sobota, 28 lutego 2009
Paaaskudnie, znowu jakiś amstaff odgryzł dziecku twarz. Na początku nie brzmiało to groźnie, piętnaście szwów i git. Miałem zamiar w czterojajeczny sposób opisać swój dialog z Babcią Leniuchową, która zadzwoniła ze świeżą dostawą antyamstaffowskiej paniki, ale po przeczytaniu o masakrze w miejscu buzi tego niemowlaka już mi się nie chce.

Nie odbiegając za bardzo od tematu (też o mięsie) zbulwersuję się nazwą wędliny: "Szynka Ze Strychu". To niebezpieczny trend, zapoczątkowany przez "Szynkę..." , a następnie "Mięso Babuni". Dokąd zmierzamy? Czy aby nie do "Baleronu Gajowego Maruchy Wędzonego W Podlaskiej Skarpecie"?

Wiem, tani żarcik, tak samo zresztą jak nabijanie się z powiatowego rzeźnika, który zatrudnił kreatywnego marketingowca po Wyższej Szkole Wszystkiego Najlepszego. Dlatego zakończę samobójczą szarżą na międzynarodowy koncern, który sprzedaje, uwaga, uwaga: "Hydra Energetic Turbo Booster". Kto, bez zaglądnia do googla, zgadnie cóż to takiego, dostanie kurierem kotlety z amstaffa.
Do roboty.
20:48, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (16) »
wtorek, 24 lutego 2009
Moją koleżankę z warszawskiej centrali nawiedza ostatnio wciąż ten sam sen. Nad ranem, w porze ataku Apaczów, dzwoni telefon i formalną, staroświecką angielszczyzną pyta, czy inżynier Leniuch dotarł już na miejsce. Koleżanka letargicznie odpowiada, że oczywiście dotarł i odkłada słuchawkę.
Rano, jeśli zapamiętała ten sen, sprawdza w swoim telefonie rozmowy przychodzące. Jeśli figuruje wśród nich numer z Bombaju, koleżanka kropi wściekłego mejla do hinduskiego helpdesku, że znowu ktoś pomylił 3 pm (15:00) z 3 am (3:00).
Takie zajścia z hinduskimi podwykonawcami nazywa się w korporacji "jazdą z indianami".

Normalnemu człowiekowi trudno wyobrazić sobie Mławę, a co dopiero Bombaj.
Czy Mumbaj.
Postać (Bo|Mu)mbajczyka to w ogóle sajens fikszyn. Do wczoraj. Dzięki oskarowemu filmowi Slumdog już wiemy, że koleś po drugiej stronie linii jest Cyganem o imieniu Dżamal, lub podobnie, wychował się na śmietniku lub w okolicy, a zanim utknął w call center przeżył całe mnóstwo przygód jak z Dickensa z domieszką Piły IV. Trudno do kogoś takiego mieć pretensję o drobnostkę typu pomylony telefon w środku nocy.

Fajny zresztą film, brutalny i kolorowy, a jeśli ktoś nie zagląda na mojego axxobloga, śpieszę donieść, że, co zresztą nie było trudne - przepowiedziałem mu te oskary.

Tak, tak.

