niedziela, 29 lipca 2018

Biegam źle, pływam jeszcze gorzej, ale realia są takie, że biegających dobrze jest u nas masa, a pływających choćby jako tako - garść. Czyli nawet pływając swoim męczącym kraulem u siebie na pływalni jestem królem, zwłaszcza jak wszyscy na wakacje wyjadą. Kraula swojego nazywam męczącym, bo jak płynę to nie wiadomo, kto się bardziej męczy, ja czy ci co patrzą.
Pojawia się naturalnie pytanie, czy nie warto byłoby wziąć paru lekcji i przestać męczyć siebie i innych, ale po primo, nie będzie mi jakiś pedał mówił, jak się pływa, a po drugie po co, jak i tak jestem królem, c'nie?
Anyway, jak się już zwlekę skoro świt, koło dziesiątej i przyjadę na basen, to oczekuję, że będę miał przynajmniej jeden tor dla siebie. Jak nie mam, to się wkurzam, ale mam prosty sposób, wynajduję tor z najbardziej nieruchawą niemotą i płynę swoje. Jak rozgniotę, to trudno. No i zaszła taka sytuacja, że stoję i patrzę na te pozajmowane tory i widzę już ofiarę podpierającą ścianę, jakieś takie nastoletnie dziewuszysko. Jest taki wiek, że dziewczęta się otłuszczają i wyoblają, przykry w sumie widok, wyglądają trochę jak z dałnem, a ta niedojda to już całkiem, w jakimś pstrokatym jednoczęściowym stroju jeszcze, lustra w domu nie ma, czy co?
No to jeden basen ciach, dopłynąłem do tej niuni, nawracam takim trochę frajerskim nawrotem, bo z koziołkiem nie umiem, ale na tę wannę i tak za dobrze i kątem oka patrzę, co robi. A ona jakoś tak kucła, jakoś się tak wygła i odbiła i zobaczyłem jak przemkła pode mną, na plecach pod wodą. Ja tu kraulem, a ona mnie wyprzedza jak furmankę.
Bez poruszania rękami, samymi nogami jak do delfina mnie minęła. No i bez oddychania, bo pod wodą. I już jej nie zobaczyłem, bo zanim dopłynąłem to już wyszła i poszła.
Tak, że tak, pozory mylą.

00:34, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
środa, 25 lipca 2018

Czy naprawdę potrzebujemy więcej prywatności w sieci? Czy w życiu? Nie wydaje mi się. Po pierwsze jestem fanem spersonalizowanych reklam. Nie chcę tracić życia na oglądanie reklam tamponów i żwirku dla kotów, poproszę auta i środki na łysienie. To oczywiste, że Duch Święty nie poinformuje o tym mediów, muszą dowiedziec się z historii moich wyszukiwań, a najlepiej, żeby wiedziały też co już kupiłem, żeby nie serwować mi musztardy po obiedzie.
Kiedyś mówiło się, że połowa kasy wydanej na reklamę jest  wywalona w błoto, kłopot, że nie wiadomo która. To punkt widzenia reklamodawcy, konsument odbiera to jeszcze boleśniej, będąc np. gwałconym przez uszy i oczy całe pół godziny przed seansem filmowym, choć z powodzeniem wystarczyłby kwadrans. Może i wystarczyłby, gdyby układacz reklam wiedział, np. identyfikując telefony na sali i wiążąc je z właścicielami, że nie ma na niej chętnych na francuskie samochody i można sobie odpuścić...
"Świat nie rozumie nas, my nie rozumiemy świata, nie rozumiemy nawet samych siebie" pisał Conrad i miał rację. Świat może nas nie rozumie ale proste algorytmy owszem: kupił wyjazd na narty? Reklamujemy fizjoterapeutę! Kolacja z szampanem? Wanienka dla dziecka itp. itd.
Ale powyższe jest oczywiste, tymczasem jak ma się RODO-SRODO do - że tak powiem - sprawy polskiej. Jeżeli Europa chce się ze swoimi grzeszkami skryć w anonimowości - jej problem, dla nas widzę kierunek całkiem przeciwny.
Całkowitą jawność.
Poczta Polska publikuje Narodową Książkę Pocztową, gdzie nie tylko jest skrzynka mailowa dla każdego, ale także jego profil. Imię, nazwisko, wykształcenie, stan cywilny i pity. Nasza Klasa na sterydach. Ale nie tylko. Jest też ranking - wg pnktacji: podatek zapłacony w ubiegłym roku razy ilość dzieci plus 30% za magistra, +50 za doktorat. Jak karany to -30, zaległe alimenty -50 itd. itp.
I statystyki. Ty na tle miejscowości, rówieśników: górne pięć procent czy dwudziesty od końca? Awansowałeś w zesżłym roku czy boleśnie obsunąłeś? Jest człowiekiem sukcesu czy przegrywem?
I, ges łot, w ciągu pięciu lat widzę eksplozję przedsiębiorczości i miliony karier. Tak, Mili, już mamy, umiemy się spiąć gdy widzimy, że jest po co.
Dziesięć lat i budujemy fabryki w Korei, bo tam tanio i się nie obijają. Piętnaście - polska flaga na Saturnie.
Tak że tak.

