poniedziałek, 31 stycznia 2005
Kupiłem sobie niemiecki bombowiec. Na początku udawał zwykły piec olejowy, ale po wlaniu ekotermu plus ryknął jak pikujący sztukas. Czemu mętny olej z Orlenu zmienia polskie kotłownie w niemieckie hangary ?
Wysoka komisjo, żądam wyjaśnień.
20:37, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (6) »
sobota, 29 stycznia 2005

xxx

W poprzednich odcinkach.

Zgodnie z zasadą trawy zieleńszej po drugiej stronie wzgórza, gdańszczanie śnią o Skrzycznem, a górale o dzikiej plaży. W moim mieście np. tłumy walą na festiwal szant choć morze szumi hen, na drugim końcu Odry. Nie inaczej jest w Afryce. Bar, w którym Johann przez parę wieczorów snuł swoją opowieść nazywał się, a jakże, "Tawerna", choć stał na płaskowyżu wyższym od Śnieżki. W skomplikowanej rzeczywistości współczesnej RPA stwierdzenie, że był to lokal dla białych, byłoby uproszczeniem. Jednakowoż, kiedy w ogródku piwnym przed tawerną pojawiła się młodziutka Murzynka, zapadła grobowa cisza, a czarnoskóry kelner rzucił się, by własnym ciałem zastawić wejście do lokalu. Po krótkiej, a burzliwej wymianie obelg w miejscowym narzeczu dziewczę dobitnym głosem zażądało: "I WANT TO SEE MY HUSBAND". Porażony asertywnością pannicy Lucky nie wpuścił jej co prawda do środka, ale sam zniknął w czeluściach sali bilardowej by po chwili powrócić z odpychającym typem. Kolo ów, rzecz jasna biały, był żywą ilustracją określenia “obrzydliwy stary cap”. Do tego występował w krótkich spodenkach, co intensyfikowało jego image podstarzałego satyra. Wraz z domniemaną żoną obleś usiadł przy służbowym stoliku na końcu ogródka. Powrócił gwar przerwanych rozmów, choć byłem pewien, że zmienił się ich temat. Tym bardziej, że czarnula równo ochrzaniała swego starego, a w końcu razem opuścili lokal. Spojrzałem na Johanna, był zdruzgotany. -Cóż, to był George. Czego spodziewać się po Angliku. - stwierdził ponuro i wbił oczy w butelkę.

Zrozumiałem, że tego wieczoru nie usłyszę reszty opowieści.

czwartek, 27 stycznia 2005

W poprzednich odcinkach.

Obrazek Wilem rozesłał wici po okolicznych wioskach. Każdy Czarny w promieniu stu kilosów wiedział, że za wskazanie wraku awionetki do końca życia będzie opływał w tłuste krowy i zdrowe dziewuchy, nie wspominając o własnym motocyklu. Chłopaki grzmotnęły się na werandzie i oddały konsumpcji piwa z Windhoek. O dziwo, wciąż mieli ze dwie skrzynki, gdy dalekie brzęczenie oznajmiło przybycie ofiary. -Przypatrzcie się dobrze, jutro go strącimy. Dwusilnikowy piper obniżył pułap, jakby usłyszał, że o nim mowa i wylądował na placu tuż przed werandą. Sawanną wstrząsnął grzmot opadających szczęk. Z samolotu szedł ku nim...

-Major Smits !

-Spocznij. Popijamy, co ? Poznajcie Bubę. Zza Smitsa wychylił się skulony Hindus o rozlatanych oczkach.

-Pan Buba od wczoraj jest etatowym pracownikiem de Beers. Zrozumiał, że działając nielegalnie naraża się na, he he, zestrzelenie przez konkurencję. Ale teraz - w oczach Smitsa pojawiły się dwie trupie czaszki - on i jego diamenty są własnością Firmy. A ty Wilem chlej dalej, może znowu chlapniesz coś ciekawego.

-I co, nie stuknęliście ich? - spytałem rozczarowany.

-Daj spokój, stary. Liczyliśmy na kamyki za 3-4 miliony dołków. De Beers daliby tyle samo, ale za głowę każdego z nas. Skuliśmy się jak nosorożce, rozjechali po domach i finał. A w każdym razie tak się wtedy wydawało. Stingera opyliłem Nigeryjczykom, i uwierz mi, był niezłą inwestycją. Kasą miałem dzielić przy okazji święta pułku, na które mieliśmy zjechać do Pretorii.