Zamiast puenty - hinduska piosenka.
23:43, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
niedziela, 22 lutego 2009
Lubimy myśleć, że życie mamy wciąż przed sobą. Utwierdzają nas w tym mylnym mniemaniu  żwawi pięćdziesięciolatkowie jak Sarkozy czy Marcinkiewicz,  podrywający kobiety piękne i młode lub tylko młode.
Tymczasem szczyt możliwości intelektualnych na ogół przerżnęlliśmy w brydża pod koniec studiów, a szczyt sprawności seksualnej, który dla naszego gatunku przypada na koniec podstawówki, został całkiem zmarnowany za sprawą opresyjnych norm społecznych.
Przesadzam?
Bynajmniej, jesteś, -dziestoletni czytelniku, dochodzącą dziadygą, w dziczy towarzyszyłby ci już hieny, a nad głową krążył własny sęp.
Nikt nie potrafi uświadomić tego lepiej niż dziecko.
Kiedy moje staje w drzwiach salonu z grą planszową typu "Memory Game" robi większe wrażenie, niż gdyby trzymało odbezpieczone uzi. W udawanym zaaferowaniu zrywamy się z foteli, Leniuchowa, by zaimprowizować obiad z sześciu dań, ja - żeby pobudować wreszcie szopę na drewno, a przynajmniej pokręcić się z deską po ogródku, póki dzieciarowi nie przejdzie i nie siądzie do kompa.
Czasem wszelako w czasie mojej drzemki uda mu się rozłożyć 72 karty ze spidermanami w różnych zwisach i przysiadach . Budzę się, mówię brzydkie słowo i zaczyna się rzeźnia. Gra polega na zapamiętaniu odkrywanych parami kart i zbieraniu kart parami identycznych. Jeśli jakimś zupełnie przypadkowym trafem uda mi się zapamiętać położenie i odkryć dwie takie same karty cieszę się jak z nobla i oscara razem. W tym czasie moje niegramotne dziecko zwykle oczyściło już połowę planszy.
Czy regularne ćwiczenie pamięci nie poprawia wyników?
Pozornie moja gra ostatnio się trochę polepszyła.
Syn mnie nadal miażdży, ale już nie kończę starcia z zerem na koncie.
Dorósł, zmądrzał i po cichu daje mi fory.
Tak, tak, pięciolatek stara się dyskretnie mi pomóc, żebym się za łatwo nie zniechęcał.
Chyba przekonałem się do eutanazji.
16:26, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (18) »
piątek, 20 lutego 2009
Odkrycie prawdziwego "ja" potrafi zająć bardzo dużo czasu. Niektórym trzeba pomóc, jak Leniuchowa mnie, przyłapując na noszeniu babskich rzeczy. Chwilę słabo się opierałem, że to nie tak jak myśli, lecz prawda była zbyt oczywista: jestem portmonetkowym transwestytą.
Słaba pociecha, że nie ja jeden:

"- A chciała wziąć tę...
- Ach, tę... - szepnął Wokulski biorąc do ręki portmonetkę.
- Ale ja poradziłem jej inną, w tym guście...
- Wiesz co, że to jednak jest ładny wyrób.
- Tamta, którą ja wybrałem, była jeszcze ładniejsza.
- Ta bardzo mi się podoba. Wiesz... ja ją wezmę, bo moja już na nic.:."

No więc portmonetka, a właściwie pugilares rzeczywiście był damski, bo zapinany na motylka. Męski był taki sam, tyle że na suwak, jak rozporek. O istnieniu tego z suwakiem nie wspomniałem żonie, wersja której się trzymam: kupiłem bo było tanie.

Szybko okazało się dlaczego. Przepakowałem zawartość starego portfela: prawko, dowodzik, karta, dowód rejestracyjny... gulp, dowód wystaje o centymetr.
Kur de Balans!
Co za debil wymyślił ten format dowodu. Mam nadzieję, że wziął za to kolosalną łapówę, bo jeśli sto milionów rodaków zmuszonych jest dźwigać portfele o powierzchni stołu do ping-ponga tylko z powodu czyjejś głupoty...
Mili!
Z tego tu miejsca, weźmy się i zróbmy coś, wyślijmy mejle do MSW chyba, do tej całej Schetyny, niech coś zrobi z dowodami rejstracyjnymi, one nie mogą w 21 wieku być sześciostronicową bumagą, jak za cara Mikołaja.
A jak nie podziała, zróbcie jak ja - złóżcie ten papier na pół i git.
Wiem, przy rutynowej kontroli dokumentów jakiś oburzony kapral flak może za takie potraktowanie dowodu odstrzelić mi głowę, ale co tam.
Może jestem transwestytą, ale z jajami do ziemi.
10:04, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
środa, 18 lutego 2009
Podobno za chwilę ma się rozpętać Armaggedon, bo złotówka stanieje czy coś. Aha i "załamie się akcja kredytowa" i jak ktoś zechce np. dom, to będzie musiał uzbierać pieniądze i wybudować.
Wstrząsające. I nieludzkie.
Wiem coś o tym, bo mieszkam w domu za uskładane na kupkę. Inaczej się nie dało, bo "akcja kredytowa" może i była, ale jakoś nikt poza bankiem w nią nie wchodził, w każdym razie nie za te 20 - 30% rocznie.
Jeden dolar amerykański kosztował wtedy 4 złote pięćdziesiąt groszy, pamiętam, bo tyle liczyli sobie za osobogodzinę budujący moją chałupę Ukraińcy. Miałem przegląd wszystkich kantorów w mieście, bo wypłaty musiały być w banknotach konkretnych wzorów i roczników, takich, które były honorowane na Ukrainie.
Kiedy to było? A pamiętacie korki szampanów strzelające na powitanie nowego millenium?
No właśnie, chwilę temu.
So, calm down, cool off i obudźcie mnie, jak dolar znów będzie bo cztey i pół, albo chociaż cztery.