czwartek, 21 czerwca 2018

Uważni czytelnicy zauważyli obniżenie częstotliwości notek, które spowodowane było m. in.  tektoniczną zmianą w życiu zawodowym autora. Po latach przestałem telepracować i umówmy się, że trudno by pomogło to blogowi ze słowem "telepraca" w tytule.
Ale o tym potem, tymczasem o niszczącym wpływie czasu na organizmy białkowe. Przy okazji zmiany stanowiska kazano mi się przebadać u lekarza medycyny pracy, czyli Strażnika Pieczątki, prywatnie aroganckiego bubka. Ale to nie on wkurzył mnie najbardziej, tym razem po bandzie poszła miła pani okulistka.
-A okularów do czytania Pan nie potrzebuje? (NIE, ale może ty potrzebujesz lecytyny tępa dzido, pytałaś się mnie o to już dwa lata temu!) Jako dżentelmen poprzestałem na "nie". I co czytam w opinii? Starczowzroczność! Tak jakby nie starczyło mojej rzetelnej krótkowzroczności i solidnego astygmatyzmu, musiała nędza - bez badania - wyjechać z tą starczowzrocznością.
Zżymałem się na babę jeszcze długo po wizycie, także po południu truchtając po parku rzucałem przykre epitety przez zęby jednym okiem spoglądając na mój nowy zegarek z pomiarem prędkości, tętna, kalorii i przebytych basenów, gdyby jakieś pojawiły się na mojej drodze.
I z niepokojem stwierdzam, że tętno podnosi mi się zdecydowanie ponad normę, pewno przez to babsko, minęło 180, minęło dwieście i chyżo zmierza w kierunku dwustu trzydziestu a ja się rozglądam po drzewach za jakimś defibrylatorem.
Ludzie, co to za ulga, kiedy człowiek wślipi się  bliżej w zegarek i skuma, że 240 to nie tętno, ale spalone kalorie!
Wszystko przez starczowzroczność.

22:21, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
czwartek, 24 maja 2018

Podobno dziewięciu młodych ludzi, którzy przed czasem zakończyli mecz Lech - Legia zostało już pochwyconych przez policję i ogląda świat zza krat.
W ten sposób ginie szansa, by Ekstraklasa stała się czymś więcej niż prowincjonalną ligą piłki kopanej. Zanim wyłuszczę myśl do końca najpierw dygresja.
W latach dziewięćdziesiątych odwiedziłem Apollo Theatre na Manhattanie, salę koncertową znaną z występów artystów, którzy później zostawali wszechświatowymi gwiazdorami muzyki popularnej, by wspomnieć Majkela Dżeksona, Stiwi Łondera czy Elę Fidżeralt.
Apollo to skromna sala w głębi czarnego Harlemu, na której i dzisiaj występują zdolni amatorzy w nadziei na wielką karierę. Niestety ich poziom bywa różny i zanim dobrną do końca piosenki publiczność miewa ich serdecznie dosyć, sygnalizując to z właściwą czarnej Ameryce bezpośredniością. Jeżeli aspirujący muzyk jest odporny na sugestie w postaci buczenia, gwizdów i latających przedmiotów, kierownik przeglądu daje znak i zza kulis wypada pracownik przebrany za diabła wymachującego czymś na kształt pejcza.
W akompaniamencie kociej muzyki przegania nieudolnego amatora skracając męki jemu i widzom.
Chyba już jasne, dokąd zmierzam.
Nikt nie ma obowiązku za swoje własne pieniądze być katowanym pełnymi pięcioma minutami fałszowania.
Prawda tam jest tym bardziej oczywista gdy chodzi o dziewięćdziesiąt minut bezładnej kopaniny, co zdarza się na krajowych boiskach zbyt często.
"Mamy k... dość" drużyn skupionych na obronie prowadzenia 1:0, zespołów starających się dowieźć remis do końca itd. itp.
Dlatego prezes Boniek zamiast wygrażać, powinien zaprosić kibiców Lecha do współpracy. Kiedy nędza widowiska przekroczy wytrzymałosć obecnych, delegat PZPN sam powinien dać znak do działania. Wtedy poznańskie komando powinno  - na wzór diabła z Apollo Theatre -wkroczyć na murawę i spuścić na zebranych amatorów litościwą zasłonę  dymną.
Może kiedyś wychynie z niej polski Majkel Dżekson futbolu. Albo Messi-ński.

