poniedziałek, 27 lutego 2006

W mojej poprzedniej Korporacji mieliśmy kolegę z Krakówka, który doroczną ocenę pracownika kończył soczystym pier------ciem drzwiami. Mamrocząc przekleństwa szedł korytarzem podważając morale załogi, a zanim zniknął w windzie całkiem głośno wyjaśniał recepcjonistce gdzie go mogą wszyscy pocałować.
Szef mu działał na nerwy, po prostu.
Zajęło trzy lata, zanim to aspołeczne podejście ukarano, (po kolejnym ostrzeżeniu), zwolnieniem, zresztą przy okazji grubszej reorganizacji, co wiązało się z pieniędzmi, kwiatami itp.

Ech, łza się w oku kręci...

Mój obecny, hipizujący Prezes mimo pozorów odklejenia od rzeczywistości nie toleruje takich zachowań. Ani żadnych innych przejawów malkontenctwa. Również wyluzowany do granic możliwości Dyrektor lubi, gdy prosty inżynier zna swoje miejsce.

No i tyle. Może nie trzaskam drzwiami, ale fakt - nie pasujemy do siebie. Trudno. Tylko oktawki żal :-).



Mówiąc po ludzku: tak, wykopali mnie z roboty.
22:06, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (20) »
niedziela, 26 lutego 2006

xSkoro już się zgadało o DP-15 (Duże Pudło za 15 baniek), nie sposób nie przywołać pewnej anekdoty. Siedzimy sobie służbowo na południowej półkuli, słońce zachodzi nad sawanną, leje się cienkie afrykańskie piwo, a tu gospodarze wspominają polskiego fachurę z siostrzanej firmy, który u nich kiedyś był i takie Pudło instalował. Miłe urozmaicenie, bo niestety na hasło "Polska" w dowolnej knajpie na końcu świata zgłasza się zwykle jakiś obleś i chwali się że "miał kiedyś polską dziewczynę". Takie - kurna - przyjazne zagajenie, w mordę jeża.

Po powrocie nie omieszkałem tegoż kolegi spytać, jak znajduje turystycznie wspomnianą krainę na końcu świata. Koleś zrobił minę jak węglarz Stanisław Paluch, kiedy go milicja spytała co porabiał w Londynie i rzecze tak:
- Leciałem pół dnia i całą noc, potem na pół śpiąco odpaliłem to g..., coś się zj...., naprawiałem do czwartej rano, zaspałem na safari, zrobiłem dwa piwa w hotelu, wsiadłem do taksówki i za dwa dni byłem z powrotem na Okęciu. Przeleciałem 20 tysięcy kilometrów i przywiozłem tylko przeziębienie, bo w serwerowni było 18, a na dworze 38.
15:42, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
sobota, 25 lutego 2006

xxWyobraźmy sobie domek, taki trochę lepszy. Z basenem, w dobrej dzielnicy. Otóż mniej więcej tyle kosztuje pewna płyta systemowa.
Do Dużego Pudła, w których naprawie ostatnio się szkoliłem, wchodzi takich pięć. Jeśli jest to model DP-5. Bo jest i model DP-10 i DP-15. Ile kosztuje samo pudło - producent nie podaje.
Na to największe nie stać nawet producenta, dlatego szkolił nas na średnim. Problem w tym, że nikt średnich nie chciał kupować - małe  - owszem, wielkie - jak najbardziej, a tych średnich prawie nikt.
Na koniec szkolenia nasz instruktor, który, zanim poszedł na emeryturę to te pudła projektował, wręcza nam certyfikaty.
A tam jak wół: szkolenie z naprawy DP-10, tego w ogóle niesprzedawalnego modelu.
-Słuchaj Steve - mówię mu - czy nie mógłbym dostać certyfikatu z napisem "Specjalista od Dużych Pudeł" zamiast tego DP-10?
A w szkoleniu bierze udział również nasz menedżer - pseudo Bestia - któremu - już widzę - z jednej strony uwypukla się żyła, z drugiej chodzi gula i całość lekko czerwienieje.
-Bo widzisz - ciągnę niezrażony - ewentualny przyszły pracodawca nie wie, że one wszystkie działają tak samo i lepiej dla mnie, żebym miał certyfikat taki..uniwersalny bardziej..
- To co chcesz, nikogo tu nie obchodzi - syczy Bestia, co tylko wzmaga moją tęsknotę za nowym pracodawcą.
- Przykro mi Leniuch, ale ja ich nie drukuję, zwróć się proszę do lokalnego przedstawiciela producenta. - rozkłada ręce Steve.
- No widziszszszsz... dosykuje Bestia.
- Wiem że ich nie drukujesz, bo sprawdziłem, że robi to sekretarka po drugiej stronie holu. Nie dałoby się z nią załatwić?
- Nie ma sprawy, Leniuch - mówi Steve -i po chwili wraca z naręczem nowych druków.

