piątek, 30 listopada 2007
Szfabia is gone, of course. Forever, I hope. Przy okazji odbyłem jedyną w swoim rodzaju rozmowę z Zygmuntem, pod którego domkiem zaparkowałem byłem auto celem zaprezentowania go maksymalnej widowni. Na bagnach oglądały je tylko czaple i lis, ze zrozumiałych względów kupnem niezainteresowane.

- Dzwonił facet, pytał o szfabię. - mówi Zygmunt, inzynier zresztą.
 -Na domowy dzwonił czy na komórkę, pytam zaskoczony, bo jako żywo nigdzie zygmuntowego numeru nie podawałem.  
-Do domu dzwonił.  - mówi Zygmunt.
-Aha... a skąd miał numer?
-Z oglądu okolicy - mówi czemuś lekko poirytowany - zobaczył, że pod naszym numerem stoi auto, to zadzwonił.
- A, to mów, że do drzwi zadzwonił.
- Nie dzwonił do drzwi. Dzwonił do furtki.
- Aaaaaa! Nieważne, ważne, że przyszedł, nie telefonował.
- Kiedy nie przyszedł.
-??!
-Przyjechał. Swoim autem. Obejrzał i zadzwonił.

http://leniuch.blox.pl/2007/09/Oddam-szfabie-w-dobre-rece.html
http://www.badfa.org.uk/walks/images%20and%20photopages/2001/thames_2_for_web.jpg
07:10, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
środa, 28 listopada 2007

Dawno temu, na procesorze o konstrukcji odległej od dzisiejszych, zdobywałem Rosję Radziecką czołgami generała  Guderiana. Nie zdobyłem tak całkiem, choć w kultowej grze Panzer General było to możliwe. Im głębiej bowiem brnąłem w syberyjskie zaspy, tym częściej komputer mi się wieszał. Być może nie mógł znieść sytuacji, w której w prapolskim Wrocławiu polski student strzela z tygrysa do aliantów.
Absolutnie wszyscy moi znajomi grając we wspomnianą grę i jej następne wersje wcielali się w Rommla i poszerzali wirtualną trzecią rzeszę. Pewno nieostatnim z powodów była głucha fascynacja niemiecką motoryzacją, na codzień manifestująca się kultem volkswagena. Gorzki osad zdrady narodowej i wyrzuty sumienia - przynajmniej u mnie - mąciły jednak satysfakcję z rozjeżdżania - ekhem - czerwonej hołoty.
Przypuśćmy na chwilę, że zdobyłbym dla Hitlera Moskwę, a Stalina powiesilibyśmy wiadomo za co. W realu. Czy zrobiłoby to wielką różnicę na minus, nam, Polakom? Przypuszczam, że wątpię. Dalibyśmy sobie pewnie spokój z Powstaniem Warszawskim, a w pewien sierpniowy ranek amerykańska B-52 z bombą atomową na pokładzie zamiast nad Hiroshimę ruszyłaby nad Berlin. Do świąt '45 byłoby i tak po ptakach.
Tyle, że pisałbym tę notkę jako faulpelz102, bo Wrocław byłby za granicą.
Bis dann.



http://www.abandonia.com/en/games/258/Panzer+General.html
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,wid,9428631,wiadomosc.html?ticaid=14e6a
http://pedg.chollie.co.uk/images/Guestpics/BasilT/Painting_Kursk.jpg

