poniedziałek, 20 czerwca 2016

Po dwóch latach użytkowania ajfona i powrocie do androida mam już pogląd  na oba systemy i nie zawaham się nim podzielić. Jestem wszakże w swoim poglądzie odosobniony.  Wszyscy koledzy z działu postawieni przed wyborem nowego telefonu: iphone 6 czy sammy s6 wybrali ajfony.
Hipokryci. Snoby. A przede wszystkim - żyły. Przecież wiem czemu to zrobili! Dali się kupić za 500+ złotych wyższą cenę ajfona. Pogonią go potem na allegro a za uzyskaną nadwyżkę zanabędą alkohol, fajki i wizytę w salonie masażu.
Patetyczne.
Mimochodem zdefiniowałem wyróżnik i przyczynek do sukcesu ajfona - cenę właśnie. Nie mam wątpliwości, że w dniu w którym cena ajfona SPADŁAby poniżej ceny samsunga, paradoksalnie - pogłowie ajfonów zaczęłoby się zmniejszać. Jedyni ajfoniarze jakich znam weszli w posiadanie tychże na koszt pracodawcy. A koszt pracodawcy skłania do wyborów możliwie wydrożonych.
Drugim wyróżnikiem ajfona jest - a raczej była - jego poręczność. Cztery cale przekątnej to - przynajmniej dla moich drobnych dłoni - granica, poza którą z telefonem muszę zmagać się oburącz. Oczywiście poręczność ajfona 5 to zaledwie 60% poręczności LG P500 sprzed 5-ciu lat (3,2 cala, ogumowany) czy  40% poręczności nokii 5110 z ubiegłego stulecia, ale na tle megapłaskich i ultraoślizłych samsungów doby obecnej - mistrzostwo.
Kto nie zwykł logować się do aplikacji prowadząc auto lub degustując hamburgera - nie doceni.
Trzecią i najważniejszą cechą ajfona, dla której przedkładam go nad androida jest...
 Ha ha ha.... Nie ma takiej cechy! Właśnie dlatego wybrałem androida.
I teraz świecę w nim oczy kolegów - inżynierów. I wiem, że mi zazdroszczą. Bo ich gejowskie ajfony w wersji szóstej są równie nieporęczne jak mój samsung, ale mają tylko jeden guzik, żywą skamielinę czasów, gdy na ajfonie mogła działać tylko jedna aplikacja naraz.
Tymczasem od wynalezienia trąbki wiadomo, że do obsługi sensownego urządzenia potrzebne są trzy guziki. Jednym można dobrze obsłużyć co najwyżej bombę atomową.
Tak więc dyskretnie przebieram paluszkami po moim androidzie dając popalić wszystkim ośmiu rdzeniom naraz i czuję na sobie zazdrosne spojrzenia - panie, zmiłuj się - wąsatych apple-boyów i wiem, że oni wiedzą, że sprzedali dwa lata telefonożycia za głupie pięćset złotych i znaczek z jabłuszkiem i że mi cholernie zazdroszczą, że było mnie stać, żeby olać tę kasę i za pięć stów do tyłu mieć normalny telefon.
I wcale mi ich nie żal.

21:16, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 czerwca 2016

Lat temu parę własnym przykładem zainspirowałem kilku znajomych do budowy domku za miastem. Wiem, bo sami mi to powiedzieli. Nolens -volens uczestniczyłem później w ich zmaganiach z budową, już to życzliwą radą, już to bezlitosnym szyderstwem.
Sam skłaniając się ku budowie "po taniości" (działka a 16pln metr, ukraińska ekipa) szczególnie wydziwiałem nad kolegą, który zatrudnił projektantkę wnętrz, a ta z kolei np. podwykonawcę do drapowania firan i zasłon. W skrytości ducha jednak zazdrościłem mu wyręki na najbardziej być może konfliktogennym  etapie budowy: aranżacji i wykończeniu wnętrz.
Przyjmijmy jednak, że mamy już ten punkt za sobą. Pieczołowicie wybrany odcień pokrył ściany, starannie zharmonizowany "wypoczynek" wylądował na utrzymanym w tonacji parkiecie, zasłony (piąta wersja) otuliły okna. Delikatny rysunek słojów jesionu współgra z tapicerką kanapy, która łagodnie koresponduje z - powiedzmy - beżem ścian, rozjaśnionych firanami latte.
Sielanka.
No i teraz w środek tego wszystkiego pan domu wpier..ala prostokąt full ha-de, 3 de, 60 cali przekątnej, czarny jak sumienie Tuska.
Mało tego, rozstawia po całym pokoju złowrogo połyskujące czarnym plastikiem kolumny "kina domowego".
Ludzie, czy wy tego nie widzicie?! Tego powszechnego gwałtu na estetyce waszych własnych domów? Czemu sami to sobie robicie? Zróbcie trzy kroki w tył i popatrzcie, jakbyście wchodzili w gości, krytycznie: czy ta czarna płyta ku czci tvn24, te bazalty naprawdę tu pasują?
No.
Pisane w oczekiwaniu na przesyłkę z dwoma kolumnami głośnikowymi metr dziesięć, 25 kilo każda, " z wysoko połyskliwym wykończeniem z lakieru fortepianowego".
Czarnym.

