wtorek, 27 lutego 2007
niedziela, 25 lutego 2007

 Kaznodziejska sława księdza Mieczysława sięgnęła daleko poza granice parafii Długołęka. Zachęcony entuzjastyczną opinią niani zapakowałem Piotrka do auta. Sprytnie ukryłem prawdziwy cel wyjazdu, obiecując wizytę na stacji benzynowej. Nie przeliczyłem się. Charyzma kapłana, tłum rówieśników i kazanie o chłopcu imieniem Piotruś skłoniły pociechę do wytrwania w kościele dłużej niż standardowe 3 minuty.

"Piotruś był małym łakomczuchem, który pochłaniał czipsy, batony i cukierki. Pewnego dnia dostał zapalenia wyrostka robaczkowego i trafił do szpitala. Po operacji doktor stanowczo zabronił mu jeść słodyczy. Ale przyszła do niego babcia, a wiecie jakie są babcie. Piotrek najadł się batonów, a resztę upchnął w szafce. Następnego dnia przyszła druga bacia i przyniosła czipsy. Znowu Piotruś objadł się do syta. A trzeciego dnia Piotruś umarł i poszedł... no właśnie czy Bogu podoba się taki łakomczuch? Jak wiecie w środę rozpoczął się Wielki Post..."

Po mszy pojechaliśmy na stację. Gwoździem wizyty jak zwykle był ciężki od orzechów baton w polewie czekoladowej, wchłonięty przez Piotrka bez zmrużenia oka.
Ament.

14:15, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (6) »
piątek, 23 lutego 2007
 Czeba podać 5 niepublikowanych informacji o sobie i zmusić do tego następnych pięciu jeleni. Wrobił mnie vermin .
Jadę:
  1. mieli mi dać: Oskar (na imię). Boszzzz.
  2. do szóstej klasy uzbierałem 500 żołnierzyków, wymuszając na rodzicach po jednym.
  3. w maturalnej dyro zaproponował mi studia w Moskwie (!). ech, stracona szansa :-).
  4. jestem chory. Nieuleczalnie. Krótkowzroczność i migrena. (migrena, Leniuchowa, żaden kac!)
  5. teraz zbieram nalepki z cytrusów. Wykleiłem już pół spiżarki.
Prawda, że ekscytujące? Raport o WSI wymięka.
Żeby był z tego jakiś pożytek, mam prośbę. Jako mężczyzna, do tego starszy od Leniuchowej, w dodatku nadużywający samochodu mam pewność wcześniejszego zejścia. Skoro tak, uzbrojeni w wyżej podane fakty możecie zadzwonić do wdowy po mnie, uwiarygodnić się jak w "Szóstym zmyśle" i nawciskać jej kitu "z zaświatów". No, w stylu: "objawił mi się Leniuch, przesyła pozdrowienia, pyta czy już zdrapałaś nalepki. Te ze spiżarki. A, to Mahomet miał rację, przechodź na islam."

Do dalszego taggingu (czyli łańcuszka św. Izydora) nominowani zostają:

jolinda
raindog
sztukmistrz
oranje
coffeini
czwartek, 22 lutego 2007

 Zlecenia nadciągają stadami. W chwilach ciszy nieruchomieję jak waran z Komodo, by na sygnał ruszyć do klienta z gadzią chyżością. Czasami czekam długo - w listopadzie ruszyłem się raz. Nie szkodzi, w grudniu zaczęła się polka , która trwa do dzisiaj. Zauważyłem dziwaczną prawidłowość - czy w miesiącu przejadę kilometrów pięćdziesiąt, pięćset, czy pięć tysięcy, na koniec miesiąca w moim boksie jest zawsze tyle samo: dwadzieścia jeden oczekujących zgłoszeń.

Przypadek? Nie sądzę.

Już za tydzień, jeśli reguła 'dwadzieścia jeden' się sprawdzi, zamiast do domu po szychcie skręcę do saloonu. Krawat, marynarka, łyskacz, stolik do black-jacka. Jestem absolutnie pewien, że trafię 'dwadzieścia jeden' tyle razy, ile zechcę.
A w każdym razie dam Mu szansę.

00:42, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 lutego 2007

Wyszło, że parę dni spędziłem ostatnio w Wawie i Krakowie. Nie, żebym chciał tu rozpalać jakieś namiętności regionalne, ale nie da się po takiej podróży uniknąć wniosku, że Wrocław jest 'the one & only'.