Tak oto awansowałem swojego, he he, szefa na Specjalistę Od Dużych Pudeł.
Nie dziękuj, Bestia, doprawdy obejdzie się.

00:13, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
piątek, 24 lutego 2006

Wracam z pracy do domu, a tam Leniuchowa dręczy Piotrusia:
-Kto ty jesteś?xx
-Pojak mały
-Jaki znak twój?
-Oszszszeł baały
Lewa brew podjeżdża mi pod zakola ze zdziwienia, aż przypominam sobie o planowanej wizycie dziadków.
Przy kolacji Piotruś zdradza już objawy przetrenowania. Na pytanie o tożsamość odpowiada:
- Małysz, ha ha ha, Małysz !
a w końcu, po kąpieli dochodzimy do takiego stanu:
- Kto ty jesteś ?
- Endżi - bendżi
- Jaki znak twój?
- yyyyy... Ptak ! Taki duży ! Piiii - piii -piii !
09:26, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
środa, 22 lutego 2006

xxEgipcjanie mawiają, że ludzie boją się czasu - czas boi się piramid.
A czego się boi przestrzeń ?
Przestrzeń boi się mojej Oktawki z Leniuchem w środku.
Ja z kolei boję się zabłądzić.
By odegnać ten lęk i trafić do klienta jak po sznurku, sięgam do zasobów internetu.
I tu mój strach przeradza się w gniew. Sprawiedliwy.
Weżmy taką zasłużoną witrynę: pilot.pl i zadajmy standardowe pytanie: Paaaanie, którędy na Żory ?
Pilot.pl nie tylko pokaże gdzie Żory i ta ulica z numerem, ale poda kod i i co nieco o Żorzanach: 62964 osoby.
Doprawdy ? 62 tysie, dziewięćciuset i sześćdziesięciu? I czterech?
Ale czy aby na pewno?
Bo jeżeli, Pilocie.pl, udało ci się przeoczyć autostradę z Gliwic do Katowic, to taka dokładność w podawaniu pogłowia jest normalnie bezczelna.
Ot co.
23:31, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 lutego 2006


xxUnikatową cechą Okęcia są autobusiki przewożące podróżnych z samolotu do hali odpraw. Na luksus ten nie stać innych lotnisk i piloci muszą tam parkować samoloty przy rękawach. Wesoły autobus wywijający oberasa po płycie lotniska uświadomi nawet najbardziej zestresowanemu lotem podróżnemu, że właśnie wrócił do ojczyzny-polszczyzny. Było tak wczoraj, i przed wojną, i piętnaście lat temu, kiedy pierwszy raz wracałem do Polski. Kraj, zarządzany podówczas przez wczesnego Balcerowicza, był zupełnie innym miejscem, bez hipermarketów i pizzy-hut. Wyloty do Stanów były rzadką atrakcją, przyloty jeszcze rzadszą. Początkujący programista zarabiał w kraju milion osiemset, oddelegowany do USA dostawał wikt, opierunek i sto baksów tygodniowo na drobne wydatki.