09:55, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
wtorek, 31 maja 2016

W pracy nie powinno się bić podwładnych, dlatego zwolnienie poprzedniego prowadzącego Top Gear przyjąłem ze zrozumieniem. W oczekiwaniu na nową odsłonę z nowym prowadzącym BBC urządziła festiwal powtórek, zresztą ku zachwytowi mojego dziecka, wielkiego fana programu i Jeremego Clarksona.
W końcu pojawiła się, długo wyczekiwana i szeroko reklamowana, nowsza, lepsza i grzeczniejsza edycja...
I???
Well, czas na dygresję. Amerykańscy naukowcy dowiedli, że naczelne dzielą się z grubsza na dwie kategorie: osobniki takie, które są chętnie oglądane przez pozostałe i takie, na które te inne patrzą z przykrością. O ile za oglądanie małp - nazwijmy je Alfa - widownia chętnie odda własne banany, to żeby skłonić ją do oglądania mniej udanych Delt, naukowcy musieli ją przekupywać bananami z magazynku.
Taki lajf. Niby każdy inny, wszyscy równi, ale kiedy przychodzi co do czego, to każdy naczelny woli jędrny, atrakcyjny egzemplarz, starannie omijając cherlawe niezguły.
Nie twierdzę, że poprzedni gospodarze programu byli okazami zdrowia i urody. Sytuowali się w szarej strefie pomiędzy, żadne z nich Clooneye nie były.
Azaliż aliści... jeśli Clarkson & Co mogli budzić wątpliwości, to nowy prowadzący - jakiś Chris, nie budzi żadnych. Niewątpliwie za pokazywanie go BBC powinna rozdawać banany.
On nie tylko jest brzydki i cherlawy. Z odpychającą powierzchownością łączy jeszcze chorobliwą nadaktywność, jakby wciągnął o jedną kreskę za dużo. Dziwię się ludziom, którzy tam przychodzą, ja bym się bał. "Weź kolo te chore ręce, bo zarazisz mnie jeszcze swoim rachitycznym blondynizmem".
Tak, że owszem: rozczarowanie.
Mało rzeczowa ta recenzja wyszła, więc na koniec zacytuję dwunastolatka: sześć gwiazdek na dziesięć możliwych.

23:16, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (4) »
sobota, 07 maja 2016

Planowałem zupełnie inny tytuł, najpierw "Wrocławianin patrzy na Kraków", bo podczas ostatniej delegacji objechałem Kraków rowerem, potem "na Łódź", bo z rodziną łaziłem po Piotrkowskiej, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że wrocławianin ze mnie juz żaden. Bywam w tym mieście często, ale przelotnie, bo - jak większość znajomych - wyniosłem się z centrum w podwrocławską zieleń.
Po dwunastu latach mieszkania na wsi jestem wieśniakiem (bo przecież nie rolnikiem) i może straciłem kompetencje do porównywania Wrocławia z innymi miastami, ale zyskałem świeże spojrzenie. I postawiłem oczy w słup. Jak wygląda miasto z grubsza się orientuję. W środku rynek, a dookoła kwartały kamienic. Kamienice mogą być klasycystyczne, secesyjne i - yyy - artdeko? w każdym razie zabytkowe. Pomiędzy nimi jeżdżą... no właśnie, takie kurka obiekty, że oczy bolą patrzeć. Wyglądają jak przerośnięte czopki doodbytnicze, które ktoś polakierował dla lepszego poślizgu. Można się domyśleć, że kształt miał być opływowy i że obiekty miały przekraczać trzecią prędkość kosmiczną. Ale nie przekraczają. Zasadniczo to czołgają się po torach w tempie dżdżownicy. Tak, to tramwaje , zaprojektowane najwyraźniej przez Jasia, który chciał polecieć w kosmos.
Szczególnie ohydnie wyglądają nowe skody. Czesi to, umówmy się, żadni mistrzowie dizajnu, ale ich tramwaje wyglądałyby kiepsko nawet na księżycu. Kiedy skoda jedzie przez park, liście więdną. Kiedy wjedzie na stare miasto, z balkonów sypie się tynk i sztukaterie, bo podtrzymujące balkony kariatydy zasłaniają oczy żeby na skody nie patrzeć. Brzydkie? Agresywnie brzydkie, o przodzie jak pysk bulterriera skrzyżowanego z toy-toyką i z debilnie przekręconą boczną szybą .
Był kiedyś znakomity, choć wynikający z nędzy trend do kupowania starych tramwajów z Niemiec. Miały po pięćdziesiąt lat, ale - właśnie dlatego - prezentowały się znakomicie, zwłaszcza na tle stuletniego+ centrum np. Poznania. No i się nie psuły. Ale to już było. Po Poznaniu zapyla teraz polskie tramino, ciut ładniejsze od skody, bo być brzydszym to niemożliwe, ale także paskudne.

