wtorek, 25 sierpnia 2015

Świat należy do 35-latków.
Cytuję za Superexpressem:
"Co łączy męża Marty Kaczyńskiej (35 l.), mecenasa Marcina Dubienieckiego (35 l.), i byłą żonę bramkarza reprezentacji Polski Artura Boruca (35 l.) - Katarzynę Modrzewską (35 l.)? Okazuje się, że oboje mają zamiłowanie do robienia interesów."
He, brzmi jak streszczenie komedii romantycznej.
Z przykrością konstatuję, że nie mam już 35 lat, mam za to zamiłowanie do robienia interesów. Czytaj: kredyt we frankach i akcje KGHM.
Po stronie plusów: wciąż jestem na wolności, w odróżnieniu od Marcina D. i p. Borucowej. Ba, prosperuję i mam perspektywy. Właśnie dostałem pismo z ZUS-u, że planują dla mnie emeryturę. To świetna wiadomość w tych niełatwych czasach, zwłaszcza, że dla Leniuchowej ZUS zasadniczo emerytury nie przewiduje, tylko jakieś kieszonkowe, jak dla większości obecnych 35-latków.
I to jest ten moment, kiedy wkraczam do akcji i nakreślam Plan C, który zapewni Leniuchowej godną - ekhem  - starość. Znaczy - ja emeryturę mam mieć, ona - nie bardzo i jak temu zaradzić. Rozegramy to w trzech punktach:
- w oparciu o naszą inwestycję w nieruchomości, czyli zanabytą w lepszych czasach działkę, obecnie porośniętą pokrzywą,
- za pomocą syna, obecnie małoletniego ale kiedyś tam - w sile wieku oraz
- beczki ze spirytusem.
Kiedy nastąpi ów moment, że Pan powoła mnie do siebie i rodzina będzie zagrożona zniknięciem mojej emerytury z domowego budżetu, syn uda się na działkę, wkopie tamże beczkę ze spirytusem, a następnie umieści w niej moją doczesną powłokę. Nie inaczej postąpiono z admirałem Nelsonem, kiedy francuski pocisk pod Trafalgarem przerwał jego błyskotliwą karierę.  Z tym, że ja posiedzę w tej beczce ciut dłużej, tak, by nie przerywać dopływu kasy z ZUS. Kiedy i Leniuchowa zawinie się z tego świata wtedy i moje zejście zostanie - hmm - sformalizowane.
Chyba, że syn zdecyduje się na drugą beczkę.

09:43, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
piątek, 07 sierpnia 2015

Między nami, po ulicy, na ogół pojedynczo, chodzą sobie osobnicy z tzw. kopytem w ręku, albo tradycyjnie - w nodze. Jeśli talent ten zdiagnozować odpowiednio wcześnie, ludzie tacy mogą się zrealizować na ringu. W resorcie. Na bramce.
W dziedzinie tej, jak każdej innej, duży może więcej. Fajnie jest być małym, póki bije się małych, w klatce z Saletą dużemu już trochę łatwiej. Niebywale rzadkie przypadki, kiedy jednak mały daje sobie radę odbijają się szerokim echem, niemilknącym przez tysiące lat, jak w przypadku Dawida. Nawet wtedy zwycięstwo małego warunkowane jest wsparciem Opatrzności i przewagą techniczną.
Podzielam fascynację szerokiej publiczności historiami o małych, ale dzielnych rycerzach np., ale również o rycerkach, które może są i słabsze jako płeć, lecz w konkretnym przypadku księżniczki Xeny czy księżniczki Fiony rozstawiają zbirów po kątach.
Z rezygnacją ale i zrozumieniem przyjmuję fakt, że właśnie dorasta pokolenie panien wychowanych na tych filmach, które - zainspirowane - łażą po mieście bijąc inne panny oraz nietrzeźwych przechodniów. Ba, z pewnym uznaniem konotuję, ze nie atakują prawdziwych stukilowych zbirów, czy choćby trzeźwych.  Film bowiem filmem, a życie - życiem i nawet najudatniejszy kopniak zdolnej nastolatki nie przesunie dużego brutala - nie pozwoli mu na to prawo zachowania pędu konkretnie.
Co zatem wzbudza mój protest? Po co ta notka? Otóż... moda na zabójcze mistrzynie karate w Holywood zdaje się nie mieć końca. Paradoksalnie, o ile męscy bohaterowie uwiarygadniają się wyżyłowaną muskulaturą w stylu Bruce'a Lee, lub po prostu - muskulaturą, to w kolejce do ról kobiet-zabójczyń, siewczyń śmierci, pogromczyń całych armii ustawiają się panie maksymalnie wiotkie.
Postawna księżniczka Xena odeszła bezpotomnie. Supermenka ad 2015 nie ma śladu mięśni. W całości składa się ze dobrej figury, wielkich oczu i elastycznego kombinezonu ściśle figurę opinającego.
Inspiracją do tej notki jest tak naprawdę absurdalna kariera Scarlett Johanson. Wszyscy kojarzą nastoletnią Scarlett z filmu Między Słowami, szczuplutką blondynkę ze sporym biustem i całkowicie cielęcym spojrzeniem. Warunki predystynują pannę Johansonn do ról narzeczonych lub młodych mężatek, jej żywiołem w oczywisty sposób jest sypialnia, sportem - spacery z wózkiem.
A jednak Scarlett okupuje filmy akcji w których calkowicie zaprzecza swojemu naturalnemu zachowaniu i wyglądowi jako diaboliczna (w intencji reżysera) Czarna Wdowa. Patrząc na nią - cierpię, dysonans roli i warunków przyprawia mnie o ból zębów.
Lubię Scarlett za miły pyszczek i cycki, czemu uparła się rujnować niezłe filmy?
Proszę przekazać powyższe p. Johanson angielszczyzną lepszą niż moja.Black-Widow-Natasha-Romanoff-played-by-Scarlett-Johansson
http://itsjustmovies.com/wp-content/uploads/2013/10/Black-Widow-Natasha-Romanoff-played-by-Scarlett-Johansson.jpg