10:19, leniuch102
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 kwietnia 2018

Nie jestem przeciwnikiem stereotypów, nawet tych krzywdzących, np. że Murzyni są czarni, a kobiety mają cycki. Stereotyp to wiedza w pigułce i jak pigułka nie zastąpi posiłku. Z drugiej strony nie starczy nam życia, żeby rozkminić wrażliwości i zaszłości, które sprawiają, że np. Cyganowi lepiej podchodzi gitara i śpiew, niż powiedzmy uprawa kukurydzy.
Jak jakaś grupa społeczna nie lubi stereotypów na swój temat, to czym prędzej powinna zmienić swoje postępowanie i już za półtora pokolenia po stereotypie nie będzie śladu. Szwedom np. nie podobało się, że są postrzegani jako alkoholicy, to wprowadzili półprohibicję i chwilę potem pół Szwecji wsiadło na promy do Polski by zalać się w trupa i udowodnić, że Szwed prędzej odpuści sobie Szwecję niż procenty.
Największe współczucie budzą we mnie nie różne dzikusy, którym przykro, że są odbierane jak dzikusy. Najbardziej żal mi inżynierów, za których produktami ciągnie się zła reputacja, która zastygła w formie internetowego stereotypu właśnie. Od kilku lat ulubionym chłopcem do bicia są silniki tsi, czyli benzyniaki z turbinką. Kupując sobie takie auto, uprzedzony szeroko rozpowszechnioną opinią, że rozpadnie się po 90 tysiącach, wykupiłem specjalne ubezpieczenie na cztery lata albo 120 tysięcy.
Tymczasem już w momencie, kiedy wyrzucałem na nie pieniądze, silnik był skutecznie poprawiony. Czy internetowi mędrkowie, których głupimi opiniami bezrozumnie się kierowałem, zwrócą mi dwa tysie za niepotrzebne ubezpieczenie, pytam się?
No właśnie.
Zatem: stereotyp tak, ale z głową. Widząc w ringu Hindusa i Murzyna wciaż stawiamy pieniądze na tego drugiego, ale kupując gadżet warto wyjść  poza stereotyp, bo potrafi skrzywdzić. Nas w kieszeń.
Amen.

piątek, 20 kwietnia 2018

Bardzo łatwo byś blogerką feministyczną, bardzo. Najbardziej nośny gatunek internetowy, czyli rant, po polsku  - tyrada, przychodzi feministce z łatwością. Jak nie nierówności płacowe, to szklany sufit, jak nie #metoo to slut shaming, tylko wybierać, przebierać i walczyć z dyskryminacją.
Dużo trudniej zmagać się o prawa Janusza, tzn. wąsatego kierowcy passata. Niełatwo a jednak spróbuję. Tym bardziej, że przez ostatni rok jeździłem passatem i nosiłem zarost. Passat był stanowczo za nowy, a zarost bardziej w stylu Konczyty Wurst, niż polskiego wąsa, ale problemy podobne.
A zatem do rantu: podjeżdżam swoim paskiem pod liroja, czyli te niebieską kastorame i co patrze: wszystkie miejsca postojowe maleńkie jak to w Polsce, nieme pamiątki po małym fiacie, pod jego rozmiar robione. Z paska ani wsiąść ani wysiąść... chyba, że zaparkować na takich dużych, a w zasadzie normalnych, najbliżej marketu. W każdym rządku są takie dwa kolorowe miejsca jak się patrzy... ale stanąć na nich nie wolno. Na jednym wyrysowany wózek inwalidzki, na drugim - wózek dziecięcy.
Nawet w najbardziej zapchany dzień te miejsca stoją puste, no bo matka z dzieckiem w wózku do marketu budowlanego po prostu nie jeździ, bo po co. Inwalida to samo. W markecie kupisz tapety, gumówkę, betoniarkę.... materiały i narzędzia do prac inwalidzie i karmiącej matce obcych. No sory, wózkiem czy z wózkiem na drabinę nie wjedzie, płytek też nie ułoży.
Dlatego Janusz, dla którego market jest naturalnym środowiskiem, rozpaczliwie wciąga brzuch, ładując płytę osb na dach rysuje sąsiednie pasaty, bo najlepsze miejsca są zawarowane dla osób trwale niezainteresowanych wizytą w sklepie.
Rzekomo upośledzeni są w istocie uprzywilejowani i nawet o tym nie wiedzą.
W ramach rewanżu i równości w nierówności proponuję zatem: w każdym gabinecie kosmetycznym powiększony fotel do "zabiegów na twarz", zastrzeżony dla wąsaczy +50.
Słabe, wiem.
Wciąż lepsze niż ten parking przed lirojem.

