wtorek, 30 listopada 2004
The image “http://www.fotcom.biz/polska/biebrza/Biebrza148.jpg” cannot be displayed, because it contains errors. Zarządzanie ogólnopolską firmą to ciężki kawałek chleba. Nazatrudnia człowiek darmozjadów, a jak chce ich zebrać w kupę w jednym miejscu to zawsze któryś jęczy, że się spóźni. A godzina dziewiąta to przecież normalna godzina jest. Ale tłumacz takiemu ze Szczecina czy z Wrocławia, głąbom. Głupio się później usprawiedliwiają, że wjechali do Warszawy o ósmej, tylko te korki. TO TRZEBA BYŁO WSTAĆ GODZINĘ WCZEŚNIEJ. TAK, O TRZECIEJ !

* * *

Nie ma to jak robótka w stolicy. Pięć godzin w jedną, osiem godzin w zakazanej serwerowni na Szmulowiźnie (Praga), pięć z powrotem, a że mgła, to wypadki, a w konsekwencji objazdy, czyli jeszcze półtorej w plecy. Owszem mogłem się domagać hotelu. Ale wtedy zmarnowałbym pół niedzieli i zyskał opinię gościa, który się DOMAGA. Po co mi to. Wolę zerwać się w środku nocy i koło dziewiątej rano zameldować się w pokoju socjalnym Firemki. Tu grzecznie witam się ze wszystkimi sącząc kawę i oszczędnie napomykam o horrorze na drogach. Nagabywany zdradzam godzinę wyjazdu z domu budząc już nie współczucie, a wprost litość i trwogę. Skromnie wspominam, że czeka mnie jeszcze cały dzień pracy ( Ooooh !), a potem powrót (Aaaah!) i pozostawiam towarzystwo w osłupieniu. Mają o czym gadać do przybycia szefa. Ten zjawi się dopiero za godzinę.
-Leniuch był ?
-Już pojechał.
-Wpadnie?
-Nie sądzę.
Odpowiedzi sekretarki musi towarzyszyć znaczące spojrzenie, a być może otwarty wyrzut, bo o jedenastej odbieram telefon z czymś w rodzaju przeprosin. Wpaść nie wpadnę, bo tu jeszcze mmmasa roboty. Nie ma sprawy, jestem w szczytowej formie.
słówko wyjaśnienia: oczywiście taka akcja zdarza się raz na dosyć rzadko. normalnie działam dużo bliżej bazy.
11:37, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
niedziela, 28 listopada 2004
Podobno po labiryntach brytyjskich archiwów spaceruje niejaka Mrs Jones. Od czasu do czasu odwiedza ją Bond, James Bond. W ręku trzyma fotografię. Mrs Jones uważnie ją ogląda i nieomylnie prowadzi Bonda do regału z właściwą teczką. Sama nigdy nie czyta akt i nie wie, czy zidentyfikowana przez nią twarz należy do zapomnianego terrorysty, szemranego przedsiębiorcy czy gwałciciela sprzed lat. Mrs Jones jest tylko żywym indeksem być może największej bazy danych świata. Jej mózg jest wart fortunę zarówno ze względu na wiedzę jak i absolutnie unikatowe umiejętności. Po pracy Jones zapewne robi zakupy w Tesco i wraca do mieszkanka z kotem i piecykiem gazowym na monety.
Przez lata jeden z wydziałów mojej Politechniki żył z Problemu Węzłowego polegającego na optymalnym rozłożeniu wykrojów na pasie materiału. Lata mijały, algorytmy pęczniały, moc obliczeniowa przyrastała, a finał był zawsze ten sam. Kiedy docenci prezentowali w zakładowej kanciapie rozkrój "optymalny" kierowniczka wołała od maszyny panią Hanię, która po wytarciu rąk o fartuch i zmarszczeniu czoła generowała ułożenie, well, optymalniejsze.
xxŚwiat pełen jest zapoznanych talentów. Jednowymiarowy dryg do pierwiastkowania dużych liczb czy fotograficzna pamięć nie kwalifikują jeszcze na Geniusza.
Kilka dni temu Polskę obiegła wiadomość, że pewna piosenkarka ma niespotykanie wysoki iloraz inteligencji. Czytelnicy kolorowych pism oniemieli, bowiem dotychczasowe wypowiedzi blond donny świadczyły o czymś zgoła przeciwnym. Jeśli liczba zmierzona przez fachowców od układanek jest prawdziwa, to prawdopodobne, że Doda jest inteligentniejsza od Skłodowskiej, a może i Kopernika. Czy coś z tego wynika? Niewiele. Co najwyżej nasuwa się pytanie, jak to się dzieje, że babka bystrzejsza od noblistki zostaje parą śpiewających cycków.
piątek, 26 listopada 2004
Rynek pracy roi się od niezagospodarowanych absolwentów. Są to dzieciaki bystre, wyszczekane w paru językach, przytomnie węszące za swoim kawałkiem sukcesu.The image “http://www.timelesstrinkets.com/Smurfs/CollectorPages/images/40210.jpg” cannot be displayed, because it contains errors. Siakoś tak wyszło, że uwikłałem się w pisanie biznesplanu pod nowy kontrakt. Roboty miały być proste, więc zapostulowałem zatrudnienie ekipy techników za średnią krajową. Szef skłaniał się raczej ku średniej+20% dla bardziej perspektywicznych świeżych inżynierów. Przysiadłem nad kalkulacją kosztów aut, szkoleń, dodatków, by w pewnym momencie zorientować się, że głupie +-20% w pensji takiego gościa waży tyle co nic. Bo on sam kosztuje dużo mniej niż jego auto: amortyzacja, ubezpieczenie, przeglądy, benzyna czyli składniki tzw. kilometrówki. Prawie dwa razy mniej. Dosyć to frustrujące. Wyobraźmy sobie teraz tych młodych, ambitnych wobec perspektywy 5, a jeszcze lepiej 10 procent podwyżki. Cud, jak się nie pozagryzają. Tymczasem niewykluczone, że gdzieś w zaciszu gabinetów menedżment zaśmieje się w kułak: patrzcie benzyna zjechała tak, że mogliśmy naszym pionkom rzucić ochłap, a i tak przyoszczędziliśmy na masażystkę dla zarządu.
Wydaje mi się, że niechcący trafiłem na jeden z powodów pomiatania pracownikiem przez szefoburaków wszelkiej maści. Jak tu szanować personel w cenie pół czy ćwierć skody od łebka? Just business, nothing personal.
Trzeba dotrudnić zapierdalaczy ? Bierz teraz Czesiek tych tańszych, za to bryki damy im takie wiesz, metalik. Imidż, bracie, imidż.
10:22, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
środa, 24 listopada 2004

