niedziela, 09 grudnia 2018

TVN wyemitował dzisiaj pierwszy odcinek programu "Wracajcie skąd przyszliście". Jak można się domyślić program poświęcony jest imigrantom i naszym postawom wobec nich. Za sprawą mojej notki w Salonie24 dotyczącej imigracji zaproponowano mi udział w tej produkcji. Niestety, ostatecznie nie zakwalifikowano mnie, szkoda. Z tym większym zainteresowaniem obejrzałem pierwszy odcinek.
Prowadzony przez Piotra Kraśkę reportaż nie odbiegał w sumie od moich wyobrażeń. Grupa wyrazistych postaci podróżowała po obozach dla uchodźców i próbowała zorientować się w ich sytuacji. Na grupę składał się Piotr Kraśko, trzy osoby o zdecydowanych poglądach pro-imigracyjnych  i trzech zdeklarowanych przeciwników przyjmowania uchodźców.
Ja niestety nie mam określonych poglądów w tej sprawie. Po prostu wydaje mi się, że niewielu imigrantów z fali zalewającej Niemcy i Austrię chciałoby zamieszkać w Polsce. Ostatecznie po przebyciu paru tysięcy kilometrów i zapłaceniu góry pieniędzy przemytnikom nikt nie skręci do kraju kilkukrotnie biedniejszego, a jeśli już to zrobi, to po to, żeby wsiąść w najbliższy busik do Berlina.
Tłumaczę sobie, że właśnie brak zdania zdecydował o ostatecznym nie zaproszeniu mnie do programu (choć podobno miałem już wyrobione wizy!), bo przecież nie niedostatki urody czy uzębienia.
Wracając do pierwszego odcinka... każdy z uczestników mógł dobitnie uzasadnić swoje przekonania. Jeśli mówił, że imgranci to zwierzaki, w tle ilustrowały to ekscesy z ich udziałem. Plus dla stacji, znanej raczej z przesadnej poprawności, za uczciwe podejście.
Formuła spotkań z uchodźcami w kolejnych ośrodkach trochę nuży powtarzalnością. Zawodzą też przewidywalne pytania, proimigracyjni bezkrytycznie przyjmują opowieści imigrantów, "ksenofobii" zaś obsesyjne dopytują się o finanse.
Pozycja do polecenia zainteresowanym tematem, ale na razie nie zapowiada się na przebój.
Ja na pewno obejrzę pozostałe (3) odcinki.
Dla ciekawych:

https://player.pl/programy-online/wracajcie-skad-przyszliscie-odcinki,15858/odcinek-1,S01E01,124390

I moja stara notka:

https://www.salon24.pl/u/leniuch102/810484,imigrant-w-paryzu-pieniadze-zagrozenia-religia

19:47, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 listopada 2018

No bo czyż można było sobie wyobrazić piękniejsze:
- mistrzostwo świata w siatkówce
- wzrost, nadwyżka budżetowa i brak bezrobocia naraz
- wybory z rekordową frekwencją, które wygrali (prawie) wszyscy
- krótki rękawek na Wszystkich Świętych
a jeszcze Amerykanie mają znieść wizy.
Nie sądziłem, że dożyję.
Azaliż aliści, do zeszłego tygodnia odczuwałem pewien brak. Tort na stulecie Polski niby był, ale brakowało na nim wisienki. Ostatecznego potwierdzenia, że powodzi się nam lepiej niż kiedykolwiek i wszelkie troski i zmartwienia, które psuły nam radość życia w jeszcze niedawnej przeszłości odeszły sobie precz.
I co powiecie? Doczekałem się. Oto dowód, że lepiej być nie może, akcja:
"NIE dla WOLNEGO 12 LISTOPADA"
ogłoszona gdzieś w internecie. I nie tylko. Pomstowanie na wolny poniedziałek jest powszechne nie tylko w sieci, ale w mediach głównego nurtu, a także w rozmowach pozornie normalnych Polaków wszelkich pokoleń.
A skoro problemem stał się dodatkowy dzień wolny, oznacza to, że zaiste, wszelkie zwykłe problemy zostały z sukcesem rozwiązane.

20:10, leniuch102
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 października 2018
To uczucie, kiedy wstajesz chłodnym niedzielnym rankiem, żeby wyprowadzić psa i wychodząc łapiesz za aparat. Brniesz przez mgłę i mżawkę i nagle widzisz, że Opatrzność nagrodziła twój dobry uczynek i oto przed tobą na gałęzi siedzi orzeł pasiasty, bardzo rzadko spotykany.