wtorek, 03 kwietnia 2018

Jako bloger widzę siebie Salierim polszczyzny - względnie poprawnym, ale nieporywającym. I jak Salieri potrafię docenić Mozartów tejże. Dalece częściej niż Mozartów spotykam jednak katów żywego słowa i cierpię bardziej niż miliony, bo dotkliwej niż miliony odczuwam tych katów okrucieństwo.
Najsroższymi od lat są komentatorzy walk bokserskich, zwłaszcza na kanałach komercyjnych, bo one głównie pokazują boks. Dwanaście rund znęcania się nad językiem to zadanie zbyt trudne dla jednej osoby, dlatego niszczą go we dwóch, mistrz Sith zwany "redaktorem" i jego padawan  - "współkomentator", zwykle bokser, który nigdy nie był złotousty, a milion mikrourazów uczynił go krzywoustym dosłownie i w przenośni.
Smutny przykład ich współpracy mogliśmy słyszeć ostatnio podczas starcia Detonay Wildera z "King Kongiem" Ruizem. Język polski wyszedł z niego zmasakrowany bardziej niż "King Kong", który walczył jako - uwaga - "czelendżer mandatoryjny". "Niech to tłumaczy, kto rozum ma", najlepiej na polski.
Na tym niewesołym tle warto podkreślić każdy choć pozytyw, zwłaszcza w Święta.
I w Święta właśnie zdarzył się cud, walka Antoniego Joshua'y i jakiegoś Aborygena, o dziwo pokazana w telewizji państwowej, zwanej obecnie narodową. Cud miał postać poprawnie wysławiającego się boksera zaproszonego do studia tv, który w pewnym momencie brawurowo użył zwrotu "ostatnimi czasy", krasząc zapewne lica swej polonistki, jeśli oglądała narodową.
 Gwoździem programu był kolor elokwentnego pięściarza - Izuagbego Ugonoha, czarny jak czarna Afryka. Swoim udanym występem Izu zrobił więcej dla tolerancji niż ktokolwiek kiedykolwiek w naszym kraju. Będąc udanym prototypem polskiego oprogramowania na murzyńskim sprzęcie na pewno dał do myślenia milionom entuzjastów boksu, nawet jeśli nie w pełni docenili jego perfekcyjną polszczyznę.
Jest zatem nadzieja, choć w zupełnie niespodziewanym kolorze.

00:27, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 marca 2018

Ludzie mają pamieć krótką jak jętka jednodniówka. Zewsząd słyszy się pomstowania, że miała być wiosna a tutaj śnieg wokół. Puknijcie się w głowę albo kliknijcie w archiwum zdjęć na jakimś guglu. W moim mogę znaleźć z marszu dwa obrazki stawu skutego lodem nie tylko na Marzannę, ale i w Święta Wielkiej Nocy.
Globalne zderzyło się z małą epoką lodowcową i zima przesunęła się z Wigilii na Lany Poniedziałek.
Przyzwyczajcie się.
Ma być tylko lepiej. Wkrótce celem zatrzymania zmian klimatycznych przesiądziemy się na samochody elektryczne.  Benzyna spadnie do złoty dwadzieścia, Ruskie zbankrutują, a potem z głodu odpalą rakiety. Nasze zmutowane wnuki będą zajmować się łowieniem radioaktywnych szczurów. Czy na odwrót - zmutowane szczury itd...
No może nie nastąpi to tak prędko. Pewien przytomny ekspert samochodowy na pytanie , kiedy Polacy zaczną kupować elektryczne auta,  odpowiedział, że wtedy kiedy Niemcy zaczną sprzedawać używane elektryczne auta. Podzielam ten pogląd.
Tymczasem odpowiedzią na całe zło świata nie jest ani auto elektryczne, ani sześciokrotnie turbodoładowane ale telepraca.
Po co jechać skoro można siedzieć. Nasz głos i obraz może dotrzeć do kogoś na drugim końcu internetu przy pomocy komunikatora. Menedżerowie wszystkich krajów łączą się w sprzeciwie. Przez komunikator nie da się wepchnąć ręki za dekolt.
Just kidding. Moja firma wręcz zachęca do hołmofisa, a także zniechęca do ofisa, dogęszczając biuro do granic możliwości.
Skończymy pozamykani we własnych chałupach przed komunikatorami, za co będziemy dostawać bitcoiny, którymi opłacimy streamy z filmami i gry. Żywność bezgotówkowo dostarczy Unia w ramach Wspólnej Polityki Rolnej.
Tak, że tak.

