poniedziałek, 29 listopada 2010

Podrapałem się w głowę i wymyśliłem, że w rewanżu za ściągnięte z interku dźwięki wybiorę się na koncert Herbiego Hancocka. Dam mu niby zarobić. Akurat Herbie też wpadł na pomysł, żeby w rewanżu za zakupione przez fanów płyty trochę im pokoncertować.
Z obustronnych dobrych chęci wynikła nielicha konfuzja.
Dwie ostatnie płyty Herbiego to muzyka lekka łatwa i przyjemna, plus pianino Herbiego przechadzające się po marginesach utworów. Pięć miarek Lennona, cztery łyżeczki Pink i naparstek dżezu na okrasę. 
To na płycie.
A na koncercie jak to na koncercie - odwrócenie proporcji. Parę taktów znajomego przeboju, a potem gulp - artysta ciągnie słuchaczy w bagno dżezowych improwizacji. Trzeba lubić, żeby docenić. Dla nieosłuchanych - szkoła przetrwania.
Trochę tak, jakby wybrać się na turniej szachowy, a trafić na walki w klatce.
Tyle słów przestrogi, bo dzisiaj Herbie rozrywa w Wawie.

Tamantant Tilay - Exodus (Feat. Tinariwen, K'naan And Los Lobos) by herbiephonic

18:18, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 listopada 2010

Generalnie sklepem, w którym kupuje się książki do kindla, jest niejaki amazon.com. Gdyby polski właściciel kindla poprzestał tylko na wizycie w tym oficjalnym i największym sklepie, powinien jak najszybciej sprzedać swój gadżet na ebayu.
Oferta polskich książek w kindlestore ogranicza się do "Ballad i romansów", oraz autobiografii niejakiego Szymona Niemca, do niedawna drag-queen, obecnie - pastora (!). Fascynujące, ale co dalej?

Wiem, można po angielsku, ale - umówmy się - tu jest Polska i czyta się po polsku. Chociaż... chwileczkę. Taki np. Newsweek po polsku to jednak cienka papka dla lemmingów, zaś w amazonie mozna obstalować sobie oryginał za ułamek ceny kioskowej, a przez pierwszy miesiąc w ogóle za free. I bardzo dobrze, że można darmo przetestować, bo kolorowe magazyny stają się w kindlu swoimi szaro-szarymi cieniami. Okłamywałem się, że to nie szkodzi, póki nie natrafiłem na artykulik o nowej siedemnastoletniej ofierze Berlusconiego.
"(Zdjęcie po lewej)" pisało w informacji, ale w kindlowej wersji nie było żadnego zdjęcia :-(.

Dla kogo - u diaska - jest wobec tego kindle???

Po pierwsze dla dzieciaków.
Jak dotyczczas nikt nie napisał lepszej książki dla dzieci niż Trylogia, a cały Sienkiewicz jest za darmochę na bookini.pl. Jeśli jesteście zdania, że Sienkiewicz był katofaszystą (a wg dzisiejszych standardów - niewątpliwie był, wiem co piszę, bo sam jestem) i wasz dzieciak zasługuje na coś mądrzejszego - proszę bardzo, opasłe tomy Juliusza Verna czekają na jego kindla na bookini.pl. Tak samo jak Twain, Dumas tata, Curwood, JF Cooper...
Plus - komplet lektur.

http://bookini.pl/index.php?t=authors

Bardzo pożyteczny serwis, skonwertował całą tę makulaturę do przyjaznego formatu prc i bez żadnych problemów można zaciągnąć ją wprost z przeglądarki kindla.

Kindle jest także dla emerytów. Prawa autorskie bliskich emerytom autorów z XIX w. też się przeterminowały  (dlatego hollywood nie umieszcza w napisach końcowych nazwisk typu Dumas czy Conrad) i pełen wypas doskonałej skądinąd prozy od Turgieniewa po Stendhala jest do zassssania z bookini lub z:

http://www.literatura.net.pl/index.php3?nazwa_strony=szukanie/spis_oferta_gratis.php3

Ale, above all, kindle jest dla piratów. O piratach w następnym odcinku...

