niedziela, 19 stycznia 2014

Nie będę chyba odosobniony w oczekiwaniu, żeby ta zima w końcu przyszła, pobyła i sobie poszła. Celem natychmiastowego wywołania zimy wymieniłem opony na zimowe, rozpaliłem w kominku i czekam. Guess what, pod wieczór prognoza na meteo.pl zaczęła wskazywać jednostajny zjazd w dół. W poniedziałek będzie minus trzy i zaspy po pępek.
Na długie zimowe wieczory proponuję odkurzenie kindli. Od czasu kiedy kupiłem pierwszego kindla sporo się zmieniło. Parę lat wstecz, żeby spiratować książkę na kindla, trzeba ją było wyssać z pedeeefu, wyedytować, wrzucić do programu calibre i dopiero stamtąd wysłać do urządzenia.
Dzisiaj wystarczy wpisać do googla czarodziejskie zaklęcie: "Greya - mobi - chomikuj", by po chwili cieszyć się kolekcją - czy raczej stekiem - powieścideł. Hej, statystyki nie kłamią: przeciętny czytelnik książek jest pięćdziesięcioletnią kasjerką z nadwagą i czytuje głównie soft-porno.
Pozostali też nie mogą narzekać, bo choć ambitniejsza literatura nie trafiła na chomika, to bez większych problemów można ją zanabyć w necie. Wracając do chomika: fakt, że ten serwis wciąż funkcjonuje wymownie świadczy o impotencji organów ścigania. Ciekaw jestem ilu z kozaków udostępniających książki via chomikuj.pl robiłoby to, gdyby sami mieli ponieść ryzyko pozwu sądowego. A tak za parę złotych miesięcznie kupują sobie pozór legalności. Bo parę złotych miesięcznie razy dziesięć milionów internautów pozwala opłacić prawników pracujących na trzy zmiany dla chomikuj.pl oraz ferrari testarosa właściciela chomikuj.pl.
Brzydzi mnie opłacanie się chomikowi, ale aby doić z niego książki na kindla nie trzeba płacić ani grosza, bo chomik pozwala ściągać pliki < 1MB bezpłatnie, co wprawdzie wyklucza ściąganie filmów czy muzyki, ale jest żadną przeszkodą w przypadku ebooków. Czemu właściciele księgarni internetowych jeszcze nie odstrzelili tego bezczelnego zwierzęcia, skoro organa się do tego nie kwapią? Pytanie dobre, ale nie do mnie.
Mnie można się spytać, co z tego chomika ostatecznie sobie ściągnąłem. Otóż Clarksona, tego z Top Gear. W domu mam całą półkę z odjechanymi felietonami Clarksona i w pewnym momencie powiedziałem dosyć, no more. I nie kupuję i nie kupiłbym więcej, ale ściągnąć - czemu nie?
"Wściekły od urodzenia" to zbiór felietonów z lat 90-tych, opisujący głównie auta, które dziś spokojnie rdzewieją już na złomowiskach, także polskich.
Clarkson o Polonezie:
"Najczęściej zadawane mi pytanie brzmi: Jaki jest najgorszy samochód, który kiedykolwiek prowadziłeś? FSO Polonez, produkowany w Polsce odpad Fiata ze stylistyką nadwozia autorstwa uczniów klasy 4 „b" szkoły podstawowej w High Wycombe, jest tutaj oczywistym faworytem.
[...]
W dalszym ciągu podtrzymuję opinię, że Nissan Sunny był najgorszym samochodem wszech czasów. Nie miał niczego na swoją obronę; niczego, co byłoby lepsze lub tańsze niż w innych samochodach. A jednak pod względem jazdy, najgorszym samochodem na świecie jest FSO Polonez. On jednak ma jedną rzecz na swoją obronę - jest tani. Musi być tani: jest samochodem, który tak naprawdę samochodem nie jest. To pudełko, pod którym nierozważny nabywca odkryje traktor pochodzący z 1940 roku. Już sama jego stylistyka zniechęcała większość ludzi, ale przecież musiał konkurować jedynie z Wartburgiem i Trabantem, a żaden z tych wozów nigdy nie pojawi się w książce Piękne samochody Jeremy'ego Clarksona.
Nawet nie potraficie sobie wyobrazić, jak okropnie jeździ się tym wyjątkowo ohydnym samochodem. Gdy nie możecie przestać dziwić się temu, jak wysoko Polonez odbija się od ziemi, stwierdzacie, że nie działa w nim układ kierowniczy, bo jego przednie koła zostały wypełnione betonem. Gdyby to Karl Benz wynalazł silnik Poloneza, musiałby całkowicie odejść od idei wewnętrznego spalania. Hałas tej jednostki płoszy ptaki, a zużycie paliwa odpowiada specyfikacji technicznej lokomotywy spalinowej Intercity 125. Ostatni raz jechałem Polonezem w zeszłym roku. Była to taksówka, która zepsuła się w tunelu na Heathrow. Wdałem się wtedy w sprzeczkę z jego grubym kierowcą, bo kategorycznie odmówiłem zapłacenia za kurs. Ale od czasu mojego długiego, wypełnionego spalinami spaceru do terminalu, nie usłyszałem już ani słowa o tym pryszczu na tyłku motoryzacji. Aż do chwili obecnej. Wygląda na to, że FSO produkuje nowy wóz o nazwie Caro, który odniósł w Wielkiej Brytanii pewien sukces. W zeszłym roku sprzedano go tu w liczbie 480 sztuk. Mogę jedynie przypuszczać, że właściciele tych samochodów ograniczają swoje wypady na drogi do godzin nocnych. Żadnego z nich z pewnością nigdy nie widziałem. Jestem przekonany, że to całkowicie znienawidzona maszyna."


