poniedziałek, 25 stycznia 2016

Od dobrych dziesięciu lat nowy sprzęt muzyczny wyposażany jest w gniazdo usb, w które można wtykać coraz tańsze i pojemniejsze pendrajwy. Względnie tani pendrive 32 GB to odpowiednik - ja wiem ? - 300+ płyt cd zgranych w jakości 320 kbitów. Wystarczy? Aż nadto. A jeśli nie wystarczy, to za miesiąc pojawią się pendrive'y dwa razy większe i  - znowu wystarczy.
Ale - umówmy się - sprzęt ze sterczącym pendrivem, ba, sam fakt ganiania z pendrivem wte i wefte, z kompa do odtwarzacza i z powrotem, niesie pokusę zastąpienia tego, w pełni skutecznego rozwiązania, czymś "lepszym".
Czyli odtwarzaczem sieciowym.
Pokusę tę najlepiej zwalczyć prosząc domowników o wysmaganie kablem, a jeśli nie przechodzi - zdzielenie w głowę przełącznikiem sieciowym 19 cali. Porzucając bowiem sprawdzony świat nośników elektronicznych i wkraczając w krainę inter- i ether- netu gotujemy sobie i bliskim drogę przez mękę.
"Sieć' zamiast cd czy pendrajwa to na pozór to genialne rozwiązanie, czyste koncepcyjnie, eleganckie i co więcej - kiedy działa - to działa.
Ciekawie zaczyna być, kiedy działać przestaje. Zasiadasz w niedzielny wieczór, żeby posłuchać muzyki z serwisu internetowego... no dobra, tu dygresja. Nie jest to artykuł sponsorowany i nie zamierzam niczego promować, ale z drugiej strony zabijają mnie sformułowania jak "popularny serwis społecznościowy", kiedy wszyscy wiedzą, że chodzi o fejsa. No więc w moim przypadku ten "popularny serwis muzyczny" to spoti. Więc odpalasz spoti, żeby zrelaksować się przy - powiedzmy - Krzysztofie Krawczyku, a tu Krzysztof dostaje czkawki - gra- trzy sekundy nie gra - znowu gra. Kiedyś przetarłbyś CD szmatką, a w przypadku odtwarzacza sieciowego? Czy dzwonić do dostawcy internetu, czy udusić dziecko, które łupie w sieciowe gta oglądając youtube i słuchając własnego spoti, blokując w ten sposób sieć, a może po prostu zrestartować router? A może to serwery spoti się nie wyrabiają, albo ruch jest przycinany gdzieś dalej, na jakieś półce w szafce telekomunikacyjnej kolejnego węzła?
Nie wiesz i się nie dowiesz. Fakt faktem, u mnie spoti się przycina przez jakieś 10% doby, ale  umówmy się, mam jeszcze przynajmniej kilka źródeł muzyki.
Pierwszym i najważniejszym - moja właśna kolekcja zgranych lub spiratowanych cd, udostępnianych przez serwis DLNA na starym kompie.
Standard udostępniania mediów DLNA ogólnie rzecz biorąc działa bez pudła, ale w naprawdę, naprawdę prymitywny sposób. Po pierwsze, odtwarzacz nie potrafi zapauzować utworu. Po drugie, nie umie stworzyć listy ulubionych, nie zna pojęcia kolejki odtwarzania, do której możnaby wrzucać następne utwory wybierane w trakcie słuchania bieżącego, nie pozwala wyszukiwać w kolekcji, nie zapisuje historii.
Nie wykluczam, że na rynku istnieje komercyjny serwer DLNA z aplikacją na smartfona, która będzie miała w/w a brakujące funkcje, ale na razie korzystam ze standardowej aplikacji jamachy, która umie tylko wybrać album i tłuc z tego albumu.
Istnieje rozwiązanie w pół drogi: jeszcze darmowe, a już obsługujące playlisty i trochę więcej. Jest nim serwowanie muzyki z biblioteki itunes, applowskiego standardu. Jeśli odtwarzacz obsługuje przesyłanie airplay (my does), można grać z peceta, a zarządzać całym kramem, czyli nadającymi itunes i odbierającym odtwarzaczem za pomocą smartfona, tworząc sobie - a jakże, plejlisty.


Każde z w/w rozwiązań ma zady. ma walety i mnóstwo, mnóstwo zastrzeżeń drobnym druczkiem, o których wkrótce.