Prąd może docierać do domu dwoma drutami (jedna faza) lub czterema (faz trzy). W przeciwieństwie do reszty wsi jestem dumnym posiadaczem trzech faz. Jak znika mi jedna, to mogę jeszcze zakombinować, kiedy padają trzy padam i ja. Padam często. Przedostatni pad miał miejsce w święta: uratowałem sytuację wyciągając służbowego laptopa. Od tamtej pory wiem, że bateria starcza akurat na dvd z "Misiem".
Pad weekendowy zaczął się kompletnym blackoutem w piątek, jedną fazą w sobotę do południa, krótką trójfazową nirwaną po południu zakończoną jednofazowym postem w niedzielę.
Długie zimowy wieczory przy świeczce sprzyjają refleksji. Moje myśli pożeglowały w górę rzeki czasu, ku chwili, kiedy na bagnach zamiast mej chałupy tkwiły cztery paliki, a powiatowi władcy mocy trwali w oczekiwaniu na hojną ofiarę.

z okna* * *

Dwie działki na końcu wsi były tak nędzne, że gmina zapomniała wpisać je do rejestru gruntów rolnych. Właściciel nie wierząc własnemu szczęściu sprzedał je czym prędzej jako budowlane. Jako że pierwszy wbiłem łopatę w grunt, przypadł mi przywilej załatwiania prądu dla siebie i, nie bądźmy świnią, sąsiada przy okazji. W pierwszym ruchu udałem się do gminnego Elektryka. Terenowa bryka i willa typu Gargamel nie wróżyły dobrze. Suma, jaka padła, zakończyła negocjacje zanim się zaczęły. Anioł stróż powstrzymał mnie jednak przed ujawnieniem mej opinii czy głośnym zamknięciem drzwi. Oto bowiem w Energetyk w powiecie uwarunkował radość z własnej żarówki budową stacji transformatorowej. Tu także nie wykonywałem gwałtownych ruchów. Przy drzwiach wyjściowych otrzymałem w nagrodę numer telefonu... Słuchawkę podniósł młody człowiek mogący być synem Energetyka, tym bardziej, że nosił jego nazwisko. Padła suma o połowę wyższa niż poprzednio.
Dla formalności obdzwoniłem jeszcze paru fachowców, którzy po zapoznaniu się z problemem grzecznie rezygnowali. Poinformowałem sąsiada o nieuchronnych kosztach i wróciłem do Gargamela. Ten w trymiga uzyskał papiery i położył 50 metrów kabla w cenie rurociągu "Przyjaźń". Zapłaciłem swoje pół i sprawa wydała mi się załatwiona. Tylko mi, niestety. Sąsiad poprosił Gargamela o szczegółowe rozliczenie. Gargamel się ociągał. Sąsiad skrobnął skargę do cechu i podpisał się jako Sąsiad. Gargamel skrobnał prośbę o odłączenie Sąsiada i też podpisał się jako Sąsiad. Sąsiad złożył doniesienie. Gargamel zniknął feralne pismo tajemniczym zaklęciem i rzucił drugie, potężniejsze, które zniknęło licznik sąsiada, bezpieczniki i w ogóle wszystko, łącznie z drzwiczkami do skrzynki. Ta do dziś zionie czeluścią - świadectwem splotu energetyki, korupcji i wielkich pieniędzy, oczywiście w naszej, gminno-bagiennej skali.
poniedziałek, 22 listopada 2004
Odwieczną walkę sił światła z mocami ciemności opiewała Kora w songu o takim tytule. Mianem "Elektrospiro" będę określał ludzi z błyskiem. Określenie "Zanzara" rezerwuję dla działań potłuczonych.
Elektrospiro