Owszem po Krakowie szwenda się jakaś tam magia. Jednak już na obrzeżach hektarowej połaci Rynku skrzeczy nieciekawa rzeczywistość różnych groszowych geszeftów okupujących zabytkowe kamienice. Jakieś tanie jadłodajnie, jakieś improwizowane poklejonym plastrem łże-neony, sztukowane drutem szyldy, poobtrącany tynk. Na bezpośrednim zapleczu rynku krzywe chodniki, po których snują się lokalni menele zwani tu ponoć planciarzami. Niewiele się zmieniło od roku 1987, kiedy oprowadzałem po Krakowie znajomych Szwajcarów. W barze na Floriańskiej pijany klient tłukł szkło i wyzywał kelnerkę, wzdłuż chodników stali jacyś ruscy handlujący 'naręcznie' sowieckim barachłem. Szliśmy tym cudacznym szpalerem na rynek, gdzie na przesterowanych wzmacniaczach produkowała się grupa punkowa, a nad nami krążyło spłoszone niemożliwym hałasem stado wron.
-Hochinteressant - powtarzali Szwajcarzy, chyba zupełnie zresztą szczerze. Swoją podróż traktowali jako sport ekstremalny i póki nikt nie kazał im konsumować baranich jąder, było ok.

W przeciwieństwie do Krakowa, Warszawa wystrzeliła do przodu, na boki i w górę. Nie odmówiłem sobie wizyty w osławionych Tarasach i widoku telewizora w cenie domku jednorodzinnego (320 tysi). Pół miliarda dolarów na świątynię konsumpcji w kraju, którego nie stać na służbę zdrowia... Tak wiem, nie ma to wiele wspólnego - prywatna inwestycja w Polsce A, w której ludziom się chce, a państwowy szpital w Polsce B pełnej nieudaczników, ale... Jednak prawie 200 tysięcy warszawian to urzędnicy instytucji centralnych, nie? Karmieni z podatków nieudaczników, right? Z rodzinami to pół miasta, które będzie wydawać nagrabioną kasę właśnie w takich miejscach. Może w przerwie między zakupami sięgną po Newsweeka, żeby poczytać o skandalicznie rozrzutnym szpitalu w Legnicy, który - wstrząs - wciąż zatrudnia sprzątaczki, a każda po tysiąc dwieście, brutto.

Ma jednak stolica swoją plagę, która jakoś tam po trosze wyrównuje rachunek krzywd. Otóż stojąc w korku we Wrocławiu wiem, że to cena za średniowieczny układ miasta i brak obwodnicy. W imię czego kibluję w Wawie? Na trzypasmowej ulicy, jakiejś Wisłostradzie czy innej Towarowej ? Po to Hitler ze Stalinem usuwali ludność i budynki, żeby się ledwie pół wieku później na amen korkowało? Hydrozagadka.

Obecny, cukierkowy imidż Wrocka jest w głębokim rozdźwięku z prawdziwym charakterem tego miasta. Wrocław to nie łososiowa fasada ratusza i majtkowy róż kamieniczek w rynku. Raczej kamienne nabrzeża smolistej Odry, wąwozy brukowanych granitem ulic biegnące wśród nieskończonych kwartałów kamienic. Dębowe bramy jak wrota piekieł, chodniki z granitowych płyt. O ile Kraków nocą kojarzy mi się z podchmielonym Piotrem Skrzyneckim, to Wrocław jest zarośniętym, dwumetrowym drwalem na krawędzi alkoholowej furii. Zdecydowanie, Wrocław to miasto serio i na miejscu pani konserwator, która ubrała Rynek w pastele nie spacerowałbym po zmroku za blisko Odry.