tramwaje-uderzone

wtorek, 03 maja 2016

Podobno za odtworzenie jednego utworu na spotify artysta dostaje jedną setną centa. Skandalicznie mało, to prawda, ale z drugiej strony za całą dyskografię ściągniętą z piratebay dostaje równe nic. Niektórych słuchaczy serwisów muzycznych rusza sumienie i chcąc wynagrodzić swoim ulubieńcom kupują ich płyty winylowe. Połowa tych winyli wędruje bez przesłuchania na półkę, a część nie zostanie wysłuchana nigdy, bo właściciel winyla nie ma nawet gramofonu, jak ja.
Wybralem inny sposób wyrównania rachunków z artystami i udałem się na koncert. Koncert to drugi -finansowo -biegun sluchania muzyki. Tutaj dwie i pół godziny kosztuje drobne cztery stówki, razy trzy, bo wziąłem - nieprawdaż - rodzinę.
Tak wiem, po pierwsze chwalenie się wydatkami na konsumpcję jest w złym guście, po wtóre bywają dużo droższe bilety itp. itd., ale zamierzam brnąć dalej, bo wzmiankowaną kasę wydaliśmy nie na Stonesów, ale czeską orkiestrę symfoniczną. Musi być w tym jakiś haczyk, bo normalnie czeskiej orkiestrze mało kto daje zarobić nawet tę jedną setną centa na spotify.
Powodem, dla którego nie tylko my, ale jeszcze jakieś dziesięc tysięcy ludzi pojawiło się w Atlas Arenie, był fakt, że Czesi grali (i śpiewali: chór też był) kawałki znane z przebojów kinowych, od Gladiatora po Batmana, pod batutą autora muzyki, niejakiego Hansa Zimmera. Hans jest popularnym i rekordowo płodnym oprawcą muzycznym, obrabia po parę filmów rocznie, z każdego wydaje płytę, a w przerwach dorabia z ekipą po ludziach. I nie narzeka. Zuch.
Nawet najbardziej pracowici Czesi nie zagrają wystarczająco głośno, by być dobrze usłyszanymi w dużej hali. Zamiast studziennego dźwięku np. tuby słuchacze słyszą więc studzienny dźwięk tuby wzmocniony przez wzmacniacz i wyemitowany przez membrany głośników.  To zupełnie inna jakość. Powietrze wibruje nie tylko nie tylko wokół słuchacza, ale także w jego płucach, nozdrzach i zatokach czołowych. Arsenał Hansa nie ogranicza sie oczywiście do tuby, Hans atakuje większością instumentów kiedykolwiek wynalezionych przez ludzkość , w tym dwoma zestawami perkusyjnymi.  Hałas przez nie generowany po wzmocnieniu wyraźnie przekracza granicę bólu.
"To co, teraz jedziemy do ZUS-u po rentę z tytulu osiemdziesięcioprocentowej utraty słuchu?" rzuciłem do żony po koncercie. "Co mówisz? Do jakiego GUS-u?" - odpowiedziała.
Jeśli po wizycie w sali koncertowej mam ochotę pozbyć się domowego stereo jako niezdolnego do wiernego odtworzenia dźwięku, to po powrocie z Atlas Areny nie mogłem się nadziwić, jak perfekcyjnie gra. No, może trochę za cicho.
__________
http://www.bbc.com/news/entertainment-arts-36027867

10:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (1) »
środa, 20 kwietnia 2016