Były premier Węgier Viktor Orban rozpocznie pracę trenera zespołu piłkarskiego Felcust SE.41-letni Orban jest najstarszym grającym zawodnikiem Felcust SE. Po ataku serca pierwszego trenera tej drużyny, Laszlo Nagya, były premier przejął na siebie wszystkie obowiązki szkoleniowca.
Kinga Dunin: "I wreszcie przeczytałam światowy i krajowy bestseller numer jeden, czyli "Kod Leonarda da Vinci".[...] Mniam, mniam.[...] Nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy, kiedy powiem, że poszukiwany na kilkuset stronach święty Graal okazuje się [...]"
kontra Zanzara
Nie napiszę, jak Dunin, czym w powieści okaże się święty Graal. Napisałbym, kim okazała się K. Dunin psując zabawę potencjalnym czytelnikom, ale opadły mi ręce.
sobota, 20 listopada 2004
Parę wpisów wcześniej wypłynęła drażliwa kwestia wieku niektórych blogowiczów. Jeden z komentatorów wysunął śmiałą tezę, jakoby roczniki "milienijne" (dla niewtajemniczonych: lata sześćdziesiąte ubiegłego stulecia; 1966 - tysiąclecie chrztu Polski) nadawały się na coś więcej niż na złom.
Niestety, przepaść doświadczeń dzieląca "tysiąclatków" od przysłowiowej "blondynki przy sąsiednim stoliku" jest tak bezdenna, że o moście nad tym międzypokoleniowym rozziewem raczej zapomnijmy. I nie chodzi mi tu o banalne starcie kultury kirania bełtów z kulturą jarania blantów, a o traumę dla pokoleń współczesnych zgoła niewyobrażalną. Celem ilustracji przytoczę historię mojej własnej studniówki.
Osoby młodsze i wrażliwe proszę o opuszczenie bloga ze względu na drastyczność opisywanych scen.
Moja licealna edukacja przypadła na mroczne lata stanu wojennego. Zimę stulecia i parę następnych spędziłem w poniemieckim klasztorze w północnej, malarycznej części Wrocławia. Za klasy służyły nam zaadaptowane cele ojców franciszkanów. Metrowe mury oraz codzienna msza święta na długiej przerwie w kościele nieopodal chroniła młodź, przeważnie żeńską, przed szalejącą na zewnątrz komuną.
Opisany stan rzeczy sprawił, iż przyciężkie pasztety w powyciąganych swetrach ozdobionych opornikami dobrnęły we względnym patriotyźmie do klasy czwartej. Nasza marksistowska dyrektorka wiła się w konwulsjach bezsilności: szkoła nie miała nawet koła ZSMP. W jej makiawelicznym umyśle zrodził się podstępny pomysł rewanżu za lata daremnej indoktrynacji.
Do organizacji studniówki zaprosiła nieodległą Wyższą Szkołę Wojsk Zmechanizowanych. Nie dość było wojskowego zespołu muzycznego. Nie dość sali gimnastycznej Zmechu, udekorowanej na tą okazję siatką maskującą. Gwoździem programu stali się zaproszeni kadeci: dyrektorka po prostu odjęła liczbę czwartoklasistów od czwartoklasistek i otrzymaną różnicę wypełniła dziarskimi elewami.
Tak, tak: - Żadnych sympatii spoza szkoły, będziesz się Helenko bawić z tym tu Czesiem, przyszłym czołgistą.
Z samej imprezy, well, niewiele pamiętam. Poza tym, że była to najtańsza studniówka w historii. Dofinansował ją zaprzyjaźniony pegeer w podzięce za pomoc w kampanii buraczanej. Cheers !

