sobota, 07 maja 2016

Planowałem zupełnie inny tytuł, najpierw "Wrocławianin patrzy na Kraków", bo podczas ostatniej delegacji objechałem Kraków rowerem, potem "na Łódź", bo z rodziną łaziłem po Piotrkowskiej, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że wrocławianin ze mnie juz żaden. Bywam w tym mieście często, ale przelotnie, bo - jak większość znajomych - wyniosłem się z centrum w podwrocławską zieleń.
Po dwunastu latach mieszkania na wsi jestem wieśniakiem (bo przecież nie rolnikiem) i może straciłem kompetencje do porównywania Wrocławia z innymi miastami, ale zyskałem świeże spojrzenie. I postawiłem oczy w słup. Jak wygląda miasto z grubsza się orientuję. W środku rynek, a dookoła kwartały kamienic. Kamienice mogą być klasycystyczne, secesyjne i - yyy - artdeko? w każdym razie zabytkowe. Pomiędzy nimi jeżdżą... no właśnie, takie kurka obiekty, że oczy bolą patrzeć. Wyglądają jak przerośnięte czopki doodbytnicze, które ktoś polakierował dla lepszego poślizgu. Można się domyśleć, że kształt miał być opływowy i że obiekty miały przekraczać trzecią prędkość kosmiczną. Ale nie przekraczają. Zasadniczo to czołgają się po torach w tempie dżdżownicy. Tak, to tramwaje , zaprojektowane najwyraźniej przez Jasia, który chciał polecieć w kosmos.
Szczególnie ohydnie wyglądają nowe skody. Czesi to, umówmy się, żadni mistrzowie dizajnu, ale ich tramwaje wyglądałyby kiepsko nawet na księżycu. Kiedy skoda jedzie przez park, liście więdną. Kiedy wjedzie na stare miasto, z balkonów sypie się tynk i sztukaterie, bo podtrzymujące balkony kariatydy zasłaniają oczy żeby na skody nie patrzeć. Brzydkie? Agresywnie brzydkie, o przodzie jak pysk bulterriera skrzyżowanego z toy-toyką i z debilnie przekręconą boczną szybą .
Był kiedyś znakomity, choć wynikający z nędzy trend do kupowania starych tramwajów z Niemiec. Miały po pięćdziesiąt lat, ale - właśnie dlatego - prezentowały się znakomicie, zwłaszcza na tle stuletniego+ centrum np. Poznania. No i się nie psuły. Ale to już było. Po Poznaniu zapyla teraz polskie tramino, ciut ładniejsze od skody, bo być brzydszym to niemożliwe, ale także paskudne.

tramwaje-uderzone

wtorek, 03 maja 2016

Podobno za odtworzenie jednego utworu na spotify artysta dostaje jedną setną centa. Skandalicznie mało, to prawda, ale z drugiej strony za całą dyskografię ściągniętą z piratebay dostaje równe nic. Niektórych słuchaczy serwisów muzycznych rusza sumienie i chcąc wynagrodzić swoim ulubieńcom kupują ich płyty winylowe. Połowa tych winyli wędruje bez przesłuchania na półkę, a część nie zostanie wysłuchana nigdy, bo właściciel winyla nie ma nawet gramofonu, jak ja.
Wybralem inny sposób wyrównania rachunków z artystami i udałem się na koncert. Koncert to drugi -finansowo -biegun sluchania muzyki. Tutaj dwie i pół godziny kosztuje drobne cztery stówki, razy trzy, bo wziąłem - nieprawdaż - rodzinę.
Tak wiem, po pierwsze chwalenie się wydatkami na konsumpcję jest w złym guście, po wtóre bywają dużo droższe bilety itp. itd., ale zamierzam brnąć dalej, bo wzmiankowaną kasę wydaliśmy nie na Stonesów, ale czeską orkiestrę symfoniczną. Musi być w tym jakiś haczyk, bo normalnie czeskiej orkiestrze mało kto daje zarobić nawet tę jedną setną centa na spotify.
Powodem, dla którego nie tylko my, ale jeszcze jakieś dziesięc tysięcy ludzi pojawiło się w Atlas Arenie, był fakt, że Czesi grali (i śpiewali: chór też był) kawałki znane z przebojów kinowych, od Gladiatora po Batmana, pod batutą autora muzyki, niejakiego Hansa Zimmera. Hans jest popularnym i rekordowo płodnym oprawcą muzycznym, obrabia po parę filmów rocznie, z każdego wydaje płytę, a w przerwach dorabia z ekipą po ludziach. I nie narzeka. Zuch.
Nawet najbardziej pracowici Czesi nie zagrają wystarczająco głośno, by być dobrze usłyszanymi w dużej hali. Zamiast studziennego dźwięku np. tuby słuchacze słyszą więc studzienny dźwięk tuby wzmocniony przez wzmacniacz i wyemitowany przez membrany głośników.  To zupełnie inna jakość. Powietrze wibruje nie tylko nie tylko wokół słuchacza, ale także w jego płucach, nozdrzach i zatokach czołowych. Arsenał Hansa nie ogranicza sie oczywiście do tuby, Hans atakuje większością instumentów kiedykolwiek wynalezionych przez ludzkość , w tym dwoma zestawami perkusyjnymi.  Hałas przez nie generowany po wzmocnieniu wyraźnie przekracza granicę bólu.
"To co, teraz jedziemy do ZUS-u po rentę z tytulu osiemdziesięcioprocentowej utraty słuchu?" rzuciłem do żony po koncercie. "Co mówisz? Do jakiego GUS-u?" - odpowiedziała.
Jeśli po wizycie w sali koncertowej mam ochotę pozbyć się domowego stereo jako niezdolnego do wiernego odtworzenia dźwięku, to po powrocie z Atlas Areny nie mogłem się nadziwić, jak perfekcyjnie gra. No, może trochę za cicho.
__________
http://www.bbc.com/news/entertainment-arts-36027867

10:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (1) »
środa, 20 kwietnia 2016

Kiedy dostałem służbowego ajfona przez dobry tydzień chodziłem z opadniętą szczęką. I latającą powieką. Wieloletnia propaganda Apple oraz rzeszy użytkowników Apple przygotowała mnie bowiem na ósmy cud świata, który nie dość, że "po prostu działa", co ostatecznie jest cechą większości np. pralek, to jeszcze obsługuje się intuicyjnie i automagicznie.
Niestety, nic  z w/w nie miało miejsca, co więcej, telefon sprawiał wrażenie zlepu archaicznego systemu operacyjnego i nierównych aplikacji, z których nawet te co lepsze forsowały własne rozwiązania, przyprawiając mnie o w/w latanie powieki.
Zdecydowanie największym zawodem były funkcje muzyczne telefonu, który co do istoty był rozwinięciem ipoda i jako taki powinien być super-duper odtwarzaczem. Nie był. Po pierwsze nie pasował mi do stacji dokującej zakupionej za drobne 300 zło do mojej wieży. Po wtóre słuchawki zasadniczo nie nadawały się do słuchania muzyki. Po trzecie  - i to najbardziej zdumiewające - domyślna aplikacja muzyczna porażała prymitywizmem.
A - przypomnę - nie był to IOS 1.0, ani 3.0 , ale - Panie zmiłuj się - dziewiąta wersja systemu.
Ten pożałowania godny stan trwał więc przez poprzednie lata i dziewięć wersji i mimo kolosalnych pieniędzy, jakie kasował i kasuje Apple za sprzedawaną muzykę inżynierowie nie umieli/nie chcieli ułatwić klientom korzystania z niej. Aż w końcu pojawiły się serwisy i aplikacje iks razy tańsze i en razy wygodniejsze od Apple Music.
I wiecie co? W wersji 9.3 Apple elegancko zerżnął 90% funkcjonalności spotify i jego odtwarzacz zaczął przypominać współczesne aplikacje: można dwoma pacnięciami wrzucić słuchany utwór na listę, pojawiła się kolejka utwórów, a także radia internetowe itd. itp.
Ta nieoczekiwana metamorfoza nastroiła mnie filozoficznie... uświadomiłem sobie, że moje złe emocje spowodowane wieloletnim i osentacyjnym lekceważeniem moich potrzeb przez producenta mojego smartfona nie miały żadnych podstaw.
Apple bowiem, jak w sumie każda spółka giełdowa, nie ma żadnych, ale to żadnych zobowiązań czy powinności, niechby moralnych wobec swoich klientów. A ściślej, ma - jeden obowiązek. Ma wydoić ze swoich klientów jak najwięcej kasy w jak najkrótszym czasie.
Są firmy, które naciskane przez konkurencję z tyłu, z boku i z dołu, jak producenci androidów, nie mogą sobie na lekceważenie klienta pozwolić. Apple, którego przeciętny użytkownik jest - bez urazy - nietechnicznym głąbem z grubym portfelem -mogło.
Panem i władcą każdej spółki jest w ostatecznym rozrachunku udziałowiec /właściciel, który co kwartał rozlicza zarząd z przepływów kasy.  Za maską firmy z ludzką twarzą kryje się z reguły odrażający bezgłowy potwór karmiony gotówką klientów.
So, w czerwcu zmieniam smartfona na wytwór innego bezgłowego potwora tym razem z Korei. Zamieniam prestiż na lepszą baterię i skuteczniejszą antenkę.

00:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (9) »
wtorek, 05 kwietnia 2016

-Ludzie sumienia nie mają, na środek łąki worki ze śmieciami wywieźli - oceniła Leniuchowa.
Fakt, na środku naszej łąki, nad brzegiem przecinającej ją strugi stało kilka obłych białych przedmiotów.
Ale przecież nie worków ze śmieciami!
Białą czaplę pierwszy raz widziałem w Egipcie w 1998. Najwyraźniej od tamtej pory ociepliło się u nas na tyle, że te białe ruszyły się z południa, żeby zrobić koło pióra polskim czaplom siwym i - na podobieństwo worków ze śmieciami - zaparkowały nad rzeczką.

Nie tylko one. Na polu nieopodal nieprzytomnie drą dzioby żurawie. A obok czapli, gdzie do niedawna sąsiad-rolnik wypasał krowy teraz sąsiad-biznesmen wypasa swoje konie. Rżenie zastąpiło ryczenie.

Postęp w hodowli, w innych dziedzinach też, niestety.
Północną granicą łąki jest lokalna droga łącząca nas z cywilizacją.
Założenie było takie, że kiedy powstanie łącznik autostradowy do obwodnicy, to ruch na drodze uwiędnie.
Łącznik powstał, ruch przybrał.
Ha, to z powodu, że wylot na Warszawę wciąż wiedzie przez Oleśnicę. Kiedy  powstanie S8, wtedy naszą drogą ino rower i furmanka - kalkulowaliśmy.
S8 powstała, ruch wzrósł jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że rankiem trzeba się do niego włączać, niczym na Legnickiej - jadą i jadą.
Nic to, niech tylko otworzą S5 do Poznania...

Tymczasem łąka nasza po jednej stronie rzeki gości stada hodowlane, po drugiej jest do dyspozycji dzikich zwierząt. I naszej. I teoretycznie te 10 - 20 hektarów powinno wystarczyć, ale praktyka pokazuje, że dzicz napiera.
Ryje, depcze, drąży - psy na spacerze dostają szału i żeby nie wracać ze spaceru samemu jedną z suk prowadzę jako zakładniczkę na sznurku, wtedy i ta druga, choć niechętnie, porzuca tropienie i wraca na posiłek do domu, zamiast sobie upolować.

A byłoby co. Watahy dzików w liczbie 20+ osobników, zdziwione pary jeleniowatych, kaczki i niewiadomocojeszcze.

Sawanna, panie, sawanna.
Podziękować za te parę dni mrozu, które potrafią jeszcze skuć rzeczkę.
Krokodyl pod lodem nie przetrwa.

11:29, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (7) »
wtorek, 16 lutego 2016

