wtorek, 03 marca 2015

W nieco zapomnianej.... nieco?  - kompletnie zapomnianej produkcji "Robin Hood -czwarta strzała" do Robin Hooda zgłaszają się biedni. Roszczeniowi, bezczelni i niewdzięczni. "ja sobie chciałem zameczek pobudować, taki mały, biedny" - doprasza się jeden "Zameczek?" dziwi sie Robin. "Tak, taki biedny".
Zameczek, nie taki znów biedny wybudowali sobie za pieniądze "Robina" czyli unijne, mieszkańcy Tykocina, dla niepoznaki nazywając go "przepompownią ścieków".  Super patent.
Ale widziałem lepszy.
Jak wiadomo, pracownicy stołecznych korporacji po pracy oddają się rozpasanej konsumpcji polegającej na wciąganiu przez nos środków pobudzających a następnie udziale w orgiach.
Otóż i mnie pozwolono posmakować tego stylu. Orgia nie jest niestety tania. Jeśli musicie wiedzieć, kosztuje 100 złotych za minutę. Netto. Mi zafundowano półtorej, z wydziałowego funduszu nagród. Zabawa polega na tym, ze wprowadzają cię do okrągłego pokoiku z przezroczystymi szybami, którego podłoga jest wyjściem ogromnego wentylatora. Strumień powietrza o prędkości pendolino unosi cię trochę nad podłogą. Hałas, dyskomfort, problem z oddychaniem. Konieczność wysłuchania pogadanki "instruktora" opowiadającego  o swojej drodze życiowej od zwyklaka-szaraka do zarąbistego nadczłowieka latającego w tunelu aerodynamicznym.
I wisienka na torcie. Na szybie tunelu, przez którą gawiedź ogląda frajerów dręczonych a 100 pln na minutę - nalepka. "Współfinansowane z europejskiego funduszu innowacyjna gospodarka".
Teraz, drogi czytelniku, zaproponuj swój własny pomysł na zaczerpnięcie z unijnego kuferka. Uprzedzam: "Polski pomysł na podwodny hotel" z finansowaniem na 16 melonów jest już zaklepany.

______

http://www.poig.2007-2013.gov.pl/Projekty/Strony/Polski_pomysl_na_podwodny_hotel.aspx