Kucasz i trzęsącymi się rękoma wyciągasz aparat z pokrowca, licząc w duchu na setki polubień na grupie "Ptaki w krainie obiektywu". Dociera do ciebie, że orły pasiaste są dwa i czają się - nie, to niemożliwe, a jednak - na nieświadome zagrożenia cielę nosorożca białego, który wcale nie wyginął, tylko przydreptał do Polski. Oczyma duszy swojej widzisz zdjęcie nosorożca unoszonego przez orły na okładce Naszynal Dżeografik, gdy z chaszczy wychodzi samica nosorożca, a zatem orły stoczą z nią bój o cielę.
Przestajesz żałować, że przepłaciłeś za opcję nagrywania 4k w swoim aparacie, bo o ile fajniej będzie wyglądać twój film na kanale Diskowery 4k. Zdejmujesz dekielek obiektywu, przykładasz oko do wizjera, żeby wyostrzyć na orły i widzisz napis: BRAK KARTY PAMIĘCI.
Tak że tego, orły odlatują ze zdobyczą, mama nosorożec znika w chaszczach, ale był i plus: w domu masz nareszcie zgrane z karty pamięci zdjęcia kaczki krzyzówki, fajne chociaż trochę nieostre.

00:00, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 października 2018

Zamiast pełnowartościowej notki - przegląd filmów, które na dziś można sobie ściągnąć z torrentów. Można je także obejrzeć na różnych kaszaniastych serwisach streamingowych, ale ja wolę zassać konkretny plik w wysokiej jakości i poczuć się jak w kinie, a nawet lepiej, odtwarzając go w telewizorze.
Od dłuższego czasu hollywood ogrywa stare cykle. Dla swojego dziecka jestem legendą, bo widziałem w kinie pierwsze Gwiezdne Wojny. Si senior. Dwadzieścia odcinków później mogę z czystym sumieniem i jasnym czołem  polecić film "Han Solo", być może najlepszy od początku serii. Nigdy nie byłem fanem księżniczki Lei, laska z Solo bije ją na głowę, film się sam ogląda. Enjoy.
Na pierwszym "Parku Jurajskim" też byłem w kinie, jak również na pierwszym "Świecie Jurajskim" sto lat póżniej. Bieżący "Świat jurajski - Upadłe królestwo" to wtórna, męcząca kicha.  Naprawdę zastanówcie się, zanim zabierzecie nań dziecko, bo film skręca w stronę głupio okrutnego kryminału i jako taki wypada z kategorii kina familijnego. Ostrzegam.
Główny bohater "Jurajskiego świata" grany przez Chrisa Pratta jest recyklowany jako pseudo "Han Solo" w Avengersach "Infinity War". Zdezorientowani? You bet. Jak zobaczyłem go za sterami statku w Avengersach przetarłem oczy, bo myślałem, że przez sen skleiły mi się te trzy filmy. Moje dziecko twierdzi, że "Infinity War" to szczytowe osiągnięcie cyklu, ja pozostaję sceptyczny.
Na koniec ulubiony antybohater komiksowy w drugiej odsłonie: Deadpool. No nie wiem, ale raczej nie. Deadpool gwałtownie skręcił w kierunku parodii innych komiksowych filmów, trochę w konwencji "Strasznego filmu". Dla mnie to pójście na łatwiznę, choć wciąż zabawne. Nie na tyle, abym obejrzał do końca, ale dialog o zaletach wigotnych chusteczek higienicznych zapadł mi w pamięć. Nie namawiam, nie zachęcam, nie zmuszam.
Na koniec refleksja. Filmy "superbohaterskie" mają notorycznie zawyżone oceny, nie tylko na IMDB, ale i na ambitniejszych recenzowniach jak "Rotten Tomatos". Spokojnie można upieprzyć im z 20% oceny, a i tak będzie za wysoka. No ale jak mawiają we Wrocławiu, mieście imigracji wschodnioukraińskiej, "na wkus i cwjet tawariszcza niet". 

