sobota, 26 lutego 2011

Rodzina wyjechała na ferie, a ja, zamiast zapoznać się z ofertą okolicznych agencji towarzyskich marnuję czas we wspomnianym Las Rozpierdalas. Miejscowość ta znajduje się w samym środku gry Bulletstorm, która jest pierwszym (?) polskim (?) wszechświatowym hitem w strzelankach. To nie żarty, rynek gier wideo jest większy niż kinematografia, literatura i hokej na trawie razem wzięte.

Bulletstorm jawi się monumentalny w scenerii i landrynkowy w kolorach. Solą gry jest kawałkowanie przeciwników na najwymyślniejsze sposoby. Nie wystarczy odstrzelić wrogowi głowy ("Arbuz" 25 pkt), warto go wcześniej wyszarpnąć zza murku smyczą i nadlatującego odbić kopem ("Wystrzałowy kop" - 50 pkt.).

Punktowanie wartości artystycznych zbliża bulletstorm do tańców na lodzie i sprawia, że gra staje się rozrywką dla całej rodziny, która może podziwiać w/w akrobacje w "bullet time". Warunkiem jest, żeby rodzina była patologiczna i nie przeszkadzało jej sto zgonów na minutę oraz plugawy język.

Na mojej korkowej tablicy Bulletstorm przypinam między "Call of Juarez" (dobra polska strzelanka [1]), a ... no właśnie, kurka czym? Kolorkami i epickim "rozpierdalas" podchodzi pod Split Second (bessęsu, bo to wyścigi), przebiegiem gry pod Call of Duty (nie "corridor shooter" ale niewiele więcej), w sieci porównuje się ją do Duke Nukem, ale Duke'a mało kto pamięta... 
Nevermind, na dziś, na pececie Bulletstorm rządzi.
_______________
[1] Call of Juarez Bond in Blood jest fenomenem. W gruncie rzeczy to jedyna gra, którą przeszedłem dla superwciągającej choć pozornie przeciętnowesternowej fabuły, . Gra z duszą, polecam.

Absurdalna niemniej zabawna pseudorecenzja:

11:24, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (12) »
wtorek, 22 lutego 2011

Kupowanie czytnika na podstawie zdjęcia na allegro przypomina ożenek z portretem narzeczonej. "Nic nie ma w sobie pięknego i roztacza złe wonie i z przodu i z tyłu. Obwisłe piersi i inne cechy wywołały u mnie pewność, że nie jest dziewicą." powiedział Henryk VIII o swojej czwartej żonie, kiedy "flamandzka kobyła" doczłapała już do Anglii.
Popatrz pan, a na portrecie Holbeina wyglądała bosko.

Kindle przy całej swej nieefektownej szarości okazuje się świetny w łóżku. Z kolei czytnik CoolER, zanabyty przez Kwadrata, możnaby porównać do efektownej koreańskiej dziwki. Wabi czarną obudową, jest upojnie prosty w obsłudze i tańszy nawet od kindla3 w wersji bez vatu i cła.

Pannę CoolER można trafić na allegro już za 425 złotych, ale czy warto? Zależy. Po sieci krąży sporo relacji o jej licznych, a nieuleczalnych przypadłościach.
W oczy rzuca się mniejszy kontrast w porównaniu z kindlem, choć teksty wciąż są dobrze czytelne.

Czytnik Kwadrata byłby w sumie wtopą, gdyby nie jedna cecha: "reflow" pedeefów.

Ococho?

Kiedy w Acrobat Readerze powiększyć wielkość liter, automatycznie powiększa się strona czytanej książki. Na dużym ekranie to mały problem, co innego na małym ekranie czytnika, kiedy ta powiększona strona wyjeżdża poza obudowę.
Na pececie wystarczy nacisnąć wtedy Ctrl-4 który uruchomi właśnie "reflow". Strona zostaje ściśnięta do rozmiarów okna, czcionka zachowuje swoją wielkość a każdy akapit zostaje przeformatowany.

Ta opcja jest domyślnie włączona na CooleRze, a w kindlu w ogóle niedostępna, znakomicie utrudniając korzystanie z pedeefów.