Kiedy dostałem służbowego ajfona przez dobry tydzień chodziłem z opadniętą szczęką. I latającą powieką. Wieloletnia propaganda Apple oraz rzeszy użytkowników Apple przygotowała mnie bowiem na ósmy cud świata, który nie dość, że "po prostu działa", co ostatecznie jest cechą większości np. pralek, to jeszcze obsługuje się intuicyjnie i automagicznie.
Niestety, nic  z w/w nie miało miejsca, co więcej, telefon sprawiał wrażenie zlepu archaicznego systemu operacyjnego i nierównych aplikacji, z których nawet te co lepsze forsowały własne rozwiązania, przyprawiając mnie o w/w latanie powieki.
Zdecydowanie największym zawodem były funkcje muzyczne telefonu, który co do istoty był rozwinięciem ipoda i jako taki powinien być super-duper odtwarzaczem. Nie był. Po pierwsze nie pasował mi do stacji dokującej zakupionej za drobne 300 zło do mojej wieży. Po wtóre słuchawki zasadniczo nie nadawały się do słuchania muzyki. Po trzecie  - i to najbardziej zdumiewające - domyślna aplikacja muzyczna porażała prymitywizmem.
A - przypomnę - nie był to IOS 1.0, ani 3.0 , ale - Panie zmiłuj się - dziewiąta wersja systemu.
Ten pożałowania godny stan trwał więc przez poprzednie lata i dziewięć wersji i mimo kolosalnych pieniędzy, jakie kasował i kasuje Apple za sprzedawaną muzykę inżynierowie nie umieli/nie chcieli ułatwić klientom korzystania z niej. Aż w końcu pojawiły się serwisy i aplikacje iks razy tańsze i en razy wygodniejsze od Apple Music.
I wiecie co? W wersji 9.3 Apple elegancko zerżnął 90% funkcjonalności spotify i jego odtwarzacz zaczął przypominać współczesne aplikacje: można dwoma pacnięciami wrzucić słuchany utwór na listę, pojawiła się kolejka utwórów, a także radia internetowe itd. itp.
Ta nieoczekiwana metamorfoza nastroiła mnie filozoficznie... uświadomiłem sobie, że moje złe emocje spowodowane wieloletnim i osentacyjnym lekceważeniem moich potrzeb przez producenta mojego smartfona nie miały żadnych podstaw.
Apple bowiem, jak w sumie każda spółka giełdowa, nie ma żadnych, ale to żadnych zobowiązań czy powinności, niechby moralnych wobec swoich klientów. A ściślej, ma - jeden obowiązek. Ma wydoić ze swoich klientów jak najwięcej kasy w jak najkrótszym czasie.
Są firmy, które naciskane przez konkurencję z tyłu, z boku i z dołu, jak producenci androidów, nie mogą sobie na lekceważenie klienta pozwolić. Apple, którego przeciętny użytkownik jest - bez urazy - nietechnicznym głąbem z grubym portfelem -mogło.
Panem i władcą każdej spółki jest w ostatecznym rozrachunku udziałowiec /właściciel, który co kwartał rozlicza zarząd z przepływów kasy.  Za maską firmy z ludzką twarzą kryje się z reguły odrażający bezgłowy potwór karmiony gotówką klientów.
So, w czerwcu zmieniam smartfona na wytwór innego bezgłowego potwora tym razem z Korei. Zamieniam prestiż na lepszą baterię i skuteczniejszą antenkę.

00:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (9) »
wtorek, 05 kwietnia 2016

-Ludzie sumienia nie mają, na środek łąki worki ze śmieciami wywieźli - oceniła Leniuchowa.
Fakt, na środku naszej łąki, nad brzegiem przecinającej ją strugi stało kilka obłych białych przedmiotów.
Ale przecież nie worków ze śmieciami!
Białą czaplę pierwszy raz widziałem w Egipcie w 1998. Najwyraźniej od tamtej pory ociepliło się u nas na tyle, że te białe ruszyły się z południa, żeby zrobić koło pióra polskim czaplom siwym i - na podobieństwo worków ze śmieciami - zaparkowały nad rzeczką.

Nie tylko one. Na polu nieopodal nieprzytomnie drą dzioby żurawie. A obok czapli, gdzie do niedawna sąsiad-rolnik wypasał krowy teraz sąsiad-biznesmen wypasa swoje konie. Rżenie zastąpiło ryczenie.

Postęp w hodowli, w innych dziedzinach też, niestety.
Północną granicą łąki jest lokalna droga łącząca nas z cywilizacją.
Założenie było takie, że kiedy powstanie łącznik autostradowy do obwodnicy, to ruch na drodze uwiędnie.
Łącznik powstał, ruch przybrał.
Ha, to z powodu, że wylot na Warszawę wciąż wiedzie przez Oleśnicę. Kiedy  powstanie S8, wtedy naszą drogą ino rower i furmanka - kalkulowaliśmy.
S8 powstała, ruch wzrósł jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że rankiem trzeba się do niego włączać, niczym na Legnickiej - jadą i jadą.
Nic to, niech tylko otworzą S5 do Poznania...

Tymczasem łąka nasza po jednej stronie rzeki gości stada hodowlane, po drugiej jest do dyspozycji dzikich zwierząt. I naszej. I teoretycznie te 10 - 20 hektarów powinno wystarczyć, ale praktyka pokazuje, że dzicz napiera.
Ryje, depcze, drąży - psy na spacerze dostają szału i żeby nie wracać ze spaceru samemu jedną z suk prowadzę jako zakładniczkę na sznurku, wtedy i ta druga, choć niechętnie, porzuca tropienie i wraca na posiłek do domu, zamiast sobie upolować.

A byłoby co. Watahy dzików w liczbie 20+ osobników, zdziwione pary jeleniowatych, kaczki i niewiadomocojeszcze.