Skończyłem właśnie czytać kapitalną biografię panów Beksińskich - ojca malarza i syna radiowca, którzy nie dość że byli artystami to jeszcze zeszli ze świata w sposób gwałtowny.
Atutem tego reportażu jest panorama Polski powiatowej od okupacji do dzikiego kapitalizmu, na tle której realizują swoje pasje obaj twórcy. Nie jest to generalnie obrazek ładny, czasy były podłe, ludzie nieobyci tudzież niedomyci, ale właśnie dzięki niemu łatwiej zrozumieć i docenić tektoniczną zmianę jaka zaszła w dostępie do dóbr kultury w ostatnich +- 30 latach.
Stary -  że się tak wyrażę - Beksiński, poza tym, że był dobrym, a na pewnym etapie dziko popularnym malarzem, był także inżynierem i melomanem. Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie chęć posiadania coraz lepszego sprzętu rtv i najnowszych płyt, to nie namalował by połowy tego, co namalował. Poza malowaniem B. lutował wzmacniacze i składał magnetofony, a następnie wraz z synem zgrywali na taśmy  płyty zanabyte w drodze wymiany za malunki, poczym sprzedawali taśmy z zyskiem.
W tym aspekcie nie różnili się specjalnie od studentów z epoki, no może większym rozmachem w działaniu,  które w przypadku Tomka Beksińskiego zaowocowało pracą w radiu.
Szalenie ciekaw byłbym opinii obu panów na temat dzisiejszych muzycznych serwisów abonamentowych  (he, to już chyba 3-cie określenie na muzę z interku).
Koniec z regałami pełnymi płyt, niepotrzebne są nawet dyski z mp3 - kami. Za parę (dziesiąt) złotych miesięcznie można mieć - tak o - dostęp do jakiś 80% wszystkich nagrań w ogóle. Nie wiem jak Tomasz Beksisski, który jawił się jako obsesyjny kolekcjoner, ale stary B. jako rasowy gadżeciaż popadłby zapewne stan podobny do nirwany, jaki był i moim udziałem na początku przygody z opcją abonamentową.
Odtwarzacz internetowy jaki od trzech notek opisuję odtwarza również muzykę z serwisów abonamentowych. Jakość dźwięków nie odbiega znacząco od tych z płyty kompaktowej, jako że dostarczana jest w formie 320 kbitów mp3. W wersji płatnej. Jak wiadomo w/w serwisy działają również w wersji darmowej 160 kbitów i z poważnym ograniczeniem funkcjonalności, ale nie wiem, jak brzmiałyby na moim odtwarzaczu, bowiem ten trybu darmowego nie obsługuje. Dla nieczytających zastrzeżeń drobnym druczkiem takie ograniczenie musi być przykrą niespodzianką.
Nie w kasie, nie w kilobitach jednak rzecz, a w poczuciu niemal nieograniczonej swobody wędrówki po muzycznych szlakach. Nawet stosunkowo egzotyczna polska fonografia jest tam w przeważającej części dostępna, ze znaczącym z mojego punktu widzenia wyjątkiem Czesława Niemena i Wałów Jagiellońskich.
Ale poza tym - hulaj dusza,  czuję się jak dziecko w naprawdę dużym sklepie z zabawkami.  Na pół zapomniane melodie, kawałki z młodości, muzycy znani czy tacy, których chciałbym poznać, ale jakoś się nie złożyło... dostępni na wyciągnięcie ręki. Co u licha komponował Skriabin, czy ten... jak mu tam, Justin Bieber jest naprawdę tak fatalny i jak brzmi ten kawałek zespołu UFO, fałszywie nucony 30 lat temu przez kolegę ze szkolnej ławy?
Sezamie, otwórz się.
Parę pacnięć w smartfon i po chwili wiem. Jeśli mi się spodoba, serwis podpowiada mi kolejne nagrania i wykonawców utrzymanych w podobnym stylu. I tak bez końca. Potrafię sobie wyobrazić użytkowników, którzy zagłębiają się w labirynt nagrań by wychynąć z niego po tygodniu z objawami odwodnienia.
Sam prawie tak skończyłem.

