piątek, 29 stycznia 2010

Wiecie jak to jest - idziesz brzegiem i widzisz, że w wodzie miota się jakiś tonący gostek. Już masz zdjąć buty i skoczyć ratować, kiedy np. dzwoni ci komórka. Albo ty sobie przypominasz, że miałes do kogoś oddzwonić. Wykręcasz, gadacie, rozmawiając ruszasz w swoją stronę i zapominasz o nieszczęśniku. Potem sobie przypominasz: - o kurka, głupio wyszło... wracać, nie wracać? O buda z kebabem, może bym coś zjadł... i znowu schodzi.

Załóżmy, że wracasz po godzinie przez ten sam most i ten niedoszły topielec wciąż tam walczy... znak od Boga, nieprawdaż?
No właśnie w takiej sytuacji jestem teraz. Jak wiadomo parę tygodni temu na liniach energetycznych Śląska osiadł lód i przygiął je do ziemi, a gdzieniegdzie nawet obalił. Bez prądu - katastrofa, ciemno, zimno. Z nudów ludzie wyciagają świeczki i czytają książki, z chłodu małżeństwa po latach znów przytulają się do siebie... armagedon.

Już już miałem ogłosić światu notkę z dobrą nowiną, że znam sposób na te oblodzenia. Dokładnie takie same występują czasami na Alasce i zaraz po wojnie, w wyniku być może pierwszej świadomie zaaranżowanej burzy mózgów, wynaleziono tani i genialny w swojej prostocie pomysł na usunięcie lodu. Przeczytałem o nim w książce pt "Twórcze rozwiązywanie zadań" wydanej ćwierć wieku temu i oto zdarzyła się okazja, by spożytkować nabytą wówczas wiedzę.

Kiedy siadłem do klawiatury, pomyślałem że najbardziej zainteresowani tej notki i tak nie przeczytają z braku prądu, potem wpadłem na pomysł poszerzenia bazy czytelniczej serią notek "Jak schudnąć/poderwać dziewczynę/włamać się na gg" i wobec sukcesu frekwencyjnego zapomniałbym o pozbawionych prądu (już przez drugą falę mrozów) Ślązakach, gdyby mi samemu prądu nie wyłączono.
Znak. Tym bardziej, że pod wieczór prąd powrócił.
Nie ma rady, zapodaję: Lód z drutów szybko, tanio i skutecznie można usunąć przelatując nad linią helikopterem. Tak właśnie robią na Alasce.
Teraz sumienie mam czyste i nie dam się wrobic w poczucie winy, nawet jeśli helikoptery jakimś cudem ruszą nad linie i podmuchem powietrza powywracją resztę tych spróchniałych słupów.

__________________________
w mogadiszu jakoś nie mają problemu oblodzonych drutów. samych drutów  tez chyba nie mają.

07:15, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
środa, 27 stycznia 2010

Internet trzeszczy od pytań takich jak tytułowe i niesie na nie miliony odpowiedzi. Nie twierdzę, że żadna z nich się nie nadaje, ale na pewno żadna nie daje GWARANCJI. Tę mogę dać tylko ja. I daję. Każdemu grubawemu komputerowcowi, pryszczatym kibolom w podrabianych adidasach i starszemu panu, co na spacer wyprowadza psa - jeśli tylko postąpią zgodnie z moimi wskazówkami, gwarantuję, że poderwą dziewczynę.

Dzień jak co dzień, pora raczej jesienno zimowa, nastrojowy zmierzch. Zarzucamy na grzbiet jesionkę i wychodzimy w celu towarzyskim, a - kto wie - może i matrymonialnym. Kierujemy się w stronę pętli tramwajowej (mieszkańcy Łodzi: krańcówki), mieszkańcy mniejszych ośrodków - w stronę dworca pekaes. Stajemy na przystanku i symulując oczekiwanie na środek lokomocji uważnie acz dyskretnie taksujemy wysiadające niewiasty.

