wtorek, 21 kwietnia 2015

Ludzki los jest jak puszka po piwie miotana falami Bałtyku. Jakże niewiele w nim pewnych rzeczy: śmierć, podatki i wyższość pasata 1,9 tdi nad każdym innym wytworem techniki.
W powszechnym mniemaniu taki passat jest autem doskonałym: wygodnie mieści się w nim trzypokoleniowa turecka rodzina i na jednym baku przejeżdża z Berlina do Stambułu.
Takim paskiem jeździ Kwadrat i gotów jestem zgodzić się z nim co do wyjątkowości tego modelu. Już niekoniecznie z teorią wg której folkswagen przestraszył się, że jego dalsza produkcja radykalnie obniży popyt na auta, bo starczy każdemu do końca życia, ba, zostanie przekazany następnej generacji razem z długiem w providencie.
Skłonny jestem raczej zgodzić ze znanym angielskim chuliganem, Jeremym Clarksonem, że najlepsze auto świata to nie jakaś sława sprzed dwudziestu lat, ale któreś z tych całkiem nowych, stojących teraz w salonach. Problem, że nie wiadomo w którym.
Technika idzie bowiem naprzód nieubłaganie, choć krokiem raczej tanecznym - dwa do produ, raz do tyłu. 1,9 tdi było dwa do przodu, 2,0 tdi było raz do tyłu... w którym momencie jesteśmy teraz? Według mechaników - do tyłu.
Panie, to się nie da. To się musi rozpaść - to czyli np. litrowy silniczek benzynowy, z którego wyciągnięto 120 koni. Dekiel odpadnie, tłok się wygnie, pasek zerwie... praw fizyki pan nie obejdziesz. Rzeczywiście, statystyki potwierdzają - warsztaty pełne są wyrobów folkswagenopochodnych z rozpierdzielonymi silniczkami... I to jest minus. Ale jest przecież powód, dla którego frajerstwo te auta bierze. Ten powód Mili to dzika frajda z jazdy takim autem. Standardowy kompakt 1,6 benzyna 105 koni zbiera się do setki w 12,3 sekundy. Nowa benzyna 1,4 z turbinką - w 8 sekund z groszami. Jest to różnica powodująca chrupnięcie w karku. Do tego upiorne wycie starego silnika 16 zaworowego ustępuje szmerowi nowej jednostki.
I, last but not least, frazę: "to się musi rozpaść " już znam. Słyszałem ją od taty obecnego mechanika, kiedy wprowadzano silniki 16 zaworowe, obecnie wzór wytrzymałości. "Prawa fizyki" stanowiły wtedy, że silnik półtora litra daje moc 70 koni, próba wyciągnięcia stu koni po prostu musi skończyć się eksplozją i atomowym grzybem nad maską.
Tak więc wykupiłem przedłużoną gwarancję i pomykam czarną oktawką tsi. Czemu opakowałem w/w silnik w czarną oktawkę? Bo gwarantuje mi bezproblemowy wjazd na parking dla dyrekcji.
Cała skoda  - pełny obciach, kupa zalet.

09:14, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
środa, 15 kwietnia 2015

W 2007 roku płynąłem rzeką Narew robiąc postoje w nabrzeżnych sklepikobarach. Specyfiką Podlasia jest, że sklepiki te nie tylko nie kłopoczą się wydawaniem paragonów, ale zdają się w ogóle nie mieć kas fiskalnych.

Życie płynie tu nieśpiesznie jak leniwe wody Narwii, dając miejscowym czas do namysłu, wyważenia opinii i spokojnego podzielenia się nimi nad piwem.

"Stary, wiem że wychodzi taniej, ale nie kupuj opla. Golf, tylko golf." "No tak, tylko że na golfa nie mam" "Nie masz teraz, odłożysz, pożyczysz i zobaczysz opłaci się- przez trzy lata nic przy nim nie będziesz musiał robić"   "Mówisz?" "Pewno - lepsza blacha, o części łatwiej, lepiej chodzi..."