В каптерку вбегает сержант и кричит:
- Вашу мать! Кто сказал моей невесте, что каждая нашивка
означает ребенка?
The image “http://www.wojsko.hg.pl/silyzbrojne/stopnie_wojskowe/wojska_ladowe/Plutonowy.jpg” cannot be displayed, because it contains errors. Do kapciory wpada plutonowy i wrzeszczy:
-Taka wasza mać, który powiedział mojej kobiecie, że każda belka oznacza dzieciaka?
czwartek, 18 listopada 2004
Drapieżny kapitalizm żywi się moją krwawicą. W każdej witrynie sklepowej wykłada przynęty w nadziei, że zwabiony wyciągnę po nie dłoń. Czasem mu się udaje, a finał jest zawsze ten sam. Gdy pieszczę w ręku nowy gadżet niczym Gollum pierścień Mocy, siły zła wysysają złotówki z mojej karty.
Znajomość natury wroga sprawia, że nie jestem łatwym kąskiem. Nałóg otwierania pudełek z nową elektroniką zaspokajam w pracy. Jem byle co i byle gdzie, ubieram się w co popadnie (w tej chwili seledynowe gatki z napisem "SuperBowl 1992" i koszulkę za punkty w BP) - przyzwyczajenie z koszmarnych czasów komuny.
Ciemna strona ma tylko jedną drogę by skutecznie ugodzić: moich najbliższych. Ze szczególną troską patrzę na swe płowowłose dziecię. A gdy widzę, co kapitalizm wypichcił dla niego w swoich chińskich fabrykach, zamieram po prostu w osłupieniu.


inwazja śmierci z plutona


wtorek, 16 listopada 2004

Agnieszka Rylik liczyła ciosy i nie ma wątpliwości: Andrew znów zebrał bęcki. Nie żeby mnie to specjalnie interesowało, ale zajrzałem na witrynę New York Timesa: siedzieli bliżej, ciekawe co napiszą. Na wejściu rozbroiła mnie newyorktimesowa wyszukiwarka:

Your search for Golota / past week returned 5 articles.
Did you intend to search for Golgotha?