22:05, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 lutego 2015

Tak dziecko moje komentuje naganny proceder piratowania przeze mnie treści audiowizualnych. Ale- umówny się - nie mam za wielkiego wyboru. Jak to możliwe, skoro płacę za pakiet o osobliwej nazwie Komfort Plus- Ekstra Plus, napieprzający non stop wysokobudżetowymi serialami?
No cóż, po pierwsze skreślam seriale dla kobiet i zostaje mi dwadzieścia procent produkcji. Dalej, eliminuję seriale ze zwłokami - kawałkowanymi, ożywionymi itp. Oraz całujących się mężczyzn. Oraz takie z podkładanym śmiechem. Przez sito nie przechodzi więc mega-przereklamowana Gra o Tron, wypadają niezłe Żywe Trupy....W efekcie zostaje Anna Maria Wesołowska, ale ileż można?
Pozostają otchłanie internetu, a z nich pompuję ostatnio House of Cards. Dawno temu oglądałem wersję brytyjską, teraz obsesyjnie wciągnęła mnie amerykańska. Serial ten ma wszystko, żeby przemówić także do polskiej publiczności. Zamykają w nim stocznie, wydłużają wiek emerytalny, jest prezydent specjalnej troski oraz kierujący nim z tylnego fotela łajdak nazwiskiem Tusk, spiskujący z wrogim mocarstwem.
Sounds familiar? You bet.
NIc dziwnego, że do najnowszej serii zatrudnili Agnieszkę Holland, jako doskonale odnajdującą się w takich realiach. Si seniora, dwa odcinki trzeciej serii machnie fanka prawdziwego Tuska.
Ale, ale nie samymi serialami telewizor stoi...
Są też pozycje pełnometrażowe, powiem więcej, krajowej produkcji, dzielnie biorące sie za bary z historią najnowszą.
A więc - Jack Strong, w istocie słaby, położony przez aktora Sobocińskiego Dorocińskiego, który moze sam w sobie nie jest taki zły, ale obsadzono go jak Boruca w ataku. Jeszcze gorsi są aktorzy anglojęzyczni, ogólnie film bez żadnych plusów.
Plusy można odnaleźć u Idy, a największy z nich dostaje najbardziej wyrazista postać filmu - stary wartburg aktorki Kuleszy. Co do treści, dziełko jest kolejną historią o zagładzie Żydów pomijającą tak nieistotny szczegół jak Niemcy, ba, w filmie udało się chyba nie wspomnieć o wojnie i okupacji. Mnie to nie zraża, opowiadają o czasach odległych, w Bękartach Wojny np. Brad Pitt spalił Hitlera w kinie w Berlinie, był film o hitlerowcach na księżycu, odloty Idy są na tym tle skromne.
Zrażają mnie za to mielizny dramaturgiczne: wspomniana Ida udziela się bodaj mniej od wartburga Kuleszy, która z kolei sadzi teksty tak drętwe, że zęby bolą słuchać.
Modzie na bohatera małomównego hołduje także Miasto'44, fim wyjątkowy juz z tego powodu, że da się oglądać. "Helikopter w ogniu" w reżyserii Wajdy i Johna Woo z elementami musicalu i Żywych Trupów tylko bardziej krwawy... oto czym jest Miasto'44.
Polecam, choć nie po posiłku.

23:48, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (11) »
piątek, 13 lutego 2015

Parę lat temu doszedłem do wniosku, że trudno durniejszy "sport" niz narciarstwo zjazdowe. W dojściu do powyższego wydatnie pomogła mi wywrotka na Śnieżynce. Ogromny siniak, nabyty na własną prośbę, albowiem byłem samodzielnie się przewróciłem, inaczej byłbym się zabiłem. Rozmasowując w/w dotarło do mnie, że: do zesuwania się po zboczu trzeba stosunkowo niewiele wysiłku w stosunku do prędkosci i ryzyka to raz. Że sport ów jest obłędnie stechnicyzowany, od nart, przez wiązania, buty, strój, gogle po samochód dowożący pod górę i gondolkę wciągającą na górę. I armatki śnieżne po drodze. To dwa.
Drogo, niebezpiecznie, czasochłonnie - dałem spokój.
Dodatkowo w międzyczasie zaciągnąłem się do popłatnej ale bardzo absorbującej pracy skutecznie uniemożliwiającej mi wypady w  - powiedzmy jakiś wtorek do południa - na narty. We wtorek, bo narty weekendowe w naszym płaskim kraju sprowadzają się do gry wstępnej: dojazd i szukanie miejsca parkingowego i kulminacji: postoju w kolejce do wyciągu i powrotu.
Teraz moich kroków w godzinach pracy strzeże aplikacja w ajfonie. Opuszczam biuro - klikam, zajeżdżam do klienta - klikam przystępuję do naprawy  - klikam... no słowem - na narty, pominąwszy obiekcje natury ekologiczno - moralno - ekonomicznej - już się nie da.
Azaliż aliści.
Aliści w ten czwartek, podobnie jak we wtorek, pakuję się do gondolki w Świeradowie i klikam - "przystępuję do naprawy".  Wiem, wiem, konsekwencja nie jest moją najsilniejszą stroną, ale przyznajcie sami -  Polak potrafi, nie?
No właśnie. I tak jeżdżąc w górę i w dół zastanawiam się nad jakże rozpowszechnioną wśród narciarzy opinią, że Polska do narciarstwa się nie nadaje, z powodu rachitycznej infrastruktury, góralskiej pazerności, ogólnego dodupizmu itp. Skłonny jestem zgodzić się z tym nienadawaniem się, nawet zjeżdżając nieźle utrzymaną, dwuipółkilometrową nartostradą.
No bo tak: wyciąg może jak w Dolomitach, ale ludzi sporo, śniegu aby aby.... cienizna.
I na szczycie mnie olśniło. Na szczycie bowiem pisało: 1060 m. Zatem nasz szczyt znajduje się dobre paręset metrów pod alpejskim podnóżem. No bo dolna stacja kolejki w takiej Marilevie to 1400 metrów, tak się zresztą nazywa to miejsce Marileva 1400 w odróżnieniu do Marilevy 900, w której śniegu ni dudu.
Zatem powszechne utyskiwania, że infrastruktura narciarska w Polsce jest pod zdechłym azorkiem, to proszę Państwa lipa. Infrastruktura, jak na stoki zaczynające się tak bardzo poniżej alpejskich jest doskonała. Kto nie wierzy niech się machnie do Zieleńca, gdzie chory na anemię i skoliozę stoczek opleciony jest gęstą pajęczyną wyciągów - pardon  -wyciążków  (bo parusetmetrowych) .
Z tych gór, pardon - górek - wycisnęliśmy już, co się dało. Co więcej, jak na trzy tygodnie śniegu rocznie, to karnety są stosunkowo dużo tańsze niż w Alpach, gdzie piłują wyciągami przez trzy miesiące.
Lepiej nie będzie. Taki klimat.