Zapadła pełna namysłu cisza, po czym zwolennik golfa ponowił. "I za ile chce ci tego kadeta puścić?" "Osiemset" "Hmm, za golfa trzeba przynajmniej tysiąc dwieście, ale wiesz, cena boli przez chwilę, jakość zostanie na lata".

Przed kupnem auta, mimo nieco większego budżetu również niechętnie myślałem o wydrożonych ponad rozsądek golfach.

Tu dygresja. Mój budżet samochodowy zasilany jest przez Korporację. Tak wybrałem, mogłem wybrać służbowego "golfa", ale wolałem deputat samochodowy w gotówce. Trzy lata od zatrudnienia minęło jak z bicza strzelił i na "wirtualnym" koncie samochodowym pojawiło się jakieś siedem dych.

Masa kasy, to prawda. Nasz szef przy każdej okazji podkreśla, że tak nieprzytomnie hojnych ryczałtów nie ma żadna inna korporacja. A że dopisują nam je do płacy brutto wychodzą - pozornie - również sute zarobki. Które też nam wypomina. Zarobki są pozornie pokaźne, bo nadmuchane ryczałtem, który w istocie aż taką łaską nie jest, no bo jednak czymś do tego Mielca czy Szczecina muszę się dostać. Rozumiem teraz rozgoryczenie górników, którym wypominają wysokie pobory oraz "czternastki". Tymczasem pobory górnika są (względnie) wysokie, bo wlicza się do nich czternastki.

No dobra... nici z notki o nowym aucie bo muszę wywalić prawdę. Prawda jest taka, że w odróżnieniu od przeciętnego konsumenta tefałenu osobiście znam górniczego emeryta z kopalni Wujek, który zarabiał grosze za ciężką w sumie pracę. Jest moim rówieśnikiem i emerytem od roku, ale średnio mu tej emerytury zazdroszczę, bo chociaż na swojej wiosce uchodzi za krezusa, to jednak nasza recepcjonistka dostaje więcej w drugim roku na recepcji. Słabo mi się robi, kiedy koledzy z korporacji skaczą po górnikach i ich „przywilejach” jak np. darmowy posiłek regeneracyjny.

Fuck, przecież my wszyscy dostajemy taki posiłek w formie karty płatniczej „lunch+”/10 zł dziennie, dodatkowo w delegacji zwracają za ten lunch drugi raz, dodatkowo w delegacji jemy –już realny - lunch w hotelu, który życzliwie wpisuje go w „usługę hotelową”, czyli korporacja karmi na codzień, a na wyjeździe 7 (!) razy dziennie, jak ktoś naciągnie rozliczenie.

I teraz te - w dużej mierze – korporacyjne nieroby ze spółek publicznych notowanych w Nowym Jorku, wydziwiają nad zapierdalaczami np. z Jastrzębskiej Spółki Węglowej, notowanej w Warszawie, że ci ostatni upominają się o warunki pracy i płacy.

Zadziwiające, jak łatwo dajemy się wpuścić ten kanał, w rzewne historie o podobno roszczeniowych grupach zagrażających temu fantastycznie sprawnemu państwu. Jaki to piękny kraj mógłby być, gdyby nie drapieżni górnicy, rolnicy, pielęgniarki, pacjenci, nauczyciele, frankowicze, katolicy, strażnicy miejscy, kolejarze itp. „To nie ludzie, to wilki”, a odrażający, brudni, źli górnicy – najgorsi.

Jeden Owsiak wporzo, sam nieroszczeniowy i jeszcze kasy państwu dorzuci.