niedziela, 07 stycznia 2018

Upowszechniła się opinia, że rodak rodakowi wilkiem i z powodu różnic poglądów jeden drugiemu mówi same przykre rzeczy, a w internecie to już całkiem.
Prawda jest taka, że nawet pominąwszy różnice poglądów, społeczeństwo w ogóle jest niemiłe, a jedyne co je spaja, to splot wzajemnych pretensji.
Krakówek np. nie znosi warszawki, ale też nie może wytrzymać sam ze sobą i sam ze sobą dyskutuje na maczety, przynajmniej kibice. Tymczasem nie trzeba być kibicem Cracovii, wystarczy wyjść na ulicę w dowolnym mieście by jako pieszy stać się obiektem zimnej nienawiści ze strony rowerzystów i kierowców pospołu.
Konflikt pieszych z rowerzystami przenosi się do parków, zwłaszcza tych z wydzielonymi ścieżkami, bo zawsze ktoś komuś na dwa palce wjedzie, jak  Kargul Pawlakowi i chryja gotowa. Spór ucicha dopiero z pojawieniem się rolkarza, parszywego mutanta o kołach za małych na ścieżkę dla rowerów, ale jednak kołach, co wyklucza go z grona pieszych. Itd itp.
"Przedsiębiorczy" nie znoszą "roszczeniowych", górnicy węgla - górników miedzi, wodniacy wędkarzy i na odwrót.
W jaki temat się człowiek nie wgryzie, to pod powierzchnią aż kipi od konfliktów i to bezzasadnych całkiem. W zeszłym roku kupiłem kajak i z aparatem fotografuję ptaki. Na pozór najbardziej pokojowe hobby pod słońcem, zwłaszcza, że kajak jedynka, więc nie ma nawet kogo zahaczyć wiosłem.
Azaliż aliści. Oprócz ewidentnego zagrożenia ze strony wędkarzy (nigdy, przenigdy nie konfrontuj się z wędkarzem na lądzie - zwykle miewają noże) i motorowodniaków, istnieje podobno zadawniona niechęć między - uwaga - kajakarzami i wioślarzami. Serio serio.
Ostatnio Aleksander Doba - kajakarz, wystawił na sprzedaż swój transatlantycki ultrakajak. Przegląd Sportowy spytał znanego wioślarza, czy on tez sprzedałby swoją łódkę. Przepraszam, ale ja jestem wioślarzem, a pan Doba - kajakarzem - zaznaczył ten palant na wstępie, robiąc zapewne miny.
Jeśli unieśliście brwi ze zdumienia, (wiosło jest niby wiosło, kajak czy łódka, jeden pies), to zaraz wyjadą wam - te brwi - za potylicę.
Pod choinkę dostałem znakomitą książkę pana Łubieńskiego "Dwanaście srok za ogon", której autor, oprócz błyskotliwych opowieści o ptakach zamieścił parustronicową tyradę przeciwko ... fotografom ptaków. On sam ptaków nie fotografuje, on je - uwaga - obserwuje, i choć ma kolegę fotografa (ha ha ha, syndrom "sam mam kolegę geja/żyda/murzyna, ale...") to porzuciwszy erudycyjny ton książki zgoła internetowo masakruje fotografów, obnażając ich ignorancję i złą wolę.
Enough.
Ta droga wiedzie donikąd, na jej końcu czeka wielka naparzanka z użyciem maczet, rolek i wioseł. Tymczasem wszyscy Polacy to jedna rodzina, więc u progu Nowego Roku ujmę się za współczesnymi pariasami, których kochamy nienawidzić - myśliwymi.
Jeśli na wakacjach u Babci wyraziłem chęć zjedzenia na obiad pierogów z borówkami, to oczywistością było, że się po te borówki udam do lasu z "litrockiem" i borówek nazbieram. Jeśli postanowiono, że na w niedzielę będzie rosół, to nie prędzej nim dziadek utnie kurze łeb, a babka ją oskubie. Z tej perspektywy myśliwy, który wybiera się ustrzelić kaczkę jawi się jako osoba skrajnie niepraktyczna, która dla łykowatego obiadu poświęca mnóstwo czasu i zachodu, zapewnie dlatego, że kaczka w buraczkach jest dlań tylko pretekstem, żeby spędzić czas na łonie przyrody. W gruncie rzeczy myśliwy i jego pies to romantyk-marzyciel-ekolog, gdyby to ostatnie słowo znano w czasach Turgieniewa i jego "Zapisków myśliwego".
Wybaczmy więc na początek myśliwym, a potem już jakoś pójdzie.