środa, 26 stycznia 2005
Ha, dostałem wczoraj maila z Firemki z wykazem szkoleń do zaliczenia. Byłbym za, gdyby nie to, że szkolenia są online, a wykaz obejmuje 105 pozycji. Póki co są to rozczulające banały, ale co się naklikam to moje. Przy okazji dowiedziałem się, jak wyliczyć 25 procent z czegokolwiek - amerykański tutor wyjaśnił mi to klik po kliku.
Kiedy zaczynałem swą wątpliwą karierę w Korporacji, interek był jeszcze w powijakach. Firma podłączyła nas pod szkolenie dla klientów - administratorów z Banku. Teren zjechał na tę okazję do Marriottu, enklawy cywilizacji zachodniej w morzu straganów wczesnego Balcerowicza. Na początek wlazłem do windy hotelowej, dopiero życzliwy Rusek z wielkim złotym siekaczem przekierował mnie do biurowca.
Szkolenie ruszyło, godzina, dwie, przerwa, a po przerwie... Otwierają się drzwi i wchodzi trzech, krawaciarz i dwu komandosów, na czarno.
- Przepraszam panów bardzo - mówi krawaciarz , ale jakoś tak, że nawet jak ktoś nie wiedział, to się domyślił, że ochrona to niezweryfikowane SB - czy któryś korzystał ostatnio z toalety?
Cisza oczywiście, krawaciarz wzrokiem wypala dziury w kursantach, a ja zachodzę w głowę, kogo w tym kiblu stuknęli, może prelegenta, bo się zmienił po przerwie.
- Przykra sytuacja wynikła, bo ktoś zabrał deskę sedesową... Wczoraj zamontowaną. Lepiej żeby się znalazła inaczej przystąpimy do przeszukania - i już widzę, że wzrokiem taksuje nasze aktówki. Ale na razie poszli sobie.
Dobrze, że ten co zabrał chyba spękał i oddał, bo wyszliśmy bez osobistej i o własnych siłach.


SECURITY

Pan się nie opiera, bo Pan sobie rękę złamie.
leniuch102@gazeta.pl (c) 2004

08:29, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 stycznia 2005

W poprzednich odcinkach.

Wujaszek Wania przeciągnął się i wyszedł na werandę. Bezchmurny poranek uśmiechnął się do niego wszystkimi promykami słonka. Wania, ocieniając oczy pulchną łapką, spojrzał w kierunku horyzontu. -Pasmatritie, wot letjat ! - krzyknął ktoś. I rzeczywiście, na niebie pojawił się długo wyczekiwany klucz. Ale nie były to żurawie, a MIG-i 23 z bazy w Kongo. Weranda zaś znajdowała się nie pod Moskwą, a w Luandzie, skąd generał Wania, sorry, Iwan Dłutow prowadził wojnę w Angoli.

Umówmy się, że MIG kiepsko komponuje się z pustynnym krajobrazem. W ogóle, pojawienie się tych maszyn zostało przyjęte jako zachowanie niesportowe, coś jak pomoc starszego brata w zmaganiach na rękę. Jak uczy historia naszego zimnego kraju, zawsze "znajdzie się pała na dupę generała". W tym przypadku biczem na wujaszka Wanię okazał się wuj Sam, którego poręczne rakiety ziemia-powietrze rychło rozwiązały problem samolotów. W samą porę, bo rycie rowów przeciwlotniczych zaczęło przekonywać Johanna do pacyfizmu. Widok trafionego Miga w spirali śmierci najbardziej wstrząsnął celowniczym Wilemem, rumianym farmerem spod północnej granicy. Zamiast wiwatować jak inni, zrobił minę á la Pomysłowy Dobromir. Po kolacji, za barakiem magazynu, wyłuszczył reszcie kolegów swój plan.

-My tu skupujemy od Czarnych kamyczek po kamyczku, a przy odrobinie konceptu możemy rozbić bank. Nad naszą farmą w Limpopo raz na kwartał przelatuje awionetka. Jeden przytomniak lata sobie do Botswany i tam za perkal i kokakolę skupuje od Buszmenów diamenty. Mówią, że z jednego kursu ma taką, o, walizkę. Tu Wilem rozłożył ręce, jakby chciał objąć tyłek Naprawdę Grubej Baby (tm). Johann z Louim patrzyli na niego jak zahipnotyzowani. Rozumieli się bez słów.

W ciągu miesiąca sprzedali uściubione wcześniej kamienie, a pozyskana kasa sprawiła, że jeden ze stingerów zamiast w silnik miga trafił do brezentowego wora. Niedługo potem wojna zakończyła się opcją zerową: Ruscy wrócili do Rosji, Kubańczycy na Kubę, Afrykanerzy do RPA.