Tania, ładna i tandetna koreanka Kwadrata zna jedną, za to kluczową, sztuczkę więcej.
Zobaczymy, kiedy mu padnie.

13:23, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (11) »
niedziela, 20 lutego 2011

Chłopkom-roztropkom wątpiącym w globalne ocieplenie powrót zimy powinien zatkać wreszcie gęby. Jak nie ma skoro jest??? Popatrz na termometr debilu jeden z drugim, a jak cię minus dziesięć do efektu cieplarnianego nie przekonało, to poczekaj jeszcze dwa lata, na rajd Gdynia-Szkokholm po zamarzniętym Bałtyku.

Logicznym i oczywistym jest, że to katastrofalne ocieplenie musi być powstrzymane za wszelką cenę, nawet za cenę dwukrotnie wyższych rachunków za energię, które - dzięki "pozwoleniom na emisję" wkrótce znajdziemy w skrzynkach.

Tak naprawdę wkurzyłem się na zupełnie osobny temat. Zanim wyłuszczę - chwila wstępu. Jak bywalcom bloga wiadomo, zawodowo zajmuję się nicnierobieniem na koszt międzynarodowych korporacji. Od czasu do czasu jednak któryś z moich kolegów zasuwających u jednego z naszych klientów pójdzie sobie na urlop lub zachoruje i wtedy w jego zastępstwie wchodzę w kontakt z niełatwą rzeczywistością takiej np. fabryki serków.

Dziś tu, jutro tam, niespecjalnie powinienem się losem pracowników takiej fabryki przejmować. Ale jak tu się nie przejmować, kiedy toksyczni serkomenedżerowie próbują wziąć pod but także mnie?

Jest tak: fabryka podzleca obsługę swoich komputerów nam i zwalnia swój dział informatyki. Z nich wybieramy lepszą połowę, która wraca za stare biurka i zasadniczo robi to co robiła. Jeśli była zastraszonym, sponiewieranym przez dawnych pracodawców stadkiem, to właściwie nim pozostaje, bo z ich punktu widzenia każda skarga może spowodować, że dołączą do zwolnionych.

Na tak zaaranżowaną scenę wkraczam pewnego dnia ja. W prawej ręce mam teczkę z laptopem i śrubokrętem, w lewej - wydrukowany kontrakt z fabryką serków. Przybywam na parę dni nieświadom uwarunkowań, za to zdeterminowany, żeby spędzić tam jak najmniej czasu. Właśnie dlatego szczegółowo czytam kontrakt - robię odtąd dotąd i następny proszę.

Co pewien czas pojawia się pacjent, który nie zamierza opuścić kanciapy. "Pan nie wie kto ja jestem i albo natentychmiast odtworzy mi pan pamiątkowe zdjęcia z Krety i aplikację Madrygał, albo pana zwolnię". Delikatnie usunięty rzeczywiście podejmuje w tym kierunku kroki i kropi do szefa wszystkich szefów mejla. Jeśli jak raz jest personalną i zwalnianie to jej hobby, a do tego na koszt fabryki serków nauczyła się angielskiego - efekty potrafią być piorunujące.

Babka skomponowała taką skargę, że po jej przeczytaniu sam natychmiast bym się wywalił. Żeby osiągnąć ten efekt musiała strasznie nakłamać, ale pisemko samo z siebie brzmiało bardzo wiarygodnie. Rozmontowałem je paroma prostymi ciosami, ale jakie szanse z taką suką ma prosty brygadzista albo sekretarka? Włos na dupie się jeży, kiedy pomyśleć, że los paruset ludzi zależy od widzimisie sadystycznej socjopatki.

W tym miejscu powinien pojawić się utwór pt. "Strzeż się tych miejsc", ale zamiast niego będzie panna o nieco zgrzytliwym głosie, którą zauważono (także na tym blogu, kurde, powinienem zostać łowcą talentów) dokładnie dwa lata temu. Pamiętam, bo wydała wtedy płytę pod tytułem "19", a niedawno pokazał się album "21". Czas leci. Zagadka:  bez patrzenia w googla, jaki polski muzyk też wydał płytę "21"?