23:54, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 września 2018

Bawimy się z synem w wymyślanie scenariuszy dla _dokudram_ czyli tanich, a popularnych seriali w których celują telewizje prywatne. Punktem wyjścia naszej zabawy są banalne zdarzenia dnia codziennego, które lekuchno podkręcone mogłyby stać się kanwą "Ukrytej prawdy" albo "Pocztówek z wakacji".
Ostatnio wszelako, gdy zreferowałem dziecku pomysł na odcinek "Dlaczego ja", Piotrek stwierdził, że zbyt mroczne i się nie nadaje.
Okay, może nada się do bloga.
Pewien dżogger w średnim wieku po powrocie z popołudniowego truchtu odkrył, że przez dziurkę w kieszeni szortów wypadł mu podczas biegu klucz do domu. Wziął prysznic a następnie  -tym razem z psem na smyczy - uważnie zbadał trasę biegu, ale klucza nigdzie nie znalazł. Trudno, dorobił nowy, z niebagatelną sumę 26 złotych, bo zamek był z tych lepszych, bo okolica z tych gorszych. Hej, wróć - okolica była spoko, ale dom ostatni we wsi, a na domiar na drugim jej końcu był dom brata Alberta, a w takim domu - wiadomo, czasami bezdomni po wyrokach.
No nic, następnego popołudnia wybiera się znowu, ale tym razem nie biegnie z kluczem, tylko przemyślnie ukrywa go w stojącym przed domem gumiaku - co ma się klucz z znowu zgubić. Wraca, ciemnawo już i trochę nieswojo sięga do buta i zonk - klucza nie ma.
Dreszcz przeszedł mu po plerach bo jak to - był i nie ma, kto niby mógł wiedzieć, a skoro wiedział, to...
Naciska klamkę, ta ustępuje, "Piotrek! Piotrek!" woła syna ale cisza naprawdę głucha, wbiega do salonu i uff, siedzi dziecko, siedzi pies, amstaff zresztą, odetchnął.   
Zapala światło, "Dlaczego..." próbuje spytać , ale nie kończy tylko osuwa się omdlały na podłogę. Na  nieprzytomnego patrzy szklanym wzrokiem łeb amstafa, nadziany za pomocą widelca na korpus syna u którego stóp spoczywa zewłok psa z doczepioną - a jakże - głową dziecka.
Dalej referuje inspektor Dziamdziała: denat po dojściu do siebie skreślił notę pożegnalną po czym z poczucia winy powiesił się na klamce drzwi wejściowych. Jak się okazało, feralny klucz był jednak w gumiaku, tkwił pod wyściółką tegoż. Dalsze śledztwo dowiodlo, iż Sebastian M., lat 22 na zwolnieniu warunkowym odnalazł pierwszy z kluczy na ścieżce w parku, a następnie zobaczył przyszłego samobójcę  poszukującego zgubę. Dyskretnie śledził go  do miejsca zamieszkania, by następnego dnia wejść i popełnić zbrodnię, którą określił jako performans artystyczny pn "Nieoczekiwana zmiana miejsc".
Tak, że tak... Na prawdziwych faktach, w każdym razie do momentu "Zapalił światło" .

22:30, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
niedziela, 02 września 2018

Na każdym wyjeździe przychodzi taki moment, że worek z czystymi koszulkami pokazuje nam dno. Za granicą można wtedy połączyć przyjemne z pożytecznym i kupić fajną koszulkę z jakimś lokalnym motywem, w której po powrocie będzie można się ponapinać np. pośród mniej zasobnych krewnych, którzy musieli spędzić wakacje na działkach.
 Zakup wakacyjnej koszulki jest z pozoru prosty, chyba, że, ktoś trzyma się nieżyciowych zasad estetycznych. Np. takich, żeby na koszulce z Dubrownika nie pisało "Dubrownik", a na tiszercie z Hondurasu - "Honduras".
No bo wiecie, kiedy wejdę na Rodzinne Ogródki Działkowe Ogrodzone Siatką (RODOS) w koszulce "Honduras", to przywitają mnie plebejskie porykiwania w stylu: ej ty dyrektor, pa, w Hondurasie był. A jak nie daj boże wystąpię na jakiejś firmowej imprezie, to jakże niesłusznie posądzony zostanę o snobizm.
Dlatego idealna koszulka nie narzuca się napisem, który można zaraz wrzucić do interku celem sprawdzenia  cen last minute tamże. Powinna mieć jakiś fajny charakterystyczny malunek i tyle.
Proste powyższe wymaganie moje zmienia każdy rodzinny wyjazd w wyczerpujące polowanie, rzadko uwiecznione sukcesem. Dlatego nie mam koszulek z Hondurasu, Dubrownika, Turcji i wielu innych miejsc.
Nie wiem co zmusza tambylców do kropienia pod majestatycznym Błękitnym Meczetem w Stambule napisu "Blue Mosque, Istanbul"
Serio?
Żeby ktoś nie pomylił tych kopuł z "Dworzec PEKAES. Mława"?
Rozumiem jednak Turków. To kraj średnio zalfabetyzowany, jak ktoś już wyznaje się w literkach, to po prostu musi się swoją umiejętnością pisania pochwalić.
Zdecydowanie najgorsi są Grecy. Z miliona wrytych w europejską podświadomość klasycznych rzeźb, mozajek, rysunków na tych swoich dzbanach, Grecy na koszulki wybrali jeden - hełm hoplity z nieuchronnym podpisem "this is Sparta".
Drodzy czytający te akapity Grecy. Film "300" z którego ukradliście ten cytat jest makabryczną szmirą. Jeżeli odnajdujecie w niej swój obraz, świadczy to Was jak najgorzej, jako o stadzie przerośniętych nastolatków. Plus, nigdy, ani na wyspach ani w Grecji kontynentalnej nigdy nie widziałem Greka ze sterydowym kaloryferem, wszyscy jesteście pociesznymi grubaskami w różnych fazach grubaskowatości.
Dlatego na koszulce jaką kupiłem sobie na drogę powrotną z Krety nie występuje żaden Grek, tylko fosforyzujący Bruce Lee.
Bez napisu.