Czas na prawdziwego hita: Unia Europejska spełniła mój postulat i niemożliwe, niemoralne, nierynkowe stało się możliwe. "Tępi unijni biurokraci" jeszcze raz zdusili kreatywność wolnego rynku w wyniku czego "czołowi producenci komórek zobowiązali się wprowadzić uniwersalny standard ładowarek".

Alleluja!

Niezorientowanym przypomnę, że to mój stary postulat, który, wbrew definicji z czasów pierwszej Solidarności, spełnił się nie "PO STU LATach", ale względnie byskawicznie. O, tu go zgłosiłem, tu dowiedziałem się że jest idiotyczny i awykonalny, a tu - że jednak można było.
09:12, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 lutego 2009

Wrocławianie kolejne obwodnice (śródmiejska, autostradowa, wschodnia) mogą pożegnać krótkim "cześć jak czapka" i przyzwyczajać się do myśli, że następne 20 lat jadąc do roboty będą lawirować między kolumnami tirów ciągnących ze Szwecji do Iranu i z Niemiec na Kamczatkę.
Wrocławski premier Schetyna, który jeszcze na początku kadencji szalał mazakiem po mapie łącząc Wrocław z Warszawą już to autostradą, już to ekspresówką, zarzucił te nierealne pomysły na rzecz "schetynówek", które maja tę przewagę, że niewzruszenie życzliwi dziennikarze nazwali je jego imieniem. Pomysł tych dróżek jest stosunkowo świeży, więc nikt nie może mieć pretensji, że nie wybudowano ich ani centymetra. Gdyby Schetyna głupio trzymał się starego pomysłu autostrady Wrocław-Warszawa, ktoś mógłby się w końcu zorientować, że w półtora roku od intronizacji wicepremiera wciąż nie wbito w nią łopaty. Ani w obwodnicę wschodnią. A obwodnica śródmiejska wciąż kończy bieg na cmentarzu osobowickim.
A miało być tak pięknie. Jak? Wizualizacje dróg i mostów z dyskretnym mistrzostwem tworzy pewien wrocławski architekt. Nie dajcie się zwieść tym fotografiom. Z każdej pary zdjęć: zdjęcia z budowlą i zdjęcia bez niej tylko jedno zdjęcie jest prawdziwe. Zgadnijcie, które.
Poniżej próbka:

 

PS. Z góry dziękuję ewntualnym komentatorom, opowiadającym, że już w czwartej dekadzie drugiego kwartału prace naprawdę ruszą. "Jak zawsze" chciałoby się powiedzieć.

sobota, 14 lutego 2009
Mało kto śledzi losy podrzędnych czarnych charakterów po zakończonym filmie, ale gdyby kogoś interesowała kariera Trolla Dobosza z Władcy Pierścieni, to niedawno odbierał on 4 nagrody Grammy wraz z Robertem Plantem i panią Krauss. Kolejny raz przesłuchuję nagrodzoną płytę i jej jedynym wyróżnikiem jest ten nieszczęsny bęben brzmiący jak ze skóry świeżo zdartej z Gandalfa.
To zresztą kwestia gustu, na szczęście przed ewentualnym zakupem można się przekonać, jak bardzo nie warto.