08:35, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 11 stycznia 2016

Strumień i stream brzmią dość podobnie i znaczą z grubsza to samo. W środku zimy chodzi mi o strumień muzycznych danych cyfrowych które trafiają z komputera do świeżozakupionego... no cóż odtwarzacza sieciowego, tak trzeba pudełko chyba nazwać.
Z przechowywaniem i odtwarzaniem muzyki jest tak, że opiera się na zdumiewająco starej technice. Wtyczka słuchawkowa np., czyli popularny jack to XIX wiek.  CD - wiek 20. CD się zestarzało szybciej niż wtyczka i w zasadzie od jakichś 10 lat powinno być martwe, zastąpione przez strumień danych cyfrowych właśnie.
Wróżyłem to dawno, bodajże od czasów.. nie nie napstera, a konkurencyjnego serwisu audiogalaxy. Audiogalaxy miało bardzo bogaty katalog nagrań, oczywiście pirackich, który po paru szybkich procesach zniknął wraz serwisem, dając wszakże przedsmak, czym mógłby by być internetowy serwis muzyczny z wszystkimi nagraniami świata dostępnymi dzięki paru kliknięciom.
Po wymordowaniu piratów rynek muzyczny zastygł w strupieszałej formie na parę lat, praktycznie zmonopolizowany przez tradycyjne cd z jednej strony, a chciwy ponad wszelkie pojęcie Apple Music  - z drugiej.
Ten smutny czas przetrwałem w podziemiu działajac wg schematu - ściągam muzykę z bittorrenta i wypalam. Stos pirackich płytek ma jednak to do siebie, że trzeba go jakoś ogarniać: składować, katalogować, utrzymywać w porządku czyli zamiast hobby uprawiać regularną magazynierkę. Do tego nagrania mniej popularne, np. polskie szybciutko z torrentów znikają, torrenty to skarbnica dla fanów Justyny Bieber raczej niż Justyny Steczkowskiej.
Kapitalizm w końcu zadziałał, dzięki Szwedom, którzy wymyślili spotyfaję. Kiedy cała klasa syna zaczęła używać tego serwisu, zrozumiałem, kto będzie rządził na rynku i zanabyłem zgodny ze spotyfają odtwarzacz. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym przed kupnem nietaniego odtwarzacza nie spróbował podłączyć starego laptopa ze spotyfają do starej mini-wieży, ale znalezienie laptopa, który jednoczeście dawałby przyzwoitą jakość na wyjściu słuchawkowym oraz nie hałasował wentylatorkami okazało się niemożliwe.
Czy było warto? Czy zestaw daje radę i czemu zużyłem cały przydział brzydkich słów na 2016 w trakcie instalacji odtwarzacza -  w następnym odcinku. Stay tuned.

niedziela, 03 stycznia 2016

Czasowa emigracja z bloga moja wiązała się z wyprawą w świat mediów społecznościowych. Wracam nieco przestraszony. Kulturalni w realu ludzie na fb i g+ mają skłonność do zachowań wręcz chuligańskich. Ja tutaj -  pod pseudonimem - pozwalam sobie na mniej niż oni tam pod nazwiskiem.
Pierwszy tydzień pobytu na fb spędziłem eliminując ze swojej tablicy toksyczne lub nawymiotne treści, dostarczane mi przez znajomych i rodzinę. Kiedy odfiltrowałem komunikaty obrońców demokracji, obrońców białej europy i całą prawdę o szczepionkach, to zostały mi tylko zdjęcia psów i filmiki z kotami.
Jako mieszkaniec wsi i współwłaściciel 2 psów wzbogaciłem fb o fotoreportaże ze spacerów, budząc życzliwe zainteresowanie koleżanek z podstawówki, które jednak - co tu ukrywać - w międzyczasie posunęły się masakrycznie.
W związku z czym zaprzestałem.
I jestem back. I mam parę uwag.
Postęp, postęp everywhere. Kraj pokryła sieć autostrad... no, prawie, wszechobecne szkoły wyższe produkują więcej magistrów niż w ogóle jest młodzieży w Polsce, biedronka za grosze karmi i ubiera szerokie masy...
Samorządom pozostało zaspokajanie potrzeb najbardziej wysublimowanych. We Wrocławiu np wożą studentów kolejką linową między budynkami czy fundują Centrum Wiedzy o Wodzie.
A jednak... podczas świątecznego spaceru wokół malowniczego stawu, utrzymywanego we wzorowym porządku przez Koło Wędkarzy "Wir" napotkaliśmy świeżo wywiezione do lasu stare okna, wywalone na wielką stertę opodal ścieżki. Goście, którzy wywozili syf do lasu za komuny już poszli byli na emeryturę, ani chybi to ich podrosłe dzieci, wyedukowane ekologicznie w szkole, być może wyższej, podtrzymują tradycję.
Do tego lasu jest dość łatwo wjechać, śmieci w takim miejscu to skandal, ale jakoś tam wytłumaczalny.
Nieopodal jednak znajduje się całkiem niedostępny kurhan z epoki brązu, zagubiony między strugami w zagajniku pośród ornych pól. I u stóp tego kurhanu, w fosie go okalającej, ktoś porzucił spory fotel obity brązowym skajem. No, chyba, że celtyccy woje sprezentowali swemu pochowanemu w kurhanie wodzowi fotel na pobyt w zaświatach.
Miałem chwilę zawahania, czy nie udokumentować powyższych okropności i nie wrzucić na fejsa z płomiennym komentarzem... ale jakos mi się odechciało. Płomiennych komentarzy jest na fb opór.
Tymczasem śnieg przysypał las i śmieci w lesie też.
Jest znowu pięknie.

Archiwum