niedziela, 29 lipca 2018

Biegam źle, pływam jeszcze gorzej, ale realia są takie, że biegających dobrze jest u nas masa, a pływających choćby jako tako - garść. Czyli nawet pływając swoim męczącym kraulem u siebie na pływalni jestem królem, zwłaszcza jak wszyscy na wakacje wyjadą. Kraula swojego nazywam męczącym, bo jak płynę to nie wiadomo, kto się bardziej męczy, ja czy ci co patrzą.
Pojawia się naturalnie pytanie, czy nie warto byłoby wziąć paru lekcji i przestać męczyć siebie i innych, ale po primo, nie będzie mi jakiś pedał mówił, jak się pływa, a po drugie po co, jak i tak jestem królem, c'nie?
Anyway, jak się już zwlekę skoro świt, koło dziesiątej i przyjadę na basen, to oczekuję, że będę miał przynajmniej jeden tor dla siebie. Jak nie mam, to się wkurzam, ale mam prosty sposób, wynajduję tor z najbardziej nieruchawą niemotą i płynę swoje. Jak rozgniotę, to trudno. No i zaszła taka sytuacja, że stoję i patrzę na te pozajmowane tory i widzę już ofiarę podpierającą ścianę, jakieś takie nastoletnie dziewuszysko. Jest taki wiek, że dziewczęta się otłuszczają i wyoblają, przykry w sumie widok, wyglądają trochę jak z dałnem, a ta niedojda to już całkiem, w jakimś pstrokatym jednoczęściowym stroju jeszcze, lustra w domu nie ma, czy co?
No to jeden basen ciach, dopłynąłem do tej niuni, nawracam takim trochę frajerskim nawrotem, bo z koziołkiem nie umiem, ale na tę wannę i tak za dobrze i kątem oka patrzę, co robi. A ona jakoś tak kucła, jakoś się tak wygła i odbiła i zobaczyłem jak przemkła pode mną, na plecach pod wodą. Ja tu kraulem, a ona mnie wyprzedza jak furmankę.
Bez poruszania rękami, samymi nogami jak do delfina mnie minęła. No i bez oddychania, bo pod wodą. I już jej nie zobaczyłem, bo zanim dopłynąłem to już wyszła i poszła.
Tak, że tak, pozory mylą.

00:34, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (4) »
środa, 25 lipca 2018

Czy naprawdę potrzebujemy więcej prywatności w sieci? Czy w życiu? Nie wydaje mi się. Po pierwsze jestem fanem spersonalizowanych reklam. Nie chcę tracić życia na oglądanie reklam tamponów i żwirku dla kotów, poproszę auta i środki na łysienie. To oczywiste, że Duch Święty nie poinformuje o tym mediów, muszą dowiedziec się z historii moich wyszukiwań, a najlepiej, żeby wiedziały też co już kupiłem, żeby nie serwować mi musztardy po obiedzie.
Kiedyś mówiło się, że połowa kasy wydanej na reklamę jest  wywalona w błoto, kłopot, że nie wiadomo która. To punkt widzenia reklamodawcy, konsument odbiera to jeszcze boleśniej, będąc np. gwałconym przez uszy i oczy całe pół godziny przed seansem filmowym, choć z powodzeniem wystarczyłby kwadrans. Może i wystarczyłby, gdyby układacz reklam wiedział, np. identyfikując telefony na sali i wiążąc je z właścicielami, że nie ma na niej chętnych na francuskie samochody i można sobie odpuścić...
"Świat nie rozumie nas, my nie rozumiemy świata, nie rozumiemy nawet samych siebie" pisał Conrad i miał rację. Świat może nas nie rozumie ale proste algorytmy owszem: kupił wyjazd na narty? Reklamujemy fizjoterapeutę! Kolacja z szampanem? Wanienka dla dziecka itp. itd.
Ale powyższe jest oczywiste, tymczasem jak ma się RODO-SRODO do - że tak powiem - sprawy polskiej. Jeżeli Europa chce się ze swoimi grzeszkami skryć w anonimowości - jej problem, dla nas widzę kierunek całkiem przeciwny.
Całkowitą jawność.
Poczta Polska publikuje Narodową Książkę Pocztową, gdzie nie tylko jest skrzynka mailowa dla każdego, ale także jego profil. Imię, nazwisko, wykształcenie, stan cywilny i pity. Nasza Klasa na sterydach. Ale nie tylko. Jest też ranking - wg pnktacji: podatek zapłacony w ubiegłym roku razy ilość dzieci plus 30% za magistra, +50 za doktorat. Jak karany to -30, zaległe alimenty -50 itd. itp.
I statystyki. Ty na tle miejscowości, rówieśników: górne pięć procent czy dwudziesty od końca? Awansowałeś w zesżłym roku czy boleśnie obsunąłeś? Jest człowiekiem sukcesu czy przegrywem?
I, ges łot, w ciągu pięciu lat widzę eksplozję przedsiębiorczości i miliony karier. Tak, Mili, już mamy, umiemy się spiąć gdy widzimy, że jest po co.
Dziesięć lat i budujemy fabryki w Korei, bo tam tanio i się nie obijają. Piętnaście - polska flaga na Saturnie.
Tak że tak.