* * *

Zakup kindla sprowokował serię kąśliwych uwag ze strony moich znajomych, że niby pierwszy raz od zamierzchłych czasów coś sobie KUPIŁEM, a nie dostałem z Korporacji, albo zmontowałem z resztek znalezionych na śmietniku. Owszem, kupiłem to czytadełko, ale na tym koniec. Nie zamierzam wydać ani grosza więcej na ebóki ani np. pokrowce do kindla. Kindle fantastycznie wjeżdża do nigdy-nie-używanych 
kieszeni w kurtce, albo - uwaga - do okładki książki serwisowej auta. Służbowego :-)

Tagi: kindle
12:05, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
sobota, 20 listopada 2010

Nie każdy śledzi, nie każdy się interesuje premierami na rynku gier wideo, ale powoli doszło do tego, że ten rynek stał się większy niż kino + cała kultura wysoka razem wzięte, więc lepiej zacznijcie się interesować, bo wyginiecie jak dinozaury, nieprawdaż.

To taki żarcik, albo, jak mawiał towarzysz Stalin, półżarcik, bo jak wykazują badania, program telewizyjny np. powoduje u oglądających natychmiastowe wygładzenie fal mózgowych a w dalszej perspektywie także wygładzenie półkul jako takich, podczas gdy rozgrywana na tym samym ekranie gra wideo rozgrzewa hipokamp do białości. Jedną ze ściganek wypierających telewizję z telewizorów jest Need For Speed, której nowa inkarnacja pod nazwą Hot Pursuit pojawiła się właśnie dzisiaj w ... powiedzmy - sklepach.

Fani ściganek dzielą się na dwa potężne klany - mały, ale wyjątkowo zajadły obóz symulantów, którzy oczekują od gry drobiazgowego odwzorowania każdej śrubki w rzeczywistym gaźniku, oraz milczącą większość zręcznościowców, którzy wolą poszaleć w wirtualnych lambordżinich bez wnikania w prawa fizyki.

Jako posiadacz kierownicy ze sprzężeniem zwrotnym mógłbym poudawać symulanta, ale byłaby to symulacja do kwadratu, bo nim nie jestem - fuck prawa fizyki, wolę poszaleć w lambordżini. Hot Pursuit jest niewątpliwie zręcznościówką i po to właśnie został stworzony, ale ja jakoś tej gry nie kupuję. Primo po pierwsze nie ma widoku z kokpitu auta, więc jak dla mnie odpada sterowanie kierownicą... zaraz...kierownica i tak nie jest przez grę obsługiwana (!)

Wiecie co? Jeśli chodzi o ściganki na gamepada, to dużo efektowniejsza jest Split Second, lepszego złudzenia rzeczywistości dostarcza choćby NFS Shift, a ja i tak wolę pojeździć w Dirt2.
Hot Pursuit jest miłą dla oka grą, z efektownym tym i owym, ale wciskanie jej ludziom jako przełomu w ścigankach to bezczelność, której niniejszym daję zdecydowany odpór.
Czujcie się ostrzeżeni.

* * *
Jeśli nie Hot P., to co?

Jeremi Clarkson radzi: "Tak więc gdy walisz teraz w klawisze PlayStation zastanawiając
się, dlaczego ktoś znów skopał cię na śmierć, lub gdy oglądasz film, który widziałeś już wcześniej milion razy, i to bez przerywających go reklam, pozwól, że zaproponuję ci pstryknięcie w główny wyłącznik w skrzynce z bezpiecznikami, rozpalenie w kominku i oddanie się kartom, długopisom i papierowi."

Karty, długopis? Chyba posypał drwa w kominku jakimś ziołem.
Normalny człowiek z braku prądu robi dzieci, odkręca flaszkę, sięga po książkę.

Skoro o książkach...już wkrótce na blogu fascynująca relacja z karmienia kindla kontentem - tym oficjalnym, nieoficjalnym, ale jeszcze legalnym oraz całkiem pirackim, jak ten, który dostarczył cycatu z Clarksona.
Stay tuned.

08:16, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (9) »
wtorek, 16 listopada 2010

Dziecko moje (7) ma już sprecyzowane plany na przyszłość. Chce robić to co ja, czyli możliwie niewiele. Nie bez pewnych podstaw podejrzewa, że kiedy ono zasuwa do szkoły na ósmą, inżynier serwisu po sprawdzeniu poczty ogłasza dyżur i odpala kompa z grami.

Rozumiem jego oczekiwania, ale boję się, że kiedy dorośnie, serwis IT nie będzie już takim eldorado. Obserwuję schyłek tej profesji od 10+ lat i z niepokojem patrzę w przyszłość. Kiedyś, mili, mgr inż. był kimś. Działo się to w czasach, kiedy w serwerowniach królowały mastodonty, zwane też mejnfrejmami. Posiadacz mastodonta był skazany na tego samego dostawcę do końca życia, dostawca zaś wykorzystywał sytuację wymyślając trudne do uwierzenia dziś strategie.