Sawanna, panie, sawanna.
Podziękować za te parę dni mrozu, które potrafią jeszcze skuć rzeczkę.
Krokodyl pod lodem nie przetrwa.

11:29, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (7) »
wtorek, 16 lutego 2016

Skończyłem właśnie czytać kapitalną biografię panów Beksińskich - ojca malarza i syna radiowca, którzy nie dość że byli artystami to jeszcze zeszli ze świata w sposób gwałtowny.
Atutem tego reportażu jest panorama Polski powiatowej od okupacji do dzikiego kapitalizmu, na tle której realizują swoje pasje obaj twórcy. Nie jest to generalnie obrazek ładny, czasy były podłe, ludzie nieobyci tudzież niedomyci, ale właśnie dzięki niemu łatwiej zrozumieć i docenić tektoniczną zmianę jaka zaszła w dostępie do dóbr kultury w ostatnich +- 30 latach.
Stary -  że się tak wyrażę - Beksiński, poza tym, że był dobrym, a na pewnym etapie dziko popularnym malarzem, był także inżynierem i melomanem. Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie chęć posiadania coraz lepszego sprzętu rtv i najnowszych płyt, to nie namalował by połowy tego, co namalował. Poza malowaniem B. lutował wzmacniacze i składał magnetofony, a następnie wraz z synem zgrywali na taśmy  płyty zanabyte w drodze wymiany za malunki, poczym sprzedawali taśmy z zyskiem.
W tym aspekcie nie różnili się specjalnie od studentów z epoki, no może większym rozmachem w działaniu,  które w przypadku Tomka Beksińskiego zaowocowało pracą w radiu.
Szalenie ciekaw byłbym opinii obu panów na temat dzisiejszych muzycznych serwisów abonamentowych  (he, to już chyba 3-cie określenie na muzę z interku).
Koniec z regałami pełnymi płyt, niepotrzebne są nawet dyski z mp3 - kami. Za parę (dziesiąt) złotych miesięcznie można mieć - tak o - dostęp do jakiś 80% wszystkich nagrań w ogóle. Nie wiem jak Tomasz Beksisski, który jawił się jako obsesyjny kolekcjoner, ale stary B. jako rasowy gadżeciaż popadłby zapewne stan podobny do nirwany, jaki był i moim udziałem na początku przygody z opcją abonamentową.
Odtwarzacz internetowy jaki od trzech notek opisuję odtwarza również muzykę z serwisów abonamentowych. Jakość dźwięków nie odbiega znacząco od tych z płyty kompaktowej, jako że dostarczana jest w formie 320 kbitów mp3. W wersji płatnej. Jak wiadomo w/w serwisy działają również w wersji darmowej 160 kbitów i z poważnym ograniczeniem funkcjonalności, ale nie wiem, jak brzmiałyby na moim odtwarzaczu, bowiem ten trybu darmowego nie obsługuje. Dla nieczytających zastrzeżeń drobnym druczkiem takie ograniczenie musi być przykrą niespodzianką.
Nie w kasie, nie w kilobitach jednak rzecz, a w poczuciu niemal nieograniczonej swobody wędrówki po muzycznych szlakach. Nawet stosunkowo egzotyczna polska fonografia jest tam w przeważającej części dostępna, ze znaczącym z mojego punktu widzenia wyjątkiem Czesława Niemena i Wałów Jagiellońskich.
Ale poza tym - hulaj dusza,  czuję się jak dziecko w naprawdę dużym sklepie z zabawkami.  Na pół zapomniane melodie, kawałki z młodości, muzycy znani czy tacy, których chciałbym poznać, ale jakoś się nie złożyło... dostępni na wyciągnięcie ręki. Co u licha komponował Skriabin, czy ten... jak mu tam, Justin Bieber jest naprawdę tak fatalny i jak brzmi ten kawałek zespołu UFO, fałszywie nucony 30 lat temu przez kolegę ze szkolnej ławy?
Sezamie, otwórz się.
Parę pacnięć w smartfon i po chwili wiem. Jeśli mi się spodoba, serwis podpowiada mi kolejne nagrania i wykonawców utrzymanych w podobnym stylu. I tak bez końca. Potrafię sobie wyobrazić użytkowników, którzy zagłębiają się w labirynt nagrań by wychynąć z niego po tygodniu z objawami odwodnienia.
Sam prawie tak skończyłem.