środa, 03 stycznia 2018

Nie spodziewałem się wiele, a jednak zdołali mnie zawieść.
Właściwie przełączyłem po pierwszych 15 sekundach w ciągu których pokazano teatralnie utykającego obszarpańca, na którego widok strażnik zauważył błyskotliwie: "O teatralnie utykający obszarpaniec ku nam zmierza jakowyś", na co drugi strażnik odezwał się jeszcze bystrzej: "Właśnie widzę".
W tym momencie powinna spaść kurtyna, ale się zacięła i oto jesteśmy skazani 10 odcinków kulawych dialogów wygłaszanych przez aktorów przebranych w ciuchy zamówione w chińskiej hurtowni strojów karnawałowych.

Autorzy serialu "Korona królów" powinni byli obejrzeć sobie angielską produkcję "Upadek królestwa" zajmująco opowiadającą o Anglii próbującej przetrwać inwazję Duńczyków. Jestem pewien, że tego nie zrobili, inaczej "Korona" trafiłaby nie na ekrany telewizorów, ale do kosza, gdzie jej miejsce.

Tymczasem otrzymaliśmy nudną piłę w stylu słusznie zapomnianych "Królewskich snów", tych z ględzącym od rzeczy Holoubkiem, tyle, że bez Holoubka. Mimo braku gwiazd jedynym jasnym punktem serialu pozostaje obsada, zwłaszcza młodsza: playboy Kazimierz i niezależna Aldona (Marta Bryła)  skonfliktowana z nieco demoniczną teściową (Łabonarską).

Resztę serialu zapewne obejrzę, ale dopiero za paredziesiąt lat, jako środek na starczą bezsenność.
Wszystkim nie mogącym zasnąć seniorom polecam już teraz.

______________

Żeby nie było, że zmyślam, odcinek 1szy online: https://vod.tvp.pl/video/korona-krolow,odc-1,35371666

09:41, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 18 grudnia 2017

Duży może więcej, zatem i Belfer 2, grany przez "młodego" Stuhra powinien być lepszy od Belfra 1, w którym Stuhr ma 2x mniejszy brzuch.  Ale na tym kończą się przewagi dwójki nad jedynką.
O ile Belfer 1 był dobrym serialem ze słabszymi momentami, to Belfer2 jest słabym serialem z lepszymi momentami i jako taki nie nadaje się do oglądania. Niestety, wrocławianie muszą go obejrzeć, bo jedynym konsekwentnie mocnym punktem tej katastrofy jest właśnie Wrocław, a ja to nawet uczyłem się metrologii w budynku "liceum" Belfra 2 i nieobca jest mi przerażająca ulica Chudoby, przy której zamieszkał.
Kiedy pojawiły się napisy końcowe odetchnąłem z ulgą, choć akurat finał wypadł dosyć zaskakująco, zupełnie inaczej niż w pierwszej serii, która drążyła kwestię, kto zabił Asię Wachowiak Walewską, a na koniec okazało się, że w sumie odpowiedź nam powiewa.
Belfer 2 nieoczekiwanie potwierdza teorię, że krajem rządzą degeneraci ze służb specjalnych, aż chce się westchnąć, dobrze, że Macierewicz w końcu dobrał im się do skóry.
Wszystkim rozczarowanym Belfrem 2 tym bardziej polecam obejrzenie Belfra 1, a zwłaszcza zapoznanie się z prozą scenarzysty serialu nazwiskiem Żulczyk, który napisał jedyny dobry polski kryminał po roku 1945, zatytułowany "Ślepnąc od świateł".