czwartek, 21 czerwca 2018

Uważni czytelnicy zauważyli obniżenie częstotliwości notek, które spowodowane było m. in.  tektoniczną zmianą w życiu zawodowym autora. Po latach przestałem telepracować i umówmy się, że trudno by pomogło to blogowi ze słowem "telepraca" w tytule.
Ale o tym potem, tymczasem o niszczącym wpływie czasu na organizmy białkowe. Przy okazji zmiany stanowiska kazano mi się przebadać u lekarza medycyny pracy, czyli Strażnika Pieczątki, prywatnie aroganckiego bubka. Ale to nie on wkurzył mnie najbardziej, tym razem po bandzie poszła miła pani okulistka.
-A okularów do czytania Pan nie potrzebuje? (NIE, ale może ty potrzebujesz lecytyny tępa dzido, pytałaś się mnie o to już dwa lata temu!) Jako dżentelmen poprzestałem na "nie". I co czytam w opinii? Starczowzroczność! Tak jakby nie starczyło mojej rzetelnej krótkowzroczności i solidnego astygmatyzmu, musiała nędza - bez badania - wyjechać z tą starczowzrocznością.
Zżymałem się na babę jeszcze długo po wizycie, także po południu truchtając po parku rzucałem przykre epitety przez zęby jednym okiem spoglądając na mój nowy zegarek z pomiarem prędkości, tętna, kalorii i przebytych basenów, gdyby jakieś pojawiły się na mojej drodze.
I z niepokojem stwierdzam, że tętno podnosi mi się zdecydowanie ponad normę, pewno przez to babsko, minęło 180, minęło dwieście i chyżo zmierza w kierunku dwustu trzydziestu a ja się rozglądam po drzewach za jakimś defibrylatorem.
Ludzie, co to za ulga, kiedy człowiek wślipi się  bliżej w zegarek i skuma, że 240 to nie tętno, ale spalone kalorie!
Wszystko przez starczowzroczność.

22:21, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
czwartek, 24 maja 2018

Podobno dziewięciu młodych ludzi, którzy przed czasem zakończyli mecz Lech - Legia zostało już pochwyconych przez policję i ogląda świat zza krat.
W ten sposób ginie szansa, by Ekstraklasa stała się czymś więcej niż prowincjonalną ligą piłki kopanej. Zanim wyłuszczę myśl do końca najpierw dygresja.
W latach dziewięćdziesiątych odwiedziłem Apollo Theatre na Manhattanie, salę koncertową znaną z występów artystów, którzy później zostawali wszechświatowymi gwiazdorami muzyki popularnej, by wspomnieć Majkela Dżeksona, Stiwi Łondera czy Elę Fidżeralt.
Apollo to skromna sala w głębi czarnego Harlemu, na której i dzisiaj występują zdolni amatorzy w nadziei na wielką karierę. Niestety ich poziom bywa różny i zanim dobrną do końca piosenki publiczność miewa ich serdecznie dosyć, sygnalizując to z właściwą czarnej Ameryce bezpośredniością. Jeżeli aspirujący muzyk jest odporny na sugestie w postaci buczenia, gwizdów i latających przedmiotów, kierownik przeglądu daje znak i zza kulis wypada pracownik przebrany za diabła wymachującego czymś na kształt pejcza.
W akompaniamencie kociej muzyki przegania nieudolnego amatora skracając męki jemu i widzom.
Chyba już jasne, dokąd zmierzam.
Nikt nie ma obowiązku za swoje własne pieniądze być katowanym pełnymi pięcioma minutami fałszowania.
Prawda tam jest tym bardziej oczywista gdy chodzi o dziewięćdziesiąt minut bezładnej kopaniny, co zdarza się na krajowych boiskach zbyt często.
"Mamy k... dość" drużyn skupionych na obronie prowadzenia 1:0, zespołów starających się dowieźć remis do końca itd. itp.
Dlatego prezes Boniek zamiast wygrażać, powinien zaprosić kibiców Lecha do współpracy. Kiedy nędza widowiska przekroczy wytrzymałosć obecnych, delegat PZPN sam powinien dać znak do działania. Wtedy poznańskie komando powinno  - na wzór diabła z Apollo Theatre -wkroczyć na murawę i spuścić na zebranych amatorów litościwą zasłonę  dymną.
Może kiedyś wychynie z niej polski Majkel Dżekson futbolu. Albo Messi-ński.