15:43, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 stycznia 2016

Od dobrych dziesięciu lat nowy sprzęt muzyczny wyposażany jest w gniazdo usb, w które można wtykać coraz tańsze i pojemniejsze pendrajwy. Względnie tani pendrive 32 GB to odpowiednik - ja wiem ? - 300+ płyt cd zgranych w jakości 320 kbitów. Wystarczy? Aż nadto. A jeśli nie wystarczy, to za miesiąc pojawią się pendrive'y dwa razy większe i  - znowu wystarczy.
Ale - umówmy się - sprzęt ze sterczącym pendrivem, ba, sam fakt ganiania z pendrivem wte i wefte, z kompa do odtwarzacza i z powrotem, niesie pokusę zastąpienia tego, w pełni skutecznego rozwiązania, czymś "lepszym".
Czyli odtwarzaczem sieciowym.
Pokusę tę najlepiej zwalczyć prosząc domowników o wysmaganie kablem, a jeśli nie przechodzi - zdzielenie w głowę przełącznikiem sieciowym 19 cali. Porzucając bowiem sprawdzony świat nośników elektronicznych i wkraczając w krainę inter- i ether- netu gotujemy sobie i bliskim drogę przez mękę.
"Sieć' zamiast cd czy pendrajwa to na pozór to genialne rozwiązanie, czyste koncepcyjnie, eleganckie i co więcej - kiedy działa - to działa.
Ciekawie zaczyna być, kiedy działać przestaje. Zasiadasz w niedzielny wieczór, żeby posłuchać muzyki z serwisu internetowego... no dobra, tu dygresja. Nie jest to artykuł sponsorowany i nie zamierzam niczego promować, ale z drugiej strony zabijają mnie sformułowania jak "popularny serwis społecznościowy", kiedy wszyscy wiedzą, że chodzi o fejsa. No więc w moim przypadku ten "popularny serwis muzyczny" to spoti. Więc odpalasz spoti, żeby zrelaksować się przy - powiedzmy - Krzysztofie Krawczyku, a tu Krzysztof dostaje czkawki - gra- trzy sekundy nie gra - znowu gra. Kiedyś przetarłbyś CD szmatką, a w przypadku odtwarzacza sieciowego? Czy dzwonić do dostawcy internetu, czy udusić dziecko, które łupie w sieciowe gta oglądając youtube i słuchając własnego spoti, blokując w ten sposób sieć, a może po prostu zrestartować router? A może to serwery spoti się nie wyrabiają, albo ruch jest przycinany gdzieś dalej, na jakieś półce w szafce telekomunikacyjnej kolejnego węzła?
Nie wiesz i się nie dowiesz. Fakt faktem, u mnie spoti się przycina przez jakieś 10% doby, ale  umówmy się, mam jeszcze przynajmniej kilka źródeł muzyki.
Pierwszym i najważniejszym - moja właśna kolekcja zgranych lub spiratowanych cd, udostępnianych przez serwis DLNA na starym kompie.
Standard udostępniania mediów DLNA ogólnie rzecz biorąc działa bez pudła, ale w naprawdę, naprawdę prymitywny sposób. Po pierwsze, odtwarzacz nie potrafi zapauzować utworu. Po drugie, nie umie stworzyć listy ulubionych, nie zna pojęcia kolejki odtwarzania, do której możnaby wrzucać następne utwory wybierane w trakcie słuchania bieżącego, nie pozwala wyszukiwać w kolekcji, nie zapisuje historii.
Nie wykluczam, że na rynku istnieje komercyjny serwer DLNA z aplikacją na smartfona, która będzie miała w/w a brakujące funkcje, ale na razie korzystam ze standardowej aplikacji jamachy, która umie tylko wybrać album i tłuc z tego albumu.
Istnieje rozwiązanie w pół drogi: jeszcze darmowe, a już obsługujące playlisty i trochę więcej. Jest nim serwowanie muzyki z biblioteki itunes, applowskiego standardu. Jeśli odtwarzacz obsługuje przesyłanie airplay (my does), można grać z peceta, a zarządzać całym kramem, czyli nadającymi itunes i odbierającym odtwarzaczem za pomocą smartfona, tworząc sobie - a jakże, plejlisty.


Każde z w/w rozwiązań ma zady. ma walety i mnóstwo, mnóstwo zastrzeżeń drobnym druczkiem, o których wkrótce.

