojawi się czekająca na rozkaz ikona.
Ile RAM-u może zająć ikonka takiego programu na pięć guzików?
17 MB.

Świat nie rozumie nas, my nie rozumiemy świata. Nie rozumiemy nawet samych siebie.
To nie ja, to Conrad.

Nie rozumiem, kto pisze takie programy, nie wiem nawet, kto przynosi prezenty pod choinkę
Powiedzcie mi, bo nie wiem
Kto przynosi prezenty pod choinkę?

Mikołaj
Gwiazdor
Died Maroz
Opieka społeczna
Ktoś inny, kto?
23:40, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 17 grudnia 2007
Pierwszymi literkami, jakie poznał mój trzyletni syn, nie były te składające się na słowa "mama" czy "tata". Nie nasmarował ich też kredką świecową na papierze w kratkę. Swoje pierwsze literki wstukał samodzielnie do paska adresów przeglądarki, gdzie utworzyły ciąg "gry.pl".

Psychologowie nie mają wątpliwości, że w przeciwieństwie do telewizji, gry komputerowe pobudzają szare do działania. W hipokampie przeciętnego gracza w dooma można hartować stal szybkotnącą. Wychodząc z tych założeń daliśmy Piotrkowi swobodę wyboru gier z wykluczeniem tych zbyt brutalnych. Wyrywanie łbów - owszem, wyrywanie łbów razem z płucami - znajdź sobie synu inną. "Tak tato" i sielanka trwa dalej.
Niedawno przystąpiłem do multimedialnego upgrade'u naszego notebooka. Ostatnim gadżetem podczepionym pod jego wejście słuchawkowe jest stare kino domowe sprzed (tak, to nie pomyłka) niemal dziesięciu lat.

Siedzieliśmy w niedzielę przed telewizorem, gdy przez gabinet przeleciała przyczepa kempingowa. Zatrzęsło szybami a na stropie pojawiła się rysa. Niechętnie zwlokłem się z kanapy i zajrzałem do gabinetu. Przez 22 cale nowego monitora (mikołajowy prezent ode mnie dla mnie) leciała kolejna przyczepa kempingowa. "Ścisz!"."Tak tato". Nie ma układniejszego dziecka niż moje przed komputerem. Chwilę później usłyszeliśmy intrygujący dźwięk wpół drogi między motocyklem a miotaczem płomieni. Z osłupieniem ujrzałem jak synek na motocyklu spopiela miotaczem płomieni innych zawodników... póki nie zostaje usmażony przez sprytniejszego rywala. Nieświadomy mej obecności syn podrapał się w czteroletnią głowę.
"Kulwa, spaliłem się" - podsumował.
01:48, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
sobota, 15 grudnia 2007
-Czy pan na pewno chce jutro robić te instalacje, panie Leniu?
-Słucham?
-No bo wie pan, jutro trzynasty jest. Trzynasty grudnia.

Nie wierzę w przesądy, wybrałem przyszłość z LSD i nie obchodzi mnie, że jakieś dziadki kościane ganiały się po ulicach sto lat temu. Wyszło na moje, bo przez feralną datę przemknąłem bez śladu problemu. Za to następnego dnia...
Zaczęło się od wyjazdu z hotelu.... Jakiś debil stanął tuż przy bramie, a że krakowianie parkują po obu stronach swoich wąskich uliczek, to właściwie nia miałem szans na włączenie się do ruchu. Ciut cofnąłem i wydawało mi się, że jednak sobie wyjazd jakoś wycyrkluję. Problem w tym, iż mylnie przyjąłem, że siedzę w swoim fokusiku, a nie odrobinę większym dodżu Leniuchowej. No i ciut łajzę błotnikiem przytarłem. W tym momencie jak spod ziemi odnalazł się ów młody idiota, który mnie przyblokował i panicznie zaczął przestawiać auto, żebym go nie przeszorował jeszcze bardziej. Cały ten czas stał i lampił się na moją gimnastykę, udając wszakże studenta, który czeka na tramwaj. Wyrwałbym łeb razem z płucami, tylko po pierwsze byłem spóźniony, po wtóre autko miał małe, ale sam był duży, mógłbym do tego łba nie sięgnąć.