Sprzedawał mu np. kompa z sztucznie spowolnionym procesorem. Chcesz szybciej? Zapłać! Klient płakał, płacił, a wówczas inzynier serwisu udawał się doń z magiczną dyskietką w ręku. Przyjmowany jak ruski ambasador uroczyście wtykał ją w slot i zostawiał fakturę na milion siedemset.
Ech, czasy.

Oczywiście wetknięcie TAKIEJ dyskietki czy niedajbuk TAKIEGO procesora wymagało długich i kosztownych szkoleń zagranicznych.
Ech, czasy.

Mastodonty wymarły, przynajmniej te w serwerowniach moich klientów. Zostały szkolenia i to drugi powód, dla których będę serdecznie zniechęcał dziecko do pójścia w moje ślady. Szkolenia wciąż są długie, ale - niestety - zdalne. A im podlejszy sprzęt obsługuję, tym ich psiakostka więcej. No sorry, nie mam -nieprawdaż- łba z gumy do diaska, tymczasem w poczcie niemal codzień odnajduję wymagania nowych certyfikatów.

Oczywiście mam dla Piotrka pewne alternatywne ścieżki kariery zawodowej... Jakiś czas temu przeczytałem o fascynujących badaniach polskich uczonych. Badają np. "wpływ człowieka na ekosystem piaszczysty" oraz "wpływ zmian klimatu na ekosystem brzegowy".
Yeah, docent Piotr Leniuch - badacz plaż piaszczystych.

10:53, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
niedziela, 14 listopada 2010

W zeszłym tygodniu, kiedy ksiądz spytał dzieci na mszy, co robią w wolnym czasie, kościół huknął chórem: "Gramy w Call of Duty !". Serio. Dziecko Kwadrata np. przeszło CoD trzy razy i spina się do czwartego, a mówimy tu o siedmiolatkach. Piotrek na razie nie ma licencji na zabijanie i co najwyżej może popatrzeć mi przez ramię jak zestrzeliwuję ruską rakietę Sojuz ... ops, wygadałem się.
Bez obaw więcej nie zdradzę, bo ostatnia część Call of Duty wylądowała w moim kompie dopiero dzisiejszego ranka i zdążyłem wystrzelić zaledwie wagon nabojów.
Wrażenia mam jak następuje. Koniec z tradycyjnie niewysokimi wymaganiami, jakie CoD stawiał sprzętowi. Na moim nienajsłabszym kompie gra samoskonfigurowała się na żałośnie niską rozdzielczość i nie bez przyczyny. O fullhd mogę sobie pomarzyć, jeśli już to chyba w tempie prezentacji w pałerpoincie. Czy zwiększone wymagania przekładają się na lepszą jakość grafiki? Tak! To najdoskonalsze CoD jak dotąd. I po raz pierwszy w wersji na peceta obsługuje gamepady, niestety bez wibracji. Mała rzecz, a smuci, bowiem pad wesoło podskakujący w ręku w takt wypluwanych pocisków to jedyny tytuł pada do przewagi nad myszą.
Poza tym Black Ops miażdży ostatni Medal Of Honor i dorównuje, jeśl nie przeskakuje Bad Company 2.
Tyle o grze, dodam jeszcze, że Black Ops są osadzone w realnej historii i tak lubię najbardziej. Nie znoszę natomiast nieporadnych bajań w stylu bąda (lub CoD MW2), skoro rzeczywistość przerasta fikcję o głowę.
Reszta jest strzelaniem.
____________

Z Zupełnie Innej Beczki [tm] ale ciekawe:

20:33, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
wtorek, 09 listopada 2010

Gadżet zza mórz jechał, jechał i dojechał. Tak jak odgadł Max Koluszky, jest to Kindle w wersji 3.

Pierwsze wrażenia? Kiedy już rozszarpałem pudełko, wyciągnąłem kindla i zdjąłem folię zabezpieczającą, ukazało się pod nią jeszcze jedno zabezpieczenie, papierowa nalepka przylepiona na cały (niewielki) ekran. Przez chwile próbowałem ją zdrapać ale zanim sięgnąłem po śrubokręt dotarło do mnie, że to nie żadna nalepka, tylko osławiony elektroniczny papier, który "wyświetla" obrazek nawet na wyłączonym sprzęcie.