09:42, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 26 listopada 2007
Wydaje mi się, że jestem jednostką ekologicznie świadomą. Dowodzę tego np. obsesyjną segregacją śmieci. Każdy skrawek papieru trafia na makulaturę, każda puszka po piwie - do skupu. Mieszkam sobie na nieużytkach, gdzie nikt inny nie chce mieszkać, a z własnej woli rośnie oset z pokrzywą. Żyj i daj żyć innym, a właściwie to głównie daj żyć innym. I co się okazuje?
Wypełniam krótką ankietę nt "śladu ekologicznego", jaki odcisnę po sobie na Ziemi i zamiast pochwały dostaję opierdziel: "Ziemia dysponuje 1,8 hektara przeliczeniowego na osobę. Ty zużywasz 9,7. Gdyby wszyscy się rozpychali tak ja ty, potrzebowalibyśmy 5,4 planety"
Wyobrażacie sobie?!
Tylko dlatego, że mieszkam na wsi, jem mięso i mam auto. Jakbym żył w jakimś karmionym szpinakiem mrówkowcu i zasuwał do roboty dymiącym autosanem to byłbym niby ok?!
Najlepsze że te ekooszołomy kłamliwie pastwią się nad naiwnymi, którzy w przyjaznych intencjach zabłądzą na ich stronę. Bo skąd niby: "Ziemia dysponuje 1,8 (globalnego) hektara na osobę"?
Jako małopolanin z dziada pradziada zapewniam z pełną znajomością tematu, że 3 hektary w górach spoko wystarczają na wykarmienie rodziny 2+4, konia, psa, kota i jeszcze do skupu odstawią.

Na szczęście każdy będzie w stanie spełnić kiedyś oczekiwana zielonej mafii, wystarczy, że położą go do dołu 2 na 1.
Sami się najpierw połóżcie, obwiesie.
Nie uwłaczając.

_________________________________________
Oburzające ekologów parametry mojej egzystencji:

CATEGORY GLOBAL HECTARES
FOOD 1.1
MOBILITY 0.5
SHELTER 3.5
GOODS/SERVICES 4.6
TOTAL FOOTPRINT 9.7

IN COMPARISON, THE AVERAGE ECOLOGICAL FOOTPRINT IN YOUR COUNTRY IS 3.7 GLOBAL HECTARES PER PERSON.
WORLDWIDE, THERE EXIST 1.8 BIOLOGICALLY PRODUCTIVE GLOBAL HECTARES PER PERSON.
IF EVERYONE LIVED LIKE YOU, WE WOULD NEED 5.4 PLANETS.

http://www.earthday.net/footprint/index.asp
http://www.powerhousemuseum.com/education/ecologic/img/BennyZable.jpg
16:03, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (11) »
piątek, 23 listopada 2007
Z braku innych pomysłów postanowiłem zabawić się w Krytyka Muzycznego. Nie mam w tym kierunku podstawowych kompetencji ani żadnych uzdolnień, jednak przemawia za mną milion kilometrów wyjeżdżonych z włączonym radioodtwarzaczem. Od paru dni dochodzą z niego dźwięki nachalnie lansowanej trzeciej płyty sympatycznej lasi z Belfastu, niejakiej ქეთევან "ქეთი" მელუა.
He, to był taki gruziński żarcik.
Mam taką cichą teorię, że Katie Melua, jak odgadli biegli w gruzińszczyźnie czytelnicy, połowę swojego szalonego sukcesu zawdzięcza temu, że śpiewa wyraźnie. No po prostu wyrosła w innym niż angielski języku, w kulturze gdzie szanują dykcję, bo nieporozumienia wyjaśnia się kindżałami. Zupełnie inaczej niż beznadziejnie bulgoczący rodowici Brytyjczycy.
Tu notka , tu dowcip .
Anyway, poza dykcją, wyglądem, tudzież muzykalnością panna Melua dysponuje śmiesznym głosikiem na granicy załamania, sprawiającym, że co wrażliwsi słuchacze trzymają za nią kciuki jak za jakąś sierotę z Idola, chociaż to bez sensu, bo skoro już nagrano jej piosenkę, to na pewno wyrobi się pod każdą górkę, inaczej nikt by tego nie puścił w radio, nie?
Szeroka publisia, a ja wraz z nią, usłyszała Melua w kowerze "9 Milionów Rowerów" (W Pekinie), mieście którego nazwę wymawia: "Bej-dżing". Uwaga: to ściema, nie ma takiego miasta jak Bej-dżing, jest Pekin lub Peczin. Bej-dżing to pomiot reformy transkrypcji chińszczyzny na nasze, wprowadzonej przez Mao tse Tunga (który zamienił się w jej wyniku w Mao Ze Donga), aby jeszcze bardziej zawikłać już i tak nieproste chińskie sprawy.
Tak czy siak, rowerów mają tam opór.
Ostrzegałem - krytyk ze mnie żaden.
Aha, nie kupujcie tej płyty, co ją reklamują, jest do dupy. Jak już musicie, kupcie tą pierwszą, "Call Off The Search", nie tak dobra jak ta z "Rowerami", ale obleci. Albo ściągnijcie z interku czy coś.
A teraz, dla rozluźnienia napiętej atmosfery, Pełnoletnia Holenderska Dziewica która śpiewa, rozbiera się i dowodzi całkowitego braku gustu muzycznego czy jakiegolwiek innego.
Enjoy.
21:54, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (11) »
środa, 21 listopada 2007