Dobranoc Państwu.

niedziela, 22 marca 2015

Za dawnych dobrych czasów kupno nowego samochodu było na tym blogu wydarzeniem rozciągniętym na piętnaście wpisów, z linkiem do ankiety na gazeta.pl. http://leniuch.blox.pl/2006/04/Szara-eminencja.html
No more.
Szalona -  w dzisiejszych kryteriach  - popularność tamtych notek przyniosła mi półtora czeku z reklam googla, czyli mniej więcej dwie opony.
Zły los sprawił, że sprzedałem swój zrelaksowany styl życia za parę dolarów więcej, przydomek: "leniuch" stał się pamiątką coraz odleglejszej przeszłości, a zamiast motoryzacyjnej sagi na blogu zamieszczę suchy opis faktów.
Zaczęło się od tego, że podupadający na zdrowiu dodż kaliber poszedł do ludzi. Kupiła go pewna aspirująca celebrytka do spółki ze swoim włoskim narzeczonym. Kontakt z rzeczywistością nie jest najmocniejszą stroną takich osób i zdecydowanie nie powinny one kupować używanych aut. A już zwłaszcza tych robionych w Detroit. Po (!) jeździe próbnej, podpisaniu umowy i przelaniu kasy, osobliwa para udała się do - powstrzymuję się od śmiechu - "autoryzowanego" serwisu dodża.
Cudzysłów jest jak najbardziej usprawiedliwiony, bowiem w Polsce od paru lat nie sprzedają dodży. Smutny obowiązek serwisowania tychże spoczął na barkach zrelaksowanych serwisantów fiata, którzy wywinęli się od niego za pomocą cennika, jaki w praworządnym kraju zaprowadziłby ich za kraty pod zarzutem zuchwałej grabieży.
Jak łatwo zgadnąć, lista czynności serwisowych, które warto byłoby zafakturować nowym właścicielom naszego dodża zrównała się mniej więcej z uiszczoną za niego ceną.
W związku z czym odstąpili od umowy.
No kidding. Dodam tylko, że koniec końców wskazałem im normalnego mechanika i zapłaciłem za nowe wahacze. Tak, wiem, że jestem frajerem.
"Dzień dobry,
Rozumiem Państwa obawy i współczuję z powodu komplikacji Państwa planów, ale nie wydaje mi się żeby w przypadku dodża można było mówić o wadach innych niż typowe dla pojazdu w tym wieku i o tym stopniu eksploatacji.
Kupiliście Państwo używane na co dzień auto z wciąż aktualnym - do 15 stycznia - badaniem technicznym i formalnie ani faktycznie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w auto wsiąść i pojechać choćby do Włoch. Jeździliśmy nim razem przed sprzedażą z p. XXXXX za kierownicą, który mógł je testować gdzie i jak długo chciał.
Niestety, nie możemy teraz odkręcić sprzedaży dodża, bo w międzyczasie zamówilismy i zazaliczkowaliśmy nowe auto."
Jakie auto zazaliczkowaliśmy i czy równie odjechane jak dodż... już niebawem.
Stay tuned.

18:03, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
wtorek, 10 marca 2015

Nie jest łatwo małej miejscowości przebić się na czołówki mediów, mojej się udało. Poprzednim wydarzeniem wagi ciężkiej w Szczodrem była śmierć ostatniego króla Sasów z domu Wettynów, który oddał ducha pińcset metrów od biurka na którym wstukuję tę notkę.

Jeszcze bliżej pani Justynka zalepiała przedszkolakom buzie, żeby nie wyrywały się do odpowiedzi.

Dla niezorientowanych: w tej sprawie wypowiedziała się już minister Kluzik i Superniania, a pod szkołą koczują ekipy tvn i polsatu.

Czemu nie pomogłem ofiarom niestabilnej nauczycielki i reformy szkolnictwa? No cóż, nic nie słyszałem miały zalepione buzie.

Na pocieszenie: maltretowane dzieciaki są w dużo lepszej kondycji niż wspomniany król Sasów.

Plus, to i tak najlepsze, co nasza oświata ma im do zaoferowania. Pieczołowicie odnowiony zabytkowy budynek, małe klasy, wykwalifikowana nauczycielka przygotowywana do zawodu tak samo długo jak reforma, która zagnała je do szkoły, czyli bardzo długo.

System działa.

