niedziela, 30 listopada 2008
- Było grzebane! - wypaliłem od progu.
Karpiniuk poczerwieniał, ale postanowił rżnąć głupa.
- O! Widzę że witryna już działa - zadeklamował w stylu kółka aktorskiego przy gminnym ośrodku kultury.
-Rączki swędziały, co? - zignorowałem jego ignorowanie mojego oskarżenia.
-Nie wiem, o czym pan...
-o użytkowniku "test", któregoś Karpiniuk wtrynił na produkcyjną maszynę - wykrzyknąłem z żarem Savanaroli. Klient z przerażeniem patrzył na koniec mojego palca wskazującego  czubek jego nosa.
-No bo obczaić tego linuksa próbowałem. A w ogóle co to szko..
-Ha ha ha! Co to szko?! - ja też uczęszczałem do kółka teatralnego - Co to szko? Nic. Zupełnie nic nie szko. Tak długo, jak się wymyśli jakieś hasło - nic nie szko!
-Ale było, było ha.. - zapiszczał
-O mój Boooże - znów efektownie uciąłem mu pół sło - Było ha! I to jakie było. Hasło: "test". Użytkownik: test, hasło: test.
Zapadła cisza jak po bombie. Zza dwóch ścian słychać było pełen wyrzutu terkot serwera.
-I co, włamali się? - wyszeptał.
-Włamali? Klucz żeś pan w drzwiach zostawił, to żadne włamanie. Weszli jak po swoje, podmienili powłoki systemowe i biblioteki, ale na jakieś z innej bajki i po przeładowaniu maszyna nie wstała.
-A hasło administracyjne? Skąd mieli hasło administracyjne?
-Od pana, Karpiniuk. Patrz pan. - podszedłem do jego kompa i poleceniem "lastb" wyświetliłem ostatnio logujących się użytkowników:

admin     tty1   Mon Nov 24 11:44
admin     tty1   Mon Nov 24 11:42
p@trycj@  tty1   Thu Nov 20 13:30
admin     tty1   Thu Nov 20 13:30
admin     tty1   Thu Nov 20 13:29

- 20 listopada pomyliłeś pan hasło z loginem i sympatyczny Rumun, który zgadł hasło "test" po trzech sekundach miał też hasło admina. Trzeba być...
-Dobra dobra, ile jestem winien?

No właśnie, Mili, ile byście zaśpiewali takiemu typkowi za cztery godziny reanimacji serwera plus 30 kilosów dojazdu. Przez miasto.
21:52, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
sobota, 29 listopada 2008
Wybierz dowolny język Ci nieobcy i zrywaj boki:



Moje ulubione:
da Ihr świnuks fiel und kwiczy von zwei Tagen.
because your świnuks fell and kwiczy from two days
piątek, 28 listopada 2008
- Bardzo mnie pan, Panie Leniu, rozczarował - oznajmił głęboki baryton w słuchawce
- Ale że jak?
- Nieprofesjonalnie, nieprofesjonalnie...
- Tak, to chyba o mnie... ale o co cho?
- Himmler GmbH z tej strony, Karpiniuk
- o kur.. to jest - witam starego klienta!

Klient Karpiniuk, pół życia w banku, całe - na Windowsie, nie mógł przeżyć, że wstawiłem mu do serwerowni linuksa. Nie potrafiąc go ani zrozumieć ani pokochać, postanowił się go pozbyć i - doprawdy nie wiem po co - wydzwaniał żeby podzielić się swoimi postępami na tym polu. A to, że wynalazł genialne oprogramowanie pocztowe na windows, innym razem, że przenosi witrynę firmową na sharepointa... w końcu telefony ustały i zrozumiałem, że na karpiniukowym linuksie nie zarobię już ani złotówki.

- Katastrofa, panie Leniu i to tylko pańska wina! Witryna firmy leży, prezes, a co gorsza jego żona nie mogą przeczytać poczty... bo pański świnuks padł i kwiczy od dwu dni.
- Co pan powiesz, dałbym głowę że od dwóch lat.
- Nie czas na żarty! Zdublowane dyski nie zadziały, a to nasz wciąż kluczowy system.