Nie idź mianowicie drogą Katarzyny Figury i legionu innych polskich i nie tylko polskich aktorek, które lata kariery sceniczno-ekranowej spędziły wzbraniając się przed obnażeniem do kamery.
A teraz żałują.
O Figurze wspomniałem z dwu powodów: po pierwsze sama z budzącą podziw szczerością niejednokrotnie wypowiadała się w tonie: "matko, jaka ja głupia byłam, a teraz już za późno" po wtóre zaś warunki sceniczne obie panie mają dość podobne, to znaczy ponadprzeciętnie wybujałe, a zarazem grożące rychłym sflaczeniem.
No sorry, ale piszę, jak jest.
Tymczasem początek XXI wieku w polskim internecie upływa pod znakiem bezowocnych poszukiwań "Kasi Cichopek nago", których odprysk przypadkiem trafia także na niniejszy blog. Oczywiście daremnie. Jedynym potencjalnym posiadaczem gołych cichopkówien jest bowiem ten palant, jej boyrfiend, który być może wcale nie wpadł na to, żeby ją obcykać, albo lepiej - nagrać. Na pamiątkę i wszelki wypadek - kto wie może za parę lat podreperują sobie takimi fotkami budżet .

Tymczasem:

Przeminęło z wiatrem, czyli
Zamawiam gołą komputerową rekonstrukcję z czasów świetności

Seniuk

Figury

Szapołowskiej
innej, jakiej
poniedziałek, 19 listopada 2007
Warknięcie: "wiem, co robię" jakże często dobiegające z siedzenia kierowcy świadczy o braku świadomości wagi automatyzmów w prowadzeniu samochodu. Ręczny, sprzęgło, zapłon, jedynka, sprzęgło... ruszamy prawie nie zdając sobie z tego sprawy i bogudzięki, inaczej byśmy powariowali. Ale nie dość, że nie wiemy co robimy, to próba jakiejkolwiek modyfikacji raz ustalonej rutyny jest trudniejsza niż wypchnięcie poloneza z rowu.

Swego czasu nasz prezes przerażony falą uprowadzeń aut kolegów-prezesów zarządził w całej firmie przymusowe korzystanie z "antynapadu". Ta pokracznie nazwana opcja alarmu miała zapobiec wyrzuceniu inżyniera przez gangsterów z jego służbowego jeździdła. Scenariusz przewidywał, że inżynier wstanie z chodnika, poprosi przechodnia o nastawienie szczęki i z komórki zawiadomi policję. W tym czasie antynapad najpierw zacznie cicho mrugać awaryjnymi, potem wyć, a na końcu, ale tak po półminucie, kiedy gangsterzy odjadą na bezpieczną odległość, odetnie dopływ paliwa. Złoczyńcy bowiem nieświadomi będą potrzeby wyłączenia antynapadu tajemniczym pstrykiem, ukrytym w czeluściach schowka. Każde włączenie silnika, a nawet otwarcie drzwi, po cichu antynapad uruchamiało.