To ostatni moment, kiedy ewentualnie może pójść coś nie tak - po prostu żadna z pań może nie przypaść nam do gustu. Jeśli jednak taka się trafi, szczęście jest w zasięgu ręki. Nieśpiesznie ruszamy za wybranką. Nieśpieszne - nigdzie nam nie uciekne, jest - przypomniam - pora jesienno-zimowa i pasażerka komunikacji publicznej popyla w kozakach na obcasach po śliskim chodniku. Ma na sobie ciężkie palto, pod nim sweter oraz, jak się niebawem będziemy mogli przekonać, iks innych warstw otulających ją ściśle i limitujących mobilność.

Oddalamy się od przystanku, ruch rzednie, a mrok gęstnieje i koncentruje się w ciemnych otworach mijanych bram. To właściwy moment. Zdejmujemy jesionkę i szybko podbiegamy do dziewczyny. Zarzucamy jej jesionkę na głowę, którą to głowę następnie oplatamy lewą ręką na wysokości paszczy tłumiąc tym samym ewentualne protesty. Prawą ręką chwytamy dziewczę wpół i, delikatnie podrywając, ciągniemy do wspomnianej bramy.

Nie może się nie udać, mięśnie obręczy barkowej u przeciętnej kobiety są  dwa i pół raza słabsze niż u statystycznego mężczyzny. To zresztą powód, dla którego dużo trudniej poderwać chłopaka. Dwa i pół raza trudniej, choć nie jest to, jak wykażę w następnej notce pt "Jak poderwać chłopaka", niemożliwe.
___________________
Nie czytał tej notki i nie poderwał:

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Jestem ekspertem w temacie, bo w zeszłym roku zrzuciłem w miesiąc 7 kilo i przełamałem fatalny schemat dotykający większość starców po trzydziestce: plus 2 kilo w każde święta. To znaczy latoś (zimoś) zaliczyłem co prawda swoje +2,.a może nawet +3 kilo, ale w sumie nadal jestem na minus cztery.
Zdaję sobie sprawę, że moja recepta na sukces nie jest dla każdego. Należy się mianowicie wynieść na miesiąc do kraju, gdzie żywią się pieczonymi świnkami morskimi i żywymi białymi robakami, nocować w autobusach, dnie spędzać na forsownych marszach, a pion  zachowywać dzięki intensywnemu żuciu liści koki.

Nawiasem pisząc, trasę, którą przebyłem w Peru, oglądnąłem niedawno w programie pt "1000 miejsc, które trzeba zobaczyć przed śmiercią". To jeden z tysiąca telewizyjnych gniotów, których lepiej unikać za życia. Wybrana w kastingu para amerykańskich, końskoszczękich bubków wozi się w nim po pięciogwiazdkowych hotelach.  Jedynym atutem tej chybionej reklamówki bezwstydnie wciskanej jako dokument przez program o szalbierczej nazwie Discovery jest to, że nakręcono ją w fullhd.

O fullhd przy innej okazji, dziś recepta na schudnięcie tu i teraz, choć w temperaturze -20 zrzucanie kilogramów wydaje się zajęciem dużo mniej sensownym, niż przezorne porastanie tłuszczem.

W zeszłym roku o tej porze zanabyłem pierwsze w życiu łyżwy. Kupno łyżew u progu globalnego ocieplenia zakrawa na szaleństwo, jeśli przeoczyć fakt, że temat glo-cie wzięła w swoje (z definicji: lewe) ręce szeroko pojęta lewica. Zgodnie z brodatą anegdotą, kiedy ci faceci biorą w zarząd Saharę, to po roku zabraknie na niej piasku. Nie inaczej z ociepleniem: pod kierownictwem ekoignorantów wystąpiły przejściowe trudności w pozyskiwaniu ciepła ze słońca i wkroczyliśmy w małą epokę lodowcową, my Europejczycy.

Skuwa nas lodem i przysypuje śniegiem na przemian, a właśnie w tej chwili skuło rzeki i nie zdążyło ich przysypać. Zachód słońca w tych warunkach bywa pięknym widokiem, a widok herbacianej kuli znikającej za horyzontem, ku której mkniemy po tafli zamarzniętej rzeki jest zdecydowanie jednym z przeżyć, jakich  warto doświadczyć przed śmiercią.

