czwartek, 24 listopada 2011

well, niniejszą notkę dedykuję wszystkim (nie)znajomym kręcącym głową z podziwem nad podróżującymi po świecie "bez zaklepania" sobie noclegu, posiłku, transportu etc. "Ja bym tak nie umiał(a)" słyszałem mile łechcące moje ego deklaracje. No cóż, połechtany odpowiadam: owszem, umiałbyś/umiałabyś, bo - po prawdzie - każdy by umiał.

"Independent traveller" aka "backpacker" to gatunek żerujący na obrzeżach trzeciego świata. Najczęściej uosabiany jest przez wymoczkowatego holenderskiego młodzieńca, którego koledzy nie zabrali na Ibizę, więc pojechał gdzie indziej. Zdarzają się też francuskie emerytki, brzydkie Włoszki, znerwicowani Szwajcarzy - ogólnie galeria nieatrakcyjnych typów i typiar, które podróżują z braku czegoś sensownego do roboty.

Wbrew pozorom wyprawa na drugi koniec świata nie wymaga przymiotów umysłu czy charakteru na miarę Eryka Rudego. Wystarczy przewodnik "Lonely Planet" który dyktuje gdzie "niezależny" podróżnik śpi, co je i robi. Proceder podróżowania po świecie stał się dzięki temu wydawnictwu zawstydzająco prosty.

Demonstruję na przykładzie: rzucamy flamastrem w kręcący się globus trafiając np. Brazylię (duża, to łatwo). Tam pojedziemy. Nie mówimy po portugalsku, Brazylijczycy en mass - po angielsku, ale to nie szkodzi. Po dwóch kliknięciach w internet backpacker zanabywa bilet od Rio i heja. W Rio na lotnisku kupuje wspomnianą Lonely Planet - Brasil i z nią w ręku udaje się najbliższy postój taksówek.

Otwiera na rozdziale Rio-Sleeping-Budget i paluszkiem wskazuje taryfiarzowi adres. Ogólnie znanym gestem pyta o cenę przejazdu, a taksówkarz na kalkulatorze mu ją prezentuje. Jadą. W hotelu/hostalu na recepcji znajduje wachlarz folderów lokalnych agencji turystycznych: czyli wycieczki po las ruinas czy los wodospades w wersji busikiem lub na osiołku. Konsultuje ceny z "L. Planet" i wręcza wybrane ulotki recepcjoniście, który aranżuje resztę. Po oblukaniu miejscowych atrakcji udaje się na dworzec pekaesu i przemieszcza do następnej miejscowości, gdzie powtarza procedurę.

I to wszystko. Gdzie tu przygoda? A, przygoda jest kiedy się gdzieś zgubi albo go nastraszą. Kiedyś opowiedziałby o niej innym spotkanym na szlaku podróżnikom, ale to już przeszłość. Obecnie w hostelach zamiast dzielić się historiami dzieciaki wyciągają ipady i napierdalają w fejsbuki.

wtorek, 22 listopada 2011

Oto jestem z powrotem z krajów, w których benzyna kosztuje 2,5 złotego za litr, można się wyspać na plaży, a dziewczęta chichoczą na widok europejczyka.

Wkrótce obszerniejsze relacje, tymczasem zwrócę uwagę na często pomijany aspekt turystyki indywidualnej. Aspekt sporej wagi. Konkretnie: wyjazd sprzed dwóch lat: na wejściu 85 kilo, po miesięcznym pobycie w Peru: 78. Przed tegoroczną wizytą w Meksyku/Gwatemali/Hondurasie/Gwatemali/Belize/Meksyku: 81, po powrocie: 74.

Zachwycająca metamorfoza ciastowatego, bladego facia w średnim wieku w opalonego szakala została uwieczniona obiektywem Kwadrata, ale ze względu na anonimowość bloga nie mogę się nią pochwalić.

Z tego samego względu mogę się za to pochwalić kosztami w/w kuracji. Wycieczka była z grubsza wzorowana na trasie biura podróży Kiribati, które wyceniło ją na  6850 zł  + 990$ + 315$, czyli jakieś 11 tysi. Nam się udało zamknąć w skromnych 8 na łeb, wliczając w to wypożyczenie auta na 3 dni, kupno pół plecaka koszulek i polowanie na manaty. Oraz przejazdy, przepływy (+- 5000 tys. kilosów), przeloty (KLM, 3 tys. pln) i durnowate pamiątki totalnie pogruchotane w czasie transportu.

Drogawo, odchudzanie lewatywą chyba wyjdzie taniej. Choć niekoniecznie przyjemniej.

środa, 02 listopada 2011

Zderzenie cywilizacji Zachodu z Indianami prowadzilo do wielu zabawnych nieporozumien. Pierwsi odkrywcy zaginionego miasta Zapotekow sadzili np., ze znalezione tam dynamiczne freski przedstawiaja tañczacych tubylcow. Blizsze ogledziny pozwolily ustalic, ze to raczej wladcy osciennych panstw, pojmani i trzymajacy sie za genitalia, a raczej miejsce po nich. No, Zapotekowie jaja im urzneli, po prostu. Ta niefortunna okolicznosc wyjasnia skoczne pozycje "Tañczacych" i ich zywa mimike.
Na plus Zapotekow nalezy zapisac, ze wokol ich boisk do peloty nie odnaleziono szczatkow poswieconych zawodnikow. Mala rzecz, a wyjatek w skali kontynentu.

Archiwum