 

 

11:16, leniuch102 , z bagien
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 marca 2015

W nieco zapomnianej.... nieco?  - kompletnie zapomnianej produkcji "Robin Hood -czwarta strzała" do Robin Hooda zgłaszają się biedni. Roszczeniowi, bezczelni i niewdzięczni. "ja sobie chciałem zameczek pobudować, taki mały, biedny" - doprasza się jeden "Zameczek?" dziwi sie Robin. "Tak, taki biedny".
Zameczek, nie taki znów biedny wybudowali sobie za pieniądze "Robina" czyli unijne, mieszkańcy Tykocina, dla niepoznaki nazywając go "przepompownią ścieków".  Super patent.
Ale widziałem lepszy.
Jak wiadomo, pracownicy stołecznych korporacji po pracy oddają się rozpasanej konsumpcji polegającej na wciąganiu przez nos środków pobudzających a następnie udziale w orgiach.
Otóż i mnie pozwolono posmakować tego stylu. Orgia nie jest niestety tania. Jeśli musicie wiedzieć, kosztuje 100 złotych za minutę. Netto. Mi zafundowano półtorej, z wydziałowego funduszu nagród. Zabawa polega na tym, ze wprowadzają cię do okrągłego pokoiku z przezroczystymi szybami, którego podłoga jest wyjściem ogromnego wentylatora. Strumień powietrza o prędkości pendolino unosi cię trochę nad podłogą. Hałas, dyskomfort, problem z oddychaniem. Konieczność wysłuchania pogadanki "instruktora" opowiadającego  o swojej drodze życiowej od zwyklaka-szaraka do zarąbistego nadczłowieka latającego w tunelu aerodynamicznym.
I wisienka na torcie. Na szybie tunelu, przez którą gawiedź ogląda frajerów dręczonych a 100 pln na minutę - nalepka. "Współfinansowane z europejskiego funduszu innowacyjna gospodarka".
Teraz, drogi czytelniku, zaproponuj swój własny pomysł na zaczerpnięcie z unijnego kuferka. Uprzedzam: "Polski pomysł na podwodny hotel" z finansowaniem na 16 melonów jest już zaklepany.

______

http://www.poig.2007-2013.gov.pl/Projekty/Strony/Polski_pomysl_na_podwodny_hotel.aspx

22:05, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
niedziela, 22 lutego 2015

Tak dziecko moje komentuje naganny proceder piratowania przeze mnie treści audiowizualnych. Ale- umówny się - nie mam za wielkiego wyboru. Jak to możliwe, skoro płacę za pakiet o osobliwej nazwie Komfort Plus- Ekstra Plus, napieprzający non stop wysokobudżetowymi serialami?
No cóż, po pierwsze skreślam seriale dla kobiet i zostaje mi dwadzieścia procent produkcji. Dalej, eliminuję seriale ze zwłokami - kawałkowanymi, ożywionymi itp. Oraz całujących się mężczyzn. Oraz takie z podkładanym śmiechem. Przez sito nie przechodzi więc mega-przereklamowana Gra o Tron, wypadają niezłe Żywe Trupy....W efekcie zostaje Anna Maria Wesołowska, ale ileż można?
Pozostają otchłanie internetu, a z nich pompuję ostatnio House of Cards. Dawno temu oglądałem wersję brytyjską, teraz obsesyjnie wciągnęła mnie amerykańska. Serial ten ma wszystko, żeby przemówić także do polskiej publiczności. Zamykają w nim stocznie, wydłużają wiek emerytalny, jest prezydent specjalnej troski oraz kierujący nim z tylnego fotela łajdak nazwiskiem Tusk, spiskujący z wrogim mocarstwem.
Sounds familiar? You bet.
NIc dziwnego, że do najnowszej serii zatrudnili Agnieszkę Holland, jako doskonale odnajdującą się w takich realiach. Si seniora, dwa odcinki trzeciej serii machnie fanka prawdziwego Tuska.
Ale, ale nie samymi serialami telewizor stoi...
Są też pozycje pełnometrażowe, powiem więcej, krajowej produkcji, dzielnie biorące sie za bary z historią najnowszą.
A więc - Jack Strong, w istocie słaby, położony przez aktora Sobocińskiego Dorocińskiego, który moze sam w sobie nie jest taki zły, ale obsadzono go jak Boruca w ataku. Jeszcze gorsi są aktorzy anglojęzyczni, ogólnie film bez żadnych plusów.
Plusy można odnaleźć u Idy, a największy z nich dostaje najbardziej wyrazista postać filmu - stary wartburg aktorki Kuleszy. Co do treści, dziełko jest kolejną historią o zagładzie Żydów pomijającą tak nieistotny szczegół jak Niemcy, ba, w filmie udało się chyba nie wspomnieć o wojnie i okupacji. Mnie to nie zraża, opowiadają o czasach odległych, w Bękartach Wojny np. Brad Pitt spalił Hitlera w kinie w Berlinie, był film o hitlerowcach na księżycu, odloty Idy są na tym tle skromne.
Zrażają mnie za to mielizny dramaturgiczne: wspomniana Ida udziela się bodaj mniej od wartburga Kuleszy, która z kolei sadzi teksty tak drętwe, że zęby bolą słuchać.
Modzie na bohatera małomównego hołduje także Miasto'44, fim wyjątkowy juz z tego powodu, że da się oglądać. "Helikopter w ogniu" w reżyserii Wajdy i Johna Woo z elementami musicalu i Żywych Trupów tylko bardziej krwawy... oto czym jest Miasto'44.
Polecam, choć nie po posiłku.