Guess what, wcale nie krzyknąłem z zachwytu, raczej jęknąłem coś jak "o ku...".

Papier elektroniczny ma się bowiem tak do zwykłego papieru jak demokracja ludowa do demokracji bezprzymiotnikowej. On przypomina papier z pulpy, ale nim nie jest, zwłaszcza pod względem wyraźnie kiepściejszego kontrastu. Można porównać go np. do "zielonych stron" Rzeczpospolitej. Trzymając po raz pierwszy papier elektroniczny w lewej dłoni, a kiepskie ksero dokumentu celnego w prawej nie mogłem powstrzymać jęku zawodu - ksero było o tyle czytelniejsze.

Skoro o kwitach... bank skasował mnie na 467 złotych i 75 groszy przelewając Amazonowi 159,98 dołków.
Czy było warto?
To się jeszcze okaże.

Na pierwszy i drugi rzut oka Kindle to karteczka przylepiona do nieporęcznego panelu z maleńką guzikową klawiaturką. Jest za mały na trzymanie w dwóch rękach i za duży na jedną. Oferta polskich książek na kindla jest żadna. Przeglądarka internetowa... no - jest, tyle że g... w niej widać. Łączność wifi - słaba jak anemiczne dziecko, pedeefy nieczytelne na tym miniekraniku  itd. itp.

Rozpacz w ciapy.
A jednak.

A jednak, po lekkim doświetleniu ta rozpacz daje się bez problemu czytać. I jest nawet co, bo po sieci już krążą potężne zbiory e-booków na kindle uprzejmie rozbezpieczonych przez kolegów-piratów.
Istnieje opensourcowy program-kombajn do konwersji, wysyłki i zarządzania tymi zbiorami, nazywa się caliber.

Wszystko to razem daje mi nadzieję, że w końcu przeczytam "Lód" Jacka Dukaja. To świetna powieść, ma tylko tę wadę, że liczy ponad tysiąc stron i waży tonę. Dobrnąłem do połowy, ale czytając na leżąco "Lód" przyprawiał mnie o bezdech i Leniuchowa musiała mnie reanimować.

"Lód" w kindlu waży trochę mniej jakby.

* * *

Werdykt w sprawie kindla odkładam na po wakacjach. Jaki by nie był, posiadaczom laptopów zawsze pozostaje alternatywa przedstawiona na niniejszym blogu już - ho ho - trzy lata temu

"wystarczy odpalić acrobat-readera, klawiszem ctrl-L zmaksymalizować go na cały ekran, klawiszem ctrl-shift-plus przekręcić stronę w lewo i już można, trzymając laptopa jak książkę przeglądać dokument strona po stronie!
Do zmiany stron służą przyciski taczpada, a lewa ręka pozostaje wolna.
I można nią po staremu sięgnąć po żywca.
Na zdrowie."

(powyżej oczywiście nie nowy kindle tylko mój stary laptop...)

Tagi: kindle
08:36, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (24) »
niedziela, 07 listopada 2010

I tak oto po raz pierwszy padłem ofiarą cenzury, na razie na moim pobocznym blogu w salon24. Salon24 to takie miejsce, gdzie Wojciech Olejniczak radzi Kaczyńskiemu, jak ten ostatni ma kierować PiS-em itp. Zanim wszelako pojawił się tam Olejniczak (i Pawlak i zgraja posłów) salon24 była to taką o sobie blogsiarnią, gdzie mogłem podzielić się swoimi uwagami nt. "Polski w świecie współczesnym" (niewiarygodne, wciąż jest przedmiot o takiej nazwie).

Tu - nie, na tym blogu czytelnicy sobie nie życzyli.
No i git, tylko, że właśnie wywalili mnie z tego salonu. Notki wciąż są, ludzie przychodzą i komentują, a ja jak przez szybę - ani się odgryźć ani poskarżyć, konto zablokowane.
Nie ma rady, skasowaną przez Administrację notkę umieszczam tutaj, no bo gdzie.
Przeczytajcie sobie, za co się dziś wylatuje z salonów.

***

"Wal mnie jak zdzirę, bo nią jestem"

Maya Rostowska, 23 letnia córka min. Rostowskiego została doradcą min. Sikorskiego. Można się oburzać na kumoterstwo i  marnotrawienie publicznego grosza, ale po prawdzie, jeden urzędnik więcej, jeden urzędnik mniej - cóż to jest wobec czterdziestu tysięcy NOWYCH urzędników zatrudnionych w ubiegłym roku w administracji publicznej?