Całkowicie? Bez żartów. Ja np. byłem zadowolony:

"Silnik 16 zaworów, sto parę koni, elektryczne szyby, alufelgi... Zgadliście, polonez. Lwie, dobrze ryknąłeś ... pomyślałem po pierwszym przygazowaniu. Lew ryczał całą drogę do Wrocławia, gdzie z punktu oddałem go do warsztatu w złudnej nadziei wyciszenia. Tam w towarzystwie gości we włóczkowych beretach z antenką (strój klubowy posiadaczy poloneza) pławiłem się w zachwytach nad alufelgami, silnikiem...

Szczycę się, iż jestem jednym z nielicznych, którzy jechali poldkiem ponad 180 km/h i przeżyli. To trochę jak po przebiciu bariery dźwięku – przestajesz słyszeć silnik. Głównie dlatego, że powietrze strasznie hałasuje o kanciate kształty. Znalazłem uznanie nawet w oczach drogówki: był pan dzisiaj najszybszy – powiedział kapral flak wręczając mandat na pięć stówek (1997r.) za trzykrotne (3 x 60) przekroczenie ograniczenia prędkości. Polak potrafi ! "


Powyższy cytat pochodzi z notki sprzed 10 lat: http://leniuch.blox.pl/2004/06/Paranoja-jest-gola.html .

00:45, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
niedziela, 12 stycznia 2014

Frankfurt. Cztery gwiazdki. Z tyłu widok na kukurydzę, z przodu - centrum handlowe.
Stambuł. Cztery gwiazdki. Z tyłu widok na jakąś wodę, z przodu - blokowisko.
Kraków. Cztery gwiazdki. Z tyłu widok na blokowisko, z przodu - centrum handlowe.
Od czasów "Zagłady Domu Usherów" przyjęło się, że najlepszą scenerią horroru jest zabytkowa willa na odludziu. Potem nakręcono "Comę" i wyszło, że równie przerażający może być nowoczesny obiekt użyteczności publicznej,  jak szpital. Albo hotel.
Oczywiście nikt nie każe mi się zatrzymywać w odhumanizowanych maszynach do mieszkania. Teoretycznie mógłbym wybrać jakiś tradycyjny hotel w zabytkowym centrum, ale potem musiałbym przebijać się 96 godzin przez korki, aby dotrzeć do serwerowni klienta, która zwykle ukryta jest w jednej z anonimowych hal przy węźle autostradowym.
Hy, tę ostatnią, podkrakowską wyróżniają betonowe bloki uniemożliwiające staranowanie ściany jakimś czołgiem. Serio serio.
Słowem, jest to świat, w którym nie ma miejsca na sentymenty w ogóle, a kontemplację miejscowego kolorytu w szczególe. Przyjeżdżam, loguję się na recepcji, różnica w między lokum w Dublinie, Frankfurcie, Krakowie, Stambule sprowadza się do napisu na mydełku.
I do roboty. A po robocie do pobliskiego centrum handlowego z multikinem i akwaparkiem, gdzie narzecze tubylców jest zupełnie nieistotne, o ile tylko mają terminal kart kredytowych.
Czy nie przeszywa mnie dojmujący brak kontaktów miedzyludzkich, możliwości obserwacji miejscowych na ich historycznych uliczkach, pałaszujących miejscowe specjały w autentycznych knajpkach?
No jakoś nie przeszywa. Bo też ja właśnie spotykam autentycznych np. krakusów, którzy mieszkają nie w przejętych przez drogie marki kamieniczkach, ale w blokach z wielkiej płyty sąsiadujących z moim hotelem. Swoim laskom fundują shoarmę w centrum handlowym, a potem zabierają je do multikina na piętrze.
Kotwicząc przy rynku mógłbym co najwyżej pooglądać sobie innych typów w delegacji i niemieckie wycieczki.