23:48, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (11) »
piątek, 13 lutego 2015

Parę lat temu doszedłem do wniosku, że trudno durniejszy "sport" niz narciarstwo zjazdowe. W dojściu do powyższego wydatnie pomogła mi wywrotka na Śnieżynce. Ogromny siniak, nabyty na własną prośbę, albowiem byłem samodzielnie się przewróciłem, inaczej byłbym się zabiłem. Rozmasowując w/w dotarło do mnie, że: do zesuwania się po zboczu trzeba stosunkowo niewiele wysiłku w stosunku do prędkosci i ryzyka to raz. Że sport ów jest obłędnie stechnicyzowany, od nart, przez wiązania, buty, strój, gogle po samochód dowożący pod górę i gondolkę wciągającą na górę. I armatki śnieżne po drodze. To dwa.
Drogo, niebezpiecznie, czasochłonnie - dałem spokój.
Dodatkowo w międzyczasie zaciągnąłem się do popłatnej ale bardzo absorbującej pracy skutecznie uniemożliwiającej mi wypady w  - powiedzmy jakiś wtorek do południa - na narty. We wtorek, bo narty weekendowe w naszym płaskim kraju sprowadzają się do gry wstępnej: dojazd i szukanie miejsca parkingowego i kulminacji: postoju w kolejce do wyciągu i powrotu.
Teraz moich kroków w godzinach pracy strzeże aplikacja w ajfonie. Opuszczam biuro - klikam, zajeżdżam do klienta - klikam przystępuję do naprawy  - klikam... no słowem - na narty, pominąwszy obiekcje natury ekologiczno - moralno - ekonomicznej - już się nie da.
Azaliż aliści.
Aliści w ten czwartek, podobnie jak we wtorek, pakuję się do gondolki w Świeradowie i klikam - "przystępuję do naprawy".  Wiem, wiem, konsekwencja nie jest moją najsilniejszą stroną, ale przyznajcie sami -  Polak potrafi, nie?
No właśnie. I tak jeżdżąc w górę i w dół zastanawiam się nad jakże rozpowszechnioną wśród narciarzy opinią, że Polska do narciarstwa się nie nadaje, z powodu rachitycznej infrastruktury, góralskiej pazerności, ogólnego dodupizmu itp. Skłonny jestem zgodzić się z tym nienadawaniem się, nawet zjeżdżając nieźle utrzymaną, dwuipółkilometrową nartostradą.
No bo tak: wyciąg może jak w Dolomitach, ale ludzi sporo, śniegu aby aby.... cienizna.
I na szczycie mnie olśniło. Na szczycie bowiem pisało: 1060 m. Zatem nasz szczyt znajduje się dobre paręset metrów pod alpejskim podnóżem. No bo dolna stacja kolejki w takiej Marilevie to 1400 metrów, tak się zresztą nazywa to miejsce Marileva 1400 w odróżnieniu do Marilevy 900, w której śniegu ni dudu.
Zatem powszechne utyskiwania, że infrastruktura narciarska w Polsce jest pod zdechłym azorkiem, to proszę Państwa lipa. Infrastruktura, jak na stoki zaczynające się tak bardzo poniżej alpejskich jest doskonała. Kto nie wierzy niech się machnie do Zieleńca, gdzie chory na anemię i skoliozę stoczek opleciony jest gęstą pajęczyną wyciągów - pardon  -wyciążków  (bo parusetmetrowych) .
Z tych gór, pardon - górek - wycisnęliśmy już, co się dało. Co więcej, jak na trzy tygodnie śniegu rocznie, to karnety są stosunkowo dużo tańsze niż w Alpach, gdzie piłują wyciągami przez trzy miesiące.
Lepiej nie będzie. Taki klimat.

