niedziela, 22 lutego 2015

Tak dziecko moje komentuje naganny proceder piratowania przeze mnie treści audiowizualnych. Ale- umówny się - nie mam za wielkiego wyboru. Jak to możliwe, skoro płacę za pakiet o osobliwej nazwie Komfort Plus- Ekstra Plus, napieprzający non stop wysokobudżetowymi serialami?
No cóż, po pierwsze skreślam seriale dla kobiet i zostaje mi dwadzieścia procent produkcji. Dalej, eliminuję seriale ze zwłokami - kawałkowanymi, ożywionymi itp. Oraz całujących się mężczyzn. Oraz takie z podkładanym śmiechem. Przez sito nie przechodzi więc mega-przereklamowana Gra o Tron, wypadają niezłe Żywe Trupy....W efekcie zostaje Anna Maria Wesołowska, ale ileż można?
Pozostają otchłanie internetu, a z nich pompuję ostatnio House of Cards. Dawno temu oglądałem wersję brytyjską, teraz obsesyjnie wciągnęła mnie amerykańska. Serial ten ma wszystko, żeby przemówić także do polskiej publiczności. Zamykają w nim stocznie, wydłużają wiek emerytalny, jest prezydent specjalnej troski oraz kierujący nim z tylnego fotela łajdak nazwiskiem Tusk, spiskujący z wrogim mocarstwem.
Sounds familiar? You bet.
NIc dziwnego, że do najnowszej serii zatrudnili Agnieszkę Holland, jako doskonale odnajdującą się w takich realiach. Si seniora, dwa odcinki trzeciej serii machnie fanka prawdziwego Tuska.
Ale, ale nie samymi serialami telewizor stoi...
Są też pozycje pełnometrażowe, powiem więcej, krajowej produkcji, dzielnie biorące sie za bary z historią najnowszą.
A więc - Jack Strong, w istocie słaby, położony przez aktora Sobocińskiego Dorocińskiego, który moze sam w sobie nie jest taki zły, ale obsadzono go jak Boruca w ataku. Jeszcze gorsi są aktorzy anglojęzyczni, ogólnie film bez żadnych plusów.
Plusy można odnaleźć u Idy, a największy z nich dostaje najbardziej wyrazista postać filmu - stary wartburg aktorki Kuleszy. Co do treści, dziełko jest kolejną historią o zagładzie Żydów pomijającą tak nieistotny szczegół jak Niemcy, ba, w filmie udało się chyba nie wspomnieć o wojnie i okupacji. Mnie to nie zraża, opowiadają o czasach odległych, w Bękartach Wojny np. Brad Pitt spalił Hitlera w kinie w Berlinie, był film o hitlerowcach na księżycu, odloty Idy są na tym tle skromne.
Zrażają mnie za to mielizny dramaturgiczne: wspomniana Ida udziela się bodaj mniej od wartburga Kuleszy, która z kolei sadzi teksty tak drętwe, że zęby bolą słuchać.
Modzie na bohatera małomównego hołduje także Miasto'44, fim wyjątkowy juz z tego powodu, że da się oglądać. "Helikopter w ogniu" w reżyserii Wajdy i Johna Woo z elementami musicalu i Żywych Trupów tylko bardziej krwawy... oto czym jest Miasto'44.
Polecam, choć nie po posiłku.

23:48, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (11) »
piątek, 13 lutego 2015