Ciekawsza niż Troll jest niejaka Adele, która kręci się w moim cd od paru miesięcy. Jak wiadomo Amy Winehouse w imponującym stylu żegna się z karierą i życiem jako takim. Przemysł muzyczny jest zdruzgotany, ale przezorny i Adele to jego plan b. Umówmy się, że w konkurencji: "charyzma sceniczna" Adele sytuuje się gdzieś w okolicach Przemysława Gosiewskiego, ale nie za to ją lubimy:
11:02, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 lutego 2009
Po domach kończą chodzić Kacper Melchior i Baltazar, którzy wraz księdzem proboszczem przy okazji kolędy zbierają datki na kościół. Z roku na rok są podobno coraz niechętniej przyjmowani przez zagubionych rodaków. Łatwo wyobrazić sobie reakcję przeciętnego obywatela, gdyby do jego drzwi zapukali Kalisz, Beger i Palikot  z łapą wyciągnięta po kasę na partie.
A przecież, jeśli na życzenie szarego obywatela i pilnie śledzących jego nastroje polityków, odetniemy partyjne ssawki od budżetu RP, to nagabywania o datek staną się - w teorii - jedynym źródłem, z którego mogą opłacić kampanie i kreatywne slogany o lepszym życiu.
W jaki sposób Polak godzi powszechną świadomość moralnej słabości polityków, wyrażaną w zawsze dla niego aktualnym haśle "Złodzieje! Złodzieje!" z nadzieją, że ci "złodzieje" nie pójdą na korupcyjne układy jeśli zabierze się im dotację i nie oczywiście da - bo kto by im, gnojom, dawał własną krwawicę - żadnego wsparcia?

Że nie wystawią stanowisk na przetarg ((c) premier Pawlak), a ustaw na alergo.pl?

Ten sposób to właśnie tytułowy największy sekret. Otóż Polacy nie chcą przejrzystego finansowania sytemu partyjnego, bo na hasło "partyjny " dostają wysypki. W istocie nie chcą żadnych pier.. partii, a jeśli demokracja nie może się bez nich obejść to taką demokrację mają w d...

Wiem na pewno, że gdyby rozpisać referendum z jednym, aczkolwiek długim pytaniem:

Czy chcesz likwidacji sejmu i senatu i żeby prezydenta wybierało pięciu najbogatszych Polaków, za który to przywilej co cztery lata rozdadzą ZA WŁASNE PIENIĄDZE:
  • pół litra mocnej wódki czystej każdemu dorosłemu
  • tabliczkę czekolady z orzechami każdemu dziecku
  • parę markowych rajstop każdej Polce.


to rodacy powiedzieli by tej propozycji jakieś 90% TAK.

Ale nie lękajcie się, takie referendum byłoby i tak nieważne.
Z powodu zbyt niskiej frekwencji.

_______________________

PS

Zmiana tematu. Wybierz Auto Roku u Blogomotiva!

wtorek, 10 lutego 2009
Połowa życiowego sukcesu to prawidłowy dobór priorytetów. Druga połowa to możliwość ich realizacji. Obie połówki zapewnia telepraca.

Case study

Wtorek. Z rana informuję klienta Abackiego, że dziś jadę do klienta Babackiego i mogę się z nim zobaczyć pojutrze. Pyta się, czy może jutro. Oczywiście może - i dzisiaj i jutro i pojutrze i resztę tygodnia mam wolne, ale Abacki cieszy się jak dziecko, że wytargował dzień.
Następnie dzwonię do Babackiego, że zobaczy mnie dopiero w piątek. Dostaje szału i zwalnia mnie przez telefon. Zgadzam się na pojutrze. Uszami wyobraźni słyszę jego: - tak trzeba rozmawiać z gówniarzami, pani Basiu.
Trzeci telefon wykonuję do swojej dyspozytorni, by poinformować, że dzisiaj, mimo szalejących awarii, na wyraźne żądanie klientów nic nie robię.
Oczywiście skłamałem, bo robię: realizuję swój najwyższy priorytet samorozwoju przez udział w kulturze.
Dzisiaj odrabiam fatalne zapóźnienie, czyli oglądam cały sezon Zagubionych.
Na raz.
Hej, to nie żart, tylko krem de la krem głównego nurtu sztuki. Homer, gdyby żył, pisałby szósty sezon.
Cokolwiek się zdarzy, ja i tak poznałem największą tajemnicę serialu: dokładne, aktualne połóżenie Wyspy. W jaki sposób? Dzięki widżetowi pokazującemu położenie czytelników mojego bloga. Piątka z Oceanic 815 czyta go z lokalizacji opisanej jako "unknown", lecz wskazanej jakiś tysiąc mil morskich na wschód od Senegalu.
19:17, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
niedziela, 08 lutego 2009
Życie na Górnym Śląsku bywa ciężkie. Życie bezdomnej, gliwickiej suki jest ciężkie w czwórnasób. Kiedy taka suka trafi do przytulnej chaty na bagnach, angażuje wszystkie swoje strategie przetrwania, żeby się z niej nie dać wykopać. Staje się psem wczesnego ostrzegania, wyczuwającym wiewiórkę z kilometra, mistrzem odstraszającego ujadania i niezmordowanym śląskim owczarkiem pościgowym.
Niestety, pewnego dnia jej koszmar się spełnia i w domu pojawia się zagrożenie w postaci konkurencyjnego psa.
Jeśli ma pecha, jest to zbłakana suka amstaffa.
"Na wstępie należy zauważyć, że rasa została stworzona do walk. Miała na celu zaspokojenie najniższych ludzkich instynktów. Krwiożerczość ludzkiej natury powodowała, że próbowano uzyskać psy mające zakodowaną żądzę zabijania, odporność na rany i ból. "