Profesjonalizm, do którego zaapelował klient marnotrawny, zobowiązuje, więc niechętnie, ale stawiłem się w nowej siedzibie Himmler GmbH. "Kasa, kasa, góra kasy" mówiła 24-karatowa recepcja "cyckamy was, drodzy klienci, aż miło".
Również serwerownia nie przypominała pokoiku na poddaszu z dawnych czasów. Szafy pełne nowych aj-bi-emów, biblioteki taśmowe... a w zakurzonym kącie powyłamywanymi wentylatorami warczy stary składak. Na nim poczta prezesa i www.HimmlerGmbH.pl. Chwilowo niedostępna.
15:36, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
środa, 26 listopada 2008
Swego czasu kupiłem i przetestowałem "dysk sieciowy" d-linka. Miał plusy, miał minusy, a największy ten, że w pewnym momencie moje 500 GB przestało być sieciowe. Dysk po prostu się zawiesił na ament, a moje dane wraz z nim. Pomóc miała dopiero aktualizacja softu, której pierwszym krokiem jest... zabezpieczenie danych i przeformatowanie dysku.
W jaki sposób, kołki z delinka, mam zabezpieczyć dane z waszego dysku, jeśli sprzedaliście mi go z powodu, że mi się już dane nigdzie indziej nie mieściły, hę?
Gdzie ja je niby przeleję, te dane, do wiaderka?!
Pytania retoryczne i pretensje nie naprawdę.
Naprawdę winien jest sobie sam klient, który wrzuca dane na urządzenie w wersji 1.00.
Wymieniłem dysk na większy, podniosłem wersję do 1.02 i nie ma szczęśliwszego klikacza ode mnie.
Na razie.
750 GB spinpoint jest wyraźnie cichszy od poprzedniej 500 GB Barracudy, a poprawiony soft potrafi wyłączyć wentylatorki kiedy trzeba.
Kiedy trzeba biorę ten dysk w kieszeń i idę wymienić się zawartością. Ostatnio wyszedłem ze stoma gigabajtami filmów, wróciłem z dwustoma.
Trzebaby obejrzeć, ale od czego zacząć?
Mieszkam w bagiennej okolicy, takiej jak u Baskervillów i zawsze ciekawiło mnie, co czai się w tej mgle, przed którą chowam się do domu. Sięgnąłem po film "Mgła", z którego dowiedziałem się, że dobrze robię, bo we mgle łatwo stracić głowę albo nogę. Film dobry, ale szczerze odradzam, bo aspiruje do dzieł z przesłaniem, a dzieła z przesłaniem, well...
Żadnego przesłania nie niesie ze sobą film Męża Madonny - Przekręt (Snatch). Mąż Madonny kręci dużo lepiej niż ona śpiewa i w swoim kapowniku [1] zapisuję go w rubryce: wymiatacze. Już nie jako MM ale pana Guy'a Ritchie. Polecam.

______________
[1] prości jankesi mawiają: "in my book"
13:33, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 24 listopada 2008
Właśnie przeczytałem, że ustępujący wraz z kolegami prezydent USA zostawi po sobie 20 terabajtów mejlli do archiwizacji. 20 TB to sporo, mniej więcej tyle, ile komplet wysokiej (15m/piksel) rozdzielczości zdjęć _całej_ kuli ziemskiej, udostępnionych swego czasu przez NASA.
Dziwnym jednak nie jest, zwłaszcza jeśli się czasem zajrzy, co też ludzie sobie w mejlach przesyłają. I nie chodzi mi nawet o załączniki po półtora giga, a zwykłą ludzką konwersację, taką w stylu M jak Masło:

-Będziesz?
-Nie.
-Czemu nie?!
-Bo nie.
-OK.
-Co OK?
-OK, że nie.
itd.

W Outlooku zaczynałoby się tak:

-----------------------------------------------------------------------
FW: FW: FW: RE: RE: Spotkanie

Będziesz?

Mieczysław Kaszaniak

General Deputy Assistant Secretary For Administration/Deputy Chief Information Officer
Pazhnyak & Sons

Pazhnyak & Sons
Unit 13, 14 Commercial Road,
Reading RG2 0QJ, UK
tel: +44 93409-5834
fax: +44 1189831231

THIS COMMUNICATION MAY CONTAIN CONFIDENTIAL AND/OR OTHERWISE PROPRIETARY MATERIAL and is thus for use only by the intended recipient. If you received this in error, please contact the sender and delete the e-mail and its attachments from all computers.


-----------------------------------------------------------------------

Re: FW: FW: FW: RE: RE: Spotkanie

Nie.