No czyż nie?

21:18, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 06 stycznia 2014

Z pewną niechęcią spoglądam na niniejszy blog, między innymi dlatego, że jest już taaaki stary. Osiągnął wiek przeciętnego użytkownika internetu (10), choć wciąż ma daleko do wieku przeciętnego polskiego auta (16).
Jak się zastanowić jeszcze większą (zdrową!) niechęć powinien wzbudzać stetryczały autor, który jest już tak wiekowy, że przestał oglądać wiadomości, bo z góry wie, co w nich znajdzie. Przyzwyczaił się przez dekady, że wraz z pierwszymi mrozami w nagłówkach znajdzie zaczadzenia i karambole, z pierwszym śniegiem przeczyta o "amatorach białego szaleństwa",  z pierwszą gwiazdką - o dwunastu potrawach na stole bohaterki popularnego serialu etc. etc.
Nie znaczy to jednak, że nie warto już włączać wiadomości, o nie.
W sobotę ok 10:00 autor (żeby trzymać się irytującej narracji trzecioosobowej ) zapalił telewizor i nieźle się uśmiał. Jakiś kabaret parodiował tvn24 udając transmisję z akcji "Trzeźwa Sobota" w Sokołowie Podlaskim. Numer odstawiony był z całą powagą i sztafażem godnym schyłkowego Szymona Majewskiego: przebrani za milicjantów statyści wyciągali kierowców zza kierownic, głos zza kadru z tefałenowskim przejęciem nierozróżniającym między trzęsieniem ziemi a sianokosami komentował wyludniające się ulice Sokołowa itp. itd.
Nieco przaśna i przewidywalna, ale nieodparcie zabawna satyra wprawiła blogera w dobry nastrój. No bo - he he - wiadomo - trzeźwa sobota, a co z niedzielą? Co z piątkiem? Sokołów trwale przesiądzie się na hulajnogi? A inne miejscowości? Co z Mławą i Bodzentynem?
Program się przeciągał, uśmiech przygasał, aż do momentu gdy widz kapnął się, że to nie była żadna satyra, tylko autentyczny tvn24, flagowy program informacyjny naszego bantustanu.
Zgodnie z zasadami 'reverse engineering' spróbował odtworzyć ścieżkę, która doprowadziła do tej niezamierzenie komicznej sytuacji i wyszło mu, że ani chybi jakiś podpity balangowicz parę dni wcześniej rozjechał grupę przedszkolaków. Czy coś. W rezultacie Premier pewno zwołał konferencję, na której surowo przykazał Ministrowi Policji zabezpieczenie każdego przedszkolaka, z kolei Minister... i tak dalej,  aż do "Trzeźwej Soboty".
Ale ale ale.
Nie dajmy się nieść dygresjom bo miało być o zupelnie innym i względnie nowym rodzaju sezonowego niusa.
Autor mieszka na skraju wsi, w całkowitej - od kiedy wyłączył telewizor - ciszy, W takiej ciszy stukot klawiszy brzmi jak wystrzały, z otwarciem okna do domu wdziera się szum rosnącej trawy zakłócany irytująco głośnym pluskiem karpi w stawie pod lasem. Dwa razy dziennie z rykiem przejeżdża gimbus, oraz potępieńczo skrzypiąca klinami w składaku Gamoniowa.
Ale poza tym - cisza.
Aż do momentu... aż do momentu: HAU HAU HAU - to własny pies blogera, Lira, eksploduje w przedpokoju. Ten wybuch owczarka poniemieckiego przyprawia autora o mdłości, mniej więcej jak gdyby na kończynę położoną na jednym kowadle spadło mu drugie kowadło. Gdyby pot zdążył, to by mu się skroplił na czole w przewidywaniu drugiego - nieeeeee, proszę, nieeee .... HAU HAU HAU!
Reakcja fiziologiczna jest tym razem słabsza - wszak nie można ogłuszyć już ogłuszonego, bębenki w szczególe, a uszy w ogóle zostały wyeliminowane, tym razem to oczy, oczy zasnuwa czerwona mgła - czekaj k...o teraz cię po prostu za....ię moją własną amazońską maczetą up.... ci ten durny łeb przy samej szyi, którym to myślom towarzyszy obraz pogodnie pulsującej tętnicy - cicho, cichutko wylewającej życie z hałaśliwego kundla.
Marzenie to przerwane zostaje trzecim - HAUHAUHAUHAU - co oznacza, że za chwilę do domu wejdzie Leniuchowa, której przybycie było przyczyną rozszczekania się zwierzęcia. Jak co dzień.
Kurtyna, oklaski.
Teraz bloger klika na portal i dowiaduje się, że właśnie zbliża się Sylwester i prawdziwie humanitarni przyjaciele zwierząt apelują o powstrzymanie się od barbarzyńskiego zwyczaju odpalania fajerwerków. Że miarą naszego człowieczeństwa jest stosunek do braci mniejszych, dla których nawet dalekie echo strzału stanowi poważny dyskomfort, które nerwowo reagują także na pozornie niegroźne - pyk - jeśli to pyk spowodowane jest plebejskim wystrzałem racy, niegodnym Europejczyka i magistra.
Pytanie, co robi rzeczony internauta po przeczytaniu takiego niusa? On się uśmiecha do własnego psa, ten internauta, bierze dziecko, jedzie do hipermarketu w którym kupuje rac ile wlezie do służbowego bagażnika.
I w Nowy Rok napierdziela nimi do bladego świtu włącznie.  