21:54, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
wtorek, 03 lutego 2015

Pożyczysz na furę, musisz oddać samolot. A furę? Furę też! To tradycja taka. Eks-tradycja.
Nie trzeba było brać kredytu w ogóle. Nikt nie kazał brać. Można było nie brać, tylko - ja wiem? - składać na to mieszkanie. Przez trzydzieści lat. No i potem to mieszkanie kupić, jak już stać i wtedy sobie te dzieci robić i co tam jeszcze... Że się nie da bo żona - sześćdziesięciolatka? Że sześćdziesięciolatki nie mogą? Naprawdę? No... może... To trzeba było młodszą brać, nikt nie kazał takiej starej, wolny rynek. Na plac zabaw pojść, zapoznać i składać na mieszkanie dopiero.


Ba, nikt nie kazał takiego drogiego, w Warszawie. Są inne miasta - Mława, Żory - tańsze dużo, tam można było. Pracy nie ma? Dla roszczeniowych głąbów nigdzie nie ma, a wystarczy chcieć, bloga np. kulinarnego można pisać, albo projektować wnętrza... milion możliwości, swoją drogą ciekawe, czemu w Żorach nikt na żadną nie wpadł, tylko siedzą na zasiłkach. A nieciekawe w sumie - wiadomo, głąby. I lenie.


A zapomniałbym. W złotówkach trzeba było brać... Że nie dawali? Kłamstwo roszczeniowego głąba! Zawsze dawali, prezes Kukućko np., zażądał i dostał. Na 20% rocznie, ale dostał.  Po roku zresztą spłacił. Można? Można.

sobota, 27 grudnia 2014

Utarło się, że "wersje reżyserskie" filmów raczą nas dodatkowymi scenami, które ze względów praktycznych zostały wycięte przez producenta z wersji kinowych. Mi się marzy "wersja widzowska", która zawierałaby tylko sceny dobre, nawet jeśli oznaczałoby to skrócenie dzieła do 45 minut.
Z przyjemnością oglądnąłbym wtedy 3 godzinną wersję Hobbita, bo na tyle mniej więcej oceniam zawartość sensownego materiału w tej 6+ godzinnej chyba trylogii.
Wszystko dobre, co się kończy, skończyła się tez rozciągnieta na 3 lata za bagatela pół miliarda dolarów saga o krasnoludach.
Wybredni będą mieli za złe, że finał był zasadniczo naparzanką wszystkich ze wszystkimi, ale ja nie mam o to żalu. Mi doskwiera, że w zanim w takich filmach dobędą maczet, to najpierw utopią akcję w nieznośnych deklamacjach. Zdeterminowani przekonują w nich nieprzekonanych, że warto dać się poszatkować orkom, jedni motywują drugich, zawstydzają trzecich, a wszystko z emocjonalnym wysileniem przekraczającym niestety moją odporność.
Hobbit i Władca pierścienia powinni byli wybrać się na Gladiatora, który potrzebną atmosferę budował o ileż skuteczniej: "what we do in life, echoes in eternity" itp. ale na to trzeba dua Crowe/Scott, a nie patałachów z trzeciej ligi, w której normalnie gra większość "tolkienowskiej" obsady.
Wciąż, film sytuuje się w średniej strefie stanów przyzwoitych, choć poniżej dobrej pierwszej części. Na końcu - jak zwykle - nadlatują orły. Szkoda, że tak późno.