Ilona Pyrek

Learning and Development Lead Consultant, Global Financial Markets Training, eLearning and Professional Qualifications,

DUPEX sp. z o.o.
ul.Szwecka 12 03-244 Pacanów

tef.0,32 5552437, fax. 0,22 55554310

e-mail: pyrek @dupex.pl

Kapitał zakładowy / Kapitał wpłacony: 80 000 000 PLN; NIP: 999-28-87-12125; REGON: 13123123; KRS: 098998989; Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Fabrycznej we Wrocławiu, VI Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego

-----------------------------------------------------------------------

Każdy następny mejl cytowałby wszystkie poprzednie, włącznie ze stopką i logo firmy.
Być może to właśnie jest prawdziwa przyczyna kryzysu finansowego - kasy zabrakło, bo poszła na sprzęt i soft do backupów korespondencji służbowej. Taki Citibank to ostatecznie 350 tysięcy ludzi razy 20 maili po 100 kB x 300 dni w roku ... i idą z torbami.
sobota, 22 listopada 2008
Jechałem Mili przez wrocławski Plac Grunwaldzki, kiedy po oczach dała mi reklama: "NAJTAŃSZE SOCZEWKI W MIEŚCIE". Na użytek zamiejscowych wyjaśnię, że plac Grunwaldzki to byłe lotnisko z czasów oblężenia miasta, mające przynajmniej pińćset metrów w poprzek. Wspomniany neon, a właściwie wędrujący napis z diod nie tkwił na żadnej galerii czy dużym sklepie, jakich wokół placu sporo, ale na cherlawym geszefcie ulokowanym w przyziemiu mojej dawnej kamienicy, po drugiej stronie placu.
Coś mi mówi, że Chińczycy poszerzyli ofertę o nową generację diodowych bannerów i za chwilę będziemy mieć problem.
Już mamy.
Na mojej własnej wsi zajarzył się dziś podobny napis: "SERWIS OPON".
Te szyldy mają na razie urok Time Square dla ubogich, za chwilę utoną zresztą w świątecznych lampkach,  ale sezon gwiazdkowy minie, a to czerwone gówno zostanie.
Żeby nie było, ze nie ostrzegałem.


12:13, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 listopada 2008
Roztargnionym przypomnę, że wokół sczepionych w tytanicznym zwarciu PO i PiS-u nerwowo biega mały czerwony pajączek o nazwie eSeLDe. Kiedyś było to całkiem duże zwierzę, ale od momentu odczepienia od organizmu żywiciela desperacko walczy o przetrwanie

Jako gatunek z gruntu obcy i zza granic przywleczony, za granicą szuka recept na przeżycie. Jego szefowie jeżdżą do Hiszpanii i podpatrują premiera Zapaterro, marząc o karierze polskich Zapaterskich.

Będąc ekologiem-amatorem zainteresowanym podtrzymaniem gatunków wymierających, już to ku uciesze, już to ku przyszłych pokoleń nauce i przestrodze, postanowiłem wspomóc czerwonego pajączka w jego poszukiwaniach.

Zapaterski nie wypalił i już nie wypali. Czas sięgnąć po Obamskiego.

Znalazłem lewicy nowego lidera, spełniającego wszystkie wymagania. To Jeremi Boniawski, młody, nader energiczny człowiek, który:
  • mówi świetnie po angielsku
  • jest już dosyć znany i popularny, również pod przydomkiem, uwaga-uwaga : "The Flying Gentelman"
  • mimo polskiego nazwiska jest wychowanym w Holandii Europejczykiem
  • kobity go pokochają, bo jest wysoki, na brzuchu ma kaloryfer, a na twarzy - zniewalający uśmiech
  • i najważniejsze: jest całkiem CZARNY, a jego perfekcyjne kopnięcie na głowę moze wnieść do polskiego dyskursu politycznego nową jakość.
niedziela, 16 listopada 2008

Jak powszechnie wiadomo, człowiek składa się z hardłeru i softłeru. Na codzień narodowość rozpoznajemy po hardłerze. Taką Niemkę np. po charakterystycznej krótkiej fryzurze, spodniach w kant i okularach w złotych oprawkach. Niemca po szmajserze [1].
Rozpoznanie rodaka również na ogół nie stanowi problemu, nawet po ciemku, choćby przez deskę.