21:54, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 lutego 2015

Pożyczysz na furę, musisz oddać samolot. A furę? Furę też! To tradycja taka. Eks-tradycja.
Nie trzeba było brać kredytu w ogóle. Nikt nie kazał brać. Można było nie brać, tylko - ja wiem? - składać na to mieszkanie. Przez trzydzieści lat. No i potem to mieszkanie kupić, jak już stać i wtedy sobie te dzieci robić i co tam jeszcze... Że się nie da bo żona - sześćdziesięciolatka? Że sześćdziesięciolatki nie mogą? Naprawdę? No... może... To trzeba było młodszą brać, nikt nie kazał takiej starej, wolny rynek. Na plac zabaw pojść, zapoznać i składać na mieszkanie dopiero.


Ba, nikt nie kazał takiego drogiego, w Warszawie. Są inne miasta - Mława, Żory - tańsze dużo, tam można było. Pracy nie ma? Dla roszczeniowych głąbów nigdzie nie ma, a wystarczy chcieć, bloga np. kulinarnego można pisać, albo projektować wnętrza... milion możliwości, swoją drogą ciekawe, czemu w Żorach nikt na żadną nie wpadł, tylko siedzą na zasiłkach. A nieciekawe w sumie - wiadomo, głąby. I lenie.


A zapomniałbym. W złotówkach trzeba było brać... Że nie dawali? Kłamstwo roszczeniowego głąba! Zawsze dawali, prezes Kukućko np., zażądał i dostał. Na 20% rocznie, ale dostał.  Po roku zresztą spłacił. Można? Można.