No jednak nie Golgota. Męka Andrew miała bardziej przyziemny wymiar.
Przy okazji "inteligentna" reklama ebaya wyceniła mistrza porażek:

Golota.
Low prices on your top picks!
Try eBay first.

www.eBay.com


Golota For Sale
Low Priced Golota
Huge Selection! (aff)

ebay.com

A wszystko przyklepane fachowym komentarzem:
"The worst was saved for last, though, when Ruiz and Golota engaged in a 12-round fiasco that had all the skill and finesse of a 34th Street mugging."
poniedziałek, 15 listopada 2004

I znów przyłapałem serwer na połknięciu wpisu. I znów zwarty i gotowy sięgnąłem po lokalną kopię. To nawet dobrze. Podróż w czasie w sam środek lata:

Z pleneru

Człowiek, który rozszyfrował słowo "kac" jako "kurewską abrakadabrę czachy" trafił w sedno. Tępego bólu tuż za oczami nie łagodziła ciemna zieleń lasu ani chłodny powiew zefirka. Oparłem zbolałą skroń o chłodną lufę i w tym momencie zieleń po drugiej stronie ścieżki poruszyła się ciut za mocno. W jednej chwili złożyłem się do strzału. Siedzący obok Maciek też podniósł giwerę.
-Czasami najkrótsza droga do człowieka wiedzie przez muszkę i szczerbinkę - wycedził naciskając spust. Zarośla odpowiedziały ogniem. Było ich przynajmniej trzech. Oszczędnie gospodarowałem amunicją. Ciekawe czy czterej pancerni też walczyli na kacu ? Janek - abstynent, Grześ tylko wino. Wiem - Tomek, Tomek będzie od dziś moim idolem. A Szarik? Czy psy mają kaca? Rozważania przerwało stęknięcie Maćka - trafili mnie - wycharczał. Jasna plama szybko rozlewała się na jego piersi. - Czas na mnie - klepnąłem go w ramię. Pozycja była nie do utrzymania, więc ostrzeliwując się na oślep przeskoczyłem do następnego drzewa. Wrogowie przykucnęli za dębem, tuż obok Maćka.
-Zdychaj gadzie - usłyszałem i trzy lufy plunęły niemal jednocześnie. Maciek zwinął się jak w konwulsjach. Był jaki był, ale to już przesada pomyślałem, celując wyjątkowo starannie.
-Aaaaa - moje oko ! - tym razem to mi dopisało szczęście.
-No panowie, kolacja stygnie -zazgrzytał megafon głosem dyrektora- wystarczy już tej integracji. I nie zapijcie jak wczoraj, bo od rana idziecie na quady.


16:36, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 listopada 2004
Skończyło się studia, poszło się do roboty. Kariera rozwinęła się albo i nie, entuzjazm, jeśli jakiś był, nieco przygasł. Jak to w życiu. Pojawiły się za to pytania. Ten zmienił robotę, ów żonę. Marcin zapisał się na ASP. Wieczorowo. Jest z tych niewysokich, energicznych. Nie wyłysiał, nie posiwiał, mieli go za swego. Do czasu. Starościnie potrzebne były daty urodzenia. Pyta Tomek Marcina:
- Marcin, a z którego ty jesteś, bo Anka się pytała ?
- 1966.
- Ha ha ha.
...

- Ten Marcin to który rocznik ?
- Mówił, że 66.
- Niemożliwe. Moja mama jest z 64.