Przez kilka lat obowiązywania antynapadów w kilkudziesięciu autach w firmie powyższy scenariusz nie zrealizował się ani razu. Jakoś żaden gangster nie połaszczył się na nasze 60-konne kompakciki. Kilka razy dziennie spełniały się za to scenariusze alternatywne: zaspany pracownik rusza do biura a po półkilometrze wyjący antynapad go dobudza. Inną typową sytuacją było: "Halina, kieckę se drzwiami przytrzasłaś", poprawka zamknięcia drzwi przegapiona przez ruszającego kierowcę i antynapad w akcji.
Auto raz unieruchomione wymagało skomplikowanej procedury, by przekonać alarm, że jesteśmy prawowitymi właścicielami i możemy jednak dalej nim jechać. Błąd w interpretacji tajemnych kodów, przesyłanych światłami awaryjnymi i niewczesna próba ponownego uruchomienia skutkowała koniecznością wezwania serwisu. Serwisyny od alarmu do dzisiaj wspomniają naszą firmę z łezką w oku.

Miał antynapad też pewną szczególną cechę, którą przypadło mi odkryć jako pierwszemu w firmie, w dość dramatycznych okolicznościach. Wracając z Wawy zajrzałem w trakcie jazdy do atlasu włączając przy tym oświetlenie kabiny. Po chwili zgasiłem i zabrałem się do wyprzedzania. Gdzieś tak w połowie wyprzedzanego TIR-a auto zaczęło gwałtownie słabnąć. Dyskoteka z awaryjnych i wycie nie pozostawiało wątpliwości: antynapad. Dałem po hamolach w ostatniej chwili przed spłaszczeniem się o kamaza jadącego z naprzeciwka. Wtoczyłem się na grząskie pobocze i na zewnątrz (antynapad nie tolerował nikogo w środku) miałem dłuuugą chwilę na dojście do banalnej prawdy. Jako że każde otwarcie drzwi powodowało włączenie się oświetlenia wnętrza, zgadłem, że monterzy podczas instalacji alarmu musielli podpiąć się pod obwód lampki i w ten sposób rozpoznawali otwieranie drzwi. Dzięki temu również każde inne włączenie światełka skutkowało cichym i zupełnie bezsensownym uruchomieniem antynapadu. Z rozważań wyrwało mnie: "Może popchnąć trzeba ?". Trzech zarośniętych osiłków na pewno dałoby radę. "Nie, dziękuję panom, za chwilę antynapad się uspokoi i pojadę dalej" "Aha. No to może chociaż na piwo dasz".
Cóż wymagać, antynapad chronił tylko samochód.
22:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
piątek, 16 listopada 2007
Parę dni wstecz poprosiłem panią w kiosku o gazetę ("Rzeczpospolitą", oczywiście) i dostałem słoik majonezu kieleckiego - gratis. Za gazetę musiałem już zapłacić. To nierzadki przypadek, kiedy darmowy gadżet okazał się atrakcyjniejszy od przedmiotu transakcji. "Kielecki" królował przy śniadaniu jak tydzień długi, a "Rzepa" następnego dnia dołączyła do reszty makulatury.