12:53, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
środa, 16 lutego 2011

Bundeswera zaprasza polską młodzież w swoje szeregi. Podobno można zarobić. Gdybym był złośliwy napisałbym, że Wnuk Dziadka Z Wermachtu zlikwidował w Polsce pobór do armii polskiej, żeby zapewnić zasób mięcha armatniego do armii niemieckiej, ale nie napiszę.
Byłaby to nie tylko złośliwość ale i nieprawda.
Niemcy znani są bowiem z nieszablonowych zagrań w dziedzinie obronności, kiedyś na przyklad rozprzedali całkiem dobre czołgi po euro za sztukę.

Nie zdziwiłoby mnie nawet, gdyby pewnego dnia Bundeswera wynajęła do obrony kraju kompanię tresowanych flamingów. Tak długo jak w Niemczech będzie stacjonować 50 tys. chłopaków z US Army, Niemcom i tak nikt nie podskoczy.

Oprócz wiadomości, że mógłbym zostać profesjonalnym obrońcą Berlina, moją próżność mile połechtał fakt, że Kubica o mało nie zabił się w skodzie fabii. Przez trzy lata jeździliśmy skodą fabia - jak Kubica - tyle że bez najmniejszej stłuczki. Tę - lekuchną - udało się spowodować mojej Teściowej. Widać jeździła jak Kubica.

Na koniec obiecane (lonegunman!) podsumowanie moich inwestorskich wygibasów na parkiecie. Przez cały boży rok 2010 inwestowałem w jeden papier - Bank PKO BP SA. Uważam, [jaja] iż przedsiębiorstwa będące własnością państwa są efektywniejsze i lepiej zarządzane niż te napędzane żądzą zysku.[/jaja] No i nie mogą zbankrutować.
Gdybym zastosował strategię _doradzaną_ przez lonegunmana, czyli nie próbował przechytrzyć rynku, tylko kupił 1 stycznia 2010 i trzymał, a 31 grudnia sprzedał, miałbym - po potrąceniu opłat - 12 procent zysku.
Gdybym był posiadaczem szklanej kuli i kupił najtaniej w roku a sprzedał najdrożej - przyniosłoby mi to oszałamiające 34%.
W rzeczywistości kupiłem (i sprzedałem) ten papier 7 razy zarabiając... 40%.
I to przegapiwszy największy wzrost pod koniec roku, spowodowany fiaskiem przejęcia Banku Zachodniego.

Podobnych wyników w tym roku sobie i wam życzę, a szczegółowy opis mojej "strategii" jest do wglądu w notce o adekwatnym tytule "Gra na pile".

* * *

Wkrótce: recenzja czytnika CoolER, o którym z góry wiem, że jest kiepski, bo kupiony przez Kwadrata oraz namiar na największą piracką bibliotekę polskich książek, wraz z przekonującym usprawiedliwieniem tego procederu.
Poniżej: recenzja (?) bieżącej produkcji growej:

10:25, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
środa, 09 lutego 2011

Parę wpisów temu wytknąłem bliźnim szaloną agresję i nietolerancję wobec prowadzących po pijaku. Często też ubolewam nad uprzedzeniami wobec posiadaczy amstafów. Prawdę powiedziawszy jedynym powodem dla którego nasza amstafka Emi chadza w kagańcu jest jej rasa. Dużo mniej obliczalna Lira biega kłapiąc na wszystkich zębami ale nie katujemy jej kagańcem, bo jest zwykłym kundlem. Kogoś dziabnie, no to trudno: o kundel pijaka dziabnął - powiedzą. Niechby tak amstaff... już widzę te nagłówki: "Pies-morderca dotklliwie pokąsał dziecko". W zębach amstaffa dzieckiem staje się nawet pięćdziesięciolatek spod budki z piwem. Hmm, technicznie to nawet prawda, on też jest czyimś dzieckiem.
Mniejsza o nagłówek, wyobrażacie sobie komentarze???

passat98 15:39: "ja bym pousypiał nie te pjeski ale tyh debili co je kópóją i pószczają samopasem!"
andżela19 15:40 "pisze się: puszczajo, debilu. Ja bym ich kastrowała na mjejscu, gnoi"
itp. itd.