sobota, 27 grudnia 2014

Utarło się, że "wersje reżyserskie" filmów raczą nas dodatkowymi scenami, które ze względów praktycznych zostały wycięte przez producenta z wersji kinowych. Mi się marzy "wersja widzowska", która zawierałaby tylko sceny dobre, nawet jeśli oznaczałoby to skrócenie dzieła do 45 minut.
Z przyjemnością oglądnąłbym wtedy 3 godzinną wersję Hobbita, bo na tyle mniej więcej oceniam zawartość sensownego materiału w tej 6+ godzinnej chyba trylogii.
Wszystko dobre, co się kończy, skończyła się tez rozciągnieta na 3 lata za bagatela pół miliarda dolarów saga o krasnoludach.
Wybredni będą mieli za złe, że finał był zasadniczo naparzanką wszystkich ze wszystkimi, ale ja nie mam o to żalu. Mi doskwiera, że w zanim w takich filmach dobędą maczet, to najpierw utopią akcję w nieznośnych deklamacjach. Zdeterminowani przekonują w nich nieprzekonanych, że warto dać się poszatkować orkom, jedni motywują drugich, zawstydzają trzecich, a wszystko z emocjonalnym wysileniem przekraczającym niestety moją odporność.
Hobbit i Władca pierścienia powinni byli wybrać się na Gladiatora, który potrzebną atmosferę budował o ileż skuteczniej: "what we do in life, echoes in eternity" itp. ale na to trzeba dua Crowe/Scott, a nie patałachów z trzeciej ligi, w której normalnie gra większość "tolkienowskiej" obsady.
Wciąż, film sytuuje się w średniej strefie stanów przyzwoitych, choć poniżej dobrej pierwszej części. Na końcu - jak zwykle - nadlatują orły. Szkoda, że tak późno.

blog3

09:25, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 grudnia 2014

Wbrew pozorom jest to infografika proplatformerska. Drogi S8 i A2  zbudowano [1] za Tuska.

pendolnieci

BTW pendolino to włoski mechanizm pochylający pociąg na zakrętach, nieobecny w polskim "pendolino".

_____________

[1] S8 jeszcze nie zbudowano całej, a A2 zawdzięcza Tuskowi kawałek Uć-Wawa.

czwartek, 18 grudnia 2014

Do naszego garażu wprowadziła się mysza [1]. Samą myszę bylibyśmy skłonni jeszcze tolerować, ale jej odchody już nie. Zasugerowałem łapkę. Sugestia została z oburzeniem odrzucona. Trutki nie sugerowałem. Horror myszy gasnącej w wyniku spożycia trutki osłabia - przekleństwo żywej wyobraźni - mnie samego. Zamówiłem w interku ekołapkę. Charakterystyczne, że producenci ekołapki nie apelują do ludzkich uczuć potencjalnych nabywców produktu. Ich przesłanie sprowadza się do: "po spożyciu trutki mysz miesiącami jedzie, użyj ekołapki". Widać wiedzą, co robią.
Ekołapka wypełniona marchewką i serem dojrzewającym a 100 pln kilo stała trzy dni, nim ugrzęzła w niej mysza, a konkretnie gryzoń model nornica. Stanąłem nad ekołapką rozważając opcje. Wymyśliłem tyle, że na razie mysza zostanie w areszcie z zarzutem naruszenia miru domowego a sam pojechałem do Poznania. Wypuszczę myszę na ten ziąb, kombinowałem - a wiedzieć trzeba, że u nas ciągnie od rzeki niemożebnie, i kiedy reszta świata cieszy się globalnym ociepleniem, to nasza łąka jest zaciągnięta szronem - a zatem wypuszczę myszę w to zimno, to nie dotrwa do rana. Wypuszczę myszę koło sąsiadów - kot, a jak nie kot, to wyłożona przez sąsiadkę trutka...
Mysza sama rozwiązała mi dylemat uwalniając się z łapki, po spożyciu pożywnej zawartości oraz gruntownym zanieczyszczeniu pudełka.
Po przeładowaniu łapki dyżurowaliśmy nad nią na zmianę, z zamiarem dopadnięcia myszy w chwili konsumpcji, albo gdy zgrubnie tak, że nie wyjdzie, skoro inteligentny mechanizm zapadki okazał się głupszy od gryzonia.
Poszczęściło się Leniuchowej, która pod pozorami delikatności skrywa temperament alpejskiego gończego krótkowłosego. Wyniosła myszę daleko w łąkę i wywaliła z pudełka. Ta tylko machnęła jej ogonkiem ruszając wyciagniętym kłusem w drogę powrotną do garażu...
W chwili gdy piszę te słowa zdycha ostatni biały nosorożec. Ktoś tam beztrosko hasał po sawannie rozwalając białe nosorożce, a my tu cackamy sie z myszą. Życie nie jest fair, wobec ludzi i wobec nosorożców też nie.
Niebawem w drugiej części wpisu doradzę jak odreagować mysz i rozwalić nosorożca. Z helikoptera. Granatnikiem.
____________________
[1] el mysz, la mysza see: el Mickey Mysz.