Od siebie dodam, że profil psychologiczny naszej amstaficy bardzo przypomina mi hienę. Wjeżdżając do safari parku dostaje się multum oczywistych ostrzeżeń o niebezpieczeństwach, które można spokojnie zignorować, bo większość zwierząt unika aut. Z wyjątkiem hien. Taka hiena z miejsca startuje do gości powodowana zapewne agresywną ciekawością. Oczywiście można sie z niej bezpiecznie ponabijać przez szybę, jeśli jedziecie odpowiednio wysoką terenówką. Zwykłemu autu hiena potrafi - tak o - odgryźć lusterko.
Lira, jak każde rozsądne zwierzę unika odkurzaczy. Amstafica wręcz przeciwnie, próbuje wepchnąć pysk do rury i wyrwać odkurzaczowi żołądek.
Itd. itp.
Lirze zatem się pogorszyło. Kto skorzystał, poza krwiożerczym intruzem?
My, ludzie. Zachodu z 2 ma psami jest jakieś 1,3 do 1,55 raza więcej, ale frajda - 300% up.
Nielegalne walki psów na żywo - to raz. Rozkopane kratery w ogródku i dziesiątki znerwicowanych kretów uciekających do sąsiadów - dwa. Świadkowie Jehowy omijający chałupę szerokim łukiem i w ogóle skok w poczuciu bezpieczeństwa - trzy.

No i zapas białka na naprawdę ciężkie czasy.

13:35, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (6) »
piątek, 06 lutego 2009
Wg klasycznej definicji "mieszane uczucia" pojawiają się, gdy twój nowy samochód leci  w przepaść z teściową w środku. Zgodnie z moimi własnymi niedawnymi prognozami cywilizacja rozpada się na naszych oczach, giełda dołuje, frank szybuje i miałbym powód do satysfakcji, gdyby nie szybował wraz moim kredytem we frankach, a giełda oszczędziła moje, hmm.. inwestycje.
Plan był prosty i godny prawdziwego mężczyzny: włożyć - wyjąć, włożyć - wyjąć i tak dalej.  Za każdym razem wyjmować więcej niż się włożyło, tym szybciej, że czasy zamętu sprzyjają powstawaniu milionowych fortun. Szóstym zmysłem miałem wyczuć lokalny dołek na giełdzie, załadować się walorami po dach, poczekać, szóstym zmysłem wyczuć lokalną górkę i skarmić akcjami leszcze.
Szóstego zmysłu starczyło mi na jeden taki cykl, bo już w drugim rynek zamiast zig zrobił zag, a po prawdzie zaaaaaaaaag i ... zostałem inwestorem długoterminowym.
Mam nadzieję, że jeszcze przed emeryturą uda się wyjąć.
Pochwaliłem się swoim nowym statusem Leniuchowej, na której ekspresowy zjazd z pieniędzy do nędzy wywarł spore wrażenie
- No Leniuch, nieźle wtopiłeś. Ty, wiesz co, jak to takie teraz tanie, to mi kup. To co już tam masz, tyle samo.
Absurdalność tego "mi kup" polega na tym, że kasę trzymamy na jednej kupie, czyli co moje to twoje.
I co powiecie, Gąska Balbinka szóstym zmysłem wyczuła dno (kiedy jej o nim powiedziałem), a moje uczucia wobec tym razem rosnącej giełdy są jeszcze bardziej mieszane.
Ale spoks, podciągnie jeszcze trochę, wtedy skarmię leszcze i wrócę do proroctw o zagładzie cywilizacji.
Bis dann.
09:21, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (9) »
wtorek, 03 lutego 2009
W dyskusji o wyższości urodzin nad imieninami (to często ta ostatnia, za to najgłośniejsza wymiana zdań, chwilę przed padnięciem twarzą w sałatkę) nieuchronnie pada argument: "urodziny nawet świnia ma".  Co tam świnia, nawet ja miewam urodziny. A że dawanie prezentów to nieziemska frajda, Leniuchowa od paru dni nie odchodzi od laptopa.
-Chodź Leniuch, pa jaki ekstra prezent Ci znalazłam.
-Trumna?!
-Głupi, wędzarnia.
-?!!
-No, narzekałeś na zbyt różową szynkę...