10:19, leniuch102
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 kwietnia 2018

Nie jestem przeciwnikiem stereotypów, nawet tych krzywdzących, np. że Murzyni są czarni, a kobiety mają cycki. Stereotyp to wiedza w pigułce i jak pigułka nie zastąpi posiłku. Z drugiej strony nie starczy nam życia, żeby rozkminić wrażliwości i zaszłości, które sprawiają, że np. Cyganowi lepiej podchodzi gitara i śpiew, niż powiedzmy uprawa kukurydzy.
Jak jakaś grupa społeczna nie lubi stereotypów na swój temat, to czym prędzej powinna zmienić swoje postępowanie i już za półtora pokolenia po stereotypie nie będzie śladu. Szwedom np. nie podobało się, że są postrzegani jako alkoholicy, to wprowadzili półprohibicję i chwilę potem pół Szwecji wsiadło na promy do Polski by zalać się w trupa i udowodnić, że Szwed prędzej odpuści sobie Szwecję niż procenty.
Największe współczucie budzą we mnie nie różne dzikusy, którym przykro, że są odbierane jak dzikusy. Najbardziej żal mi inżynierów, za których produktami ciągnie się zła reputacja, która zastygła w formie internetowego stereotypu właśnie. Od kilku lat ulubionym chłopcem do bicia są silniki tsi, czyli benzyniaki z turbinką. Kupując sobie takie auto, uprzedzony szeroko rozpowszechnioną opinią, że rozpadnie się po 90 tysiącach, wykupiłem specjalne ubezpieczenie na cztery lata albo 120 tysięcy.
Tymczasem już w momencie, kiedy wyrzucałem na nie pieniądze, silnik był skutecznie poprawiony. Czy internetowi mędrkowie, których głupimi opiniami bezrozumnie się kierowałem, zwrócą mi dwa tysie za niepotrzebne ubezpieczenie, pytam się?
No właśnie.
Zatem: stereotyp tak, ale z głową. Widząc w ringu Hindusa i Murzyna wciaż stawiamy pieniądze na tego drugiego, ale kupując gadżet warto wyjść  poza stereotyp, bo potrafi skrzywdzić. Nas w kieszeń.
Amen.

piątek, 20 kwietnia 2018

Bardzo łatwo byś blogerką feministyczną, bardzo. Najbardziej nośny gatunek internetowy, czyli rant, po polsku  - tyrada, przychodzi feministce z łatwością. Jak nie nierówności płacowe, to szklany sufit, jak nie #metoo to slut shaming, tylko wybierać, przebierać i walczyć z dyskryminacją.
Dużo trudniej zmagać się o prawa Janusza, tzn. wąsatego kierowcy passata. Niełatwo a jednak spróbuję. Tym bardziej, że przez ostatni rok jeździłem passatem i nosiłem zarost. Passat był stanowczo za nowy, a zarost bardziej w stylu Konczyty Wurst, niż polskiego wąsa, ale problemy podobne.
A zatem do rantu: podjeżdżam swoim paskiem pod liroja, czyli te niebieską kastorame i co patrze: wszystkie miejsca postojowe maleńkie jak to w Polsce, nieme pamiątki po małym fiacie, pod jego rozmiar robione. Z paska ani wsiąść ani wysiąść... chyba, że zaparkować na takich dużych, a w zasadzie normalnych, najbliżej marketu. W każdym rządku są takie dwa kolorowe miejsca jak się patrzy... ale stanąć na nich nie wolno. Na jednym wyrysowany wózek inwalidzki, na drugim - wózek dziecięcy.
Nawet w najbardziej zapchany dzień te miejsca stoją puste, no bo matka z dzieckiem w wózku do marketu budowlanego po prostu nie jeździ, bo po co. Inwalida to samo. W markecie kupisz tapety, gumówkę, betoniarkę.... materiały i narzędzia do prac inwalidzie i karmiącej matce obcych. No sory, wózkiem czy z wózkiem na drabinę nie wjedzie, płytek też nie ułoży.
Dlatego Janusz, dla którego market jest naturalnym środowiskiem, rozpaczliwie wciąga brzuch, ładując płytę osb na dach rysuje sąsiednie pasaty, bo najlepsze miejsca są zawarowane dla osób trwale niezainteresowanych wizytą w sklepie.
Rzekomo upośledzeni są w istocie uprzywilejowani i nawet o tym nie wiedzą.
W ramach rewanżu i równości w nierówności proponuję zatem: w każdym gabinecie kosmetycznym powiększony fotel do "zabiegów na twarz", zastrzeżony dla wąsaczy +50.
Słabe, wiem.
Wciąż lepsze niż ten parking przed lirojem.