Parę lat temu doszedłem do wniosku, że trudno durniejszy "sport" niz narciarstwo zjazdowe. W dojściu do powyższego wydatnie pomogła mi wywrotka na Śnieżynce. Ogromny siniak, nabyty na własną prośbę, albowiem byłem samodzielnie się przewróciłem, inaczej byłbym się zabiłem. Rozmasowując w/w dotarło do mnie, że: do zesuwania się po zboczu trzeba stosunkowo niewiele wysiłku w stosunku do prędkosci i ryzyka to raz. Że sport ów jest obłędnie stechnicyzowany, od nart, przez wiązania, buty, strój, gogle po samochód dowożący pod górę i gondolkę wciągającą na górę. I armatki śnieżne po drodze. To dwa.
Drogo, niebezpiecznie, czasochłonnie - dałem spokój.
Dodatkowo w międzyczasie zaciągnąłem się do popłatnej ale bardzo absorbującej pracy skutecznie uniemożliwiającej mi wypady w  - powiedzmy jakiś wtorek do południa - na narty. We wtorek, bo narty weekendowe w naszym płaskim kraju sprowadzają się do gry wstępnej: dojazd i szukanie miejsca parkingowego i kulminacji: postoju w kolejce do wyciągu i powrotu.
Teraz moich kroków w godzinach pracy strzeże aplikacja w ajfonie. Opuszczam biuro - klikam, zajeżdżam do klienta - klikam przystępuję do naprawy  - klikam... no słowem - na narty, pominąwszy obiekcje natury ekologiczno - moralno - ekonomicznej - już się nie da.
Azaliż aliści.
Aliści w ten czwartek, podobnie jak we wtorek, pakuję się do gondolki w Świeradowie i klikam - "przystępuję do naprawy".  Wiem, wiem, konsekwencja nie jest moją najsilniejszą stroną, ale przyznajcie sami -  Polak potrafi, nie?
No właśnie. I tak jeżdżąc w górę i w dół zastanawiam się nad jakże rozpowszechnioną wśród narciarzy opinią, że Polska do narciarstwa się nie nadaje, z powodu rachitycznej infrastruktury, góralskiej pazerności, ogólnego dodupizmu itp. Skłonny jestem zgodzić się z tym nienadawaniem się, nawet zjeżdżając nieźle utrzymaną, dwuipółkilometrową nartostradą.
No bo tak: wyciąg może jak w Dolomitach, ale ludzi sporo, śniegu aby aby.... cienizna.
I na szczycie mnie olśniło. Na szczycie bowiem pisało: 1060 m. Zatem nasz szczyt znajduje się dobre paręset metrów pod alpejskim podnóżem. No bo dolna stacja kolejki w takiej Marilevie to 1400 metrów, tak się zresztą nazywa to miejsce Marileva 1400 w odróżnieniu do Marilevy 900, w której śniegu ni dudu.
Zatem powszechne utyskiwania, że infrastruktura narciarska w Polsce jest pod zdechłym azorkiem, to proszę Państwa lipa. Infrastruktura, jak na stoki zaczynające się tak bardzo poniżej alpejskich jest doskonała. Kto nie wierzy niech się machnie do Zieleńca, gdzie chory na anemię i skoliozę stoczek opleciony jest gęstą pajęczyną wyciągów - pardon  -wyciążków  (bo parusetmetrowych) .
Z tych gór, pardon - górek - wycisnęliśmy już, co się dało. Co więcej, jak na trzy tygodnie śniegu rocznie, to karnety są stosunkowo dużo tańsze niż w Alpach, gdzie piłują wyciągami przez trzy miesiące.
Lepiej nie będzie. Taki klimat.

21:54, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
wtorek, 03 lutego 2015

Pożyczysz na furę, musisz oddać samolot. A furę? Furę też! To tradycja taka. Eks-tradycja.
Nie trzeba było brać kredytu w ogóle. Nikt nie kazał brać. Można było nie brać, tylko - ja wiem? - składać na to mieszkanie. Przez trzydzieści lat. No i potem to mieszkanie kupić, jak już stać i wtedy sobie te dzieci robić i co tam jeszcze... Że się nie da bo żona - sześćdziesięciolatka? Że sześćdziesięciolatki nie mogą? Naprawdę? No... może... To trzeba było młodszą brać, nikt nie kazał takiej starej, wolny rynek. Na plac zabaw pojść, zapoznać i składać na mieszkanie dopiero.


Ba, nikt nie kazał takiego drogiego, w Warszawie. Są inne miasta - Mława, Żory - tańsze dużo, tam można było. Pracy nie ma? Dla roszczeniowych głąbów nigdzie nie ma, a wystarczy chcieć, bloga np. kulinarnego można pisać, albo projektować wnętrza... milion możliwości, swoją drogą ciekawe, czemu w Żorach nikt na żadną nie wpadł, tylko siedzą na zasiłkach. A nieciekawe w sumie - wiadomo, głąby. I lenie.


A zapomniałbym. W złotówkach trzeba było brać... Że nie dawali? Kłamstwo roszczeniowego głąba! Zawsze dawali, prezes Kukućko np., zażądał i dostał. Na 20% rocznie, ale dostał.  Po roku zresztą spłacił. Można? Można.

Archiwum