W pewnej farmie przy granicy z Botswaną trzech młodych kombatantów rozpoczęło cierpliwe wyczekiwanie.

niedziela, 23 stycznia 2005

Włoski koncern, w skrócie: Włoch, kupił fabrykę. Żeby łatwo transferować zyski i myśl techniczną z ziemi polskiej do włoskiej zamówił u Niemca łącze. Ten z kolei podnajął Anglików do wykonania łącza właściwego i Amerykanów do ustawienia pudełka na jego końcu. Jakby stację kosmiczną budowali. Pudełko, jako ostatni w łańcuszku podwykonawca, pstryknięciem pstryka włączyłem ja.
Tydzień później dzwoni komórka: Leniuch, jedź do Włocha na ten tychmiast, bo dostałam zgłoszenie na skraju załamania nerwowego. Błysnąłem, huknąłem i po chwili jestem
- Cóż się dzieje?
- Prego ?
- Że łącze dymi, pan zgłaszał.
- A skądże, u mnie tutto perfetto!
- Wiolka, kto to zgłosił ? -Eeeee, Helmut jakiś. Dzwonię do Niemca i słyszę: kabelek wechseln bitte. Jawohl, wywalam firmowy kabelek Cisco za 30 ojro i prokuruję własny za pln dwa pięćdziesiąt, nie wnikając w sensowność  takiego działania. Helmut happy, Fabrizio również, choć mniej, bo moje manipulacje na sieci już trochę odczuł.
Sytuacja się powtarza raz i drugi, z ciekawości dzwonię do Anglików, a konkretnie kolesia, który, jak ja, za nędzny grosz dla nich jeździ. -Popatrz, Leniuch przez okno, mówi, widzisz dźwig po lewej stronie? Widzę. -No właśnie, wczoraj był po prawej, jak przejeżdżał to przeciął naszą radiolinię na trzy sekundy, Niemiec zobaczył zakłócenie i stąd twoje zlecenie. -Mówiłeś mu ? - Z dziesięć razy, ale on ma procedurę.
Dźwig jeździł przez całą jesień hojnie generując zlecenia i dowodząc mej przydatności. W końcu Włoch nie wytrzymał i pogonił naszą międzynarodówkę. Teraz łącze obsługują jak najbardziej polscy Polacy i, jak ich znam, Fabrizio może spać spokojnie - nie ruszą się, choćby tydzień nie działało.
11:13, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
piątek, 21 stycznia 2005
czwartek, 20 stycznia 2005
Dzisiaj ty robisz obiad - zaproponowała Żona. Dzisiaj ja robię obiad - zarządziłem. Wierzę w specjalizację i efekt skali, dlatego po pracy skręciłem do Pizza Hut.
-Farmerską i hawajską na grubym cieście -rzuciłem Panience.
-43 złote - rzuciła Panienka
Miałem wolne piętnaście minut, akurat na zapoznanie się z trendami we Współczesnej Literaturze Polskiej. Wszedłem do księgarni. Ostatnie pół roku wyglądałem w niej powieści "Zwał", budząc podejrzliwość niegramotnego personelu, który sto razy wolałby Sephorę, ale co zrobić, ciotczysko kierowniczy księgarni. Dziś szedłem na pewniaka. Oczywiście jest, oczywiście banderolka z paszportem Polityki, oczywiście twarda oprawa, oczywiście nie kupię. W twardej oprawie nie kupuję nic poniżej Nobla. Tych z Noblem zresztą też nie kupuję. Ale piętnaście minut wystarcza na trzydzieści stron (duża czcionka, szerokie marginesy).
Eeekstra. Jakby pokawałkować i wrzucić do bloga, pierwsza piątka jak nic. Szkoda, że nie w miękkiej okładce.The image “http://www.film.org.pl/images/wszechy3/ck.jpg” cannot be displayed, because it contains errors.
Zachęcony tym doświadczeniem nie przełączyłem kanału, kiedy usłyszałem wywiad z Pisarzem. Nie z tym od Zwału, ale zawsze. Prowadził, uwaga, Marek Kondrat. Tak, ten właśnie. Otóż w zeszłym tygodniu Kondrat rozmawiał ze Szczuką. I ten nieskomplikowany Kondrat po ośmiu klasach w tym dwóch aktorskich brzmiał przy Szczuce jak nestor humanistyki polskiej, jak jakiś najzwyczajniejszy profesor z UJ.
Nastawiłem uszu w oczekiwaniu fajerwerków intelektu, ale Pisarz wolał widać wypowiedzi pisemne, a Kondrat... cóż, myślicielem jednak nie jest, co najwyżej - takowych grywa.
11:01, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (8) »
środa, 19 stycznia 2005
Dłubię sobie w serwerowni banku w mieście powiatowym Ś., kiedy wchodzi informatyk z wieczornej zmiany. Sympatyczny niby gość, z tych krępych ostrzyżonych na jeża, ale siakiś taki... Intensywny. Niby stoi w kącie, niby milczy, ale widać, że u niego to stan chwilowy. Oj, nie lubię takich. Może gdzie indziej napięcie wewnętrzne zwiastuje jednostkę twórczą i niebanalną, ale to nie plener w Kazimierzu, tylko serwerownia w Ś. Spodziewam się najgorszego. Poprzednim razem trafił się apostoł Amwaya. Zerkam na tego tu, nic nie lepiej. Niby zrelaksowany, ale paluszkami tremolo po blacie, a na najmniejszym... o kurde, sygnet.
- Strasznie cienki ten wasz serwerek - słyszę. No, jestem w domu. Fachowiec. OK. Nie wymiękam.
-Czy ja wiem, w Ś. chyba szybszych nie ma - co mi tam, poboksuję sobie. -Cztery Xeony, dobry kontroler, szybkie dyski.
-Cztery miejsca na Xeony, a procesory tylko dwa- prostuje mnie. Zresztą nienajszybsze. Ja mam dwa Opterony, a i kontroler ciut nowszy.
Tu mnie trochę zaskoczył, bo taki zestaw musiał go kosztować ze trzy pensje, jeśli nie lepiej.
- Taaak, całą kasę w sprzęt ładuję. Zawsze się ze mnie śmiali. Bo ja po zawodówce kolejowej jestem. Całą szkołę na peceta zbierałem, droższy od malucha wtedy był. Ale w ZNTK przy wagonach prawie nie robiłem, tylko w sekretariacie i w księgowości. Technikum wieczorowo. Potem studium informatyczne. ZNTK złomiarze już rozebrali, a ja się załapałem do Banku i mam lepiej niż mój stary dyrektor. Ze mnie też złomiarz, cała piwnica starego sprzętu, ten Bajtex w Rynku to na mnie się dorobił. Wszystkie nowości, gadżety pierwszy kupuję. Ale opłaca się. Jak studium wypączkowało w wyższą zawodową, to trafiłem z punktu na trzeci rok. I licencjat za rogiem. A jak podpiszą z Polibudą, to jeszcze rok i też mam magistra. Nieźle, nie?
No, nieźle. Powodzenia, stary.
12:00, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 17 stycznia 2005