16:08, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 sierpnia 2015

Z firmą Pimpex łączy moją korporację niełatwa relacja miłościonienawiści. Pimpex (nazwa fikcyjna) przez lata był naszym dystrybutorem, co zasadniczo oznacza, że miał licencję na tłuczenie nieprzytomnej kasy za nic lub prawie za nic.
Tak jak lampart nie wyzbędzie się cętek a skorpion - żądła, tak w Polaku nie nigdy nie zgaśnie jego słynna w świecie zdolność to kombinacji. Polak - biznesmen potrafi więcej, podpisze kontrakt za milion, a dodatkowo świśnie pióro oraz papier toaletowy. Przepompuje mydło w płynie od własnego słoika, wyjmie bateryjkę z biurowego zegara i włoży własną - zużytą.
You name it.
W efekcie takich działań (lub ekwiwalentnych - na jedno wychodzi)  Pimpeksowi wypowiedziano współpracę. Właścicielom Pimpeksu zawalił się świat: jak to, czyżby ktoś inny poza nimi był zdolny do wystawiania faktur i rozsyłania pudeł? Jak to, ci debilni Amerykanie radzą sobie bez nich, geniuszy byznesu? Czy to w ogóle możliwe?
Pimpeks, by wrócić, musiał poddać się upokarzającemu oczyszczeniu, naprostowaniu ścieżek, przeklikaniu szkolenia z etyki biznesu etc.
Żałuję, że dowiedziałem się o tym dopiero PO wyjeździe integracyjnym sponsorowanym przez Pimpex.
Wyjazd był tematyczny. Tematem była ciężka praca w sztolniach niedoszłej kwatery Hitlera w Górach Sowich. Wydano nam opaski z napisem "robotnik przymusowy" w gotyku. Do łapy dostaliśmy po kennkarcie z własnym zdjęciem, ściągniętym z korporacyjnej kartoteki. Zza rogu wybiegła grupa rekonstrukcyjna wykrzykująca niemieckie przekleństwa znane z Czterech Pancernych i zagnała nas do samochodów.
W sztolniach normalni turyści poruszają sie płaskodennymi łodziami. My, jako uczestnicy eventu premium dostaliśmy wodery, czyli przerośnięte gumiaki. Dla podniesienia atrakcyjności zgaszono nam światło, wręczono za to dwie pochodnie płonące czymś śmierdzącym. Przy wyjściu naskoczyła na nas grupa rekonstrukcyjna. Na nieszczęście zostawiłem kennkartę w kurtce w aucie, co próbowałem wytłumaczyć p. oficerowi, ale albo miał coś nie tak ze słuchem albo z niemieckim. Znowu usłyszałem pełen zestaw od hende-hoch do schweine, wspominał też coś o brunnerze, a w oddechu wyczułem wyraźną nutę sznapsa.
I tak przez dwa dni, a w nocy po cichu spakowałem się i uciekłem do Breslau.
Pimpex najwyraźniej nie oglądał "Żądła" i nie wie, że "zemsta jest dla frajerów".