O znikających z każdym oddechem kaloriach nie wspomnę.
____________________________
celem inspiracji i mobilizacji:

piątek, 22 stycznia 2010

Wszyscy zapewne pamiętają aferę sprzed trzech lat, kiedy rozpowszechniono tajne hasła, których używa policja, żeby logować się do Waszych skrzynek pocztowych. Przypomnę, że wystarczyło wpisać hasło składające się z nazwy użytkownika i liczby 997, żeby... za szybko? No dobra, jak się logowałaś na gosia123 i hasło: misiaczek, to ktoś mógł się dostać do Twojej skrzynki na użytkownika gosia123 i hasło gosia123997, jasne?

Wszyscy się strasznie oburzyli, policja zablokowała te hasła, a trochę szkoda, bo można było sobie zobaczyć, co wypisuje ta małpa z 3e i w ogóle. Jak ludzie wiedzą, że ktoś może przeczytać to nie obmawiają jedni drugich za plecami. Ja też nie znoszę dwulicowości i wolę jak ktoś całą prawdę prosto w oczy, dlatego udostępnię NOWE HASŁA, które na 100% działają na każdej skrzynce w Polsce. I na poczcie gugla.

Najpierw napiszę, skąd je mam, żebyście wiedzieli, że nie ściemniam, bo w internecie trzeba uważać, żeby jakiś pedofil nie przekręcił was na pieniądze czy coś.  Otóż ja mam sąsiada, który pracuje w CBŚ i on mi je podał. To znaczy on już nie pracuje, bo przeszedł na emeryturę i powiedział: podam ci Leniuch te tajne hasła, bo cię lubię, a teraz to oni moga mi nagwizdać. CBŚ to też policja, tylko taka w cywilu.

No dobra, do rzeczy. Dzisiaj policja loguje się na hasła składające się z nazwy użytkownika i liczby 112. Czyli jak ktoś się loguje na użytkownika daga.pencinska, to możesz wejść na jej skrzynkę hasłem daga.pencinska112.

UWAGA, to hasło działa na 1000%!!!!

Czasem, jak nie zadziała, to znaczy, ze KTOŚ SIĘ JUŻ NA TO KONTO TYM HASŁEM LOGOWAŁ WIĘCEJ NIŻ 3 RAZY!
Najpewniej była to policja i ja na waszym miejscu przestałbym się interesować taką osobą.
Gdybyście jednak, na własną odpowiedzialnosć, chciały jednak na to konto zajrzeć, np. po to, żeby dowiedzieć się, co ona takiego zrobiła, to jest jeszcze jedno hasło, które działa zawsze.
Ale nie mogę tego hasła podać, bo mógłbym mieć kłopoty.
Chyba, że bardzo, ale to bardzo chcecie, zostawcie wtedy adres w komencie i ja wam wtedy to hasło wyślę.
Albo nie.
Bo muszę wiedzieć po co je chcecie, bo jakbyście chciały np. komuś pocztę wykasować, to ja na to nie idę.

I zaglądajcie na tę stronę, bo już niedługo napiszę, jak się włamać na gg.

środa, 20 stycznia 2010

W zeszłym roku o tej mniej więcej porze PT Czytelnicy głosowali w plebiscycie na Czesławę'09.
Elitarne wyróżnienie otrzymał "kol. aXXo, za pracowite rozpowszechnianie dóbr kultury". Zgodnie z moimi ówczesnymi przewidywaniami siepacze showbiznesu dopadli aXXo wkrótce potem. Zostały po nim kapcie i paszport, ale spiratowane przez niego filmy są trwałą spuścizną, wciąż żywą w sieci bittorrent.

W tym roku głosowanie poprzedzą nominacje. Dzisiaj dla The Onion News i Nowego Pompona.
Nie wiem jak kogo, mnie śmieszą do łez. Czasami. Jeśli nie chce się Wam klikać, poniżej moja własna podróbka ich stylu:

Mieszkaniec Morąga nie słyszał o Dodzie.