22:17, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 grudnia 2014
czwartek, 27 listopada 2014

A kiedy lud na nogi stanie,
Niechaj podniesie pięść żylastą:
Bankierstwo rozpędź - i spraw, Panie,
By pieniądz w pieniądz nie porastał.

01.10.2014 KAPITALIZACJA ODSETEK 0,66 PLN
01.10.2014 PODATEK OD ODSETEK KAPITAŁOWYCH -0,13 PLN

wtorek, 25 listopada 2014

-Ojciec, czemu zagłosowałeś na tego dekla, co zagłosowałeś.
-W wyniku głębokiego namysłu, synu.
-Trzysekundowego, patrzyłem.
-Namysł był dlatego krótki, bo głęboki.
-No to dlaczego?
-Pamiętasz jak opowiadałem CI o ginących na naszych oczach gatunkach? O tym ptaku, który wyginął w Wielkopolsce jak ja chodziłem do szkoły?
-O tym dropiu chyba, pamiętam. I o tym profesorze co próbował uratować ostatnie sztuki, ale na święta włamali mu się i zjedli, bo mięso na kartki było, tak?
-Otóż to.
-No ale co, ten dekiel co na niego głosowałeś to ten profesor był?
-Nie. Ale na nazwisko miał Drop.
__________________
Z pozdrowieniami dla kompletnie nieznanego mi kandydata nazwiskiem Drop.

Tagi: wybory
19:37, leniuch102 , trybuna ludu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 listopada 2014

Jesteśmy lepsi, niż nam się wydaje. Weźmy takiego mnie. Biegam sobie... od jakichś trzech lat. Nie, żebym lubił, nie. Nie lubię do tego stopnia, że przestałem mierzyć czasy i zamiast tej fitness-faszystki z endomondo słucham muzyki. Sprytny trik, ale nie zawsze pomaga, po prostu czasem mi się nie chce. Z muzyką do biegania to w ogóle jest tak, że mi tej lepszej po prostu żal. Bo nawet najlepszy kawałek się zużywa wraz ze słuchaniem i za entym razem przestaje działać. Dlatego te fajniejsze piosenki wpisuję na listę biegową z pewnym wahaniem, no i zdarza się, że lista okazuje się za krótka. Biegnę, biegnę i nagle słyszę z powrotem pierwszy utwór z listy, który w dodatku zużył się już tak, że nim rzygam. I staję. I od razu dopada mnie wyrzut sumienia - ha - mięczaku, każdy pretekst jest dobry, żeby wywinąć się od zdrowej aktywności fizycznej, ty szmato bez charakteru, rzuca mi dość bezpośrednio wyrzut.
I ja się nawet z nim zgadzam, z tym wyrzutem, ale - wiadomo - jakiego mnie p. Boże stworzyłeś, takiego mnie masz, a jak mi nie dasz jeść, to ci zdechnę. Tym niemniej, idąc dalej i złapawszy trochę oddech zacząłem w marszu rozszerzać listę piosenek i żeby udowodnić sobie i wyrzutowi, że się myli podjąłem trucht wsłuchany w nowy repertuar. I co powiecie, zdyszany wpadam na rozstaje -  w lewo do domu, w prawo z powrotem w las i po paru krokach w kierunku chałupy zawracam. No po prostu tak mnie wciagnęło to słuchanie, że z ciekawości, jak się utwór rozwinie, pociagnąłem jeszcze kilometr, a potem następny.
Ergo - rzekomy pretekst, że nie biegnę, bo nie mam czego słuchać okazał sie nie wykrętem ale szczerą jak złoto przyczyną. Było, jak sobie powiedziałem, a wyrzut sumienia może zbierać na prawnika, bo podam skubanego o oszczerstwo i zniesławienie.
Now, utwór, który przedłużył mi dżoging to znana kiedyś Guajira w wykonaniu C. Santany, na której przykładzie można się przekonać, jak bardzo muzyk ów popadł w rutynę. Guajirę nagrał jakieś 40 lat temu i nagranie to miażdży popowe piosnki, jakie psuje swoimi solówkami obecnie.
Polecam. 