15:43, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 stycznia 2016

Od dobrych dziesięciu lat nowy sprzęt muzyczny wyposażany jest w gniazdo usb, w które można wtykać coraz tańsze i pojemniejsze pendrajwy. Względnie tani pendrive 32 GB to odpowiednik - ja wiem ? - 300+ płyt cd zgranych w jakości 320 kbitów. Wystarczy? Aż nadto. A jeśli nie wystarczy, to za miesiąc pojawią się pendrive'y dwa razy większe i  - znowu wystarczy.
Ale - umówmy się - sprzęt ze sterczącym pendrivem, ba, sam fakt ganiania z pendrivem wte i wefte, z kompa do odtwarzacza i z powrotem, niesie pokusę zastąpienia tego, w pełni skutecznego rozwiązania, czymś "lepszym".
Czyli odtwarzaczem sieciowym.
Pokusę tę najlepiej zwalczyć prosząc domowników o wysmaganie kablem, a jeśli nie przechodzi - zdzielenie w głowę przełącznikiem sieciowym 19 cali. Porzucając bowiem sprawdzony świat nośników elektronicznych i wkraczając w krainę inter- i ether- netu gotujemy sobie i bliskim drogę przez mękę.
"Sieć' zamiast cd czy pendrajwa to na pozór to genialne rozwiązanie, czyste koncepcyjnie, eleganckie i co więcej - kiedy działa - to działa.
Ciekawie zaczyna być, kiedy działać przestaje. Zasiadasz w niedzielny wieczór, żeby posłuchać muzyki z serwisu internetowego... no dobra, tu dygresja. Nie jest to artykuł sponsorowany i nie zamierzam niczego promować, ale z drugiej strony zabijają mnie sformułowania jak "popularny serwis społecznościowy", kiedy wszyscy wiedzą, że chodzi o fejsa. No więc w moim przypadku ten "popularny serwis muzyczny" to spoti. Więc odpalasz spoti, żeby zrelaksować się przy - powiedzmy - Krzysztofie Krawczyku, a tu Krzysztof dostaje czkawki - gra- trzy sekundy nie gra - znowu gra. Kiedyś przetarłbyś CD szmatką, a w przypadku odtwarzacza sieciowego? Czy dzwonić do dostawcy internetu, czy udusić dziecko, które łupie w sieciowe gta oglądając youtube i słuchając własnego spoti, blokując w ten sposób sieć, a może po prostu zrestartować router? A może to serwery spoti się nie wyrabiają, albo ruch jest przycinany gdzieś dalej, na jakieś półce w szafce telekomunikacyjnej kolejnego węzła?
Nie wiesz i się nie dowiesz. Fakt faktem, u mnie spoti się przycina przez jakieś 10% doby, ale  umówmy się, mam jeszcze przynajmniej kilka źródeł muzyki.
Pierwszym i najważniejszym - moja właśna kolekcja zgranych lub spiratowanych cd, udostępnianych przez serwis DLNA na starym kompie.
Standard udostępniania mediów DLNA ogólnie rzecz biorąc działa bez pudła, ale w naprawdę, naprawdę prymitywny sposób. Po pierwsze, odtwarzacz nie potrafi zapauzować utworu. Po drugie, nie umie stworzyć listy ulubionych, nie zna pojęcia kolejki odtwarzania, do której możnaby wrzucać następne utwory wybierane w trakcie słuchania bieżącego, nie pozwala wyszukiwać w kolekcji, nie zapisuje historii.
Nie wykluczam, że na rynku istnieje komercyjny serwer DLNA z aplikacją na smartfona, która będzie miała w/w a brakujące funkcje, ale na razie korzystam ze standardowej aplikacji jamachy, która umie tylko wybrać album i tłuc z tego albumu.
Istnieje rozwiązanie w pół drogi: jeszcze darmowe, a już obsługujące playlisty i trochę więcej. Jest nim serwowanie muzyki z biblioteki itunes, applowskiego standardu. Jeśli odtwarzacz obsługuje przesyłanie airplay (my does), można grać z peceta, a zarządzać całym kramem, czyli nadającymi itunes i odbierającym odtwarzaczem za pomocą smartfona, tworząc sobie - a jakże, plejlisty.


Każde z w/w rozwiązań ma zady. ma walety i mnóstwo, mnóstwo zastrzeżeń drobnym druczkiem, o których wkrótce.

08:35, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 11 stycznia 2016

Strumień i stream brzmią dość podobnie i znaczą z grubsza to samo. W środku zimy chodzi mi o strumień muzycznych danych cyfrowych które trafiają z komputera do świeżozakupionego... no cóż odtwarzacza sieciowego, tak trzeba pudełko chyba nazwać.
Z przechowywaniem i odtwarzaniem muzyki jest tak, że opiera się na zdumiewająco starej technice. Wtyczka słuchawkowa np., czyli popularny jack to XIX wiek.  CD - wiek 20. CD się zestarzało szybciej niż wtyczka i w zasadzie od jakichś 10 lat powinno być martwe, zastąpione przez strumień danych cyfrowych właśnie.
Wróżyłem to dawno, bodajże od czasów.. nie nie napstera, a konkurencyjnego serwisu audiogalaxy. Audiogalaxy miało bardzo bogaty katalog nagrań, oczywiście pirackich, który po paru szybkich procesach zniknął wraz serwisem, dając wszakże przedsmak, czym mógłby by być internetowy serwis muzyczny z wszystkimi nagraniami świata dostępnymi dzięki paru kliknięciom.
Po wymordowaniu piratów rynek muzyczny zastygł w strupieszałej formie na parę lat, praktycznie zmonopolizowany przez tradycyjne cd z jednej strony, a chciwy ponad wszelkie pojęcie Apple Music  - z drugiej.
Ten smutny czas przetrwałem w podziemiu działajac wg schematu - ściągam muzykę z bittorrenta i wypalam. Stos pirackich płytek ma jednak to do siebie, że trzeba go jakoś ogarniać: składować, katalogować, utrzymywać w porządku czyli zamiast hobby uprawiać regularną magazynierkę. Do tego nagrania mniej popularne, np. polskie szybciutko z torrentów znikają, torrenty to skarbnica dla fanów Justyny Bieber raczej niż Justyny Steczkowskiej.
Kapitalizm w końcu zadziałał, dzięki Szwedom, którzy wymyślili spotyfaję. Kiedy cała klasa syna zaczęła używać tego serwisu, zrozumiałem, kto będzie rządził na rynku i zanabyłem zgodny ze spotyfają odtwarzacz. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym przed kupnem nietaniego odtwarzacza nie spróbował podłączyć starego laptopa ze spotyfają do starej mini-wieży, ale znalezienie laptopa, który jednoczeście dawałby przyzwoitą jakość na wyjściu słuchawkowym oraz nie hałasował wentylatorkami okazało się niemożliwe.
Czy było warto? Czy zestaw daje radę i czemu zużyłem cały przydział brzydkich słów na 2016 w trakcie instalacji odtwarzacza -  w następnym odcinku. Stay tuned.