Praktyka dnia codziennego sobie, ale tak naprawdę narodowość to softłer, system operacyjny umiejscowiony w bańce danego osobnika. Nie trzeba być antropologiem, wystarczy wybrać się na plaże np. w Gródku nad Dunajcem i w Wieleniu. W Wieleniu na długich klocowatych nogach kroczą olbrzymie Wielkopolanki, nad Dunajcem kiwając się na boki drobią niziutkie Galicyjki. Trudno o hardłery bardziej różne, tym niemniej ich posiadaczki uważają się - słusznie - za prawdziwe Polki.
Stuprocentową Polką jest również młoda aktorka o greckim imieniu Aleksandra, szwedzkim nazwisku Szwed i hebanowym odcieniu skóry. Te odmienności są jednak trzeciorzędne wobec faktu, że podobnie jak reszta dzieci z jej osiedla musiała odpękać pełne osiem lat w polskiej podstawówce, co odpowiada z grubsza dysze w więzieniu federalnym w Folsom, gdyby rzecz jasna katowali tam osadzonych Krasickim, Krasińskim i Kraszewskim. Chwała jej za to, polski softłer w głowie i dowód osobisty w torebce.
Mógłbym mnożyć przykłady na poparcie tezy o softłerowym charakterze przynależności narodowej, poprzestanę na eksperymencie myślowym.
Załóżmy, że z transportu dzieci Zamojszczyzny do Zagłębia Ruhry sturlało się wprost w opiekuńcze ramiona partyzantów jedno z bliźniąt. Kiedy spotka się z bratem po latach, to mimo identycznego hardłeru będzie to renedez-vous Polaka z Niemcem, na które jeden przyjedzie ursusem, a drugi beemwu. Niewykluczone, że mimo tego samego genomu i fenotypu mogą się nie poznać, a prawie na pewno - nie dogadać. Cóż, niekompatybilne softłery.
Tezę przeciwną, głoszącą że naród to wspólnota najpierw krwi, czyli hardłeru, wyznawali właśnie organizatorzy wywózek blondynów do Rzeszy. Niemieckie oprogramowanie dobrze wg nich działało tylko na nordyckim sprzęcie.
Trochę jak Microsoft, którego Windows hula tylko na procesorach x86, patentu Intela. Czy Apple, w ogóle dyskryminujące sprzęt z nie swojej fabryki.
Bill Gates - Hitlerem, Steve Jobs - Himmlerem pecetów?
Tego nie wiem.
Na pewno uniwersalny co do hardłeru Linuks to oprogramowanie dla wolnego świata.
______________________
[1] Żartowałem. Przepraszam żołnierzy Wehrmachtu i ich wnuki.

sobota, 15 listopada 2008

Fajnie, że dożyłem czasów, w których przeciętny rodak zarabia $1000+. Kijowo, że taki dolar nie wystarczy na browara w knajpie.
Super, że mozna sobie w ludzkich warunkach obejrzeć najnowszego Bonda. Trochę mniej, że ten Bond wygląda jak polski hydraulik.
Genialnie, że nakręcono Batmana razem z jego gadżetami. Tylko czemu ten Batman umawia się z Krystyną z gazowni?!
Poniżej: dziewczyna Batmana po, a tu chwilę przed wpadką.

Mam nawet winnego tego pożalsięboże trendu, przynajmniej w kinematografii. To ten kołek Bourne, Jason Bourne. Agent specjalnej troski z poważnie uszkodzonym mózgiem, co widać na jego głupiej gębie. Ludzie to kupili, widać wydaje im się, że jak taki młotek może przypomnieć sobie, że jest killerem od zadań specjalnych, to kto wie może oni też.
Efekt? Najpierw wymiotło z ekranów przystojniaków (niechby) teraz biorą się za ich laski. Bye bye Basinger i Pfeiffer, witaj... Maggie Gyllenhaal.
Brrr.

00:40, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (7) »
czwartek, 13 listopada 2008

"Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz" spotkało mojego kolegę, który zaczął się rozpadać jeszcze przed czterdziestką, na żywo. Wyglądał trochę tak, jakby spędził tydzień w rdzeniu reaktora. Włosy garściami, egzema na ryju i kończynach, obłędny wzrok i najgorsze - alergia na alkohol.

Lekarze jak to lekarze, pokiwali głowami i zapisali polopirynę. Tymczasem kolega miał alergię na klientów. Sprzedał swoją osiedlową sieć bezprzewodową i mu przeszło. Skończyły się telefony: "Panie Kwadrat, internet mieniedziała!", problemy, które nie dały się usunąć, bo naprawdę wynikały nie z niedomagań sieci, ale komputera. Który np. został wyniesiony przez wnuczka na bazarek. Ciemny monitor i brak reakcji na skakanie po klawiaturze był zgłaszany - z pewnego punktu widzenia słusznie - jako niedziałający internet.