To prawda, gdyby komuna swego czasu zainwestowała w te kosmiczne urządzenia do nastrzykiwania wieprzowiny alergogennymi konserwantami, to dziesięcioprocentowych "wędlin" starczyłoby dla wszystkich, Lechu nie musiałby motorówką przez płot i wciąż budowalibyśmy socjalizm.
Ale dziś nie o tym.

Poza wędzarnią żonisko znalazło takie auto z rur, trochę jak quad, wyjątkowo tanio, choć wg rzeczoznawcy "próba uruchomienia silnika nie powiodła się", dalej przykuł jej uwagę quad, tym razem - działający, niestety wzdragam się na myśl, że mógłbym wywołać w kimś przypływ tak zimnej nienawiści, jaką we mnie samym budzą quadowcy, a w końcu namierzyła kawałek poligonu w Zachodniopomorskiem.
Skąd na to weźmie? Chyba odniosła do skupu butelki.

Akcja Leniuchowej dała ten dobry skutek, że przegoniła znad urodzin smog melancholii i rezygnacji, z każdym dziesięcioleciem gęstszy. Teraz normalnie boję się urodzinowego prezentu.
20:39, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (17) »
niedziela, 01 lutego 2009
Niepostrzeżenie nadszedł drugi luty, Dzień Zagłady Choinek. U nas mord na choince wiąże się z całkiem poważnym przemeblowaniem. Wywaliłem drzewko za płot, a potem rozegraliśmy w realu partyjkę Sokobana meblami. W jej wyniku lewa kolumna została przysłonięta sofą i zamiast mięsistego basu zaczęła generować huczenie. Tymczasowo postawiłem ją na krześle i kliknąłem się do interku po podstawkę pod kolumnę. Znalazłem stojak za trzy dychy, dowiedziałem się, że powinienem mówić na niego "stand" a na moją kolumnę: "monitor" (?!) i już miałem zamówić, ale nie spodobała mi się błyszcząca niklowana nóżka. Następny "stand" kosztował już stówkę, a jego producent wyśmiewał szajs za trzy dychy na kawałkach płyty meblowej. Prawdziwy audiofil podobno wie, że tylko stal nadaje się pod porządny głośnik. Niestety, pomalował swoją stal na czarno, przez co wyglądała jak znicz przed Grobem Nieznanego Żołnierza, kliknąłem więc taki za półtorej stówki, który wyśmiał wszelkie tańsze standy, bo sam był spawany i ważył piętnaście kilo.
Wirtualny przegląd skończyłem na standzie z czarnego hiszpańskiego granitu, zaprojektowanym do współpracy ze wzmacniaczami lampowymi. Mówimy tu o trzech tysiącach złotych za sztukę, a to wszystko nie opuszczając taniego z założenia alergo.pl!
Producent  wszakże przedobrzył bo za cztery złote sztuka zaproponował podkładki pod kolce, na których muszą stać kolumny szanującego się audiofila.
Jeżeli bulę za te kolce, żeby stawiać je na czymś innym niż podłoga, to na cholerę mi one in the first place? Przecież od razu mogę podlepić standy podkładkami wyciętymi ze starych gumofilców, nicht wahr?
Odpaliłem kwerendę ze słowami "kolumny, podstawki, ślepa próba" która bluznęła mi na monitor setką artykułów stwierdzających z grubsza to samo: nie ma takiego ucha, które odróżniłoby dżwięk kolumny stojącej na czarnym marmurze od kolumny stojącej na krześle. Jeśli już, to rysuje się delikatna przewaga krzesła.
Choinka schnie w chaszczach, kolumna gra z krzesła, trzy tysiące obrastają w procenty na koncie.
Szczęśliwego Wciąż Nowego.
20:58, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (10) »
Archiwum