13:40, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 27 lipca 2015

Tysiące kilometrów: głównie oktawką, ale też kajakiem, 4x4, dmuchaną oponą etc. Służbowo, integracyjnie i wakacyjnie, a to wszystko od ostatniego wpisu.
Zacznę od końca czyli wizyty w Brobdingnag, krainie gigantów. Rozpościera się ona nad brzegami Adriatyku. Zaludniają ją głównie Holendrzy, głównie dwumetrowi. No w każdym razie mieli swój zjazd na naszym kempingu na Istrii. Nawet nieletnie Holenderki strzaskane na mahoń, kłusujące stadkami po trzy i odziane w żarówiaste pomarańczowe kostiumy nie schodziły poniżej metra osiemdziesiąt. W kolejce po bułki czułem się jak krasnal otoczony przez elfy. I tak przez z górą tydzień. A potem podróż do domu i kolejka do toalety na parkingu w Austrii. Tam zaś żadnego Holendra, sami Słowianie, zesłowianieni Austriacy i okazyjnie Albańczycy. Nie jestem rasistą, ale... No oczy bolą patrzeć. Po strzelistych, opalonych, na ogół niegrubych Holendrach wpadłem w towarzystwo... no przykro to mówić, ale jednak jakiś pokręconych liliputów. Krzywe krótkie nóżki, zarośnięte gęby jak z policyjnej kartoteki, zez zbieżny, pękaty bandzioch...
Spojrzałem na odbicie w lustrze i poczułem się przez chwilę honorowym Holendrem.
Już wkrótce obszerniejsza relacja: zostaję sponiewierany przez pijanego esesmana, wraz z rodziną  weryfikuję tezę o globalnym ociepleniu (zaskakujące wnioski!), na jednym baku dojeżdżam zdziwicie się dokąd... to wszystko jeśli nie zejdzie ze mnie zgromadzona podczas urlopu energia.
Czuwaj.

czwartek, 18 czerwca 2015


Od ambitnych nastolatków zachowaj nas Panie. Takich, którzy na chwilę przed rozdaniem świadectw chcą wyciągnąć z czwórki na piątkę, a z piątki na szóstkę.
Na szóstkę zwykła wiedza nie wystarczy, na szóstkę musi być coś ekstra. Coś ekstra z "przyry" to np. odznaka pttk. Żeby ją dostać trzeba pofatygować się do iluś tam schronisk górskich po pieczątkę w książeczce. Zajmuje to przynajmniej dwa dni i 50 km po górach. Zgadnijcie kto dźwigał plecak.
W domu nie lepiej, w domu robimy coś ekstra na szóstkę z techniki. Konkretnie karmnik wystylizowany na megalityczną świątynię grecką w złotych proporcjach. Dwa dni plus noc na suszenie lakieru wentylatorkiem.
Po drodze były jeszcze ekstra-prezentacje z historii internetu, wojen XVI wieku oraz życia i twórczości pradziadka Franciszka, historia internetu - po angielsku.
W normalnych warunkach w/w aktywności zajęłyby miesiąc, w normalnych warunkach syn snuje się letargicznie między kuchnią a komputerem, ale warunki tuż przed końcem roku są dalece nienormalne. Nie tylko trzeba się ocknąć, zmobilizować, ale jeszcze zdjąć białe rękawiczki i walczyć o swoje.
-Ty wiesz co on robi??? - pyta oburzona Leniuchowa. Wygóglał na ściąga.pl wypracowanie jakiegoś kolesia, wrzuca je do tłumacza i przekleja do powerpointa!
-Chodź ojciec, poprawisz mi prezentację z anglika, kaman, czasu nie ma.

08:43, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
wtorek, 12 maja 2015

Przyzwyczailiśmy się, że wszelka informacja jest just 2 clicks away. To nieprawda. I nie chodzi mi o zapomnianego huculskiego poetę sprzed dwu stuleci, o którym nie wie internet a zatem i google. Chodzi mi o duże wydarzenia sportowe, które wszyscy chcielliby obejrzeć na żywo i legalnie. A przed wszystkim -  i tu tkwi problem - za darmo
Wklepując powiedzmy "bayern-barcelona na żywo", albo "juventus-real na żywo" google wyrzuca mniej więcej taki tekst:
"Bayern - Barcelona mecz rewanżowy na żywo w TV - czy to jest możliwe? Tak, ale niestety jedynie na antenie Canal +Sport. Transmisja meczu rozpocznie się o godz. 20:40.
Mecz rewanżowy Bayern - Barcelona transmisja na żywo online? Niestety darmowe i legalne live streamy nie będą dostępne. Rewanż Bayern - Barcelona w internecie będzie można obejrzeć jedynie po uiszczeniu opłaty na stronie sport.vod.pl"
Najczęściej jest jeszcze info o jakiejś szajsowatej "transmisji na żywo" w postaci czatu z redaktorem oglądającym canalplus, oraz milion komentarzy z linkami do streamów (zapewne pirackich) z tych meczów. Streamy będą się przycinać w kluczowych momentach, ale wcześniej otworzą milion okienek z ohydnymi reklamami.
Prawda, którą skutecznie udało się ukryć przed Kowalskim, jest taka, że oba wydarzenia będą prawdopodobnie transmitowane legalnie i za darmo na kanałach niemieckich i włoskich, dosyć szeroko w Polsce dostępnych.
Ci, którzy swego czasu kupili Babci zestaw do odbioru Trwam będą mogli obejrzeć Bayern na ZDF-ie w wersji HD i z nieirytującym, w przeciwieństwie do polskiego, a momentami zabawnym komentarzem niemieckim. Cytuję z głowy z 1. meczu: "Goetze, zeig der Welt dass du besser als Messi bist". Mecz Juventusu pokaże z kolei Canale 5, w gorszej niz niemiecka jakości, ale z o ileż żywszym komentarzem.
ZDF HD  m. in . satelita    Astra 1KR 11362 H albo kanał 513 w ncplus
canale5 m.in. Hot Bird 13C  11373 H albo kanał 431 w ncplus