Niemożność udzielenia skutecznej pomocy bliźniemu rodziła u kolegi frustrację, bycie molestowanym przez debili - pospolity wkurw, co w końcu dało objawy choroby popromiennej. Na szczęście ta minęła wraz z toksycznymi użyszkodnikami.

Obecnie fazę "niedziałającego internetu" przechodzi Zygmunt, znajomy emeryt, a ja po trosze wraz z nim. Przy czym, wbrew pozorom, jesteśmy obaj po stronie pomocy technicznej. Jako użytkownicy atakują nas dwaj "młodzi, wykształconych, z dużych miast", którzy wynajmują u Zygmunta i współdzielą jego łącze.

Ostatnio jeden z nich pobił swoisty rekord i zgłosił jako "problem z interkiem" niemożność zalogowania do własnych Windows. Długo myślałem, jak uświadomić gościowi absurdalność jego pretensji. "Panie Kaszaniak, to tak jakby żądał pan od parkingowego naprawy zatartego silnika. No bo parking strzeżony, więc powinien pana ustrzec."
Po minie zobaczyłem, że spodobało mu się to porównanie. Parkuje w centrum, płaci słono, chyba zacznie wymagać.

10:35, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
wtorek, 11 listopada 2008

... w Święto Niepodległości postanowiłem rozwiązać jakiś poważny problem. "Nie pytajcie, co Kraj zrobi dla was...", te klimaty. Let's see... służby miejskie wciąż sprzątają stolicę po inwazji niedoszłych emerytów pomostowych - no dobra, rozwiążę problem głodowych emerytur, raz na zawsze. Recepta właściwie wlazła mi w ręce sama. W tej samej gazecie, w której czytam o nędzy przyszłych emerytów, czemu zapobiec może tylko odłożenie każdej złotówki do tzw. trzeciego filaru albo wydłużenie pracy do 95 roku życia, w gazecie, gdzie - to oczywisty zbieg okoliczności - namiętnie reklamują się liczne "trzecie filary", co z kolei nie może mieć związku z faktem, że filary te podtrzymują instytucje finansowe jak raz rozpaczliwie potrzebujące gotówki, otóż w tej gazecie odnajduję ogłoszenie: "Tunezja wcześnie - 15 dni 799 zł".

Reszta mogłaby być milczeniem, ale byłaby to dyskryminacja czytających ten tekst dyskalkulików, więc rozwinę.
Osiem stówek za 15 dni minus koszt przelotu równa się sześcset złotych za pobyt, czyli tysiąc dwieście za miesiąc na osobę. Pan emeryt z panią emerytką w październiku wynajmują mieszkanie studentom, kasę za czynsz niosą do biura podróży i wracają z Tunezji (czy innego kraju na "Tu", jak Turcja czy Egipt) dopiero w lipcu, kiedy w Polsce może i pada, ale nie ma korków, bo wszyscy polecieli do krajów na "Tu". 

Wieczne wakacje, leżak z widokiem na morze, bimber z daktyli i gulasz z wielbłąda - dla każdego.

Pukających się w głowę poproszę o wykazanie jakiś słabych punktów tych wyliczeń [1], nie po to, zeby je znaleźć, bo ich nie ma, ale po to, by odwrócić uwagę od oczywistego pytania - czy rzeczywiście trzeba z wyjazdem czekać do emerytury?!
Trzeba. W imię zasad, sk..
______________
[1] wiem, na przeciętnym mieszkaniu nie da się zarobić 2400 miesięcznie. Ale rozmawiamy o emerytach, którzy coś tam dostaną, nawet najzajadliwsi akwizytorzy 3-go fil. mówią o 4 stówkach z ZUS-u na bułkę i mleko.


czwartek, 06 listopada 2008
Niby jesień, dzień krótki i drzdrz... dżdrz... drzdż... deszczowy i nie za bardzo jest co robić poza katowaniem pilota na zmianę z gamepadem, ale w przebłyskach dobrej pogody człowieka kusi, by wyjść do reala i spróbować, jak to jest "naprawdę". Cokolwiek to "naprawdę" miałoby znaczyć.

I tak, zdegustowani ślamazarnością cyfrowych tenisistów -  "Federera" i "Nadala" odłożylismy z Kwadratem gamepady i wzięliśmy po rakiecie, żeby sprawdzić się na korcie. Prawdziwym. Chciałbym móc napisać, że była to świetna zabawa i nawet napiszę. Nie dodam tylko, że świetnie bawili juniorzy z kortu obok, obserwujący nasze pozornie pocieszne, a w rzeczywistości grożące poważną kontuzją wygibasy.