https://www.youtube.com/watch?v=Y4kscMpWiAQ

22:35, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
środa, 29 października 2014

Z niejakim zdumieniem dowiedziałem się, że właściwe instytucje uznały formę "tutaj pisze" za poprawną i dopuszczają jej stosowanie. Wszyscy zapewne napotykaliśmy w życiu furiatów, którzy na niewinne: "A tutaj pisze, że..." wydzierali się: "Jakie pisze, jakie pisze! TUTAJ JEST NAPISANE". Do wczoraj  byłem święcie przekonany, że zwięzłe "tu pisze" zawsze było najzupełniej poprawne i bardziej eleganckie od pokracznego "jest napisane" i że przeciwnego zdania są tylko absolwenci szkół parafialnych dawnej Galicji, z jej niemieckoidalnym kultem strony biernej ("ist geschrieben worden"???).  A jednak...


Miło, że rozsądek w końcu zwyciężył. Jeśli ktoś wszelako cierpi z powodu, że "tu pisze", śpieszę z kojącym wyjaśnieniem. Otóż, obsesyjny poprawiaczu, kiedy czytasz te słowa, właśnie je tu pisze moduł graficzny zapalając co i rusz przygasające piksele. Pisze je do 600 razy na sekundę, więc dość intensywnie. Teraz, poprawiaczu, możesz przejść do porządku dziennego nad "tu pisze" i zająć swą udręczoną mózgownicę jakąś inną obsesją.

Tagi: tu pisze
21:24, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (8) »
czwartek, 09 października 2014

"Statystyki nie kłamią, ludzie - owszem"
Ile razy zajrzę do gazety albo zapalę telewizor, dowiaduję się, w jakim zajewyrąbistym kraju  żyję, w jakiej raz-na-tysiącletniej niebywałej prosperity spędzam swoje lata i w ogóle jaką niewymowną swołoczą/nieudacznikiem jestem nie doceniając tego.
Może i jestem swołoczą, ale z całkiem niezłą pamięcią, która każe mi kojarzyć tę - no cóż - propagandę z gierkowskimi znaczkami kolekcjonowanymi w szalonych latach siedemdziesiątych.
http://3.bp.blogspot.com/-jgGm1vfjPY4/U477LgM816I/AAAAAAAACUo/EfSfrh0vs7k/s1600/znaczki.jpg
Wynikało z nich niezbicie, że jeżeli idzie o stal, węgiel i parostatki, to jesteśmy potęgą w skali globu, a i reszta polskich produktów "nie odbiega, a pod wieloma względami przewyższa" te niepolskie.
Czterdzieści lat później z polskich produktów doliczyłem się w domu trzech par kapci góralskich, ale propaganda nie spuściła z tonu. Niestety, od czasu do czasu w jej festiwal wpiermandoli się jakiś Eurostat, czy inne OECD, z jakimiś chorymi statystykami, z których wynika, że tak jak w strefach czasowych Warszawa sytuuje się w okolicach "Zagreb, Skopje, Sarajevo" czyli rejonach malowniczej hodowli kóz.
Pamiętam kapitalne, optymistyczne analizy z czasów wczesnego Tuska, produkowane przez dziennikarzy wyborczej, żeby nie było gołosłownie, to m. in.  red. Konrada Niklewicza. Wieszczył w nich rychłe wyścignięcie Węgier. Niestety, Węgrom po drodze przydarzył się faszystowski reżim Orbana, który najpierw sprzedał soczystego kopa doradcom Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a następnie zaczął rujnować gospodarkę w pisowskim stylu. Wyniki osiągnął tez pisowskie jakby, czyli wzrost 2xtaki jak panatuskowy, w wyniku którego Węgry odjechały Zielonej Wyspie w kierunku zachodzącego słońca.
Coż, łatwo o wzrost jak się nie ma na utrzymaniu esbeckich oligarchów, włoskich bankierów i red. Niklewicza w randze wiceministra.