17:00, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 grudnia 2017


Wiek dopada nas niesprowokowany.
(Pragnę zwrócić uwagę na poprzednie zdanie, bo jest literackim zdaniem klasy premium, które dostajecie za gratis na obskurnym, jak to się teraz mówi, blogu. Tymczasem spokojnie obroniłoby się jako linijka Szymborskiej)
A zatem, wiek dopada nas niesprowokowany. Dopadnięty przez wiek uświadomiłem sobie, że czas najwyższy spełnić... no może nie marzenia, bo dowodzenie pancernikiem Yamato z różnych względów byłoby obecnie trudne, ale przynajmniej jakąś ich namiastkę. Namiastka ma prawie cztery metry, dwa luki bagażowe i parkuję ją u mamy w garażu, którego wielką zaletą jest położenie tuż obok śluzy Różanka.
Już parę razy załadowałem nabyty okazyjnie kajak, bo o kajaku mowa, na wózeczek i piechotą, ciągnąc go za sobą na podobieństwo niebieskiego, bardzo długiego jamnika, przeprawiłem się na drugą stronę wału przeciwpowodziowego, by zwodowawszy się poniżej śluzy odpłynąć w kierunku zachodzącego słońca. I z powrotem.
Znakomita sprawa, polecam każdemu, z bliska buro-bure wody Odry nie różnią się zasadniczo od wód - powiedzmy - Amazonki, a o ileż do nich bliżej i w ogóle. Moje wyprawy zapewne wywołały poruszenie wśród sąsiadów, ale nikt go nie okazał - bo są - jak to sobie później uświadomiłem - arystokratami, jak ja.
Po ekstatycznym powrocie z pierwszej wyprawy siostra zadała mi pytanie: "A czy nie było ci głupio?" "Co głupio?". "No tak z tym kajakiem między ludźmi, ostatecznie jest tam chodnik, przejście dla pieszych, ścieżka rowerowa".
Zamilkłem, bo,o dziwo, w ogóle nie było mi głupio. Rzeczywiście, po ścieżce pomykali weekendowi rowerzyści na swoich ultralekkich rowerach, truchtały laski odziane w wymyślne stroje itp. W ogóle ostatnio miasto odwróciło się ku rzece, cywilizując jej nabrzeża za kupę pieniędzy, część tego splendoru spłynęła także na nasz jej odcinek. Przechodnie też nie wzięli się znikąd, wzięli się z nowych osiedli ze słowem "residence" w nazwie i cieciem - pardon - konsjerżem przy szlabanie.
Nie zawsze tak było. Bardzo dobrze - bo od pewnego momentu najlepiej pamiętamy naprawdę zamierzchłe czasy - pamiętam zielone chaszcze w miejscu apartamentowców i miasto kończące swój bieg na moście Osobowickim. Za mostem ulica była dosłownie ucięta i niebaczny wrocławianin, który nie skręcił w kierunku cmentarza lądował na drodze nieutwardzonej, acz zaminowanej, o czym przekonała się załoga zbłąkanego tam spychacza. Jak niesie legenda dwaj wysadzeni budowlańcy byli "dosłownie wszędzie"  i kompletowano ich przez dwa tygodnie po wybuchu.
Nie zna życia, kto nie budował za komuny.

20:05, leniuch102
Link Komentarze (2) »
czwartek, 30 listopada 2017

Przymiotnik "ekstremalny" zużył się w ostatnich latach ekstremalnie, toteż kiedy moje dziecko dostało talon na "ekstremalne strzelanie policyjne" nie robiliśmy sobie wielkich nadziei i słusznie. Wszedł, ekstemalnie podziurawił tarczę, wyszedł, sytuacja bez historii.
Ja towarzyszyłem jako ekstremalnie pełnoletni.
Azaliż aliści przy okazji strzelania szczęka synowi jednak opadła, o co w przypadku zblazowanego nastolatka niełatwo, a to za sprawą otoczenia strzelnicy, która mieści się na dworcu Świebodzkim we Wrocławiu. Nieczynny dworzec w niedziele pełni funkcję targowiska i by dostać się na strzelanie musieliśmy chwilę pobłądzić wśród straganów.
- Ojciec, jak w jakiejś Afryce, niesamowite miejsce, co za typy, patrz na tego kolesia - wskazał malowniczo rumianego handlowca posilającego się z butelki. Zasadniczo większość z kilkuset handlujących była malownicza, a i kupującym niczego nie brakowało. -Kiedyś, synu, cała Polska była taka. - I co, nie było normalnych sklepów, no nie wiem, Pasażu Grunwaldzkiego? Na miejscu Pasażu synu, stał cyrkowy namiot, w którym handlowali ci sami państwo - wyjaśniłem, szerokim gestem ogarniając malowniczych.
Sam już nie wierzę, że tak było.