Mój krakowski - strasznie ą ę jak oni wszyscy - klient rezyduje w jednym z nowych biurowców. Mają parking, na który trudniej się dostać niż na finał ME, więc objechałem go i stanąłem sobie w uliczce obok. Dojście do biurowca odcięli parkanem panowie budowlańcy, zatem ruszyłem na skrót przez - well, jak mogłem wnioskować z krawężnika i nowych nasadzeń - trawnik. Gruba nieostrożność. Krok jeden, krok drugi i prawa noga pogrążyła mi się w błocie do pół łydki. Nożeszojacięnormalnie. Wkurzyłem się. Okrążyłem budynek, zdawkowym szurnięciem zostawiłem ślad na wycieraczce i wszedłem do środka. Hol, marmury, hektar marmurów między drzwiami a windą i kompletna pustka. Ćmok lewa, ćmok prawa kieruję się wolno ku recepcji, zostawiając gliniaste ślady na lśniącej podłodze. Leniuch-Szrek-Z-Bagien atakuje.
- Do pani Pipsztyńskiej-Ociepko
- Dziesiąte - mówi babeczka, ale w osłupieniu patrzy tylko na te ślady.
- Dziękuję - mówię zimno i ćmok prawa, ćmok lewa kuśtykam do windy.
Zanim dojechałem, trochę mi adrenalina opadła i odczułem dyskomfort z posiadania kilograma błota w prawej skarpetce. Kibel znajdował się jednak po przeciwległej stronie piętra, więc znów paredziesiąt metrów wykładziny mieli do czyszczenia. Jakoś udało mi się wykruszyć błoto ze skarpetki, oskrobać buciory, nawet trochę ruszyło mnie sumienie i zgarnąłem błoto na kupkę, z której większość, wraz z ogromniastym kłębem zużytego papieru wrzuciłem do muszli... Nacisnąłem spłuczkę, a muszla dostojnie napełniła się wodą, która postanowiła nie spływać. Lśniąca czystością łazienka zamieniła się tym samym w zimową aranżację ogrodową z oczkiem wodnym.
Kij im w to oczko.
Najfajniejsze jednak, że w "pokoju IT" jak klient nazywa serwerownię, stał sobie ogromny panel telewizji przemysłowej, której kamera znajdowała się m. in. w feralnym kiblu. Co pewien czas zerkałem sobie na gości, którzy cofali się z przerażeniem na widok bangladeszu w kabinie, a potem na walczące z nim sprzątaczki.
Tak sobie myślę, że jak ktoś kiedyś "przewinie taśmę" wstecz do moich zapasów ze skarpetką, to oglądacze jutjuby będą mieli niezły ubaw.
11:46, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
środa, 12 grudnia 2007

Problem z laptopami jest taki, że jak już zblednie im panel, wytrze się taczpad i zatnie klawiatura, to mimo wciąż dziarskiego wnętrza nie chce się takiego laptopa dotykać. Na szczęście przeciętny laptop rzadko odrywa się od biurka, a na biurku można dosztukować sobie to i owo. Też zauważyłem w/w symptomy w swojej maszynce i wdrożyłem plan ratunkowy. Po pierwsze wyciągnąłem z piwnicy porządną klawiaturę usb i podłączyłem do niej full size, niedrogą acz chędogą myszę. Mała, bezinwestycyjna prawie operacja, a komfort obsługi skoczył jakieś 100%.
Po drugie ropocząłem rysercz w kierunku nowego monitora. Zrobiło się drożej, ale kiedy już przyszedł... Właśnie piszę tę notkę zahipnotyzowany hektarowym panelem lcd. Zanim przejadę myszą od klawisza "start" po lewej do ikony gadulca po prawej, mija pół dnia. Gdybym miał agorafobię pewno z krzykiem uciekłbym do łazienki. I tak uciekłem, ale z innego powodu. Po włączeniu pobiegłem po okulary spawalnicze i nie zdjąłem ich, póki nie skręciłem kontrastu o dwie trzecie, a jaskrawości DO 15 procent.
Kur-cza-ki.
Jeśli możecie, zróbcie sobie taki prezent.