16:31, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
czwartek, 07 maja 2015

Wybraliśmy się z synem w długi łykend do Londynu. Edukacyjnie. Dostałem za nadgodziny kupę kasy, ktorą wydałem na hotel rzut pomarańczą od pałacu Kensington, w którym jak raz raczyła przyjść na świat prawnuczka królowej, roboczo nazwana "It's-a-girl". To niesamowite, jak na kanwie trzyminutowego występu noworodka można oprzeć 24 godzinny program w trzech kanałach tv plus parę milionów zadrukowanych stron.
Z drugiej strony to fajna sprawa, bo jednocześnie w UK finiszuje kampania wyborcza, a "It's-a-girl" skutecznie wymiotła polityków z mediów. Żałuję tylko Camerona, bo to jedyny Anglik, którego z grubsza mogę zrozumieć ze słuchu. Nie, żeby mi zależało. Fish-n-chips zjedzone, Big Ben obstrykany, z ulgą wróciłem do domu via lotnisko Stansted, harmonijnie łączące warunki obozu dla uchodźców z chlewem. Syn na wycieczce nieprzeciętnie skorzystał przekonując się naocznie, że życie jest pasmem rozczarowań, co mu tłumaczę od jakiegoś czasu, w końcu dorasta.
Po powrocie od personalnej dostałem maila, cytuję in extenso:
Dear Leniuch,

I write to you to inform you of an unfortunate issue that arose with your Overtime payment for Q1 2015

Calculation of Overtime worked versus Monthly Overtime Allowance shows that you are entitled to an extra payment of YYY; but Payment of X XXX PLN was processed, showing that you were overpaid X ZZZ PLN.

W skrócie kupa kasy za nadgodziny okazała się pomyłką i totalnie nie było mnie stać na ten hotel.

Życie jest, jak wspomniałem... itd.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Ludzki los jest jak puszka po piwie miotana falami Bałtyku. Jakże niewiele w nim pewnych rzeczy: śmierć, podatki i wyższość pasata 1,9 tdi nad każdym innym wytworem techniki.
W powszechnym mniemaniu taki passat jest autem doskonałym: wygodnie mieści się w nim trzypokoleniowa turecka rodzina i na jednym baku przejeżdża z Berlina do Stambułu.
Takim paskiem jeździ Kwadrat i gotów jestem zgodzić się z nim co do wyjątkowości tego modelu. Już niekoniecznie z teorią wg której folkswagen przestraszył się, że jego dalsza produkcja radykalnie obniży popyt na auta, bo starczy każdemu do końca życia, ba, zostanie przekazany następnej generacji razem z długiem w providencie.
Skłonny jestem raczej zgodzić ze znanym angielskim chuliganem, Jeremym Clarksonem, że najlepsze auto świata to nie jakaś sława sprzed dwudziestu lat, ale któreś z tych całkiem nowych, stojących teraz w salonach. Problem, że nie wiadomo w którym.
Technika idzie bowiem naprzód nieubłaganie, choć krokiem raczej tanecznym - dwa do produ, raz do tyłu. 1,9 tdi było dwa do przodu, 2,0 tdi było raz do tyłu... w którym momencie jesteśmy teraz? Według mechaników - do tyłu.
Panie, to się nie da. To się musi rozpaść - to czyli np. litrowy silniczek benzynowy, z którego wyciągnięto 120 koni. Dekiel odpadnie, tłok się wygnie, pasek zerwie... praw fizyki pan nie obejdziesz. Rzeczywiście, statystyki potwierdzają - warsztaty pełne są wyrobów folkswagenopochodnych z rozpierdzielonymi silniczkami... I to jest minus. Ale jest przecież powód, dla którego frajerstwo te auta bierze. Ten powód Mili to dzika frajda z jazdy takim autem. Standardowy kompakt 1,6 benzyna 105 koni zbiera się do setki w 12,3 sekundy. Nowa benzyna 1,4 z turbinką - w 8 sekund z groszami. Jest to różnica powodująca chrupnięcie w karku. Do tego upiorne wycie starego silnika 16 zaworowego ustępuje szmerowi nowej jednostki.
I, last but not least, frazę: "to się musi rozpaść " już znam. Słyszałem ją od taty obecnego mechanika, kiedy wprowadzano silniki 16 zaworowe, obecnie wzór wytrzymałości. "Prawa fizyki" stanowiły wtedy, że silnik półtora litra daje moc 70 koni, próba wyciągnięcia stu koni po prostu musi skończyć się eksplozją i atomowym grzybem nad maską.
Tak więc wykupiłem przedłużoną gwarancję i pomykam czarną oktawką tsi. Czemu opakowałem w/w silnik w czarną oktawkę? Bo gwarantuje mi bezproblemowy wjazd na parking dla dyrekcji.
Cała skoda  - pełny obciach, kupa zalet.