"Doda? Chyba: "dodo", taki nielot" odpowiedział Jan G (62), indagowany przez naszego reportera. Miejscowy ekscentryk pojawił się we wsi w jako emigrant wewnętrzny czasów stanu wojennego. "Jest w zasadzie nieszkodliwy. Kiedyś dzieci dziurawiły mu koła, ale od kiedy postawił syrenkę na cegły, jest z nim spokój." - scharakteryzował Jana G. jego sąsiad.

Przypominamy, że w tej samej miejscowości cztery lata temu przyszło na świat prosię o trzech parach racic. "Liczymy na trwałe wpisanie do rejestru osobliwości Podlasia i związane z tym unijne dotacje" - zaciera ręce miejscowy sołtys.


Premier Pawlak zagra w pokera o Gazociąg Północny

Waldemar Pawlak wystąpił z propozycją rozgrywki, której stawką miałby być Gazociąg Północny i pole naftowe Siewierskaja VI. Strona polska do puli zgłosiła Łebę i Marylę Rodowicz. Nieoficjalnie mówi się, że małżonka premiera właśnie w Łebie struła się zeszłego lata dorszem.
Kancelaria premiera Putina jeszcze nie ustosunkowała sie do propozycji Pawlaka.

sobota, 16 stycznia 2010

Rozdział I - Amatorka

Pewien mój znajomy o wiele mówiącym przydomku Kwadrat pracował jako informatyk w dużym, wielooddziałowym Przedsiębiorstwie. Kiedy miał wdrożyć na skalę ogólnopolską jakiś nowy system, konfigurował potrzebne urządzenie i podsyłał je najbliższą okazją do takiej Gołdapi. Następnego dnia łapał za telefon i prosił z księgowością.
-Pani Ala? Kwadrat z centrali... takie pudełko dla pani Zenkowi wrzuciłem na pakę... doszło?
- ....
- ... No, a kto tam dobry z tych komputerów jest.. Pęcińska? Pani da te Pęcińską... podejdzie pani do serwerowni... tak do tego składu na szczotki... i to pudełko włoży do szafy po lewej,,, zielonym kabelkiem do tego zielonego... tego co mryga na żółto... a czerwonym pod to duże buczące w szafie po prawej. Tak, i do prądu też...

W rzadkich wypadkach, kiedy Pęcińska była na macierzyńskim, albo duże buczące w wyniku jej działań przestawało buczeć, Kwadrat nakładał paletko i wsiadał do pekaesu na Gołdapię.

Wiem, że powyższe nie brzmi dobrze, ale pewnym usprawiedliwieniem działań Kwadrata może być fakt, że jako akademicki specjalista od procesów stochastycznych był profanem w świecie zawodowego IT.

Rozdział II - Profeska.

Kiedy nowocześnie zarządzane, wielooddziałowe Przedsięborstwo postanowiło wdrożyć na skalę ogólnopolską nowy System, zwróciło się do Międzynarodowego Koncernu. Koncern jest zbyt międzynarodowy, żeby samemu fatygować się do takiej Gołdapi, wyręcza go w tym Wiodąca Korporacja. Wysokospecjalizowanym ramieniem koroporacji w terenie jestem ja - jednoosobowy samozatrudniony.

Nie ma jednak tak prosto, żebym wsiadł i pojechał do Gołdapi. Szafy, w których mam umieścić urządzenia, nie są zarządzane przez Przedsięborstw,o w którym stoją, ale przez dwie różne renomowane  Firmy.

Właściwy Project Manager imieniem Bob musiał skoordynować pojawienie się mnie, pracowników firm od obu szaf i obserwatora z ramienia klienta i najwidoczniej zadanie to przerosło Boba. Przez pół roku daremnie wysłał z setkę mejli, każdy do najmniej trzech adresatów i dziesięciu-do-piętnastu w polu "do wiadomości".
Nic nie zmyślam, właśnie kasuję te mejle.
W pewnym momencie, na żarliwą prośbę koleżanek z Korporacji, którym przepełniały się skrzynki, wziąłem sprawy we własne ręce i umówiłem wszystkich na betonowy i całkiem sensowny termin.
Gruba nieostrożność, wkroczyłem bowiem w (nie)kompetencje  Boba.
Przesunął przynajmniej godzinę na taką, żebym mógł wyruszyć do "Gołdapi" o trzeciej w nocy.
Zacisnąłem zęby, ale co tam. Szkliwo pękło mi dopiero, kiedy zajrzałem do poczty.
Pewien, kluczowy a nie angażujący się dotąd w sprawy Menedżer z Przedsiębiorstwie "zaproponował" zmianę terminu na sobotę, godzina 22:00.