wtorek, 03 kwietnia 2018

Jako bloger widzę siebie Salierim polszczyzny - względnie poprawnym, ale nieporywającym. I jak Salieri potrafię docenić Mozartów tejże. Dalece częściej niż Mozartów spotykam jednak katów żywego słowa i cierpię bardziej niż miliony, bo dotkliwej niż miliony odczuwam tych katów okrucieństwo.
Najsroższymi od lat są komentatorzy walk bokserskich, zwłaszcza na kanałach komercyjnych, bo one głównie pokazują boks. Dwanaście rund znęcania się nad językiem to zadanie zbyt trudne dla jednej osoby, dlatego niszczą go we dwóch, mistrz Sith zwany "redaktorem" i jego padawan  - "współkomentator", zwykle bokser, który nigdy nie był złotousty, a milion mikrourazów uczynił go krzywoustym dosłownie i w przenośni.
Smutny przykład ich współpracy mogliśmy słyszeć ostatnio podczas starcia Detonay Wildera z "King Kongiem" Ruizem. Język polski wyszedł z niego zmasakrowany bardziej niż "King Kong", który walczył jako - uwaga - "czelendżer mandatoryjny". "Niech to tłumaczy, kto rozum ma", najlepiej na polski.
Na tym niewesołym tle warto podkreślić każdy choć pozytyw, zwłaszcza w Święta.
I w Święta właśnie zdarzył się cud, walka Antoniego Joshua'y i jakiegoś Aborygena, o dziwo pokazana w telewizji państwowej, zwanej obecnie narodową. Cud miał postać poprawnie wysławiającego się boksera zaproszonego do studia tv, który w pewnym momencie brawurowo użył zwrotu "ostatnimi czasy", krasząc zapewne lica swej polonistki, jeśli oglądała narodową.
 Gwoździem programu był kolor elokwentnego pięściarza - Izuagbego Ugonoha, czarny jak czarna Afryka. Swoim udanym występem Izu zrobił więcej dla tolerancji niż ktokolwiek kiedykolwiek w naszym kraju. Będąc udanym prototypem polskiego oprogramowania na murzyńskim sprzęcie na pewno dał do myślenia milionom entuzjastów boksu, nawet jeśli nie w pełni docenili jego perfekcyjną polszczyznę.
Jest zatem nadzieja, choć w zupełnie niespodziewanym kolorze.

00:27, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 marca 2018

Ludzie mają pamieć krótką jak jętka jednodniówka. Zewsząd słyszy się pomstowania, że miała być wiosna a tutaj śnieg wokół. Puknijcie się w głowę albo kliknijcie w archiwum zdjęć na jakimś guglu. W moim mogę znaleźć z marszu dwa obrazki stawu skutego lodem nie tylko na Marzannę, ale i w Święta Wielkiej Nocy.
Globalne zderzyło się z małą epoką lodowcową i zima przesunęła się z Wigilii na Lany Poniedziałek.
Przyzwyczajcie się.
Ma być tylko lepiej. Wkrótce celem zatrzymania zmian klimatycznych przesiądziemy się na samochody elektryczne.  Benzyna spadnie do złoty dwadzieścia, Ruskie zbankrutują, a potem z głodu odpalą rakiety. Nasze zmutowane wnuki będą zajmować się łowieniem radioaktywnych szczurów. Czy na odwrót - zmutowane szczury itd...
No może nie nastąpi to tak prędko. Pewien przytomny ekspert samochodowy na pytanie , kiedy Polacy zaczną kupować elektryczne auta,  odpowiedział, że wtedy kiedy Niemcy zaczną sprzedawać używane elektryczne auta. Podzielam ten pogląd.
Tymczasem odpowiedzią na całe zło świata nie jest ani auto elektryczne, ani sześciokrotnie turbodoładowane ale telepraca.
Po co jechać skoro można siedzieć. Nasz głos i obraz może dotrzeć do kogoś na drugim końcu internetu przy pomocy komunikatora. Menedżerowie wszystkich krajów łączą się w sprzeciwie. Przez komunikator nie da się wepchnąć ręki za dekolt.
Just kidding. Moja firma wręcz zachęca do hołmofisa, a także zniechęca do ofisa, dogęszczając biuro do granic możliwości.
Skończymy pozamykani we własnych chałupach przed komunikatorami, za co będziemy dostawać bitcoiny, którymi opłacimy streamy z filmami i gry. Żywność bezgotówkowo dostarczy Unia w ramach Wspólnej Polityki Rolnej.
Tak, że tak.