09:14, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
środa, 15 kwietnia 2015

W 2007 roku płynąłem rzeką Narew robiąc postoje w nabrzeżnych sklepikobarach. Specyfiką Podlasia jest, że sklepiki te nie tylko nie kłopoczą się wydawaniem paragonów, ale zdają się w ogóle nie mieć kas fiskalnych.

Życie płynie tu nieśpiesznie jak leniwe wody Narwii, dając miejscowym czas do namysłu, wyważenia opinii i spokojnego podzielenia się nimi nad piwem.

"Stary, wiem że wychodzi taniej, ale nie kupuj opla. Golf, tylko golf." "No tak, tylko że na golfa nie mam" "Nie masz teraz, odłożysz, pożyczysz i zobaczysz opłaci się- przez trzy lata nic przy nim nie będziesz musiał robić"   "Mówisz?" "Pewno - lepsza blacha, o części łatwiej, lepiej chodzi..."

Zapadła pełna namysłu cisza, po czym zwolennik golfa ponowił. "I za ile chce ci tego kadeta puścić?" "Osiemset" "Hmm, za golfa trzeba przynajmniej tysiąc dwieście, ale wiesz, cena boli przez chwilę, jakość zostanie na lata".

Przed kupnem auta, mimo nieco większego budżetu również niechętnie myślałem o wydrożonych ponad rozsądek golfach.

Tu dygresja. Mój budżet samochodowy zasilany jest przez Korporację. Tak wybrałem, mogłem wybrać służbowego "golfa", ale wolałem deputat samochodowy w gotówce. Trzy lata od zatrudnienia minęło jak z bicza strzelił i na "wirtualnym" koncie samochodowym pojawiło się jakieś siedem dych.

Masa kasy, to prawda. Nasz szef przy każdej okazji podkreśla, że tak nieprzytomnie hojnych ryczałtów nie ma żadna inna korporacja. A że dopisują nam je do płacy brutto wychodzą - pozornie - również sute zarobki. Które też nam wypomina. Zarobki są pozornie pokaźne, bo nadmuchane ryczałtem, który w istocie aż taką łaską nie jest, no bo jednak czymś do tego Mielca czy Szczecina muszę się dostać. Rozumiem teraz rozgoryczenie górników, którym wypominają wysokie pobory oraz "czternastki". Tymczasem pobory górnika są (względnie) wysokie, bo wlicza się do nich czternastki.

No dobra... nici z notki o nowym aucie bo muszę wywalić prawdę. Prawda jest taka, że w odróżnieniu od przeciętnego konsumenta tefałenu osobiście znam górniczego emeryta z kopalni Wujek, który zarabiał grosze za ciężką w sumie pracę. Jest moim rówieśnikiem i emerytem od roku, ale średnio mu tej emerytury zazdroszczę, bo chociaż na swojej wiosce uchodzi za krezusa, to jednak nasza recepcjonistka dostaje więcej w drugim roku na recepcji. Słabo mi się robi, kiedy koledzy z korporacji skaczą po górnikach i ich „przywilejach” jak np. darmowy posiłek regeneracyjny.

Fuck, przecież my wszyscy dostajemy taki posiłek w formie karty płatniczej „lunch+”/10 zł dziennie, dodatkowo w delegacji zwracają za ten lunch drugi raz, dodatkowo w delegacji jemy –już realny - lunch w hotelu, który życzliwie wpisuje go w „usługę hotelową”, czyli korporacja karmi na codzień, a na wyjeździe 7 (!) razy dziennie, jak ktoś naciągnie rozliczenie.

I teraz te - w dużej mierze – korporacyjne nieroby ze spółek publicznych notowanych w Nowym Jorku, wydziwiają nad zapierdalaczami np. z Jastrzębskiej Spółki Węglowej, notowanej w Warszawie, że ci ostatni upominają się o warunki pracy i płacy.

Zadziwiające, jak łatwo dajemy się wpuścić ten kanał, w rzewne historie o podobno roszczeniowych grupach zagrażających temu fantastycznie sprawnemu państwu. Jaki to piękny kraj mógłby być, gdyby nie drapieżni górnicy, rolnicy, pielęgniarki, pacjenci, nauczyciele, frankowicze, katolicy, strażnicy miejscy, kolejarze itp. „To nie ludzie, to wilki”, a odrażający, brudni, źli górnicy – najgorsi.

Jeden Owsiak wporzo, sam nieroszczeniowy i jeszcze kasy państwu dorzuci.