Studia jednakowoż należało skończyć, więc w końcu z setką polonusów, górali i żuczków takich jak ja znalazłem się z powrotem na Okęciu. Podróżni oślepieni słońcem wolno schodzili po schodkach z Tupolewa 134 i godnie zajmowali miejsca w autobusie. Dyskretnie acz uważnie taksowali się nawzajem, próbując ocenić rozmiar amerykańskiego sukcesu współpasażerów. Niektórzy od czasu do czasu sprawdzali obecność paszportu (górna lewa) i portfela (tylna prawa). Mimo pozorów spokoju atmosfera była napięta jak plandeka na żuku.

Kierowca zapalił motór i ze złowieszczym sykiem zamknął drzwi, gdy z tyłu pojazdu rozległo się rozdzierające: -Łojezu, noga, nogę mi bucu przytrzasnąłeś ! Głuchy na wołanie wrzucił jedynkę, więc okrzyk podjął najpierw jeden, potem drugi pasażer, a w końcu cały autobus ryknął chórem: -Noga ! Drzwi ! Tylne drzwi ! - poczym wybuchnął długim, niepowstrzymanym, ozdrowieńczo masującym przepony rechotem.
Byliśmy w Kraju.
piątek, 17 lutego 2006

xxOwszem, zdarzyło mi się parę razy przejechać po wyznawcach Proroka i nic. Że niby Prorok ma moje opinie gdzieś. Co gorsza postponowałem nie tylko hobbies śniadolicych, ale również ich dietę. Gruuuba nieostrożność.
Do tego, zamiast pójść za własną radą i pozostać w Anglii przy t-bone steaku, zupełnie w stylu kamikadze wpierdzieliłem jakieś wściekle przyprawione coś, o nazwie nie-do-wymówienia. Well, asked for it.
Młyn Boży miele wolno, ale na drobny pył.
Że mnie z tego szkolenia nie wywieźli na sygnale skromnie zawdzięczam osobistemu męstwu i brakowi kwitu z NFZ-tu, to męstwo wzmagającemu
01:54, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
środa, 15 lutego 2006
Utarło się, że za granicą wiedzą lepiej. Skorzystam więc z okazji i będąc na drugiej półkuli (zachodniej), wyjątkowo pozwolę sobie na komentarz do bieżącej sytuacji społeczno-politycznej.
<soapbox>
Well, może i Lechu trochę przegiął, ale Giepperom włosy na dupie dęba stanęły, nie?
</soapbox>
BTW: siedzę tu zamknięty z trzema skamielinami trzeciej RP, a nawet PRL, w której: 'było, jak było, ale ludziom żyło się lepiej' - ta jest, to cytat z Bestii. Owszem, już wie na kogo głosowałem. Tak, szukam nowego zajęcia :-D.
wtorek, 14 lutego 2006

xxPo wieku złotym nadchodzi żelazny. Po czasach, gdy z leżaka w ogródku służbowy sms zwlekał mnie raz w miesiącu, nadszedł moment, że na moich własnych urodzinach świeczki zdmuchuje w zastępstwie syn, a sto lat śpiewają mi przez komórkę. Ja w tym czasie w drodze do klienta łykam antybiotyk i popijam rzewnymi łzami.

Wyjazd na szkolenie przyjąłem jako wybawienie i szansę zaleczenia galopujących suchot. Nawet się nie pultałem, kiedy w przeddzień znowu zleceniem ukradli mi wolną sobotę. Spox.
Nie mrugnąłem okiem, kiedy zapowiedzieli poniedziałkową wizytę w moim biurze, co implikowało resztę dnia ze zmiotką i ścierą. Luz.