Po tym przydługim wstępie zapraszam  do całkowicie nierealistycznych, przekłamanych i inspirowanych Macierewiczem infografik OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju).
Mój ojczysty Dolny Śląsk, region z górnej strefy polskich stanów wysokich został sklasyfikowany następująco:
Compared across all OECD regions, the region is:
- in the bottom 14% in Jobs.
- in the bottom 42% in Access to services.
- in the bottom 22% in Income.
- in the bottom 11% in Civic Engagement.
- in the bottom 26% in Environment.
- in the bottom 21% in Health.
- in the bottom 36% in Safety.
- in the bottom 18% in Housing.
czyli w dolnej strefie stanów dolnych, bo bottom - jako się rzekło w tytule, to po angielsku dno.
Jest jednak jedna, jedyna dziedzina w której dolnośląskie  "nie odbiega, a pod wieloma względami przewyższa". Tą dziedziną jest edukacja: "Compared across all OECD regions, the region is in the top 6% in Education. ". Co to jest "top" tłumaczyć nie trzeba, ale ciekawe, skąd się wziął. Otóż z tego, że 92,7% polskich pracowników skończyło szkołę średnią.
Kurtyna, oklaski.
Teraz link, ale nie do statystyk dolnośląskich, ale azjatyckich, bowiem Turcja tez wchodzi w skład OECD. Poczytajcie i porównajcie, a potem zapłaczcie, bo to nie Turcja tarza się w nędzy, przestępczości i syfie, ale Wasz, mój, nasz region właśnie.
http://www.oecdregionalwellbeing.org/region.html#TR10



Tagi: statystyki
21:33, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
środa, 08 października 2014

Za trzy miliardy lat, kiedy rozdymające się przedśmiertną puchliną słońce wypali ostatnie źdźbło [1] trawy na ziemi, ludzkość zredukuje się do trzech konfliktów.
Nad Jordanem wciąż będą zmagać się Żydzi z Arabami, nad Wisłą tuskoidzi z kaczystami, a w internecie konsolowcy z pecetowcami.
Dzisiaj o tym ostatnim boju. Tło konfliktu: choć gry komputerowe powstały na - cóż - komputery, to na przełomie stuleci przewagę zaczęły zdobywać konsole, do tego stopnia, że koło 2010 niewiele fajnych gier na kompy wychodziło.
Polska, ze swoją specyfiką kraju ambitnych nędzarzy, trwała po stronie beżowych pudeł, a to z powodu, że gry na te pudła wyraźnie tańsze były, a konkretnie na giełdzie za półgratis.
W pewnym momencie jednak tak skutecznie rozkodowano xboksa, że piratowanie tych gier stalo się rozrywką łatwą prostą i przyjemną i co roku pod koniec kwietnia rodzice ci chrzestni i ci biologiczni stawali przed hamletyckim dylematem: kupić gnojkowi [2] xboksa czy peceta. Na komunię kupić mianowicie.
Dylemat ów roztrząsałem na blogu co roku, raczej z pozycji eksperta od pecetów, niż od dzieci.
Moje własne dziecko rozstrzygnęło go z marszu, zabierajac mi peceta i zostawiając komunijnego xboksa.
Saga zaliczyła kolejny zwrot z pojawiniem się nowej generacji konsol. Nowa generacja miażdży starą generację, wysoko jakością no i takąż ceną. Konsolowcy po raz pierwszy od wielu wileu lat musieli wypluć górę złotówek, zeby móc się ponapawać nowymi grami. Pecetowcy znowu - jak mój syn - wymienili tylko (rękoma ojców) karty graficzne i też nadążyli, tym razem dużo taniej.
I cóż się dzieje... FIFA 15, na nowym ślicznym silniku graficznym ukazała się na nowe konsole ... i pecety. Na starych konsolach FIFA 15 turla się na starych, kwadratowych pikselach. Ale cenę trzyma! Brzydka fifa na stare konsole jest wyraźnie droższa od ładnej fify na peceta!
Ale to nie koniec, bo okazuje się, że nowe gry serii Assassin nawet na nowych konsolach nie są wypuszczane w pełnej rozdzielczości, z obawy o płynność rozgrywki!
Mój syn, na dość leciwym pececie, podrasowanym za marne cztery stówki gra w lepszego assassina niż nowokonsolowcy! Co więcej jego - lepsza - gra jest też 2 x tańsza.
Pecet wstał z grobu i ruszył po światową dominację.
___________________
[1] źdźbło: slowo - the holy grail polskich skrablistów, nie do ułożenia z powodów dla skrablistów oczywistych.
[2] szorstko o synu, por. Kabaret Moralnego Niepokoju 