niedziela, 03 stycznia 2016

Czasowa emigracja z bloga moja wiązała się z wyprawą w świat mediów społecznościowych. Wracam nieco przestraszony. Kulturalni w realu ludzie na fb i g+ mają skłonność do zachowań wręcz chuligańskich. Ja tutaj -  pod pseudonimem - pozwalam sobie na mniej niż oni tam pod nazwiskiem.
Pierwszy tydzień pobytu na fb spędziłem eliminując ze swojej tablicy toksyczne lub nawymiotne treści, dostarczane mi przez znajomych i rodzinę. Kiedy odfiltrowałem komunikaty obrońców demokracji, obrońców białej europy i całą prawdę o szczepionkach, to zostały mi tylko zdjęcia psów i filmiki z kotami.
Jako mieszkaniec wsi i współwłaściciel 2 psów wzbogaciłem fb o fotoreportaże ze spacerów, budząc życzliwe zainteresowanie koleżanek z podstawówki, które jednak - co tu ukrywać - w międzyczasie posunęły się masakrycznie.
W związku z czym zaprzestałem.
I jestem back. I mam parę uwag.
Postęp, postęp everywhere. Kraj pokryła sieć autostrad... no, prawie, wszechobecne szkoły wyższe produkują więcej magistrów niż w ogóle jest młodzieży w Polsce, biedronka za grosze karmi i ubiera szerokie masy...
Samorządom pozostało zaspokajanie potrzeb najbardziej wysublimowanych. We Wrocławiu np wożą studentów kolejką linową między budynkami czy fundują Centrum Wiedzy o Wodzie.
A jednak... podczas świątecznego spaceru wokół malowniczego stawu, utrzymywanego we wzorowym porządku przez Koło Wędkarzy "Wir" napotkaliśmy świeżo wywiezione do lasu stare okna, wywalone na wielką stertę opodal ścieżki. Goście, którzy wywozili syf do lasu za komuny już poszli byli na emeryturę, ani chybi to ich podrosłe dzieci, wyedukowane ekologicznie w szkole, być może wyższej, podtrzymują tradycję.
Do tego lasu jest dość łatwo wjechać, śmieci w takim miejscu to skandal, ale jakoś tam wytłumaczalny.
Nieopodal jednak znajduje się całkiem niedostępny kurhan z epoki brązu, zagubiony między strugami w zagajniku pośród ornych pól. I u stóp tego kurhanu, w fosie go okalającej, ktoś porzucił spory fotel obity brązowym skajem. No, chyba, że celtyccy woje sprezentowali swemu pochowanemu w kurhanie wodzowi fotel na pobyt w zaświatach.
Miałem chwilę zawahania, czy nie udokumentować powyższych okropności i nie wrzucić na fejsa z płomiennym komentarzem... ale jakos mi się odechciało. Płomiennych komentarzy jest na fb opór.
Tymczasem śnieg przysypał las i śmieci w lesie też.
Jest znowu pięknie.

środa, 02 grudnia 2015

Wbrew rozpowszechnionemu i uzasadnionemu przekonaniu mecz Ekstraklasy wcale nie musi być tępą, brutalną kopaniną. Odkryłem to przy okazji tytanicznego pojedynku Śląska Wrocław z Termaliką Nieciecza. Obejrzałem go zachwycony z trzech powodów - po pierwsze chłopaki uwijali się jak 22 Neymarów, po drugie, na widok tak niecodziennej dyspozycji piłkarzy zamilknął trywialny komentarz dziennikarzy nsportu. Trzecim powodem było to, że zdążyłem obejrzeć go przed pracą, w ciągu 45 minut.
Po prostu z braku czasu obejrzałem nagrany w nocy mecz na podglądzie przewijając w tempie dwukrotnie szybszym od oryginalnego.
Było jak w La Liga.