 

niedziela, 18 lutego 2007

 Hej, postanowiłem reanimować zapomnianą rubrykę tego bloga, kategorię "plota czyli legenda miejska ".
Here it goes:
Byłem właśnie na szkoleniu w Wa-wie i kupiłem sobie żółtą paczkę herbaty Lapton, dokładnie taką samą jak kupuję we Wrocku. Oczywiście w stolycy kosztowała 3,99, o złotówkę drożej niż u nas. Przywiozłem parę torebek do domu, zaparzyłem i zgodnie stwierdziliśmy, że co prawda pudełko jest identyczne, ale herbata duuuużo, wyraźnie lepsza, aromatyczniejsza i w ogóle. Numer, nie? Zadzwoniliśmy do ciotki w Białymstoku, która kiedyś zachwycała się _naszą_ wrocławską herbatą i co? -Kupiłam u siebie tego waszego Laptona, nie powiem, niedrogi bo po 1,99, ale to się kompletnie nie nadawało do picia.
Czujecie? W identycznym pudełku w różnych cenach sprzedają różną herbatę! Podzielili sobie Polskę na A, B i C i robią ludzi w konia.

OK, w tym momencie może ktoś podnieść zastrzeżenia, że to po pierwsze niezgodne z PIH-em, sanepidem i czort wie czym, a po drugie niemożliwe technicznie, bo sam producent by się nie połapał przy remanentach itp.

Ha! Otóż to. Prawdziwa informacja o zawartości pudełka zakodowana jest nie w kodzie kreskowym, ale w zachwianiach odcienia koloru żółtego, które są niewidzialne dla ludzkiego oka, ale łatwo czytelne dla skanerów. Dlatego pakują w żółte pudełka. Jest nawet programik w javie, który, uruchomiony na komórce, może odczytać ten tajny, 12 bajtowy kod za pomocą wbudowanego w komórkę aparatu!
Nieprawdopodobne? Nawet BBC o tym pisze:

Fujitsu's technique works by taking advantage of the sensitivities of the human eye, which struggles to see the colour yellow.
"The key is to take the yellow hue in the picture and we skew that ever so slightly to create a pattern," said Mr Nelson.
"A camera is perfectly sensitive to that yellow hue but the human eye doesn't see it very well.
"Any camera, even those in mobile phones, can decode it very easily."
12:16, leniuch102 , ploty
Link Komentarze (10) »
czwartek, 15 lutego 2007


 Droga publisio, dziś na ringu Hali Stulecia main event: Handlowiec vs. Jego Notebook. Wcześniej jednak starcie kobiet: Personalna Magda kontra Firmowa Niszczarka. W pierwszej rundzie Magda jak zwykle próbuje zadławić swoją rywalkę stosem dokumentów, nie wyrzekając się przy tym chwytów poniżej pasa w postaci spinaczy. W drugim starciu popełnia błąd: między szpargały zaplątuje się Oryginał Dokumentu Ważnego Klienta. Próbuje go jeszcze wyrwać z gardzieli Niszczary, ale ta nie przegapia okazji: tnie Oryginał na milion paseczków, o milimetr mijając tipsy Personalnej. Runda trzecia przypomina wrestling, bo w sukurs Magdzie przychodzi pół biura. Rozścielają na biurku taśmę klejącą i przez rundy czwartą i piątą bawią się w puzzle. Soczysty kop w obudowę kończy tę zakontraktowaną na sześć rund nierówną walkę: Oryginał Dokumentu wygląda prawie jak nowy (zwłaszcza po przefaksowaniu), a skopana niszczarka idzie na złom.


Pierwsze dziesięć rund głównego pojedynku Handlowca z Notebookiem wieje nudą; Handlowiec próbuje skonfigurować sobie modem komórkowy. Kiedy wreszcie mu się to udaje jest tak wykończony, że jedzie na urlop. Po powrocie dowiadujemy się o jaką stawkę szło: teleoperator przysyła do firmy pięciocyfrowy rachunek za korzystanie w Alpach z polskiego interku. Stawką rundy dwunastej jest posada Handlowca.


Stay tuned, ogłoszenie zwycięzcy po przerwie reklamowej.

18:37, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
środa, 14 lutego 2007

 Tak oto z ciepłego Wrocka ruszyłem na mroźny północny wschód. Im dalej w 'karierę' telepracowniczą, tym rzadziej bywam w Centrali. Kiedyś zdarzało się to co parę miesięcy, teraz - co parę lat. Centrala już wie, czego może po mnie oczekiwać i ja w zamian niczego nie oczekuję od Centrali.
Ich lieb' Dich nicht und Du liebst mich nicht.

