niedziela, 06 kwietnia 2014

"W mieszkaniu ordynatowej Zofii Zamoyskiej (córki księżnej Izabeli Czartoryskiej) arystokratyczne grono pań i panów układa program koncertu na cele dobroczynne. Padają różne atrakcyjne projekty. Z pierwszym występuje sama gospodyni: Ordynatowa: "Przewyborny przychodzi mi koncept: mały Chopinek ma już lat dziewięć, ale żeby większą w ludziach wzbudzić ciekawość, wydrukujemy w okazach, że Chopinek ma tylko lat trzy. Trzyletnie dziecię, grające wielki koncert na klawikordzie, latające na krzyż z rączkami swemi, to na prawo, to na lewo, ach! jakże ludzie będą się zlatywać, żeby zobaczyć to cudo...""
Brandys, Koniec świata szwoleżerów t.1 (Kindle Locations 322-324). Kindle Edition. 

21:05, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 31 marca 2014

Zupełnie, ale to zupełnie nie chciałem się wywnętrzać w sprawie tych Srymów-Krymów etc. Tak się jednak złozyło, że ukraińskie afery wdarły się do mojego domu za sprawa kolegów syna, którzy bawili się w Majdan. Majdanem był Piotrek, jego kolega imieniem Milan - Berkutem, a niejaki Staś - Janukowyczem. No i wyszło, że Janukowycza musiał jego tata zawieźć na pogotowie, gdzie założono mu trzy szwy w miejscu, które zetknęło się z klamką, kiedy ścigał z Berkutem Majdan.
Rzecz rozgrywała się w murach naszego domu pobudowanego przez Ukraińców , sympatycznych chłopaków, zupełnie różnych od tych, którzy 80 lat wcześniej polowali na mojego dziadka na Wołyniu.
Było, minęło.
Co do Krymu, to nie inaczej niż Putin postąpił swego czasu Piłsudski odzyskując Wilno, tyle, że zrobił to 90 lat temu co mniej więcej wskazuje, na jak anachronicznym etapie znajduje się teraz Rosja w ogóle a Putin w szczególe. I co z tego, nie dość, że miał frajdę z poważnej korekty mapy Europy, to na deser rozśmieszyli go "sankcjami". W dużo gorszym położeniu znajdują się mieszkańcy Krymu, choc może jeszcze tego nie wiedzą. Eksperci przytomnie wskazują, że było juz parę atrakcyjnych turystycznie kraików, które liczyły na tłusty dochód z rosyjskich turystów. Cieszyła się Czarnogóra, kiedy wykupywali ją ruscy oligarchowie, wielkimi nadziejami karmiła się odrywając od bidnej Gruzji malownicza Abchazja...
Stumetrowe jachty odpłynęły z Czarnogóry bynajmniej nie do Abchazji, ale na Riwierę i Karaiby, a niedoszłe ruskie Monaka klepią teraz bidę. Oczywiście w przypadku Krymu może być inaczej, może rzeczywiście zapanuje tam teraz prosperity... ale to w przyszłości, a w poniedziałek krymianie gorzko pożałuję swego powrotu do Rosji.
W poniedziałek bowiem pierwszy raz pójdą do roboty według czasu moskiewskiego, przesuwając zegarki o całe dwie godziny naprzód. Ktoś, kto w piątek wstał o siódmej, w poniedziałek zerwie się o - biologicznej - piątej.
Ciekawe, jakimi słowami powitają krymianie dźwięk poniedziałkowych budzików. Obstawiam angielskie słowo "job" i coś o matce, niekoniecznie Rusi.

Tagi: krym
00:55, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
wtorek, 18 marca 2014

Nie żebym był tam jakimś panie, wesołkiem, niepohamowanym, tego, optymistą, dżokerem, prawda - nie. Ale mimo to, a może właśnie dlatego założyłem sobie, że obchodzę wszystkie święta, jakie podejdą. No moze poza helołinem.
Trzech króli, dzień leśnika i kobiet oczywiście też obchodziłem. Obchodziłem w przedszkolu, podstawówce i liceum też, choć wrzucanie do jednego ósmomarcowego wora bytów tak odległych jak babcia, profesor chemii i narzeczona wydawało mi się co najmniej niestosowne, jesli nie wprost chore. I co z tego - cmok, tulipan, cmok, tulipan, cmok, tulipan. Siła tradycji, aż do teraz.
A w tym roku - wyjątkowo nie.
Pracę mam jaką mam. Od niedawna, na moje własne życzenie - absorbującą raczej. Włączam kompa o dziewiątej, dziewiąta pięć wpada pierwszy kejz. Coś się popsuło klientu temu, co dzwoni. Diagnozuję, zamawiam część. Dziesiąta- następne zgłoszenie. Ops, tym razem kminię je, kminię, ale rozkminić nie mogę. Wywalam do drugiej linii. Z trzecim zgłoszeniem wpada alert, że część z pierwszego nie dojedzie na czas. Odkręcam inżyniera, kiedy specjalista od drugiego zgłoszenia domaga się dodatkowych danych. Prawą ręką pisze mejla do drugiego klienta, a lewą odbieram telefon od trzeciego. Koło południa prowadzę trzy do siedmiu kejzów na raz. O 17:30 zamykam kramik i otwieram piwo. Chyba, że mam dyżur. Jak mam dyżur to otwarte piwo może czekać do północy. O - powiedzmy - czwartej budzi mnie koleś, który wstępnie ogarnia  awarie zgłoszone automatycznie i wrzuca mi zajęcie na resztę ranka. Koło ósmej wchodzę pod prysznic, żeby o dziewiątej pięć odebrać pierwszy telefon. Yup, maraton 8h+16h+8h to żadna w naszej firmie sensacja. To taki lokalny koloryt, autorskie rozwiązanie, które nie tylko nie stało koło kodeksu pracy, ale nawet nie daje się rozliczyć oficjalnie w wewnątrzkorporacyjnych systemach.
W takim na przykład styczniu natrzaskałem trzysta konkretnych godzin, a resztę czasu spędziłem w delegacjach. Nie narzekam - płacą, robię. Tyle, że na swoje udręczenie, poza mejlami z własnej działki mogę, a nawet muszę czytać też mejle z życia korporacji. I kiedy ja nie mam czasu, żeby podrapać się w dupę, to kierownictwo zaprasza nas na konferencję "Kobiecy liderzy w naszej firmie". Jest wszak koniec lutego, świętowanie Dnia Kobiet czas zacząć. To zapewne najważniejsze ze świąt, ważniejsze nawet od dnia Dumy Afroamerykanów, dnia środowisk LGBT, o Season Holidays, onegdaj zwanymi Bożym Narodzeniem, nie wspominając. Dlatego z każdym następnym dniem w skrzynce gestnieją zaproszenia na poświęcone kobietom panele, menedżerzy różnych szczebli w listach pasterskich roztrząsają ubogacający wkład kobiet w życie firmy (hy, w moim dziale była kiedyś jedna, ale ją wylali)  a piątego marca: tadam - wszystkie korporacyjne aplikacje, te do obróbki zgłoszeń, zamawiania cześci, bazy wiedzy itd. - przybierają kolor Dnia Kobiet.
Jaki to kolor, spytacie? Otóż taki k-wa fioletowy. Nie pytajcie, bo sam nie wiem czemu. Zaprawdę, powiadam wam, sporą część życia spędziłem w komunie, ale nowa świecka obrzędowość kapitalizmu ją dogania.
Dlatego w tym roku sorry kobiety. 