22:49, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 listopada 2015

22:27, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »

Miałem ostatnio okazję polecieć do Niemiec i z powrotem. W Polsce - tradycyjnie - w Niemczech - nowocześnie. We Wrocławiu na lotnisku zwykłe piszczące bramki, we Frankfurcie szklane kabiny, ani chybi skanujące wszystkie zakamarki skanowanego.
Podróżni - jak można się spodziewać - ciężkawi faceci w średnim wieku głównie, oblicza różowe, po części niemieccy menedżerowie średniego szczebla jadący do pracy w Polsce, po części polscy fachowcy wracający z pracy w Niemczech, plus grupka młodzieży korporacyjnej. Standard.
Wszyscy równie starannie przeszukiwani przez lotniskową ochronę - wiadomo, zamachy. Jak raz miałem w plecaczku śrubokręt - tak już mam, podróżuję ze śrubokrętem. Tym razem został on o dziwo wykryty na prześwietleniu i pan z obsługi zaczął przetrząsać bagaż, żeby mi skonfiskować narzędzie, które koniec końców udało mi się jednak uchronić przed konfiskatą, niestotne.
Sytuacja ta pobudziła mnie jednak do refleksji, takiej mianowicie, że wystajemy w tych idiotycznych kolejkach od piętnastu lat - Polacy i Niemcy po równo, mimo, że żaden z nas żadnego samolotu nie porwał, nie wysadził, a nawet nie próbował. Jaka to jednak w sumie gigantyczna strata czasu i do tego nieskuteczna - całkowicie. Żaden, ale to żaden z zamachowców nie przypominał nawet z daleka pasażerów naszego lotu. Gdyby z tych fanatyków z Paryża, Nowego Jorku i Bóg wie skąd jeszcze wylosować dowolnego i postawić wśród nas, nawet dziecko z przedszkola wskazałoby go bez problemu, tak zupełnie inaczej wyglądają.
Żaden skaner, laser, rentgen - wystarczy para oczu, żeby stwierdzić: w tej kolejce terrorystów raczej nie ma, wsiadajcie chłopaki.
O ironio, młodzieńcy, którzy nas prześwietlali i rewidowali, co do jednego byli szczupłymi smagłymi Niemcami pochodzenia bliskowschodniego, wyglądającymi zupełnie jak przeciętny zamachowiec. Ktoś nieuprzedzony, np. kosmita obarczony zadaniem zabezpieczenia lotów, po wrzuceniu do swojej sztucznej inteligencji danych o dokonanych do tej pory aktach terrorów w pierwszym kroku zapewne usunąłby z lotniska jego muzułmańską ochronę.
Jakie szczęście, że kosmici razem ze swoją rasistowską sztuczną inteligencją zostali na Alfa Centauri.

środa, 04 listopada 2015

Z niejaką posępną dumą stwierdzam, że miejsca takie jak to, do których włazi się wklepując adres typu niewydarzony.blog.pl to żywa skamielinia wczesnego internetu. Internet współczesny dawno przeniósł się na fejsbóki, tłytery i instagramy. I na jutubę.
Oprócz oczywistych minusów ta sytuacja ma także plusy. W naszym - paleointernautów - coraz węższym gronie pozwolę sobie od czasu do czasu na jakiś skandaliczny wybryk.
Nie żeby od razu na k.. i ch..., ale takie kontrolowane szaleństwo w granicach dobrego smaku. Dzisiaj będzie to refleksja nad in vitro, sprowokowana przez Leniuchową, która zwróciła uwagę, że na 22 tysiące par, które skorzystało z programu, urodziło się tylko 3 i pół tysiąca dzieci.
Otóż, Mili, gdyby 11 tysięcy Pań, zamiast męczyć się po klinikach strzeliło po lufie na odwagę i poszło w tango z przygodnie napotkanym nieznajomym, wtedy moim skromnym zdaniem skończyłoby się to sporo większą ilością ciąż.
Wiem, że to nie to samo, dzieci miałyby zakazane ryje przygodnych nieznajomych itp. ale jaka oszczędność dla budżetu.
Zbulwersowani?
Soraski.