Tej wizyty nie składam bynajmniej z powodu Walentynek. Centrala zdecydowała się dorzucić do sterty moich obowiązków jeszcze naprawy "zmywarek ".
Pora umierać.
Ale to za chwilę. Najpierw trzeba pocierpieć.
10:02, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 lutego 2007

Co pewien czas jakaś sierota zarzuca w sieci głupi flamebait pt. "linuch opsysa ". Demaskuje w nim zwykle fakt, że nie udało mu się zagrać na linuksie w jakąś grę, albo, że stać go na Maca. Szerokie (chciałoby się dodać: ciemne) masy też są przekonane, że linuks jest dla hobbystów.

 Co do mnie, używam windows, bo taki system posadził mi na służbowym notebooku mój zleceniodawca, więc nie wybrzydzam. Zważywszy, że przygniatającą większość działań wykonuję na FFoksie/TBirdzie/OOffice jest mi absolutnie obojętne, jaki OS/procesor je napędza .

Zresztą, bez względu na płeć systemu operacyjnego i kolor kompa, wszystkie wcześniej czy później łączą się z interkiem, a tam, z każdym odwołaniem do googla, wiki czy blox-a i tak korzystają z Linuksa.
Nie ma ucieczki.

Tym niemniej... Jednakże.. Czasami linuch potrafi wkurzyć. Mam klienta, który zanabył sprzęt certyfikowany na Linuksa Suse, żeby posadzić sobie Oracla. Niestety, sprzętowe dublowanie dysków, świetnie działające pod Suse 9.2, pod 9.3 gwałtownie wyhamowało. I tak, mając pozornie top konfigurację, z trójki: wsparcie Oracle, wsparcie Suse i wysoka wydajność, klient może sobie wybrać _dwie_ cechy. Jak w starym dowcipie o komuchu, który powinien być inteligentny, uczciwy i partyjny, ale w naturze występują tylko dwa z tych trzech przymiotów.

12:13, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 05 lutego 2007

TataLeniucha:
-Ostatnio zepsuła nam się waga. Zauważyłem, że dużo bardziej mobilizujące do walki z nadwagą jest mierzenie obwodu pasa niż ważenie się.
JaLeniuch:
- Ehe. I nie trzeba wstawać z fotela.



Przestaję żreć bez opamiętania kiedy:

Przekroczę założoną wagę
Przekroczę założony obwód
Tego tam widzę tylko w lustrze
Nie mieszczę się w drzwiach do łazienki
Greenpeace spycha mnie z plaży do morza


22:02, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (7) »
sobota, 03 lutego 2007

 Piotruś chodzi po domu i drze się tekstami z "Far Cry"-ja.
Do fikusa: -A teraz skopię ci tyłek !
Do telewizora: -Mam tu kulę z twoim imieniem !
Potrząsa przy tym plastikowym karabinem i robi bardzo groźne miny.
Wymyśliłem sobie, że przeczekam aż mu przejdzie, a tymczasem kupię słuchawki.
Bezprzewodowe.
W sklepie "Dla idiotów" porządne kosztują sześć stówek. Są i po półtora, ale źle leżą na uszach. Wiem - przewodowe też stykną ! Stówka za filipsy z długim kabelkiem. Zaraz, zaraz - starych słuchawek mam pół szuflady, może wystarczy kupić kabelek? Raptem 3 zł za metr...ale przecież w kastoramie będzie taniej. I rzeczywiście - telefoniczny po 40 gr metr, ale trzeba kupić kłębek. Biorę, wiozę do domu, odcinam wtyczkę od słuchawek - o kurka, co to za drut, jakaś parszywa izolacja nie do oskrobania.
Na koniec dnia po stronie "strat" zapisuję parę szajsowatych słuchawek, - "zysków" sto metrów kabla telefonicznego.
Jak usiąść blisko, to też nieźle słychać.
00:02, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
czwartek, 01 lutego 2007

Moje pierwsze starcie z wolnym rynkiem zaliczę do średnio udanych. Trafiłem na jelenia, który okazał sie liskiem-chytruskiem i ociąga się z drugą ratą za sprzęt i usługę. Trzeci miesiąc.



Dług
Jak dojść swego:

Wynająć Ruskich
Wyhaltować im serwer pocztowy i patrzeć jak zdychają
Skasować im ich gówniane maile, zaorać dysk i patrzeć jak zdychają
Grzecznie poprosić


08:35, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (12) »
Archiwum