Już sie miałem poddać i pozwolić Bobowi chrzanić sprawy po swojemu przez następne pół roku, ale wykonałem jeszcze telefon ostatniej szansy do Menedżera.
-Leniuch, Korporacja w sprawie instalacji, chciałem potweirdzić termin. Sobota 22:00?
-Może być dwudziesta druga, może być sobota. Tak zaproponowałem, bo po prostu wkurzacie mnie, że siedem razy zmieniacie termin.
-Słucham?! Ale przeciez ustaliliśmy wydawało mi się ostatecznie.
-Nie ten nie może być, bo mnie zdenerwowaliście tym przekładaniem
-No to jaki może być?
-Nie wiem, jakiś ustalony. Bo ja jestem za porządkiem,

(powyższą rozmowę przytaczam z pamięci, więc jest tylko w 95% autentyczna)

Koniec końców zignorowałem Menedżera, przyjechałem i podłączyłem pudełko do tego zielonego. Z tym buczącym  niestety nie wyszło, bo Firma zarządzająca szafą zgubiła do niej kluczyk. Nie szkodzi, jak znajdą, to Koncern wystawi mojej Korporacji następne zlecenie.


Nie da się zbudować dobrobytu, jeśli robotę, która może zaangażować czterech specjalistów, siedmiu menedżerów i zamulić jeden serwer pocztowy, wykona jakiś amator i Pęcińska z księgowości.
No nie da się.
Profeska rządzi.
___________________________
Avatarowi zawdzięczam nastrojowy kawałek, który każę puścić na swoim pogrzebie:

10:23, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
czwartek, 14 stycznia 2010

Polak to jest gość. A w każdym razie był, w popkulturze. W związku ze schyłkiem filmu w ogóle, a kin w szczególności (czy ktoś ma jakiś pomysł, na co przerobić pustoszejące sale kinowe?) postanowiłem podsumować obraz Kowalskiego.

Jak wyglądał? Jak Brando w "Tramwaju zwanym pożądaniem" z 1951 roku, 11 nominacji, cztery statuetki. Ten wizerunek oddaje sprawiedliwość przeciętnemu Polakiowi i stu trzydziestu tysiącom Kowalskich. Ba, ja sam naszam identyczny podkoszulek.

Po czarno-białych latach pięćdziesiątych nadeszły kolorowe czasy kontrkultury, a wraz z nimi nadjechał dodżem-czardżerem Kowalski w osobie niejakiego Barrego Newmana. Fim był cool, ale Barry nie dorastał do Brando a tym bardziej do Przeciętnego Kowalskiego. Próbowano naprawić tę niestosowność rymejkiem, ale nadszedł koniec stulecia i Hollywood zszedł na psy. Najlepsze co miał, czyli Vigo Mortensen, król i władca pierścieni, mógł być co najwyżej karykaturą potężniejącej z czasem legendy Kowalskiego. Po fiasku rymejku nikt się już nie odważył mierzyć z gigantem i tylko "najlepsi" psiejącej branży, jak Quentin Tarantino w Deathproof ośmielali się z daleka oddawać hołd Kowalskiemu.

U progu trzeciego tysiąclecia film w klasycznym rozumienia tego słowa umarł, a Holywood stał się fabryką kreskówek i nieudolnych sequeli gier komputerowych, produkowanych na użytek garstki starców nie potrafiących obsłużyć gamepada.

Dzisiejszy Kowalski z kreskówki jest pingwinem zamieszkującym nowojorskie zoo. Właśnie kończymy z dzieckiem 18 odcinek przygód jego komanda, w którym odpowiada z wywiad i planowanie. "Jest bardzo inteligentny, ale ma tendencję nadanalizowania sytuacji. Boi się dentysty."
I znowu się mogę z nim utożsamiać.
________________________
Skoro już zdziecinnieliśmy... "Wodziła Maryś jagnię". SRV w białych kozakach sfilmowany z ręki na koncercie, wersja inna niż inne.