O zmierzchu podsumowałem dzień i przyznałem sobie medal z zimioka. Niemal. Został drobiażdżek - zgranie danych z laptopa. Przeżegnałem się i odpaliłem chwalony i nagradzany program zabezpieczający - Norton Ghost.
No, myślę sobie - może mnie i jaki fundamentalista wysadzi z metrem i laptopem, ale dane - dane przetrwają.
Ach ten Norton - wzór rozwagi i przezorności - "Dysk docelowy pełny" - informuje. No tak, poprzednie zabezpieczenie. Kasuję, bo jak raz wolnych 10 Gig pod ręką brak. "Uwaga, zaraz zrestartuję Ci kompa" - lojalnie ostrzega. "Wal śmiało" ja na to, choć na plecach milion mrówek właśnie ćwiczy musztrę. "Jadę" - komunikuje Norton.
I tyle go widzieli. Po restarcie czarny ekran a na nim "Brak systemu operacyjnego". He, tak się składa, że mam trzy. Znaczy miałem...

Żeby nie przeciągać. Owszem, tym razem zdążyłem na samolot, tak zabezpieczyłem dane, sure, mam nowy pomysł na biznes i z powodów oczywistych - nie internetowy.
Po szczegóły dzwoń - 0 700-OFIARA-GHOSTA, 4,99 + VAT
21:28, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
piątek, 10 lutego 2006

... no chyba że wolicie salami :-)

Co ma wspólnego renomowana paryska uczelnia z jeszcze sławniejszą włoską wędliną ? Szczegóły tutaj.

08:21, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (1) »
środa, 08 lutego 2006

Rozgłośnia "Festung Breslau" nadaje ze stolicy. Przerwy w nadawaniu spowodowane są: a - brakiem asertywności, objawiającym się niechęcią do obsmarowywania kolegów z pracy siedząc z nimi nos w nos, b - brakiem interku w hotelu (!), c - zapaleniem oskrzeli odbierającym chęć do życia i blogowania.

Moją nędzną wegetację w Warszawie urozmaicają tylko skoki adrenaliny w kontaktach z ulubionym przełożonym i typowe dla prowincjusza pułapki wielkiego miasta. I nie mam tu na myśli kumpli Czarnej Mańki puszczających mnie o czwartej rano w skarpetkach i bez portfela. Dzisiaj np. pojechałem do klienta na Targówek, wspomagając się niezawodnym programem Mapa Polski. Najpierw główną, potem podporządkowaną, potem zgołą polną, w śniegu do pół łydki, w końcu szorując podwoziem o wieczną zmarzlinę dotarłem do miejsca, gdzie wg programu powinien być przejazd kolejowy - i był - tyle że zabity na amen deskami.

Inne rozrywki też mam niewyszukane. Co gorsza, antybiotyk wyklucza alkohol. Zostaje kino, bo przecież nie książki. Tu też błądzę - dzisiaj wyszedłem na "Monachium" a trafiłem do "Narni". Widać z oskrzeli przerzuciło mi się na błędnik - obłędnik.
20:48, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
niedziela, 05 lutego 2006

xxMój el Commandante parę notek wcześniej relokował mnie z Wrocka do Warszawy. Na dwa tygodnie. Południe Polski było jeszcze całkiem niedawno serwisowane przez kilka osób, ale jedną wykopali, drugą przenieśli, trzecią wysłali na szkolenie... Zostałem sam. I właśnie mnie ów geniusz strategii przenósł do stolicy. Jak łatwo się domyśleć, z 2 tygodni spędziłem tam 1 (słownie: jeden) dzień. Potem trzeba było zabrać d... w troki i wracać na Śląsk. No jakoś nic się nie chciało w tej Warszawie psuć, tylko tam.
Bestia jeszcze nie wrócił ze swojego szkolenia a już wdrożył dochodzenie, czemu nie wykonuję jego poleceń. Wystarczyło tylko 12 maili wyjaśniających godzina po godzinie moje akcje, żeby coś do niego dotarło.
Dotarło mianowicie, że w zmowie z klientami sabotuję jego nienaganne przecież planowanie. Pierwszy rozkaz po powrocie ? Relokacja do Warszawy, ale już ! Nie pomogły tłumaczenia, że w poniedziałek ósma rano nieźle wkurzony klient czeka we Wrocławiu na spóźnioną (części !) interwencję. Z przenikliwością Generalissimusa Stalina wyśle do Wrocławia kolegę z Krakowa.
-Czesiu ma autostradę, Czesiu sobie dojedzie...
11:10, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 lutego 2006