18:33, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
piątek, 12 listopada 2004
Są kraje, gdzie byznesmeni mają inne zmartwienia niż w Polsce. Przynajmniej niektórzy.

Встречаются два олигарха:
- Слушай, я такого слона купил. Просто пиздец.
- Слона? На хрена?
- Да ты послушай. Он траву косит у меня вокруг дома. Каждое утро. Детей в школу отвозит. Привозит обратно потом. Уроки с ними делает, прикинь? Ну завтрак, само собой, готовит. Ночью дом охраняет.
- Да не может быть.
- Отвечаю. Такой вот слон.
- Слон?
- Слон.
пауза
- Слушай, продай?
- Да ты че. Такого слона?
- Ну.
- Нуууу. Ну не знаю. Ну 6 лимонов.
- Ты охуел. 4
- Ты охуел, 5.
- Ладно, пять.
Договорились.
Проходит неделя.
- Слышь, че-то я не пойму со слоном.
- А что с ним не то?
- Да он странный какой-то. Всю лужайку истоптал, ночью орет, домик для гостей разъебал, а сегодня начал большой дом хуярить.
пауза
- Ты это... Ты зря слона ругаешь.
- Почему?
- Не продашь.
Spotyka się dwóch oligarchów:
-Wiesz, kupiłem słonia. Wyrąbisty.
-Słonia? Na cholerę?
-Tylko posłuchaj. Kosi trawę co rano. Dzieci odwozi do szkoły. I ze szkoły. Pomaga w lekcjach. Śniadanie zrobi, nocą domu pilnuje.
-Niemożliwe.
-A jak. Taki słoń.
-Słoń ?
-Słoń.
Pauza
-Ty, weź sprzedaj.
-No co ty, takiego słonia?
-No.
-Eeeee. No nie wiem. 6 dużych baniek ?
-Och..jałeś. 4
-Och..jałeś. 5
-Styknie.
Mija tydzień.
-Nie rozumiem czegoś z tym słoniem.
-A co z nim nie tak?
-Dziwny jakiś. Trawnik podeptał, w nocy hałasuje, domek dla gości rozwalił i [... hmm.. przyp. tłumacza.]
-Wiesz co.. Niepotrzebnie na tego słonia tak narzekasz.
-Jak to ?
-Zobaczysz, nie sprzedasz.

08:55, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 listopada 2004
Z tajemniczych, technicznych przyczyn znanych tylko administracji serwisu z blogów znikają wpisy. Wiem, bo czasem linkuję do poprzednich notek, a tu bęc, nagle nie ma do czego. Jestem cwańszy, mam kopie:

Szok !
Po dziesięciu latach hardkorowej telepracy nowa Firemka fundnęła mi, a właściwie sobie, rodzaj biura. Pomaleńku zacząłem się do tego miejsca przyzwyczajać. Najpierw pojawiałem się na króciutko, przy okazji odwiedzin w pobliskiej firmie kurierskiej. Z Warszawy przysłali mi czajnik elektryczny. Po poprzednikach przejąłem gustowne meble zabrane za zaległy czynsz. W końcu wstawiłem kaktusika. Z chwilą podłączenia interku zdarzało mi się wpadać nawet raz na tydzień !
Już zaczynałem ciepło myśleć o tym miejscu i być może z czasem wdrożyłbym się nawet do dwu - trzy godzinnego dnia pracy typowo biurowej.
Niestety, zdarzyło się coś, co chyba bezpowrotnie przekreśliło szanse mojej resocjalizacji. W biurze pojawił się Sprzedawca. Sympatyczny na pozór koleś, niby w pokoju obok, ale... No jednak mam świadomość, że on tam tkwi. Jak już siłą woli i autohipnozy wmówię sobie, że go tam nie ma, to on jak na złość pakuje łeb do MOJEGO pokoju i bezczelnie pyta, co słychać ! Raz mi nawet podał rękę ! Kurde, synek, przez dziesięć lat moja przestrzeń osobista rozrosła się do rozmiarów sali gimnastycznej i trudno toleruję nawet ciecia na bramie, a co dopiero mówić o nachalnym ekstrawertyku tuż za ścianą. Chcesz się czochrać, idź do zoo !
W efekcie uznałem eksperyment z odwiedzinami w biurze za chybiony i pojawiam się tylko w stanach wyższej konieczności, tzn. kiedy nie udaje mi się przepchnąć poczty przez domowy isdn, albo jak muszę wydrukować dwieście stron dokumentacji. Nie lubię tłoku, normalnie.