12:46, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
wtorek, 12 stycznia 2010

Po namiętnych apelach o legalizację narkotyków przez publikatory przetaczają się kolejne liberalne pomysły, jak np. możliwość wycofania swojej składki emerytalnej z funduszów. W sumie racja: sami se zarobili sami se wydadzą. Ciężko jest dyskutować z takimi pomysłami, bo na płaszczyźnie ideowo-werbalnej bardzo dobrze się bronią: nie będzie państwo mi mówić, jakimi używkami poprawiać sobie humor czy co robić z moimi własnymi pieniędzmi.
Wolność rządzi.
Krytyka tych zapędów jest tym trudniejsza, że co bardziej oczytani liberałowie na wyprzódki wyciągają jakieś opracowania, w których stoi jak wół: w Portugalii np. zdekryminalizowano narkotyki i polepszyło sie DRAMATYCZNIE.
Nie za bardzo wierzę w raporty amerykańskich think-tanków, wolę zamiast na ich wnioski rzucić okiem na gołe tabelki, z których wynika, np., że od momentu "dekryminalizacji" m. in. heroiny w lipcu 2001 roku ilość zgonów spowodowanych narkotykami wzrastała w Portugalii niemal liniowo ze 156 (2002r) do 314 (2007r) i per capita jest trzy do czterech razy wyższa niż w Polsce.
Ale nie chodzi przecież o jakies głupie cyferki tylko o wielką ideę wolności, żeby państwo nie mówiło obywatelom etc. etc.
No więc żeby nie wyjść na wroga wolności mam swoją własną propozycję: zamiast niszczyć nieco przestarzały sprzęt wojskowy, rozdajmy go rezerwistom. Broń w każdym domu to fundament wolności i demokracji. Każdy Szwajcar po służbie wojskowej ma w domu giwerę i proszę jaki u nich porządek.

Żeby nie było wątpliwości - ja tylko zgłaszam projekt, niech go wprowadzają oświeceni wolnościowcy, w pakiecie razem z legalizacją narkotyków i dobrowolnością emerytur.
W zamian za ten świetny pomysł miałbym tylko jedno maleńkie zastrzeżenie: kiedy już zostaniemy najbardziej wolnym krajem kontynentu i kiedy pojawią się nieuchronne skutki uboczne tych wspaniałych praw np. liczni zzombifikowani heroiniści, bezzębne babiny obrabowane przez chciwe potomstwo z emerytur i wygnane na mróz oraz ofiary sąsiedzkich niesnasek z kulą w kręgosłupie, to niech policja zbiera z ulic te dziadygi i zawozi pod domy entuzjastów wolności i doboru naturalnego. Nikt przecież lepiej niż liberałowie nie rozumie, że wolność to wielki dar, po stokroć wart takiego poświęcenia, jak odgarnięcie z podjazdu pechowców i nieudaczników.
________________
Na weselszą nutę:

00:46, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (12) »
sobota, 09 stycznia 2010

film rzecz. m.  - forma przejściowa między ->literaturą, a ->interakcją.Szerszą popularność zdobył wśród nastolatków ( ->Hollywood). Nie zastąpił literatury (-> "książka była lepsza") i za schyłkowego politpoprawizmu został wyparty przez -> gry komputerowe, czyli wczesne formy interakcji (->"gra była lepsza").


Nie blogowałem w Święta i nie blogowałem w Nowy Rok. Najpierw zdobywałem Okinawę i Reichstag w Call of Duty 5, a potem broniłem Waszyngtonu przed Ruskimi. To drugie w CoD 6 aka Modern Warfare 2, który podobno został grą roku 2009. Chyba na tej samej zasadzie, dzięki której trzecia część Władcy Pierścieni dostała wszystkie nagrody, jakie należały się poprzednim częściom. CoD 6 nie odbiega specjalnie (w każdym razie na moim, upośledzonym sprzęcie) od piątki czy wcześniejszych - czyli jest świetne.