xxEtnografowie ze zdumieniem odkryli plemiona Papuasów, które rozwinęły kult bóstw przestworzy. Budują im lotniska z atrapami wież kontrolnych i palą na nich pochodnie sygnalizacyjne. Liczą, że - jak kiedyś - skrzydlate bóstwa spłyną z nieba i przywiozą puszki pełne smacznej mielonki. To dziwaczne echo spotkań dzikich z amerykańskimi bazami polowymi czasów drugiej wojny światowej budzi politowanie. Z drugiej strony jednak w liceum z entuzjazmem uczono mnie o reformach Piotra I, który napatrzywszy się na dobrobyt Zachodu Europy kazał siłą ścinać brody ruskim bojarom. Tymczasem ogolenie Ruska sprowadza dobrobyt równie skutecznie jak wygolenie polanki w dżungli Borneo.

Czytam prasę, bo na książki nie mam czasu, a pilota od telewizora zabrało mi dziecko. W telewizorze Papuasi, a w prasie dziennikiarze wychowani na telewizji. Bardzo chcieliby do Europy, ale nie wiedzą jak i kombinują per analogiam. W Europie - Europa, a u nas - moherowe berety. I jak tu ma być dobrze ? Należy berety zlikwidować, a Europa sama do nas przyjdzie. A właściwie przyleci - ale dokąd, na Okęcie ? Dlatego należy przesunąć środki ze Świątyni Opatrzności (kto to - w Europie - widział !) na lotnisko, podpowiadam - najlepiej w miejscu nieopatrznej inwestycji. Tak będzie godnie i po europejsku i nikt nam na pewno naszych babć i ciotek w moherowych beretach nie wypomni.

Gdyby to było takie proste, sam złapałbym leśniczynę Kowalikową i z beretu oskalpował.
Ale nie jest.
A prasa, jak zwykle, kłamie.

środa, 01 lutego 2006

xMyly Państwo, z niekłamaną satysfakcjom pragnę donieść, isz stanęłło przede mną widmo Bogactwa.
Zgodnie z Zakładowym Regulaminem Wynagradzania przyznano mi Parę Groszy [tm].
Parę Groszy należy rozumieć dosłownie: parę groszy od każdego klienta miesięcznie. Klienta pewnej masowej w założeniu usługi, której skromnym pomysłodawcą jest piszący te słowa.
Teraz wyobraźmy sobie, że znajdzie się stu naiwniaków, którzy pójdą na lep naszego marketingu. Zgodnie z definicją złotówki moje parę groszy spuchnie w parę złotych. Ale może być i tak, że naiwnych będzie z tysiąc; ostatecznie mieszkamy w Polsce.
I co wtedy ?
A jeśli się powiedzie i będziemy jak taki mBank, hę ?
Pół miliona razy parę groszy ?
Miesięcznie ?
Czas popuścić wodze rozognionej wyobraźni. Basen, willa na Riwierze, miss Polonia. Jacht, nie, awionetka, trufle na podwieczorek. Bosszszsz, jakież to przewidywalne.
Nie tym razem.
When I am a rich man, Drodzy Czytelnicy, zapraszam do mego bloga. Tylko tutaj w każdy poniedziałek melancholijna notka Pawła Huelle. W wtorki Rybiński na zmianę Lisem skomentują świat wokół nas. Środa - Pilch opisuje swoje laski. Po kolei, ze szczegółami. Co czwartek - rozkładówka, a na niej popularna prezenterka telewizyjna. Piątek - gwiazdy pop a capella for leniuch.blox.pl. Co sobota: nowy skecz Mumio. Niedziela: w niedzielę wśród komentujących rozlosuję zeszłotygodniową brykę, która mi się już opatrzyła. I tak dalej.
Może to starczy na pierwszą piątkę, ale tej tu chyba nie przeskoczę.
07:27, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
Archiwum