Ale to nie firma Kolporter zasługuje na laur komercyjnego św. Mikołaja. Ba, nie dostanie go nawet "wiodący" dystrybutor sprzętu komputerowego, który hojną ręką dorzuca:

  • Parasole i polary do procesorów
i proponuje
  • Odbierz ręcznik plażowy
  • Odbierz koszulkę polo za 3 monitory
  • Zakosztuj trunków pod Słońcem Toskanii i ekstremalnych sportów na rzekach Słowenii
  • xxx rozdaje: profesjonalny zestaw do pokera i wibrujące słuchawki

Najbardziej absurdalne zestwienie usługi i gadżetu ni przypiął ni wypiął przygotowała firma Era, która do umowy na interek potrafi dorzucić coś o nazwie macbook. Ustrojstwo to produkują sadownicy z Apple, więc pewno ma coś wspólnego z mp3 i musi być 3 razy droższe niż modele innych producentów. Czy ktokolwiek tego kiedykolwiek używał? Do czego?
15:46, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (12) »
czwartek, 15 listopada 2007
Miałbym kłopot, gdyby ktoś spytał mnie o hobby. Chciałbym móc za Kwadratem powtórzyć, że moje hobby to nic nie robby-ć, ale nic nie robby-ć podpada u mnie pod pracę zawodową. Gdybym miał wskazać nieobowiązkowe zajęcie pochłaniające dużo czasu, byłoby nim palenie w kominku . Są miejsca, gdzie właściciel kominka wrzuca doń zielone gałęzie i rozpala mokrą pokrzywą, uważając tylko, by ciąg nie urwał mu głowy. Istnieją też takie, jak chata na bagnach i okolice. Piec, kominek, ognisko, bez względu na jakość paliwa emitują tu straszne ilości dymu, który w żaden sposób nie chce ulecieć w atmosferę. Taka gmina. Sprawa tylko pozornie jest błaha, w rzeczywistości potrafi rodzić potężne frustracje. Jak potężne, przekonał się pewien kolo, którego zdesperowany brat kwestię niezasłużenie płożącego się dymu postawił na ostrzu noża. Tak, to kiepski ciąg z grilla spowodował atak Kaina  na Abla i wszelkie późniejsze konsekwencje.
Mam sąsiada, który próbuje walczyć z przeznaczeniem budując coraz wyższy komin. W jakiś zimowy dzień muszę sfilmować przeciwny zdrowemu rozsądkowi fenomen tego komina, polegający na gęstym dymie spływającym wzdłuż niego po dachu na drogę, gdzie zostaje, gęsty i obfity, zmuszając kierowców do szukania objazdu.
Co do mnie... lata ćwiczeń nauczyły mnie trudnej sztuki komponowania podpałki, firmowych mieszanek składających się z kory, szczap smolnych i drewienek, wspomaganych parafiną i napalmem w proporcjach zależnych od temperatury i ciśnienia nad kominem.  Palenisko czyszczę specjalnym odkurzaczem z  zewnętrznym zasobnikiem i autorską szczotką. Ale zadaniem najbardziej ambitnym jest czyszczenie samoczyszczącej, a jakże, żaroodpornej szyby. Sukces może zapewnić tylko nienaganny timing plus szczególnie zjadliwa mieszanka żrących zasad, których kropla uroniona na parkiet przeżera go w sekundę, wraz ze styropianem i betonem, wsiąkając dopiero w piach pod fundamentami.
Wszelkich mędrków, którzy po prostu "umieją palić w kominku, to nie takie trudne" zapraszam na kurs mistrzowski do siebie, ale tylko z własną maską pgaz, owiniętych w azbest.
00:05, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (12) »
wtorek, 13 listopada 2007

Telenieróbstwa ciąg dalszy, a pierwsza dekada listopada już za mną. Zleceń - zero, szkolenie - jedno, za to jakie. Szkolenie ze spławiania klienta mianowicie. Było ich troje: bezczelny napompowany adrenaliną łysy brutal, starsza, kulturalna pani i kusząca obietnicą śliczna afroamerykanka. Taka "barely legal". Każde z nich groźbą, prośbą lub niedopowiedzianą, lecz niewątpliwie niemoralną propozycją próbowało skłonić mnie do wyświadczenia nienależnej usługi serwisowej.
Czy się ugiąłem, czy uległem?
Pracodawca nie zaryzykował próby ognia. Jak można się było spodziewać po tchórzliwej, międzynarodowej Korporacji ograniczył się do drętwej prezentacji wzorcowych odmów, sprytnie kierujących nachalnych klientów do działu sprzedaży, gdzie mogą sobie zamówić serwis w opcji diamond-full-wypas-z-wisienką, zamiast zastraszać lub korumpować inżyniera.
Ale nawet jeśli uległbym korupcyjnej propozycji, to nie miałbym szans na jej konsumpcję, bo od jakiegoś czasu moje szkolenia to teleszkolenia, z wirtualnym instruktorem, przez interek.
Niestety.