Nawiasem pisząc otwierająca sekwencja oryginalnego CoD jest uderzająco podobna do początku filmu "Wróg u bram", dwa lata wcześniejszego. Jakoś nie zauważyłem, żeby autorzy gry przyznali się, że inspirował ich film, bardzo zresztą dobry.
Ale gra była lepsza.
___________________
CoD6 został oprawiony muzycznie przez Hansa Zimmera, kolesia od Helikoptera w Ogniu, Piratów, Gladiatora i hgw czego jeszcze. Perfekcja, ale tylko razem z akcją, kawałki luzem nie robią już takiego wrażenia. I dlatego Hans Zimmer ustąpi miejsca pod niniejszą notką Stanowi Frołowowi i chórowi Armii Czerwonej

20:55, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
czwartek, 07 stycznia 2010

Czasami, zwykle między świętami a nowym rokiem nachodzi mnie (i pewnie nie tylko mnie), myśl by sie podźwignąć, naprostować ścieżki etc. Pośród wielu szczytnych postanowień na nieostatnim miejscu wylądowało u mnie zerwanie z piractwem. Nie dość że pirractwo jest nieetyczne, to do tego tak strasznie absorbujące... naściągasz sobie filmów, gier, a potem wypadałoby to wszystko obejrzeć.
A przecież możnaby by jak człowiek na coś wartościowego z małżonką do kina... zwłaszcza że oboje jesteśmy jednoosobowymi przedsiębiorcami, którzy nie muszą tłoczyć się z ciżbą w sobotni wieczór, tylko wybrać się ekskluzywnie, powiedzmy w środę o 11:00.

Przykrą stroną wizyty w kinie w dzień roboczy jest trudność znalezienia parkingu. Ceny w podziemnym pod kinem (Helios Wrocław,K. Wielkiego) wydały mi się paskarskie, do momentu, póki nie zobaczyłem tych za bilety. 10+ dolarów razy dwa??? Kiedyś można było za tyle kupić całe kino z bileterką w środku!  Na popkorn i kolę już mi nie starczyło, jak jakiś leszcz zaskamlałem o wsparcie u Leniuchowej.

Przy wejściu do sali cofnęła nas fala nieprawdopodobnego sztynku. Domyślam się, że kino Helios w mrozy nie bawi się w żadne wentylacje. Strategicznie spóźnilismy się zwyczajowe 10 minut, ale przed projekcją 3D (tak, byliśmy na Avatarze) musi być chyba odpowiednio więcej reklam -  w sumie ponad kwadrans. W normalnych okolicznościach, żeby wcisnąć mi kwadrans, ba - pięć minut reklam - Babilon potrzebuje kwartał do pół roku, a i to całkując po telewizji, interku i przydrożnych billbordach...

Litr koli w ciagu trzygodzinnej projekcji odniosło przewidywalny skutek. Mniej więcej w połowie projekcji zacząłem przepychać się do kibla. Okulary - syknęła bileterka. Zostały na siedzeniu -  zapiszczałem. Trzeba zdać inaczej nie wypuścimy - poparła ją druga, taka więcej zwalista. Przepchnąłem się z powrotem po okulary. - Do toalety w lewo, w dół, w prawo i w lewo skos -pokierowała mną zwalista. Po pięciu minutach błądzenia w ciemnościach trafiłem do schowka na szczotki. Potrzeba wyostrza zmysły i w końcu dotarłem do właściwych drzwi. "Umieść bilet pod czytnikiem kodu" - brzmiał napis na drzwiach. Zamkniętych na głucho. No oczywiście, gdyby nie było tego czytnika i zamka na elektromagnes, to do kibla mógłby wejść każdy łachmyta z ulicy i po pokonaniu 2 pięter i ciemnego labiryntu skorzystać ZA DARMO!
Na swoje miejsce, po bilet, który tkwił w torebce Leniuchowej, dotarłem nie bez przygód chwilę przed końcem filmu. I tak za chwilę mieliśmy wychodzić, więc heroicznie dotrwałem do finału.