W rezultacie nadal komenderuję "Federerem", ale z dużo większym szacunkiem.
Jakiś tydzień później trafiła mi sie okazja rozstrzygnięcia, jak się ma strzelanie pecetowe (myszką) i  konsolowe (gamepadem) do prawdziwie sadystycznego naciskania metalowego spustu.
Pewien zacny kupiec z branży rymarskiej, którego logo wkrótce zagości na tym blogu, użyczył mi do testów broni z fabryki, w której robiono szmajsery. Powaga. Rzeczoną giwerę, jak raz pneumatyczną, ale zawsze, wygrzebał na strychu u teściowej.

Po rozpirzeniu kilograma śrutu po ogródku stwierdzam: nie ma to jak tradycyjna muszka ze szczerbinką. Deskorolki, tenis, hippika - w komputerze, rozwałka - tylko na świeżym powietrzu.

Bill Gates jest zresztą tego samego zdania:
21:27, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (7) »
środa, 05 listopada 2008
Dzisiaj rano, Mili, kupiłem sobie w sklepie jedną białą bułkę i jedną grahamkę. Ciemne pieczywo  z okazji wyboru Obamy. Skoro o tym, to proszę przestać mówić o nim - Murzyn. Murzyna w nim w porywach pół, a na pewno żaden czarnoskóry, równie dobrze można o nim per biały.
"Czarnoskóry" to w ogóle nie wypada, do nikogo, bo to po prostu niegrzeczne. Wiem, że po amerykańsku jakoś tak się mówi, ale Amerykanie to kołki. Przecież o Mongole nie powiemy "płaskopyski", choć właśnie taki jest, a słowo "mongoł" ma nieciekawe konotacje. Mi też byłoby przykro, gdyby znajomi zamiast "leniuch" zwracali się do mnie per  "krótkowzroczny".

Kończy się, co tu ukrywać, rok, Bogu dzięki jakoś czołgamy się do Świąt. Było ciężko, ale jeszcze raz udało się beż żadnej katastrofy. To głównie zasługa Hollywoodu, który w 2008 wysłał na pomoc Ziemi więcej niż zwykle Superbohaterów (dalej: SB). Nie było łatwo, bo "formuła facetów w rajtuzach uległa wyczerpaniu" i ze starej gwardii stawił się tylko galwanizowany Batman (Dark Knight).
Podobnie jak zdesperowani politycy po Obamę, filmowcy sięgnęli po SB w niecodziennych kolorach - czerwonym (Hellboy), zielonym (Hulk) i - well - czarnym (Hancock). Jak już się trafił biały, to ukryty w żeliwnym piecyku (Iron Man).

I wiecie co? Nie wydaje mi się, żeby sami dali sobie radę. Inaczej nie wzywano by z domu spokojnej starości Johna Rambo i Indiany Jonesa.
Popaprańcy'08
Wszyscy marni, ale który najmniej

Hellboy'08
Hulk'08
Batman'08
Hancock
Iron Man
09:46, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
niedziela, 02 listopada 2008
Stawiając koło telewizora czy to konsolę, czy to peceta do gier, nie da się uniknąć szumu wiatraków, wizgu napędu i zgrzytania dyskiem. Co do konsoli się nie wypowiem, ale tego łobuza peceta uciszyć trudno. Można oczywiście próbować: blok wodny na procesor - stówka, cichy zasilacz - dwie, ciche dyski z laptopa... i nadal brzęczy.

Jak powiedział Foreman o gadatliwym Alim: na deskach będę go miał może w szóstej, może w dwunastej... nie wiem - wiem jedno - gęby mu się nie da zamknąć.

No więc mój pecet już leży na deskach i to tak, że nawet mi nie brzęknie. Nie, nie uciszyłem go przez wyrwanie wtyczki. Problem rozwiązałem we własnym, firmowym stylu - odsuwając go od siebie.
W tym przypadku za ścianę do drugiego pokoju. Jedyny wydatek to dziesięciometrowy kabelek s-vhs. Joypad do gier jest i tak bezprzewodowy i wykopanie peceta do gabinetu nie zrobiło na nim wrażenia - działa jak działał.

To była dobra rada, teraz zagadka:.
z jakiej gry pochodzi poniższa piosenka
21:56, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (8) »
Archiwum