Czyż to nie - w najdosłowniejszym rozumieniu - rasizm???

Do listy pogardzanych i dyskryminowanych dopiszę dzisiaj jeszcze jedną kategorię: mówiących inaczej niż w tvp. Nie ma na świecie - piszę to z pełnym przekonaniem - innego narodu, który tak warczałby na gości, co nie "umią", "lubieją", albo którym się "wygło". Fak, gdyby Wałęsa nie mówił "poszłem" wygrałby drugą kadencję i dzisiaj nawet nie pamiętalibyśmy, że istniał jakiś Kwaśniewski. Chwileczkę, właściwie i tak nie pamiętamy...

Kompromituje gwałcenie gramatyki, błędy ortograficzne pogrążyły niejedną karierę, ale najcięższą zbrodnią jest posługiwanie się gwarą. Gdzie tam gwarą, wystarczy nietelewizyjna wymowa samogłosek! Ba, sama regionalna intonacja, rytm frazy wystarczą, żeby wszyscy się zbiegli i patrzyli jak na kosmitę.
Zupełnie, ale to zupełnie inaczej wyglądają sprawy w świecie anglojęzycznym. Tam nikt nikomu nie wytknie, albo inaczej: tam nikt się nie cyka i leci tym, czym go mamusia na Karaibach nauczyli.

Kto ma rację? Niestety - dla anglojęzycznych - rację mamy my.

Wiem to na pewno, od czasów szkolenia w Londynie, na którym służyłem za tłumacza jednemu Hongkonggijczykowi nie mogącemu porozumieć się ze Szkotem.
Trudno o bardziej wymowną porażkę: dwóch native speakers nie potrafi się dogadać w swoim "wspólnym" języku. Prawdopodobnie, gdyby ktoś ich bezlitośnie wyszydzał, ilekroć wysławiali się inaczej niż w BBC, nie mieliby problemu, a tak mogą się porozumieć tylko na karteczkach, o ile mają wyraźne pismo.

22:00, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
środa, 02 lutego 2011

Nie mam nic do liczby 23, jest fajną liczbą pierwszą, ale gdzie jej tam do liczby 22, do której przyzwyczaiłem się przez ostatnie ... google, dzięki ...17 lat. Poza wszystkim 22 jest dwukrotnością 11, przez którą bardzo fajnie się mnoży, nawet dziewiątkę.
Przy wszystkich swoich zaletach i 22 i 23 mogą co najwyżej nosić teczkę za liczbą 25, która jest tak świetna, że w Stanach specjalnie dla niej wybito monetę, 25 centową.

Z pewnego punktu widzenia 25 jest lepsze nawet od 20. Właśnie wróciłem ze sklepu z pendrajwem w kieszeni. Miałem go sobie kupić w zeszłym roku, kiedy kosztował cztery dychy, kupiłem w tym, za cztery dychy. Gdyby VAT wynosił równo ćwiarę, to konsumenci od trzecioklasisty wzwyż mogliby w pamięci  wyliczyć, że netto kosztował o jedną piątą mniej, czyli 32 złote. (Podejrzewam, że mimo 25% VAT cena aniby drgnęła, bo sprzedawcy nie chciałoby się za głupie +3% wymalowywać nowej)

W obecnym, godnym pożałowania stanie rzeczy jedynym konsumentem, który mógłby w pamięci wyliczyć netto od 23% VAT-u jest pewien docent-statystyk z patologicznie przerośniętym mózgiem. Mógłby, ale nie wyliczy, bo siedzi na obserwacji w psychiatryku.

Wszyscy pozostali zdani są na cwane kasy fiskalne, które być może wykorzystują sytuację odprowadzając po pięć groszy od transakcji na lewy fundusz emerytalny. Dzięki 23% VATowi ani się zorientujemy, kiedy za zdefraudowane pieniądze odlecą na Seszele.

10:29, leniuch102 , ploty
Link Komentarze (9) »
Archiwum