Ani technologia 3D, ani satysfakcja z właściwych wyborów moralnych nie jest warta wyprawy do takiego kina. Co w zamian? Jeśli dobrze wymierzyć, to większy monitor oglądany z własnego krzesła jest tak samo duży jak srebrny ekran z piętnastego rzędu.

Na Nowy Rok, ekipie The Piratebay i wszystkim anonimowym internautom publikującym tamże... wytrwałości!

(wrażenia z samego Avatara, acz jednostronne - tutaj. Co najmniej dobry film, warto, ale nie żłopcie koli)

Poniżej coś w zupełnie innym klimacie:

15:40, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 04 stycznia 2010

Czesi zalegalizowali heroinę. Na początek dwa gramy, ale jak dowodzą niezliczone przykłady, legalny dwugramowy heroinista nader szybko staje się heroinistą zaawansowanym. Ci, którzy z jakiś powodów jeszcze nie sa na heroinę gotowi, mogą poszukać radości życia w kokainie albo zwielokrotnić swe możliwości amfetaminą. Zupełne mięczaki mogą poprzestać zielu lub grzybkach halucy.

Niezawodna w takich razach Wyborcza wymodziła z tej okazji artykuł w tonie "ach kiedyż wreszcie u nas". Doprawdy nie chce mi się ...dyskutować z matołami, więc tylko skupię się na zaskoczeniu, jakie wywołała na mnie informacia, że to właśnie rozsądni Czesi wywinęli taką bzdurę.

Po namyśle, obraz Czecha, jako najmądrzejszego ze Słowian nie ma wielkiego pokrycia w rzeczywistości. [...]

[ Tu nastąpiła przerwa w notce, podczas której szukałem spektakularnych dowodów na wrodzoną głupotę Czechów, poza tym jednym, wspomnianym powyzej, ale szło mi niesporo. W tym czasie, w następnym artykule z narkoserii, (prawie) najpoczytniejszy polski dziennik opisał parę popularnych, niedrogich środków, które po zakupieniu bez recepty w aptece pozwolą na kolorową podróż do granic percepcji, poza nie, a nawet całkiem na drugą stronę. Pośród nich, jako tradycyjną używkę indiańską zachwalano "wino duszy", czyli .. ajahłaskę]

Tu, Mili, miałbym cztery grosze do wrzucenia, bo spotkałem w dżungli Indianina który takie "wino duszy" pichci. Bylismy ciekawi, skąd on to wszystko wie, jak leczyć, wejść w umysł małpy-pająka i w ogóle. Indianin nas zaskoczył, bo z dumą oświadczył, że w przeciwieństwie do okolicznych partaczy on jest samoukiem i drzewa same mu mówią co z czym. No, kiedyś poczuł się źle, poszedł do lasu, poeksperymentował, poczuł się lepiej i zdecydował, ze może też leczyć innych.

Nasz przewodnik, który chyba miał nadzieję na prowizję od zużytych przez nas w dżungli środków halucy, pośpieszył z wyjaśnieniem, że co prawda ajahułaskero, czyli facio pędzący to "wino duszy" w ogólnym przypadku powinien mieć jakiegoś nauczyciela, ale ten tu jest szczegónie utalentowany i robi najlepszą ajahłaskę nad Amazonką. On, przewodnik, wali w dekiel rózne ajahłaski i zapewnia, że lokalna daje najbardziej.

Well, jeśli nawet bylibyśmy w najmniejszym stopniu zainteresowani konsumpcją (nie byliśmy) to po takim wyjaśnieniu na pewno by nam przeszło. Na zdjęciu obok widać wspomnianego szamana-kurandero-ajahłaskero oraz moją prawą dłoń z brudną cieczą w starym plastiku po mineralce.

Ale to nie ten plastik jest prawdziwym naczyniem wina duszy, o nie. Niezbędnym atrybutem ajahłaski jest wiadro. Na rzygi. Dusza bowiem nie chce szybować z pełnym żołądkiem, że tak to ujmę.

Takie właśnie wiadro na rzygi dedykuję wszelkim entuzjastom przypalania, wciągania, walenia w kanał w nadchodzącym 2010, a zwłaszcza Czechom-debilom.
Enjoy.

Archiwum