Od kiedy kolega włączył zasilacz za 15 tys. dołków bez sprawdzenia czy w sieci na pewno jest 208V (amerykańskie 3 fazy) przestałem nabijać się z nalepek ostrzegawczych. Efekt był jak w Rio, błysk, huk i konfetti.

Istnieją jednak dobre rady, bez których spokojnie można się obejść, np.:

  • “Nie używać do higieny osobistej” - na szczotce do kibla

  • “Produkt przesuwa się w trakcie używania”- na hulajnodze

  • “Użyty doodbytniczo nie powinien być wkładany do ust” – na termometrze.

(same autentyki)
czwartek, 13 stycznia 2005

-Babciu, a co to za literka?
-Ky
-Ky jak kał ?
-Ky jak... a skąd ty takie brzydkie słowa znasz?
-Brzydkie ?!
-A wiesz co znaczy ?
-Wiem. Kał to krowa

(udział wzięli: bratanek pięciolatek z babcią)
środa, 12 stycznia 2005

Środkiem Sahary majestatycznie płynie karawana. Zza wydmy wyłazi facet w klapkach: - Trzeci dzień, kurka, idę. Strasznie szeroką plażę tu macie.

Nad podobną plażą leciał Johann, z tym, że nie kręcił się po niej koleś w japonkach ani rajd Paryż Dakar, ale paru smutnych pracowników De Beers zajmujących się odstrzałem zbłąkanych wędrowców. Roboty mieli huk, bo namibijskie wybrzeże przypomina plażę w Stegnach, z tym, że zamiast bursztynów walają się po nim diamenty. Strefą zakazaną rządzi prosta reguła: wyjść stąd można tylko w przysłowiowych w skarpetkach, niezaproszeni- nogami do przodu. Jeśli jakiś zaproszony, powiedzmy serwisant, zagapi się i wjedzie landroverem, to sam może wyjdzie, ale autko skoroduje gdzieś na wydmach. To samo dotyczy ekspresów do kawy, komputerów, stutonowych koparek i innych urządzeń, które trudno poddają się rewizji osobistej, więc muszą w Strefie zostać do końca świata. Jeśli słyszeliście kiedyś nazwę “Wybrzeże Szkieletów”, to właśnie o nim tu piszę.