wtorek, 23 września 2014

Ostatni weekend lata nad basenem Polak może spędzić np w Egipcie. W Polsce też, jeśli np. jest stróżem - pardon - konsjerżem w jakimś akwaparku i każą mu wywieźć z basenu lód, za karę, że zapomniał spuścić wodę przed nadejściem września.
Trochę przed ostatnim weekendem lata jest ostatni weekend wakacji, w który planowaliśmy - i plan ten zrealizowaliśmy - wybrać się z dzieckiem rowerami na piknik lotniczy - sobota - i dożynki gminne - niedziela. W obu wypadkach wycieczki zakończyły się ulewą i totalnym przemoknięciem. Tu wypadało wtrącić: "sorry taki mamy klimat", ale staram się unikać wywiechtanych komunałów, więc się powstrzymam i nie wtrącę.
Wracając do basenu... został rozłozony w te pamiętne, upalne oba dni czerwca. Poprzednim razem dwa upalne dni pod rząd zdarzyły się 2005 i wtedy właśnie kupiłem wzmiankowaną nieckę. Od czerwca do teraz wytworzył się w niej zadziwiający ekosystem o konsystencji świątecznego barszczu. Nie czekając, aż wyewoluuje z niego byt inteligentniejszy od ludzkości przerwałem ryzykowny eksperyment wyrwaniem korka.
Następnie wygłosiłem płomienny apel do rodziny wzywając ją solidarnej pomocy w demontażu basenu. Odwołałem się do więzów krwi, wspólnoty losów, umiłowania ojcowizny okupowanej przez basen, wspomniałem o poczuciu obowiązku i takich tam. Zawsze działa, podziałało i tym razem, konkretnie na dziecko, zwłaszcza jak sięgnąłem po pasek.
Szarpiąc się z orurowaniem basenu małodusznie wypomniałem dziecku, że zasadniczo rozłożyłem to gówno tylko z powodu jego jęków, a przez całe trzy miesiące wlazło do wody dwa razy po trzy minuty.
-Jak możesz... taplałem się przynajmniej kwadrans - odparł urażony i zmył się przy pierwszej okazji. Nieważne, robota była prawie skończona... Wystarczyło doczyścić i popakować rury, zawlec polietylenowe ścierwo na podjazd, zmyć myjką w środku i na zewnątrz i jeszcze raz w środku, wrócić do ogródka wyrównać niedostępny dotychczas kawałek ogródka zamieniony przez krety w makietę Kapadocji, wyrwać chwasty, skosić trawę i chwilę przed zapadnięciem zmroku obetrzeć pot z czoła.
Na kondycję  - nie ma jak basen. 

Tagi: klimat
23:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85
Archiwum