PS. tak,. wiem, że laska-s-obraska to halle berry rocznik 66.
 

00:11, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
niedziela, 11 listopada 2007

Zacząłem rozpoznawać u swojego dziecka syndrom młodocianej ofiary globalnego ocieplenia. Globalne ocieplenie (w skrócie: glocie), które właśnie oprószyło naszą chatę wczesnolistopadowym śniegiem odpowiedzialne jest również za lodowate wakacyjne pluchy. To z powodu glocia Piotrek był tylko raz w zyciu nad polskim morzem i mamy nadzieję, że to traumatyczne wspomnienie już zatarło się w jego pamięci.
Kraje z pogodą gwarantowaną 365/365 nie tylko leżą daleko w sensie geograficznym, ale i kulturowym. Ich mieszkańcy żyją zanurzeni w innych widokach, zapachach, a zwłaszcza melodiach. Turysta wsiadając do lokalnego środka transportu nie ma wyjścia, musi słuchać, co kierowcy w radio gra. Po dorosłych to - pożal się allahu - arabdisco spływa bez dalszych konsekwencji, ale u dzieci powoduje trwałe upośledzenie gustu muzycznego.

Piotrek oprócz opalenizny przywozi z wojaży także pluszaki, wygrywające różne lokalne szlagiery. Na jego żądanie wypytaliśmy tambylców o ich treść i wiemy, że np. wielbłąd , jak mu płaszczyć garb, zaśpiewa głosem egipskiego Szymona Wydry o tęsknocie za dziewczyną (której arabskie imię brzmi jak - sorry - "łachudra").
Skoczne dźwięki towarzyszą więc nam długo po powrocie, okazuje się że bateryjki zaszyte w te zabawki mają szokująco długi czas pracy.

Syn radzi sobie zresztą i bez pluszaków. Wykrył u mnie w odtwarzaczu ścieżkę dźwiękową z "Helikoptera w ogniu" i nie chce jechać do przedszkola, póki mu jej nie odpalę. Codziennie rano dostaje dawkę melancholijnych somalijskich pieśni , które w filmie ilustrują polowanie muzułmanów na helikoptery sił pokojowych.
Droga redakcjo pomóż, co robić?

20:21, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 listopada 2007

Dawno już nie było wpisu o telepracy, a jest o czym, powrócił bowiem wiek zloty. Zamknąłem październik z czystym kontem, tzn. bez żadnych interwencji serwisowych, akcji instalacyjnych etc. ograniczając się tylko do wysłania Korporacji faktury. Co prawda tylko pół października spędziłem "telepracując", drugie pół zaś z narażeniem życia eksplorowałem rafę, ale wziąwszy pod uwagę wyczerpujące miesiące poprzednie, to i tak nieźle.

W takich razach zwykle wzrasta ryzyko otrzymania wypowiedzenia, ale patrzę w przyszłość jasnym, ufnym spojrzeniem. W tym roku przez Korporację przeszły już dwie fale zwolnień, przy czym druga zmyła gościa, który zwalnia, więc na razie spox.

Wolny czas zamierzałem poświęcić filmowaniu przyrody. Miałem plan, żeby zerwać się przed świtem i zajrzeć w paszczę odyńcowi, oczywiście przy użyciu zoooooma. Leniuchowa przytomnie zauważyła, że lepiej jeszcze trochę poczekać, aż świt nieco bardziej zbliży się do pory zwykłego wstawania. Genialne, nieprawdaż?