Nic.

Te czterdzieści tysięcy nowych etatów też wielkiej wyrwy w budżecie nie zrobi. Krótką kołderkę finansów można naciągnąć, np. nie dofinansowując inwestycji w drogi. Ministerstwo Infrastuktury robi to od lat i jakoś idzie. Co prawda w tym roku oddało zero z 29 zaplanowanych kilometrów autostrad i najpewniej uda mu się utrzymać ten wynik do końca 2010, ale 40 tys. urzędników podając sobie ręce spokojnie sięgnęłoby z Łodzi do Warszawy, o ile fajniej zamiast bezdusznej autostrady.

Ostatnia w żywym łańcuchu mogłaby być atrakcyjna panna Rostowska.

Oprócz młodego wieku malkontenci wytykają jej kompromitujące nowego pracodawcę (MSZ) fotki, upozowane ze skrętem na tle napisu "Wal mnie jak zdzirę, bo nią jestem".
Pann R. była z nich tak zadowolona, że umieściła je jako internetową wizytówkę na poularnym portalu społecznościowym, czego teraz, poniewczasie żałuje.

W dojrzałej europejskiej demokracji takiej jak Polska na straży standardów stoją m. in. wolne media.
"Wolne media" zbulwersowały się sprawą i wyraziły nadzieję, że... "Unii uda się wprowadzić "Prawo do zapomnienia" - regulacje, które zmuszą serwisy do usuwania z sieci treści" szkodliwych dla p. Rostowskiej i jej podobnym. (!!!)

Nie przeszkadza mediom jawny nepotyzm, sadowiący nieodpowiedzialną młódkę na popłatnym stanowisku w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, nie. Razi je anarchia internetu, w którym raz wrzucona (dobrowolnie!) fotka żyje - na dobre i złe - własnym życiem. Według "wolnych mediów" - powinni tego zabronić.

Niezrozumiałe.
___________
http://wyborcza.pl/1,76842,8622445,Czy_KE_nauczy_Facebooka__zapominac__informacje_uzytkownikow_.html

czwartek, 04 listopada 2010

Nie żyję znowu tak długo, a byłem świadkiem powolnego konania i bolesnej śmierci trzech starszych ode mnie gatunków filmowych: westernu, kina mafijnego i Bonda.

Zmierzch makaroniarzy budzi żal najmniejszy i niewiele kontrowersji. Skoro kolumbijczycy i ruscy przejęli bandyterkę w Nowym Jorku, zrozumiałe, że to o nich kręci się teraz filmy. Włoska przestępczość zorganizowana kojarzy się dziś bardziej z przewałami na wożeniu śmieci w Neapolu, które są równie fotogeniczne jak - powiedzmy - mafia taksówkarska w Wałbrzychu.

Western miał pozornie więcej szans na przeżycie, gdyby nie kop w podbrzusze, który na dobre zamknął temat westernu. Mam na myśli Tajemnicę Brokeback Małnteń, po którym to "westernie" goście w skrzydlatych kapeluszach zaczęli się kojarzyć inaczej.

Chociaż... taki Bond kojarzył się prawidłowo do samego końca, czyli do Quantum of Solace. Nie za bardzo się dziwię, że Quantum pogrążyło MGM, jeśli za scenerię filmu wybrano urzekające pejzaże Boliwii. Byłem w tamtej okolicy i zaświadczam: andyjskie płaskowyże rzeczywiście są tak okropne jak w filmie, nikt tam nie chce mieszkać, a najbliższe podobne miejsca można znaleźć w Mongolii.

Śmierć Bonda nie kończy jego historii. Właśnie wyszedł nowy odcinek pt. Blood Stone, w którym Bond tańczy jak mu widz zagra, albowiem jest bohaterem gry wideo. Gra zaczyna się ryczącym lwem MGM, Bond ma twarz i głos Daniela Craiga, zaś atrakcyjność samej gry.. cóż nie odbiega od atrakcyjności nowej dziewczyny Bonda, której fotkę zamieszczam obok, a czytelnikom nie widzącym obrazków zdradzę, że za kasą w osiedlowej biedronce mogą znaleźć równie dorodne sztuki [1]

Nie chce się na pecetowego Bonda patrzeć, nie chce się nim grać i pad sam wysuwa się z osłabionej słabością tej produkcji ręki.