http://onephoto.net/uploads/andrzejbrzez/1147604065_gal_bezkres1.jpg

19:49, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 10 grudnia 2007

Znowu podróż służbowa rzuciła mnie do Krakowa, miasta poetów. Tym razem wziąłem ze sobą kamerę, aby spróbować uchwycić nieuchwytne - ten słynny krakowski spleen, ten medżyk (ang. magic). Czas po temu wybrałem odpowiedni, bo właśnie gdy planty spowite są wieczorną mgłą, a uliczne latarnie przeglądają się w wilgotnym bruku to medżykiem jedzie najbardziej. Chętnie w to wierzę bo w taką pogodę to nawet u nas na wsi robi się niewyraźnie. Leniuchowa owija się w takich razach ciepłym pledem i : "ale, kurka, medżyk za oknem" chrypi.
Niestety, krakowskie klimaty znikają, gdy skierować na nie zimne oko kamery. W sumie nawet gdy schować ją do kieszeni nie za bardzo chcą się ujawnić.
Ale byłem, zwiedziłem najpopularniejszą i największą krakowską budowlę, zjadłem tam też małopolską specjalność, średnią, na cienkim cieście.
Poniżej:
Liczby nie kłamią, zarówno pod względem kubatury jak i odwiedzających największa atrakcja Krakowa

14:53, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (13) »
sobota, 08 grudnia 2007
Zanim John Rambo został Rambo, ale już po tym jak stał się Rockim Balboa, wcielił się jeszcze w niejakiego Janka Kowaka. Ów Kowak założył, a potem szefował związkowi zawodowemu transportowców . Ta zapomniana rola Sylwka Stallone zapadła mi w pamięć dzięki jednej scenie: Janek Kowak przekonuje wahającego się kierowcę do przystąpienia do związku: pokaż mi swoje palce, mówi, łapiąc go za rękę. Skąd masz te blizny? Powiem ci! Prowadzisz po nocach i żeby nie zasnąć trzymasz papierosa. Kiedy przysypiasz, żar przysmaża ci skórę, wtedy budzisz się i wysuwasz papieros milimetr dalej. Skąd wiem? Tu Stallone dramatycznie rozczapierza przed oczyma kolegi swoje paluchy - robię tak samo!