Zanim sam wyruszę bladym rankiem na odyńca, poniżej produkcja gostka, któremu żadna Leniuchowa nic nie podpowiedziała, więc poszedł, sfilmował i ma.


"Day at Alligator Creek" (HD version) from Mark O'Byrne on Vimeo.
07:43, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
środa, 07 listopada 2007

Wobec rosnącej popularności blogów w rodzaju "Izabela Pęcik nago" zastanawiałem się przez chwilę nad przemianowaniem własnego. Seksem jednak epatować nie mogę, broń panieboże, na tę stronę zagląda też moje dziecko.
Odbiorców ekscytuje wszakże seks _i_ przemoc, w grę wchodziłby więc np. "Michał Żebrowski krwawo" .
Aktor Żebrowski wdał się był bowiem w interesy z Rosjanami, co skończyło się jak to zwykle u nich:


Wybierz stosowny podpis
lub dopisz własny

z podziękowaniem od fanów Wiedźmina
powiedz: "Aaaaaa"
Bo zupa była za słona
Da zdrastwujet pierwoje maja!
Inne, jakie?!
poniedziałek, 05 listopada 2007

Jeden złośliwiec spytał, czy przewiduję jakiś komentarz powyborczy. Otóż z powodów, o których wspomniałem wcześniej , nie głosowałem, to i komentować nie zamierzam. Wyborczą niedzielę spędziłem na leżaku nad basenem i mogę co najwyżej opisać to, co zarejestrowałem lewym okiem (prawe przysłaniała mi słomka od drinka)

  • Włoszki dzielą się na przywiędłe i na nieletnie
  • Egipt byłby fajnym miejscem, gdyby nie Egipcjanie
  • Za Clarksonem: dla Rosjan żadne szorty nie są za szerokie, a żadne slipki - zbyt obcisłe.
  • Rosjanki mają lepsze figury, Brytyjki - toplesy
  • Angielski umiera. Nad tym basenem przetrwał tylko w zbitce: "Rebjata, don't be shy, dawaj, dawaj!"

Poniżej wideorelacja z pobytu.
Enjoy.

 

niedziela, 04 listopada 2007

Wrocław to miasto bez ani jednego aquaparku.
Pierwszy miał być otwarty

temu.
Thanks for nothing, prezydencie Dutkiewicz.
"Dobra robota", pośle Zdrojewski.
09:31, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (6) »
piątek, 02 listopada 2007

Wizyta na cmentarzu uświadamia, że po śmierci rzucą nas na pastwę jakiegoś idioty-kamieniarza, który na żądanie zagonionej rodziny przykryje nas tandetnym nagrobkiem. Im więcej kasy dostanie, tym marmur będzie miał bardziej egzotyczne wzory, litery fantazyjniejsze zawijasy, a memento wydłuży się aż do niemiłosiernie zgranego cytatu z tego księdza, co mu ludzie odeszli, zanim ich pokochał.

Uprzedzając nieuchronne, głośno komentuję wady i zalety mijanych grobowców. Budzi to irytację Leniuchowej i zaciekawienie dziecka, ale lepiej zawczasu określić preferencje, żeby potem reszty wieczności nie spędzić pod jakimś bezguściem. Chyba odzywają się we mnie geny zapobiegliwych Małopolan. Jak wiadomo, Krakusi potrafią sprezentować sobie na zaręczyny miejsce na prestiżowym cmentarzu.

To jak ma pisać?

Marian Leniuch
1968 - 2048

bez obaw, nie wstanę.
pozdrawiam.
byłem kim jesteś, będziesz czym jestem.
precz z komuną!
opłaciłeś abonament?
inne, jakie?!

PS. Z tym "Marianem" żartowałem :-).
15:24, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (22) »
Archiwum