08:35, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 11 stycznia 2016

Strumień i stream brzmią dość podobnie i znaczą z grubsza to samo. W środku zimy chodzi mi o strumień muzycznych danych cyfrowych które trafiają z komputera do świeżozakupionego... no cóż odtwarzacza sieciowego, tak trzeba pudełko chyba nazwać.
Z przechowywaniem i odtwarzaniem muzyki jest tak, że opiera się na zdumiewająco starej technice. Wtyczka słuchawkowa np., czyli popularny jack to XIX wiek.  CD - wiek 20. CD się zestarzało szybciej niż wtyczka i w zasadzie od jakichś 10 lat powinno być martwe, zastąpione przez strumień danych cyfrowych właśnie.
Wróżyłem to dawno, bodajże od czasów.. nie nie napstera, a konkurencyjnego serwisu audiogalaxy. Audiogalaxy miało bardzo bogaty katalog nagrań, oczywiście pirackich, który po paru szybkich procesach zniknął wraz serwisem, dając wszakże przedsmak, czym mógłby by być internetowy serwis muzyczny z wszystkimi nagraniami świata dostępnymi dzięki paru kliknięciom.
Po wymordowaniu piratów rynek muzyczny zastygł w strupieszałej formie na parę lat, praktycznie zmonopolizowany przez tradycyjne cd z jednej strony, a chciwy ponad wszelkie pojęcie Apple Music  - z drugiej.
Ten smutny czas przetrwałem w podziemiu działajac wg schematu - ściągam muzykę z bittorrenta i wypalam. Stos pirackich płytek ma jednak to do siebie, że trzeba go jakoś ogarniać: składować, katalogować, utrzymywać w porządku czyli zamiast hobby uprawiać regularną magazynierkę. Do tego nagrania mniej popularne, np. polskie szybciutko z torrentów znikają, torrenty to skarbnica dla fanów Justyny Bieber raczej niż Justyny Steczkowskiej.
Kapitalizm w końcu zadziałał, dzięki Szwedom, którzy wymyślili spotyfaję. Kiedy cała klasa syna zaczęła używać tego serwisu, zrozumiałem, kto będzie rządził na rynku i zanabyłem zgodny ze spotyfają odtwarzacz. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym przed kupnem nietaniego odtwarzacza nie spróbował podłączyć starego laptopa ze spotyfają do starej mini-wieży, ale znalezienie laptopa, który jednoczeście dawałby przyzwoitą jakość na wyjściu słuchawkowym oraz nie hałasował wentylatorkami okazało się niemożliwe.
Czy było warto? Czy zestaw daje radę i czemu zużyłem cały przydział brzydkich słów na 2016 w trakcie instalacji odtwarzacza -  w następnym odcinku. Stay tuned.

niedziela, 03 stycznia 2016

Czasowa emigracja z bloga moja wiązała się z wyprawą w świat mediów społecznościowych. Wracam nieco przestraszony. Kulturalni w realu ludzie na fb i g+ mają skłonność do zachowań wręcz chuligańskich. Ja tutaj -  pod pseudonimem - pozwalam sobie na mniej niż oni tam pod nazwiskiem.
Pierwszy tydzień pobytu na fb spędziłem eliminując ze swojej tablicy toksyczne lub nawymiotne treści, dostarczane mi przez znajomych i rodzinę. Kiedy odfiltrowałem komunikaty obrońców demokracji, obrońców białej europy i całą prawdę o szczepionkach, to zostały mi tylko zdjęcia psów i filmiki z kotami.
Jako mieszkaniec wsi i współwłaściciel 2 psów wzbogaciłem fb o fotoreportaże ze spacerów, budząc życzliwe zainteresowanie koleżanek z podstawówki, które jednak - co tu ukrywać - w międzyczasie posunęły się masakrycznie.
W związku z czym zaprzestałem.
I jestem back. I mam parę uwag.
Postęp, postęp everywhere. Kraj pokryła sieć autostrad... no, prawie, wszechobecne szkoły wyższe produkują więcej magistrów niż w ogóle jest młodzieży w Polsce, biedronka za grosze karmi i ubiera szerokie masy...
Samorządom pozostało zaspokajanie potrzeb najbardziej wysublimowanych. We Wrocławiu np wożą studentów kolejką linową między budynkami czy fundują Centrum Wiedzy o Wodzie.
A jednak... podczas świątecznego spaceru wokół malowniczego stawu, utrzymywanego we wzorowym porządku przez Koło Wędkarzy "Wir" napotkaliśmy świeżo wywiezione do lasu stare okna, wywalone na wielką stertę opodal ścieżki. Goście, którzy wywozili syf do lasu za komuny już poszli byli na emeryturę, ani chybi to ich podrosłe dzieci, wyedukowane ekologicznie w szkole, być może wyższej, podtrzymują tradycję.
Do tego lasu jest dość łatwo wjechać, śmieci w takim miejscu to skandal, ale jakoś tam wytłumaczalny.
Nieopodal jednak znajduje się całkiem niedostępny kurhan z epoki brązu, zagubiony między strugami w zagajniku pośród ornych pól. I u stóp tego kurhanu, w fosie go okalającej, ktoś porzucił spory fotel obity brązowym skajem. No, chyba, że celtyccy woje sprezentowali swemu pochowanemu w kurhanie wodzowi fotel na pobyt w zaświatach.
Miałem chwilę zawahania, czy nie udokumentować powyższych okropności i nie wrzucić na fejsa z płomiennym komentarzem... ale jakos mi się odechciało. Płomiennych komentarzy jest na fb opór.
Tymczasem śnieg przysypał las i śmieci w lesie też.
Jest znowu pięknie.