Tego wszystkiego Johann dowiedział się już na froncie, w czasie wolnym od obsługi działka. Ku mojemu rozczarowaniu w jego relacji brakowało podrzynania gardeł, gwałtów, podpaleń itp. był raczej entuzjazm dla techniki wojskowej w akcji. Poza tym praca jak praca, trochę się kurzy, gdzieś strzelają, ale najgorsze i tak są infekcje. Jedni koledzy łapali malarię, inni AIDS, złapał bakcyla i on. Zaczął kolekcjonować minerały. Złoża diamentów nie urywały się bowiem na granicy, a za linią frontu nie pilnowali ich jak na razie De Beers. Do obozu co i rusz zgłaszali się zatem miejscowi z ładnymi kamykami do wymiany na sztangę papierosów czy lornetkę. W takich warunkach nietrudno popaść w uzależnienie. Pewnego dnia nastąpił jednak przełom, po którym Johann i paru innych nałogowców czym prędzej opchnęło swe kolekcje.

wtorek, 11 stycznia 2005
poniedziałek, 10 stycznia 2005

Amerykański agent w syberyjskiej mordowni wychodzi ze skóry, by dowieść, że jest prawdziwym Ruskiem. Chleje spirt szklankami, klnie jak Rusek, wyciera nos w palce, ale mużyki tylko kręcą głowami: - Pijesz kak nasz, gawarisz kak nasz, no ty nie nasz. -PACZEMU ?!! - łka szpieg. - U nas cziornych niet.

Dowcip ten musiało znać KGB, bo do przeprowadzenia rewolucji w Angoli oddelegowało czarnych jak smoła towarzyszy z Kuby. I to nie kilku "konsultantów", ale od razu parę dywizji. Pewnego dnia sierżant wygonił kompanię Johanna na plac apelowy, gdzie różowy major-jajor obwieścił im, iż angolańska negrokomuna zaczęła przenikać do sprzymierzonej Namibii. By ukrócić panoszenie się bosonogich marksistów z kałachami na sznurku, w obronie czci białych kobiet i w trosce o dobrostan słynnych namibijskich owiec karakułowych musicie się chłopaki załadować na te tu ciężarówki i pogonić kogo tam trzeba.
Chłopaki wyfasowały ostrą amunicję, suchy prowiant i potoczyły się w kierunku granicy. Tu spotkała ich pierwsza niespodzianka. Ciężarówka skręciła na polowe lotnisko i zniknęła w luku transportowca. Czyżby to sympatyczni namibijscy farmerzy zasponsorowali przelot wprost do Angoli w trosce o spokój swoich karakułów?

niedziela, 09 stycznia 2005
Niewykluczone, że knajpa, w której z Johannem żłopaliśmy ulubione piwo górników, była samym pępkiem tej krainy. Łatwo było w to uwierzyć patrząc na łagodne wzgórza gęsto zabudowane sympatycznymi willami Afrykanerów. Na wysokości prawie dwóch tysięcy metrów podzwrotnikowe upały tracą zjadliwość, nie dolatuje również komar widliszek z zarodźcem malarii na pokładzie.

Same pieniądze, zdrowie i pogoda szczęścia jeszcze nie dają. Przypominały o tym wszechobecne zasieki, trzymetrowe mury i drut kolczasty pod napięciem, konieczne by powstrzymać tych, co nie mają nic przed wtargnięciem do domostw tych, którzy mają wszystko. My, na szczęście, byliśmy po właściwej stronie muru.

Johann pochodził z pobliskiego Mozambiku. Od nianiek nauczył się tswana, w podstawówce portugalskiego, z domu wyniósł afrikaans, a z ogólniaka angielski. Na szczęście dla mnie, bo nawalony Angol emituje głównie gulgot. Starzy Pretoriusowie wrócili do RPA w samą porę, bo parę lat później wiał stamtąd, kto mógł. Miarą desperacji Mozambijczyków niech będzie fakt, że wielu wybrało NRD lub Polskę Ludową. Wkrótce Mozambik stanął na głowie: zamiast lwy na Murzynów, Murzyni zaczęli polować na lwy, i to nie dla fantazyjnych wdzianek z grzywą, ale z głodu, uszczuplając wydatnie faunę granicznego Parku Krugera. W tym czasie Johann skończył studia Jo'burgu i poszedł do wojska, licząc na sympatyczne wakacje w atrakcyjnej turystycznie okolicy. Los przewidział dlań jednak o wiele ciekawszy scenariusz.
 
1 , 2
Archiwum