Dobranoc Państwu.

niedziela, 22 marca 2015

Za dawnych dobrych czasów kupno nowego samochodu było na tym blogu wydarzeniem rozciągniętym na piętnaście wpisów, z linkiem do ankiety na gazeta.pl. http://leniuch.blox.pl/2006/04/Szara-eminencja.html
No more.
Szalona -  w dzisiejszych kryteriach  - popularność tamtych notek przyniosła mi półtora czeku z reklam googla, czyli mniej więcej dwie opony.
Zły los sprawił, że sprzedałem swój zrelaksowany styl życia za parę dolarów więcej, przydomek: "leniuch" stał się pamiątką coraz odleglejszej przeszłości, a zamiast motoryzacyjnej sagi na blogu zamieszczę suchy opis faktów.
Zaczęło się od tego, że podupadający na zdrowiu dodż kaliber poszedł do ludzi. Kupiła go pewna aspirująca celebrytka do spółki ze swoim włoskim narzeczonym. Kontakt z rzeczywistością nie jest najmocniejszą stroną takich osób i zdecydowanie nie powinny one kupować używanych aut. A już zwłaszcza tych robionych w Detroit. Po (!) jeździe próbnej, podpisaniu umowy i przelaniu kasy, osobliwa para udała się do - powstrzymuję się od śmiechu - "autoryzowanego" serwisu dodża.
Cudzysłów jest jak najbardziej usprawiedliwiony, bowiem w Polsce od paru lat nie sprzedają dodży. Smutny obowiązek serwisowania tychże spoczął na barkach zrelaksowanych serwisantów fiata, którzy wywinęli się od niego za pomocą cennika, jaki w praworządnym kraju zaprowadziłby ich za kraty pod zarzutem zuchwałej grabieży.
Jak łatwo zgadnąć, lista czynności serwisowych, które warto byłoby zafakturować nowym właścicielom naszego dodża zrównała się mniej więcej z uiszczoną za niego ceną.
W związku z czym odstąpili od umowy.
No kidding. Dodam tylko, że koniec końców wskazałem im normalnego mechanika i zapłaciłem za nowe wahacze. Tak, wiem, że jestem frajerem.
"Dzień dobry,
Rozumiem Państwa obawy i współczuję z powodu komplikacji Państwa planów, ale nie wydaje mi się żeby w przypadku dodża można było mówić o wadach innych niż typowe dla pojazdu w tym wieku i o tym stopniu eksploatacji.
Kupiliście Państwo używane na co dzień auto z wciąż aktualnym - do 15 stycznia - badaniem technicznym i formalnie ani faktycznie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w auto wsiąść i pojechać choćby do Włoch. Jeździliśmy nim razem przed sprzedażą z p. XXXXX za kierownicą, który mógł je testować gdzie i jak długo chciał.
Niestety, nie możemy teraz odkręcić sprzedaży dodża, bo w międzyczasie zamówilismy i zazaliczkowaliśmy nowe auto."
Jakie auto zazaliczkowaliśmy i czy równie odjechane jak dodż... już niebawem.
Stay tuned.

18:03, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
wtorek, 10 marca 2015

Nie jest łatwo małej miejscowości przebić się na czołówki mediów, mojej się udało. Poprzednim wydarzeniem wagi ciężkiej w Szczodrem była śmierć ostatniego króla Sasów z domu Wettynów, który oddał ducha pińcset metrów od biurka na którym wstukuję tę notkę.

Jeszcze bliżej pani Justynka zalepiała przedszkolakom buzie, żeby nie wyrywały się do odpowiedzi.

Dla niezorientowanych: w tej sprawie wypowiedziała się już minister Kluzik i Superniania, a pod szkołą koczują ekipy tvn i polsatu.

Czemu nie pomogłem ofiarom niestabilnej nauczycielki i reformy szkolnictwa? No cóż, nic nie słyszałem miały zalepione buzie.

Na pocieszenie: maltretowane dzieciaki są w dużo lepszej kondycji niż wspomniany król Sasów.

Plus, to i tak najlepsze, co nasza oświata ma im do zaoferowania. Pieczołowicie odnowiony zabytkowy budynek, małe klasy, wykwalifikowana nauczycielka przygotowywana do zawodu tak samo długo jak reforma, która zagnała je do szkoły, czyli bardzo długo.

System działa.

 

 

11:16, leniuch102 , z bagien
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 marca 2015