16:17, leniuch102
Link Komentarze (3) »
czwartek, 02 listopada 2017


Jestem - jak to kiedyś ZUS określał - inwalidą wzroku, a na nosie od drugiej klasy noszę protezę wzroku, czyli - w terminologii ZUS-u  - okulary.
Mój kiepski gust przez lata był błogosławieństwem dla domowego budżetu bo od maleńkości niezawodnie wybierałem najtańsze modele oprawek. Na starość człowiek jednak głupnie i daje się wpuścić w różne maliny, na przykład sportowe oprawki z bimetalowymi zausznikami, które pod wpływem ciepła coraz ściślej przywierają do czaszki. Działa świetnie póki temperatury  są powyżej 10 na plusie, jednak poniżej następuje efekt odwrotny, tzn. zauszniki wiotczeją, jak w tym dowcipie: "Baronie, gnie wam się".
Jakoś tam cierpiałem, ale w końcu wybrałem się po normalne, wiotczejące dopiero w piekarniku.
Mam z natury nieżyczliwy wyraz twarzy, wypisany na niej rodzaj niemej pretensji do świata, która wszakże nie ma pokrycia w moim pogodnym charakterze. Okulary są świetną okazją do skorygowania mojej fizys, dlatego oprawki wybieram wyjątkowo starannie, miesiącami.
I tak się składa, że te naprawdę fajne stoją na wyższych półkach, ale niestety, miewają wypisane wyraźne logo producenta, np. Porsche albo Ralph Lauren. Wszystko znakomicie pasuje, no ale ten napis...
Panie sprzedawczynie nie rozumieją w czym problem. Otóż problem polega na tym, że nie nazywam się Ralph Lauren. Od biedy założyłbym okulary z napisem Leniuch... co ja gadam, oczywiście nie założyłbym. Gdybym był typem tatuującym sobie imię żeńskie - są tacy - wypadałoby mieć na okularach Kasia, bo Leniuchowej Kasia, jak tej margarynie... ale Ralph? Lauren?! Wypisane zasadniczo na czole? Czy panią pop...o?
Niezrozumienie. Zdziwienie. Niechęć.
I chyba słusznie, to ze mną musi być coś nie tak, bo jak się dokładniej przyjrzeć "osobom publicznym" to one bez żenady obnoszą się z oprawkami uszlachetnionymi nazwą firmy, od ministra Ziobry po posłankę Pihowicz.
Mam nadzieję, że kazali sobie "Ralphowi" za to płacić. Ja bym kazał. 

08:13, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 października 2017


Jako współwłaściciel dwóch liniejących psów wiem co nieco o odkurzaniu. Na przykład to, że odkurzacze słabną z roku na rok, a to za sprawą Unii, która oskarża je o zbyt wielkie zużycie prądu. Ofiarą postępującej anemii odkurzaczy pierwsze padły elektryczne szczotki do nich doczepiane. Byłem gotów wybulić konkretne sumy za  silny odkurzacz ze żwawą szczotką, potem tylko za silny odkurzacz... ale nic z tego.
Coraz słabsze, bez szczotek (osobno kupowana "turbo szczotka" to słaba namiastka), za to coraz droższe.
Do tego na odkurzaczach pojawiły się nalepki z "wydajnością energetyczną" i "klasą zbierania kurzu", w tym z dywanów.
I oto stanąłem przed najnowszymi wymiataczami po 500 watów (i pięćset złotych), które wg nalepki wsysały kurz ze skutecznością A oraz przed starymi modelami o dwa razy większej mocy, ale dużo niższej skuteczności.
Jak u licha udało się producentom zwiększyć skuteczność zmniejszając moc?
Oczywiście kosztem klienta. Jak się okazało w domu, dzięki przemyślnej konstrukcji szczotka przyssała się na ament do dywanu i przesunięcie jej wymagało determinacji i stalowego nadgarstka. To prawda, po trzech ruchach ręka mdlała, ale dywan był wyczyszczony w klasie A, nalepka zatem nie kłamała.
Szkoda, że nie informowała, iż brakujące tysiąc watów użytkownik musi wygenerować z własnego bicepsa.
Klasę "A" przyznano zapewne w warunkach laboratoryjnych, gdzie jakiś osiłek odkurzył próbkę metr na metr i git.
Zadziwiające, jak w takich warunkach znakomicie działają wszystkie urządzenia: auta palą zadziwiająco mało i nic a nic nie trują, nakremowane zmarszczki znikają, farby pokrywają od pierwszego razu, a odkurzacze .. wiadomo.
Och gdybyż Grażyny z Siemiatycz raz i drugi nie pojechały do Brukseli sprzątać i unijni kaci odkurzaczy sami musieliby  po nie sięgnąć.
Pomarzyć.

15:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 89
Archiwum