środa, 21 października 2015

Yup, z okazji dnia Powrotu Do Przyszłości przyznam się, że 21 października 2015 roku mam dokładnie tyle lat, ile "staruszek" Marty McFly z zabawnych filmów Zemeckisa. Co oznacza ni mniej ni więcej, że mógłbym opowiedzieć wam parę rzeczy o roku 1985, w którym Marty wyruszył w swoje podróże do 1955 i 2015.
śmiem twierdzić, że współczesny nastolatek, np mój syn, dostałby dużo większego szoku przeniesiony do 1985, niż Marty w 2015.
W 1985, Mili, w moim domu nie było ani jednego przedmiotu, który nie byłby wyprodukowany w Polsce. Każdy kurna ręcznik, kapeć, żarówka, rower - powstał z trudu polskiego robotnika i został pracowicie wystany w kolejce przez polskiego konsumenta.
Nic dziwnego, że bezrobocie nie istniało, ba, była bodajże ustawa o niebieskich ptakach, która delegalizowała niepracujących. Niepracujący zresztą miał przekichane, bo niby skąd miał brać kartki na mięso, wódkę, kawę i fajki?
Duży, rodzinny samochód kosztował 100 PLN.
Ale trzeba było dopłacić za lusterka wsteczne, których nie było w standardzie.
I co, Zemeckis, wymyśliłbyś coś takiego?

23:35, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
piątek, 16 października 2015

Dach jest wspólny, uchodźcy w większości pozostają na zewnątrz. Mam na myśli azjatyckie  chrząszcze zwane biedronkami nindżja, które w niewyobrażalnych ilościach obsiadły seledynowe ściany naszej chaty. W przeciwieństwie do poczciwej bożej krówki zwanej także siedmiokropką przybysze przemieszczają sie stadami, czy raczej - chmurami. Zastanawiam się, czy to nie one pożarły komary, których w tym roku ani widu ani słychu.
Nawiązując do innej, dużo bardziej widowiskowej migracji, tzn. tej ludzkiej mam swoją teorię co do jej przyczyn. Wydaje mi się, że inwazja Syryjczyków/Afgańczyków/Somalijczyków sprowokowana została kazaniami w meczetach, jednak nie w sposób, jaki się powszechnie przyjmuje.
Młodzi ci ludzie bynajmniej nie przybyli, by objąć Europę w posiadanie dla islamu. Myślę, że od jakiegoś czasu wysłuchiwali co piątek mniej więcej takiego przesłania:
"Owszem, może i ma ta Europa jakieś plusy, typu szybkie niemieckie auta dla każdego czy ogromne hipermarkety, w których tambylcy próbują bezskutecznie zapełnić życiową pustkę.
Ale chodzi o to, żeby te wątpliwe plusy nie przesłoniły wam niewątpliwych minusów. Otóż, o zgrozo, po tamtejszych ulicach przechadzają się w cieplejsze dni roznegliżowane - nie da się tego nazwać inaczej - zdziry, od licealistek po matki dzieciom, a wszystkie chętne by wciągnąć do swego moralnego bagna pobożnych muzułmanów!"
I lawina ruszyła...

16:59, leniuch102 , z bagien
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 września 2015

Socjalizacja – (z łaciny socialis – społeczny), proces rozwoju społecznego człowieka, kształtowania jego osobowości, przekazywania systemu wartości, norm, wzorów zachowań, obowiązujących we współżyciu z innymi ludźmi. Socjalizacja dokonuje się poprzez oddziaływanie rodziny, osób i instytucji

- O, ojciec grasz w Fifę. Fifę 16!? Niemożliwe, dopiero za tydzień wyjdzie. Stachu kupił ale przedpłatę na złotą edycję,
- Nie wierzę w przedpłaty. Ani kupowanie.


                                                          * * *

- O, ojciec jesteś  niby w pracy, a znowu łupiesz w fifę.
- Zdaj do gimnazjum - wślizg - potem liceum -podanie  - potem pięć lat politechniki - główka - potem znajdź sobie robotę jak - podanie  - moja, potem siadaj obok, zagramy razem - gol!

                                                         * * *

- Stachu poszedł z przedpłatą do empiku ale fifę już wykupili, no to poszedł do saturna, ale popatrzyli na paragon z przedpłatą i powiedzieli że z empiku nie honorują.
- I nie gra?
- No nie.
- He he, niech wpadnie, dam mu pyknąć.

Tagi: fifa 16
11:36, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86
Archiwum