blog3

09:25, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 grudnia 2014

Wbrew pozorom jest to infografika proplatformerska. Drogi S8 i A2  zbudowano [1] za Tuska.

pendolnieci

BTW pendolino to włoski mechanizm pochylający pociąg na zakrętach, nieobecny w polskim "pendolino".

_____________

[1] S8 jeszcze nie zbudowano całej, a A2 zawdzięcza Tuskowi kawałek Uć-Wawa.

czwartek, 18 grudnia 2014

Do naszego garażu wprowadziła się mysza [1]. Samą myszę bylibyśmy skłonni jeszcze tolerować, ale jej odchody już nie. Zasugerowałem łapkę. Sugestia została z oburzeniem odrzucona. Trutki nie sugerowałem. Horror myszy gasnącej w wyniku spożycia trutki osłabia - przekleństwo żywej wyobraźni - mnie samego. Zamówiłem w interku ekołapkę. Charakterystyczne, że producenci ekołapki nie apelują do ludzkich uczuć potencjalnych nabywców produktu. Ich przesłanie sprowadza się do: "po spożyciu trutki mysz miesiącami jedzie, użyj ekołapki". Widać wiedzą, co robią.
Ekołapka wypełniona marchewką i serem dojrzewającym a 100 pln kilo stała trzy dni, nim ugrzęzła w niej mysza, a konkretnie gryzoń model nornica. Stanąłem nad ekołapką rozważając opcje. Wymyśliłem tyle, że na razie mysza zostanie w areszcie z zarzutem naruszenia miru domowego a sam pojechałem do Poznania. Wypuszczę myszę na ten ziąb, kombinowałem - a wiedzieć trzeba, że u nas ciągnie od rzeki niemożebnie, i kiedy reszta świata cieszy się globalnym ociepleniem, to nasza łąka jest zaciągnięta szronem - a zatem wypuszczę myszę w to zimno, to nie dotrwa do rana. Wypuszczę myszę koło sąsiadów - kot, a jak nie kot, to wyłożona przez sąsiadkę trutka...
Mysza sama rozwiązała mi dylemat uwalniając się z łapki, po spożyciu pożywnej zawartości oraz gruntownym zanieczyszczeniu pudełka.
Po przeładowaniu łapki dyżurowaliśmy nad nią na zmianę, z zamiarem dopadnięcia myszy w chwili konsumpcji, albo gdy zgrubnie tak, że nie wyjdzie, skoro inteligentny mechanizm zapadki okazał się głupszy od gryzonia.
Poszczęściło się Leniuchowej, która pod pozorami delikatności skrywa temperament alpejskiego gończego krótkowłosego. Wyniosła myszę daleko w łąkę i wywaliła z pudełka. Ta tylko machnęła jej ogonkiem ruszając wyciagniętym kłusem w drogę powrotną do garażu...
W chwili gdy piszę te słowa zdycha ostatni biały nosorożec. Ktoś tam beztrosko hasał po sawannie rozwalając białe nosorożce, a my tu cackamy sie z myszą. Życie nie jest fair, wobec ludzi i wobec nosorożców też nie.
Niebawem w drugiej części wpisu doradzę jak odreagować mysz i rozwalić nosorożca. Z helikoptera. Granatnikiem.
____________________
[1] el mysz, la mysza see: el Mickey Mysz.

22:17, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 grudnia 2014
czwartek, 27 listopada 2014

A kiedy lud na nogi stanie,
Niechaj podniesie pięść żylastą:
Bankierstwo rozpędź - i spraw, Panie,
By pieniądz w pieniądz nie porastał.