* * *

Wkrótce na blogu:
Czy kombojom i mafiozom udało się uniknąc losów Bonda i odrodzili się na nowych platformach?

oraz...

Track your package            
Date     Time     Location     Event Details
November 4, 2010     OZAROWICE PL     Arrived at destination country
November 4, 2010     KOELN (COLOGNE) DE     Departure Scan
November 3, 2010     Louisville KY US     Departure Scan
November 2, 2010    Cincinnati OH US     Departure Scan
November 2, 2010     US     Shipment has left seller facility and is in transit


Cóż pomyka ku chacie na bagnach przez kontynenty i oceany? Jaki gadżet skusił oszczędnego autora do transatlantyckiego zakupu?

Stay tuned, zaglądaj trzy razy dziennie. Codziennie!
_______________
[1] yep, startuję w konkursie The Most Chauvinist Blogger' 2010

10:32, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 01 listopada 2010

Jedną z podlejszych zagrywek producentów gier komputerowych jest rokroczne wyciąganie kasy od fanów sportu (gamepadowego).
Kupiłeś - powiedzmy - Palanta'2010? MUSISZ zanabyć również Palanta'2011, z licencją na Światową Ligę tegoż i zaktualizowanym składem teamu Kołek Świnioszyce.
Istnieje tylko jedno zachowanie gorsze, niż wciskanie starej gry w nowym opakowaniu - rzeczywiste zmiany w tej grze.
Boleśnie przekonali się o tym fani Pro Evolution Soccer, próbujący pokopać padem w wersji gry na rok 2011. Mnie zmiany w sterowaniu piłkarzami dotknęły powierzchownie - pykam o tyle o ile, najczęściej na wyraźne żądanie Kwadrata. Bo Kwadrat nie tylko prowadzi w swoim Banku ligę PES-a, ale także od paru lat niepodzielnie w niej rządzi.
Bankowcy w Polsce, jak zresztą na całym świecie działają według formuły 5-10-15: przyjmują kasę na 5,00%, pożyczają na 10,00%, a o 15:00 meldują się na polu golfowym (w Stanach) lub przed telewizorem (u nas). Żyć nie umierać.
Nic dziwnego, że Kwadrat, który na wuefie  regularnie zabijał się o piłkę obecnie wyrósł na giganta ligi mistrzów. Aktualnie to byłego giganta, bo w 2011 PES wprowadził zupełnie inną niż w poprzednich latach mechanikę podań. Nie wystarczy z tępym uporem kopać w przód, mając pewność, że komputerowy Messi 9 na 10 dojdzie do podania. Teraz trzema precyzyjnie przycelować wajchą, delikatnie pyknąć w guzik i przeżegnać się - Messi dojdzie, albo i nie.
Nic dziwnego, że Kwadrat się pogubił, do tego stopnia, że jego Messi zaczął przypominać samego Kwadrata ze szkolnych czasów i ostatnio wbił mi - amatorowi - okrągłe zero.

Niepoważny temat gier wraca ze zdwojoną siła, bo za sprawą szwindlu żartobliwie nazwanego "przesunięciem czasu" zmrok zapada teraz absurdalnie wcześnie.
Zamiast po ciemku odpalić grilla, czy pognać w mrok na rowerze, odpalamy kompa, bo wódka już nas nie cieszy, dzieci też już mamy.
Lobby graczy w mojej chałupie  dokonało desantu na pokój dzienny, a konkretnie stojąca w nim plazmę. Lobby telewidzów w osobie Leniuchowej zasugerowało graczom wypad do garażu, a po namyśle obiecało sfinansowanie projektora, byle odpinkolić się od telewizora.

Rzuciłem się na oferty projektorów i odkryłem, że rynkiem tym rządzi kłamstwo i bezprawie. Beware, znacząca część projektorów reklamowanych jako fulhd lub 1080p realizuje te standardy wyłącznie na WEJŚCIU. Owszem można im wetknąć wtyczkę fullhd (rozdielczość "maksymalna" lub "compressed"), ale na ścianę wyplują zaledwie obraz SVGA (rozdzielczość "optyczna").

Nierzetelne specyfikacje znajdują się nie tylko w kolorowych wrzutkach, ale również na różnych porówneo.pl i na stronach sklepów AV. Nieciekawą prawdę można poznać tylko na stronach producenta urządzenia.
Zgroza.
__________________________
PES... PES nie jest zły, ale...

22:42, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (11) »
Archiwum