18:30, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
środa, 01 stycznia 2014

Zawróciłem z drogi przestępstwa dzięki dziecku. Prawda szczera jak złoto. Dziecko moje, rozpieszczony jedynak, po odebraniu mi komputera wydaje swoje kieszonkowe na gry, wobec czega ja nie muszę już ich piracić. Ergo - nie przestępczę, ergo - świat stał się odrobinę lepszym miejscem.
Przynajmniej w rozumieniu kodeksu karnego,
Art. 278. § 1. Kto zabiera w celu przywłaszczenia cudzą rzecz ruchomą, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 2. Tej samej karze podlega, kto bez zgody osoby uprawnionej uzyskuje cudzy program komputerowy w celu osiągnięcia korzyści majątkowej
Sceptyk (albo cynik) wskazałby, że jednak w rewanżu zabrałem dziecku jego pierwszokomunijnego xboksa i teraz nadal piracę oprogramowanie na xboksa - a zatem nadal "podlegam karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5".
No jednak nie. 
Albowiem gra na konsolę NIE JEST programem komputerowym z tej prostej przyczyny, że konsola NIE JEST komputerem. Oczywiste wielce możliwe, że ściągając taką grę i grając w nią naruszam czyjeś prawa autorskie, ale robi to także mechanik samochodowy pogwizdując "Baśkę" w obecności klienta. A w każdym razie tak interpretuje to ZAIKS.
Pytań dużo, życie krótkie, pora skupić się na najistotniejszych, zatem nie jałowych "narusza - nie narusza", ale czy jest jeszcze w ogóle sens grać na archaicznych xboksach.
Zdecydowanie tak.
Xboks, aczkolwiek wykopalisko jest fantastycznym exemplum technologii wykorzystanej do imentu. Najprostszy komputer do gier parametrami rozmiażdża xboksa na drobną kaszkę - wciąż, wciąż spora część gier wygląda na xboksie lepiej niż na pececie.
Z różnych powodów: primo po pierwsze, gry na peceta bywają niechlujnie tylko przystosowanymi grami pisanymi na xboksa. Moje ulubione Split Second na pececie nie wygląda lepiej, za to okazjonalnie się przycina. Tak, to chyba ogólna reguła: gra może wyglądać na pececie nieco lepiej, ale na xboksie nie tnie się praktycznie nigdy.
Dalej, gra na pewnym konkretnym pececie - choć całkiem niezłym - za chińskiego boga nie chce ruszyć np. na rozdzielczości większej niź 320x200. Taki zgryz mamy np. z legalnie kupionym Assassinem Czarną Flagą, któy jakoś się nie lubi z karta graficzną w pececie syna.
Póki: a.) - nie wyjdzie stosowna poprawka lub b.) nie zanabędziemy innej karty, synek pogrywa w Czarną Flagę w - nomen  omen - pirackiej wersji na xboksie.
Zmiana platformy z pc na xboks sbyła okazją do krytycznego przeglądu gier z ostatnich - ja wiem? - pięciu lat.
Nasunęło mi się w związku z tym mnóstwo refleksji, jak - czemu gry w istocie debilne cieszą sie statusem AAA, czemu przepadają autentyczne diamenty i gdzie ich szukać.
O tym  - wkrótce.

22:31, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (1) »
Archiwum