08:20, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
środa, 10 listopada 2004
Wysłali nas na szkolenie z technik walki z trudnymi klientami. Niestety, nie obejmowało ono sposobów eliminacji klienta z procesu naprawy. Szkoda, bo nie ma nic gorszego niż dzięcioł zaglądający ci przez ramię z życzliwą radą, albo przygważdżający twoją indolencję. A przecież wcale nierzadko staję naprzeciwko jakiegoś pudła kompletnie mi nieznanego, o co nietrudno, zważywszy, że natrzaskali mnóstwo modeli.
Przez parę lat w zawodzie sam wypracowałem kilka technik, które stosowane w pakiecie usuwają klienta z serwerowni ze skutecznością gazu bojowego. Zaczynam od zastraszenia. Używam czarnej walizy typu Leon Zawodowiec, krawata oraz miny nr 13 "my ze spalonych wsi". Okularki wzór dr Mengele dopełniają wizerunku gościa na dystans. Jeżeli ktoś nie potrafi go utrzymać, porządkuję przestrzeń działaniem bezpośrednim. Pod pretekstem ułatwienia dostępu do serwera zdejmuję z szafy pleksiglasowe drzwi. Następnie rozglądam się, o co by je oprzeć, przy okazji zakreślając nimi okrąg o promieniu ca 2,5 m. Podpatrzyłem to na "Potopie", niejaki Józwa używał tam w podobnym celu dębowej ławy. Zdarza się, że klient przeżyje. Żądam wtedy stolika na laptop. Krzesła. Herbaty. Jeśli wciąż sterczy i się lampi, otwieram walizę i rozpościeram ogromną matę antyelektrostatyczną. Z drugiego brzegu maty, zza walizy, stolika i moich pleców i tak nic nie dojrzy, więc najczęściej znika. Wtedy mogę spokojnie sięgnąć po dokumentację i dowiedzieć się, do czego podłączyć laptopa.



06:55, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 08 listopada 2004
Урок биологии. Учительница говорит детям:
- Дети! Вы знаете, что тычинка и пестик у цветочков - это органы
размножения.
С задней парты Вовочка:
- Блядь. А я их нюхал.
Lekcja biologii.
-Dzieci, czy wiecie, że słupek i pręciki są w kwiatkach organami rozmnażania ?
Na to Wowka z ostatniej ławki:
- Bladź. A ja to wąchałem.
00:47, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
sobota, 06 listopada 2004
"Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnosząc z ziemi przez uszanowanie całować trzeba, powróć mnie Panie !" brzmiała mi w duszy maturalna strofa z Pana Mateusza, kiedy gniewnie podnosiłem z podłogi pół jabłka szurnięte z rozmachem w kąt przez rozpaskudzonego dzieciara. Świadom, że piękno poezji niekoniecznie mocno przemawia do rocznego Polaka, zmarszczyłem brwi, przewróciłem dziko oczami i zrobiłem "Niu niu niu!". Demonstracja ta wywarła na synu niejakie wrażenie.

Następnego dnia, kiedy wróciłem z pracy, syn, jak to on, obgryzał jabłko. Na mój widok rozpromienił się, wziął szeroki zamach i walnął jabłkiem o podłogę. Zmarszczył brwi, przewrócił dziko oczami i energicznie zrobił mi "Niu niu niu !"


 
1 , 2
Archiwum