środa, 02 grudnia 2015

Wbrew rozpowszechnionemu i uzasadnionemu przekonaniu mecz Ekstraklasy wcale nie musi być tępą, brutalną kopaniną. Odkryłem to przy okazji tytanicznego pojedynku Śląska Wrocław z Termaliką Nieciecza. Obejrzałem go zachwycony z trzech powodów - po pierwsze chłopaki uwijali się jak 22 Neymarów, po drugie, na widok tak niecodziennej dyspozycji piłkarzy zamilknął trywialny komentarz dziennikarzy nsportu. Trzecim powodem było to, że zdążyłem obejrzeć go przed pracą, w ciągu 45 minut.
Po prostu z braku czasu obejrzałem nagrany w nocy mecz na podglądzie przewijając w tempie dwukrotnie szybszym od oryginalnego.
Było jak w La Liga.

22:49, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 listopada 2015

22:27, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »

Miałem ostatnio okazję polecieć do Niemiec i z powrotem. W Polsce - tradycyjnie - w Niemczech - nowocześnie. We Wrocławiu na lotnisku zwykłe piszczące bramki, we Frankfurcie szklane kabiny, ani chybi skanujące wszystkie zakamarki skanowanego.
Podróżni - jak można się spodziewać - ciężkawi faceci w średnim wieku głównie, oblicza różowe, po części niemieccy menedżerowie średniego szczebla jadący do pracy w Polsce, po części polscy fachowcy wracający z pracy w Niemczech, plus grupka młodzieży korporacyjnej. Standard.
Wszyscy równie starannie przeszukiwani przez lotniskową ochronę - wiadomo, zamachy. Jak raz miałem w plecaczku śrubokręt - tak już mam, podróżuję ze śrubokrętem. Tym razem został on o dziwo wykryty na prześwietleniu i pan z obsługi zaczął przetrząsać bagaż, żeby mi skonfiskować narzędzie, które koniec końców udało mi się jednak uchronić przed konfiskatą, niestotne.
Sytuacja ta pobudziła mnie jednak do refleksji, takiej mianowicie, że wystajemy w tych idiotycznych kolejkach od piętnastu lat - Polacy i Niemcy po równo, mimo, że żaden z nas żadnego samolotu nie porwał, nie wysadził, a nawet nie próbował. Jaka to jednak w sumie gigantyczna strata czasu i do tego nieskuteczna - całkowicie. Żaden, ale to żaden z zamachowców nie przypominał nawet z daleka pasażerów naszego lotu. Gdyby z tych fanatyków z Paryża, Nowego Jorku i Bóg wie skąd jeszcze wylosować dowolnego i postawić wśród nas, nawet dziecko z przedszkola wskazałoby go bez problemu, tak zupełnie inaczej wyglądają.
Żaden skaner, laser, rentgen - wystarczy para oczu, żeby stwierdzić: w tej kolejce terrorystów raczej nie ma, wsiadajcie chłopaki.
O ironio, młodzieńcy, którzy nas prześwietlali i rewidowali, co do jednego byli szczupłymi smagłymi Niemcami pochodzenia bliskowschodniego, wyglądającymi zupełnie jak przeciętny zamachowiec. Ktoś nieuprzedzony, np. kosmita obarczony zadaniem zabezpieczenia lotów, po wrzuceniu do swojej sztucznej inteligencji danych o dokonanych do tej pory aktach terrorów w pierwszym kroku zapewne usunąłby z lotniska jego muzułmańską ochronę.
Jakie szczęście, że kosmici razem ze swoją rasistowską sztuczną inteligencją zostali na Alfa Centauri.

środa, 04 listopada 2015

Z niejaką posępną dumą stwierdzam, że miejsca takie jak to, do których włazi się wklepując adres typu niewydarzony.blog.pl to żywa skamielinia wczesnego internetu. Internet współczesny dawno przeniósł się na fejsbóki, tłytery i instagramy. I na jutubę.
Oprócz oczywistych minusów ta sytuacja ma także plusy. W naszym - paleointernautów - coraz węższym gronie pozwolę sobie od czasu do czasu na jakiś skandaliczny wybryk.
Nie żeby od razu na k.. i ch..., ale takie kontrolowane szaleństwo w granicach dobrego smaku. Dzisiaj będzie to refleksja nad in vitro, sprowokowana przez Leniuchową, która zwróciła uwagę, że na 22 tysiące par, które skorzystało z programu, urodziło się tylko 3 i pół tysiąca dzieci.
Otóż, Mili, gdyby 11 tysięcy Pań, zamiast męczyć się po klinikach strzeliło po lufie na odwagę i poszło w tango z przygodnie napotkanym nieznajomym, wtedy moim skromnym zdaniem skończyłoby się to sporo większą ilością ciąż.
Wiem, że to nie to samo, dzieci miałyby zakazane ryje przygodnych nieznajomych itp. ale jaka oszczędność dla budżetu.
Zbulwersowani?
Soraski.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87
Archiwum