W nieco zapomnianej.... nieco?  - kompletnie zapomnianej produkcji "Robin Hood -czwarta strzała" do Robin Hooda zgłaszają się biedni. Roszczeniowi, bezczelni i niewdzięczni. "ja sobie chciałem zameczek pobudować, taki mały, biedny" - doprasza się jeden "Zameczek?" dziwi sie Robin. "Tak, taki biedny".
Zameczek, nie taki znów biedny wybudowali sobie za pieniądze "Robina" czyli unijne, mieszkańcy Tykocina, dla niepoznaki nazywając go "przepompownią ścieków".  Super patent.
Ale widziałem lepszy.
Jak wiadomo, pracownicy stołecznych korporacji po pracy oddają się rozpasanej konsumpcji polegającej na wciąganiu przez nos środków pobudzających a następnie udziale w orgiach.
Otóż i mnie pozwolono posmakować tego stylu. Orgia nie jest niestety tania. Jeśli musicie wiedzieć, kosztuje 100 złotych za minutę. Netto. Mi zafundowano półtorej, z wydziałowego funduszu nagród. Zabawa polega na tym, ze wprowadzają cię do okrągłego pokoiku z przezroczystymi szybami, którego podłoga jest wyjściem ogromnego wentylatora. Strumień powietrza o prędkości pendolino unosi cię trochę nad podłogą. Hałas, dyskomfort, problem z oddychaniem. Konieczność wysłuchania pogadanki "instruktora" opowiadającego  o swojej drodze życiowej od zwyklaka-szaraka do zarąbistego nadczłowieka latającego w tunelu aerodynamicznym.
I wisienka na torcie. Na szybie tunelu, przez którą gawiedź ogląda frajerów dręczonych a 100 pln na minutę - nalepka. "Współfinansowane z europejskiego funduszu innowacyjna gospodarka".
Teraz, drogi czytelniku, zaproponuj swój własny pomysł na zaczerpnięcie z unijnego kuferka. Uprzedzam: "Polski pomysł na podwodny hotel" z finansowaniem na 16 melonów jest już zaklepany.

______

http://www.poig.2007-2013.gov.pl/Projekty/Strony/Polski_pomysl_na_podwodny_hotel.aspx

22:05, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
niedziela, 22 lutego 2015

Tak dziecko moje komentuje naganny proceder piratowania przeze mnie treści audiowizualnych. Ale- umówny się - nie mam za wielkiego wyboru. Jak to możliwe, skoro płacę za pakiet o osobliwej nazwie Komfort Plus- Ekstra Plus, napieprzający non stop wysokobudżetowymi serialami?
No cóż, po pierwsze skreślam seriale dla kobiet i zostaje mi dwadzieścia procent produkcji. Dalej, eliminuję seriale ze zwłokami - kawałkowanymi, ożywionymi itp. Oraz całujących się mężczyzn. Oraz takie z podkładanym śmiechem. Przez sito nie przechodzi więc mega-przereklamowana Gra o Tron, wypadają niezłe Żywe Trupy....W efekcie zostaje Anna Maria Wesołowska, ale ileż można?
Pozostają otchłanie internetu, a z nich pompuję ostatnio House of Cards. Dawno temu oglądałem wersję brytyjską, teraz obsesyjnie wciągnęła mnie amerykańska. Serial ten ma wszystko, żeby przemówić także do polskiej publiczności. Zamykają w nim stocznie, wydłużają wiek emerytalny, jest prezydent specjalnej troski oraz kierujący nim z tylnego fotela łajdak nazwiskiem Tusk, spiskujący z wrogim mocarstwem.
Sounds familiar? You bet.
NIc dziwnego, że do najnowszej serii zatrudnili Agnieszkę Holland, jako doskonale odnajdującą się w takich realiach. Si seniora, dwa odcinki trzeciej serii machnie fanka prawdziwego Tuska.
Ale, ale nie samymi serialami telewizor stoi...
Są też pozycje pełnometrażowe, powiem więcej, krajowej produkcji, dzielnie biorące sie za bary z historią najnowszą.
A więc - Jack Strong, w istocie słaby, położony przez aktora Sobocińskiego Dorocińskiego, który moze sam w sobie nie jest taki zły, ale obsadzono go jak Boruca w ataku. Jeszcze gorsi są aktorzy anglojęzyczni, ogólnie film bez żadnych plusów.
Plusy można odnaleźć u Idy, a największy z nich dostaje najbardziej wyrazista postać filmu - stary wartburg aktorki Kuleszy. Co do treści, dziełko jest kolejną historią o zagładzie Żydów pomijającą tak nieistotny szczegół jak Niemcy, ba, w filmie udało się chyba nie wspomnieć o wojnie i okupacji. Mnie to nie zraża, opowiadają o czasach odległych, w Bękartach Wojny np. Brad Pitt spalił Hitlera w kinie w Berlinie, był film o hitlerowcach na księżycu, odloty Idy są na tym tle skromne.
Zrażają mnie za to mielizny dramaturgiczne: wspomniana Ida udziela się bodaj mniej od wartburga Kuleszy, która z kolei sadzi teksty tak drętwe, że zęby bolą słuchać.
Modzie na bohatera małomównego hołduje także Miasto'44, fim wyjątkowy juz z tego powodu, że da się oglądać. "Helikopter w ogniu" w reżyserii Wajdy i Johna Woo z elementami musicalu i Żywych Trupów tylko bardziej krwawy... oto czym jest Miasto'44.
Polecam, choć nie po posiłku.