01.10.2014 KAPITALIZACJA ODSETEK 0,66 PLN
01.10.2014 PODATEK OD ODSETEK KAPITAŁOWYCH -0,13 PLN

wtorek, 25 listopada 2014

-Ojciec, czemu zagłosowałeś na tego dekla, co zagłosowałeś.
-W wyniku głębokiego namysłu, synu.
-Trzysekundowego, patrzyłem.
-Namysł był dlatego krótki, bo głęboki.
-No to dlaczego?
-Pamiętasz jak opowiadałem CI o ginących na naszych oczach gatunkach? O tym ptaku, który wyginął w Wielkopolsce jak ja chodziłem do szkoły?
-O tym dropiu chyba, pamiętam. I o tym profesorze co próbował uratować ostatnie sztuki, ale na święta włamali mu się i zjedli, bo mięso na kartki było, tak?
-Otóż to.
-No ale co, ten dekiel co na niego głosowałeś to ten profesor był?
-Nie. Ale na nazwisko miał Drop.
__________________
Z pozdrowieniami dla kompletnie nieznanego mi kandydata nazwiskiem Drop.

Tagi: wybory
19:37, leniuch102 , trybuna ludu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 listopada 2014

Jesteśmy lepsi, niż nam się wydaje. Weźmy takiego mnie. Biegam sobie... od jakichś trzech lat. Nie, żebym lubił, nie. Nie lubię do tego stopnia, że przestałem mierzyć czasy i zamiast tej fitness-faszystki z endomondo słucham muzyki. Sprytny trik, ale nie zawsze pomaga, po prostu czasem mi się nie chce. Z muzyką do biegania to w ogóle jest tak, że mi tej lepszej po prostu żal. Bo nawet najlepszy kawałek się zużywa wraz ze słuchaniem i za entym razem przestaje działać. Dlatego te fajniejsze piosenki wpisuję na listę biegową z pewnym wahaniem, no i zdarza się, że lista okazuje się za krótka. Biegnę, biegnę i nagle słyszę z powrotem pierwszy utwór z listy, który w dodatku zużył się już tak, że nim rzygam. I staję. I od razu dopada mnie wyrzut sumienia - ha - mięczaku, każdy pretekst jest dobry, żeby wywinąć się od zdrowej aktywności fizycznej, ty szmato bez charakteru, rzuca mi dość bezpośrednio wyrzut.
I ja się nawet z nim zgadzam, z tym wyrzutem, ale - wiadomo - jakiego mnie p. Boże stworzyłeś, takiego mnie masz, a jak mi nie dasz jeść, to ci zdechnę. Tym niemniej, idąc dalej i złapawszy trochę oddech zacząłem w marszu rozszerzać listę piosenek i żeby udowodnić sobie i wyrzutowi, że się myli podjąłem trucht wsłuchany w nowy repertuar. I co powiecie, zdyszany wpadam na rozstaje -  w lewo do domu, w prawo z powrotem w las i po paru krokach w kierunku chałupy zawracam. No po prostu tak mnie wciagnęło to słuchanie, że z ciekawości, jak się utwór rozwinie, pociagnąłem jeszcze kilometr, a potem następny.
Ergo - rzekomy pretekst, że nie biegnę, bo nie mam czego słuchać okazał sie nie wykrętem ale szczerą jak złoto przyczyną. Było, jak sobie powiedziałem, a wyrzut sumienia może zbierać na prawnika, bo podam skubanego o oszczerstwo i zniesławienie.
Now, utwór, który przedłużył mi dżoging to znana kiedyś Guajira w wykonaniu C. Santany, na której przykładzie można się przekonać, jak bardzo muzyk ów popadł w rutynę. Guajirę nagrał jakieś 40 lat temu i nagranie to miażdży popowe piosnki, jakie psuje swoimi solówkami obecnie.
Polecam. 

https://www.youtube.com/watch?v=Y4kscMpWiAQ

22:35, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85
Archiwum