Ja niestety nigdy nie wpadłem w nikotynowy nałóg ani nie spotkałem żadnego Kowaka ze związku zapierdalaczy komputerowych, więc muszę na własną rękę walczyć ze snem za kółkiem. Pod artykułem "Kawa czy drzemka" znalazłem ostatnio przeciekawą radę internauty:
"I was given a tip several years ago by an older cinematographer. He recommended removing one’s shoes and socks to drive barefoot. It truly seems to work."
Trasa z Rzeszowa do Wrocławia jest wprost stworzona do takich eksperymentów, zwłaszcza kiedy atlantycki niż zjeżdża ciśnienie 3 kreski na godzinę. Kiedy wyprztykałem się ze stymulatorów typu kawa, śpiewanie "10 w skali buforta" etc. przyszedł dobry moment na skorzystanie z rady.
Potwierdzam, działa. Już ściągnięcie lewego buta przy prędkości 150 jest ekwiwalentem dwóch redbulli. Ściągnięcie prawego, gdy bosa lewa stopa ciśnie gaz, to zastrzyk adrenaliny porównywalny z widokiem policji z wymierzoną w Ciebie suszarką.
Nic nie trwa wszakże wiecznie i efekt bosej stopy zanika po jakimś czasie, szczególnie gdy małodusznie powstrzymać się przed ściągnięciem (mamy w końcu grudzień) skarpetek.
Ustrzeże przed zaśnięciem czy nie, na pewno unieśmiertelni. W każdym razie w opowieściach strażaków, którzy będą wycinać cię z auta.
"Panie, w życiu czegoś takiego nie widziałem. Przypierdzielił tak, że mu buty z nóg spadły".
12:41, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 grudnia 2007
W zeszłym roku o tej porze poinformowałem PT Klientów, że przed grudniem jest jeszcze listopad. I żeby nie czekali do końca roku ze swoimi durnowatymi zleceniami. Guess what, poskutkowało. W tym roku zapaskudzili mi już listopad i zamierzają grudzień.
Jeżdżę więc po kraju jak głupi, a głupie pomysły same przychodzą do głowy. Postanowiłem np. osiągnąć swoją bryką jej nominalne minimalne spalanie. Czyli 5,1 litra. Tak zgadza się, ten nienajsłabszy (115 KM) silnik zaprzężony do nienajżejszego (1,6 tony) auta spalił kiedyś jakiejś sknerze 5,1 litra i był przy tym p. Guiness ze swoją księgą i pisakiem.
Podobno wystarczy jechać 80-90 na godzinę bez przyśpieszania i właśnie tyle wyjdzie
Na razie wierzę na słowo, bo nawet z Anną "Relanium" Jopek w odtwarzaczu nie pojadę wolniej niż 110. Przez całą drogę mięsień prostownik mojej prawej łydki zmagał się antagonistycznym przywodzicielem o kontrolę nad pedałem gazu i dogadały się na poziomie 110 - 120. Spaliłem złowrogie 6,66 litra na sto i kuśtykając poszedłem do kasy.
Normalnie, z ZZ-TOP w głośnikach i luźną łydką wyjeżdżam trzy litry więcej i pięć dych prędzej. Policzmy... trasa do Krakowa i z powrotem razy 13,5 złotego zaoszczędzone na sto daje... OMG, osiemdziesiąt jeden złotych.
Cztery flaszki albo półtora przydrożnego stosunku oszczędności!
(@Leniuchowa: żartowałem z tym przydrożnym)
Warto? Jeśli wliczyć konieczność wysłuchania Pieśni Zebranych Anny Marii - nie.

Z innej beczki. W ramach dorocznej przedświątecznej dawki nienawiści chciałbym zogniskować wszelkie złe uczucia na propagatorach określenia "magia świąt".
Niech wam, drodzy marketoidzi, "magia świąt" objawi się jesienią średniowiecza w.. wiadomo gdzie.
Specjalne życzenia kieruję ku Głusi Andrzejewicz, która w te święta zamierza katować nas piosenką.. no właśnie "Magia Świąt". W komentach proszę wpisać co i gdzie zrobilibyśmy Głusi, gdyby zły los skrzyżował nasze ścieżki na jakimś odludziu. Ciekaw jestem zwłaszcza opinii dawnych znajomych z taśmy we Wrozamecie, pod warunkiem że opuścili już zakład karny.
21:16, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (47) »
niedziela, 02 grudnia 2007

Najbardziej wstrząsającym przejawem polityki historycznej PiS-u były dla mnie polowania na anglosaskich uczniów. Ekipa Wiadomości namierzała takiego szczyla w szkolnym gajerku i przypierała do średniowiecznego muru public school zasadniczym pytaniem: "kto stworzył obozy koncentracyjne?". Jeśli trafili na biegłego w historii, który zgodnie ze zdrowym rozsądkiem odpowiedział, że Polacy, skoro to w końcu polskie obozy, to chłopak miał gwarancję występu w głównym wydaniu polskich Wiadomości. Podejrzewam, że innych odprawiano staropolskim smack on the head i "szoruj na lekcje, po zaraz pasek zdejmę".

Takie jakieś refleksje przemknęły mi przez głowę, kiedy w podrózy służbowej przejeżdżałem przez Gliwice. Jednym z fajniejszych tamtejszych zabytków, bo do obejrzenia wprost z wygodnej drogi nr 88, jest słynna - każdy chyba słyszał - radiostacja w Gliwicach.
Zanim telewizja poleci pytać o to małych Angoli pozwolę sobie przetestować pt Czytelników:

we wrześniu 39
radiostację gliwicką:

zdobywaliśmy
broniliśmy
przeczuwam podstęp, więc sprawdzę w Wikipedii


http://pl.wikipedia.org/wiki/Radiostacja_gliwicka
14:40, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (10) »
Archiwum