23:48, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (11) »
piątek, 13 lutego 2015

Parę lat temu doszedłem do wniosku, że trudno durniejszy "sport" niz narciarstwo zjazdowe. W dojściu do powyższego wydatnie pomogła mi wywrotka na Śnieżynce. Ogromny siniak, nabyty na własną prośbę, albowiem byłem samodzielnie się przewróciłem, inaczej byłbym się zabiłem. Rozmasowując w/w dotarło do mnie, że: do zesuwania się po zboczu trzeba stosunkowo niewiele wysiłku w stosunku do prędkosci i ryzyka to raz. Że sport ów jest obłędnie stechnicyzowany, od nart, przez wiązania, buty, strój, gogle po samochód dowożący pod górę i gondolkę wciągającą na górę. I armatki śnieżne po drodze. To dwa.
Drogo, niebezpiecznie, czasochłonnie - dałem spokój.
Dodatkowo w międzyczasie zaciągnąłem się do popłatnej ale bardzo absorbującej pracy skutecznie uniemożliwiającej mi wypady w  - powiedzmy jakiś wtorek do południa - na narty. We wtorek, bo narty weekendowe w naszym płaskim kraju sprowadzają się do gry wstępnej: dojazd i szukanie miejsca parkingowego i kulminacji: postoju w kolejce do wyciągu i powrotu.
Teraz moich kroków w godzinach pracy strzeże aplikacja w ajfonie. Opuszczam biuro - klikam, zajeżdżam do klienta - klikam przystępuję do naprawy  - klikam... no słowem - na narty, pominąwszy obiekcje natury ekologiczno - moralno - ekonomicznej - już się nie da.
Azaliż aliści.
Aliści w ten czwartek, podobnie jak we wtorek, pakuję się do gondolki w Świeradowie i klikam - "przystępuję do naprawy".  Wiem, wiem, konsekwencja nie jest moją najsilniejszą stroną, ale przyznajcie sami -  Polak potrafi, nie?
No właśnie. I tak jeżdżąc w górę i w dół zastanawiam się nad jakże rozpowszechnioną wśród narciarzy opinią, że Polska do narciarstwa się nie nadaje, z powodu rachitycznej infrastruktury, góralskiej pazerności, ogólnego dodupizmu itp. Skłonny jestem zgodzić się z tym nienadawaniem się, nawet zjeżdżając nieźle utrzymaną, dwuipółkilometrową nartostradą.
No bo tak: wyciąg może jak w Dolomitach, ale ludzi sporo, śniegu aby aby.... cienizna.
I na szczycie mnie olśniło. Na szczycie bowiem pisało: 1060 m. Zatem nasz szczyt znajduje się dobre paręset metrów pod alpejskim podnóżem. No bo dolna stacja kolejki w takiej Marilevie to 1400 metrów, tak się zresztą nazywa to miejsce Marileva 1400 w odróżnieniu do Marilevy 900, w której śniegu ni dudu.
Zatem powszechne utyskiwania, że infrastruktura narciarska w Polsce jest pod zdechłym azorkiem, to proszę Państwa lipa. Infrastruktura, jak na stoki zaczynające się tak bardzo poniżej alpejskich jest doskonała. Kto nie wierzy niech się machnie do Zieleńca, gdzie chory na anemię i skoliozę stoczek opleciony jest gęstą pajęczyną wyciągów - pardon  -wyciążków  (bo parusetmetrowych) .
Z tych gór, pardon - górek - wycisnęliśmy już, co się dało. Co więcej, jak na trzy tygodnie śniegu rocznie, to karnety są stosunkowo dużo tańsze niż w Alpach, gdzie piłują wyciągami przez trzy miesiące.
Lepiej nie będzie. Taki klimat.

21:54, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
wtorek, 03 lutego 2015

Pożyczysz na furę, musisz oddać samolot. A furę? Furę też! To tradycja taka. Eks-tradycja.
Nie trzeba było brać kredytu w ogóle. Nikt nie kazał brać. Można było nie brać, tylko - ja wiem? - składać na to mieszkanie. Przez trzydzieści lat. No i potem to mieszkanie kupić, jak już stać i wtedy sobie te dzieci robić i co tam jeszcze... Że się nie da bo żona - sześćdziesięciolatka? Że sześćdziesięciolatki nie mogą? Naprawdę? No... może... To trzeba było młodszą brać, nikt nie kazał takiej starej, wolny rynek. Na plac zabaw pojść, zapoznać i składać na mieszkanie dopiero.


Ba, nikt nie kazał takiego drogiego, w Warszawie. Są inne miasta - Mława, Żory - tańsze dużo, tam można było. Pracy nie ma? Dla roszczeniowych głąbów nigdzie nie ma, a wystarczy chcieć, bloga np. kulinarnego można pisać, albo projektować wnętrza... milion możliwości, swoją drogą ciekawe, czemu w Żorach nikt na żadną nie wpadł, tylko siedzą na zasiłkach. A nieciekawe w sumie - wiadomo, głąby. I lenie.


A zapomniałbym. W złotówkach trzeba było brać... Że nie dawali? Kłamstwo roszczeniowego głąba! Zawsze dawali, prezes Kukućko np., zażądał i dostał. Na 20% rocznie, ale dostał.  Po roku zresztą spłacił. Można? Można.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85
Archiwum