niedziela, 07 stycznia 2018

Upowszechniła się opinia, że rodak rodakowi wilkiem i z powodu różnic poglądów jeden drugiemu mówi same przykre rzeczy, a w internecie to już całkiem.
Prawda jest taka, że nawet pominąwszy różnice poglądów, społeczeństwo w ogóle jest niemiłe, a jedyne co je spaja, to splot wzajemnych pretensji.
Krakówek np. nie znosi warszawki, ale też nie może wytrzymać sam ze sobą i sam ze sobą dyskutuje na maczety, przynajmniej kibice. Tymczasem nie trzeba być kibicem Cracovii, wystarczy wyjść na ulicę w dowolnym mieście by jako pieszy stać się obiektem zimnej nienawiści ze strony rowerzystów i kierowców pospołu.
Konflikt pieszych z rowerzystami przenosi się do parków, zwłaszcza tych z wydzielonymi ścieżkami, bo zawsze ktoś komuś na dwa palce wjedzie, jak  Kargul Pawlakowi i chryja gotowa. Spór ucicha dopiero z pojawieniem się rolkarza, parszywego mutanta o kołach za małych na ścieżkę dla rowerów, ale jednak kołach, co wyklucza go z grona pieszych. Itd itp.
"Przedsiębiorczy" nie znoszą "roszczeniowych", górnicy węgla - górników miedzi, wodniacy wędkarzy i na odwrót.
W jaki temat się człowiek nie wgryzie, to pod powierzchnią aż kipi od konfliktów i to bezzasadnych całkiem. W zeszłym roku kupiłem kajak i z aparatem fotografuję ptaki. Na pozór najbardziej pokojowe hobby pod słońcem, zwłaszcza, że kajak jedynka, więc nie ma nawet kogo zahaczyć wiosłem.
Azaliż aliści. Oprócz ewidentnego zagrożenia ze strony wędkarzy (nigdy, przenigdy nie konfrontuj się z wędkarzem na lądzie - zwykle miewają noże) i motorowodniaków, istnieje podobno zadawniona niechęć między - uwaga - kajakarzami i wioślarzami. Serio serio.
Ostatnio Aleksander Doba - kajakarz, wystawił na sprzedaż swój transatlantycki ultrakajak. Przegląd Sportowy spytał znanego wioślarza, czy on tez sprzedałby swoją łódkę. Przepraszam, ale ja jestem wioślarzem, a pan Doba - kajakarzem - zaznaczył ten palant na wstępie, robiąc zapewne miny.
Jeśli unieśliście brwi ze zdumienia, (wiosło jest niby wiosło, kajak czy łódka, jeden pies), to zaraz wyjadą wam - te brwi - za potylicę.
Pod choinkę dostałem znakomitą książkę pana Łubieńskiego "Dwanaście srok za ogon", której autor, oprócz błyskotliwych opowieści o ptakach zamieścił parustronicową tyradę przeciwko ... fotografom ptaków. On sam ptaków nie fotografuje, on je - uwaga - obserwuje, i choć ma kolegę fotografa (ha ha ha, syndrom "sam mam kolegę geja/żyda/murzyna, ale...") to porzuciwszy erudycyjny ton książki zgoła internetowo masakruje fotografów, obnażając ich ignorancję i złą wolę.
Enough.
Ta droga wiedzie donikąd, na jej końcu czeka wielka naparzanka z użyciem maczet, rolek i wioseł. Tymczasem wszyscy Polacy to jedna rodzina, więc u progu Nowego Roku ujmę się za współczesnymi pariasami, których kochamy nienawidzić - myśliwymi.
Jeśli na wakacjach u Babci wyraziłem chęć zjedzenia na obiad pierogów z borówkami, to oczywistością było, że się po te borówki udam do lasu z "litrockiem" i borówek nazbieram. Jeśli postanowiono, że na w niedzielę będzie rosół, to nie prędzej nim dziadek utnie kurze łeb, a babka ją oskubie. Z tej perspektywy myśliwy, który wybiera się ustrzelić kaczkę jawi się jako osoba skrajnie niepraktyczna, która dla łykowatego obiadu poświęca mnóstwo czasu i zachodu, zapewnie dlatego, że kaczka w buraczkach jest dlań tylko pretekstem, żeby spędzić czas na łonie przyrody. W gruncie rzeczy myśliwy i jego pies to romantyk-marzyciel-ekolog, gdyby to ostatnie słowo znano w czasach Turgieniewa i jego "Zapisków myśliwego".
Wybaczmy więc na początek myśliwym, a potem już jakoś pójdzie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90
Archiwum