08:24, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 marca 2014

Po trzech latach edukacji przedszkolnej, czterech - szkolnej i związanych z tą edukacją niezliczonych wycieczkach w różne miejsca, dziecko moje odwiedzilo wreszcie Stolicę. Jak wiadomo z okazji Mistrzostw Europy w 2012 Premier zobowiązał się połączyć Wrocław ze Stolicą nowoczesną drogą szybkiego ruchu i słowa dotrzymał. Dzieci wsiadły w autobus i jak po stole - szszuuuu - pojechały nową drogą, bezpieczną trasą, całe trzysta kilometrów z okładem. Wycieczka bardzo się udała, dzieci się nazwiedzały, najbardziej  -jak zwykle - podobał im się MacDonald, ale nie tylko, bo Brama Brandenburska i Reichstag również.
W tej sytuacji zwlokłem się się z mojego śmietnika historii, wziąłem trzy dni urlopu i wybrałem się z synem do Warszawy. Swego czasu pobudowano tam Centrum Nauki Copernic, (a może Kopernick), co ma ten kłopotliwy aspekt, że różni pogrobowcy patriotyzmu mogą przy okazji wizyty w przybytku Nauki ciągnąć młodzież w ponure miejsca typu Zamek Królewski wraz ze spowitym złowrogim cieniem placem Zamkowym. Wspomniany cień pada of course z katofaszystowskiej kolumny Zygmunta, zawłaszczającej krzyżem europejską bądź co bądź przestrzeń publiczną.
Na szczęście dla dziatwy szkolnej wcale nie jest łatwo do Warszawy dotrzeć. Nas na przykład zatrzymał na dobrą godzinę jakiś traktor, który rozkraczył się na jednym pasie w Sieradzu. Owszem, istnieją miejsca w Polsce, z których łatwo do Warszawy dojechać, jak z takiego np. Kostrzynia, który na swoje szczęście leży na trasie do Berlina. Łatwo jednak nie znaczy tanio - opłata autostradowa Kostrzynń - Warszawa to równowartość dziesięciodniowej opłaty za jazdę dowolnymi autostradami w Czechach.
W samej Warszawie też pod górkę  - automapa sprzed ośmiu raptem miesięcy kompletnie się w mieście pogubiła i próbowała prowadzić nas przez jakieś wykroty, które jeszcze niedawno musiały być przejezdne, ale dzisiaj wyglądają jak zbombardowane.
Mniejsza. Centrum Nauki jest wypas, moje zblazowane dziecko przez cztery godziny z okładem odpalało eksponat za eksponatem, żeby w końcu paść ze zmęczenia na twarz. Dodatkowo podjęło juz wiążące decyzje dotyczące własnej kariery zawodowej. Na mur-beton chce robić to samo co ja. Ojciec - patrz - jedziesz służbowym autem zatankowanym służbową benzyną, w burger kingu płacisz kartą lanczową, nocujemy w słuzbowym mieszkaniu. A w pracy ta pani na recepcji napakowałby mi cały plecak piegusków, gdybym nie zapełnił go wcześniej - darmową - ojciec- darmową kolą z automatu.
Zdecydowanie, kola z darmowego automatu w naszym warszawskim biurze przyćmiła Berlin we wspomnieniach syna.
Na zdrowie.

poniedziałek, 03 marca 2014

Jechałem ostatnio z Pragi do Wrocławia. Droga prosta i niedroga, bo dziesięciodniowa winieta na całe Czechy kosztuje tyle co przejazd ze Świecka do Konina. W dodatku we wspomnianej Pradze chcąc trafić do wspomnianego Wrocławia wystarczy skierować się z grubsza na północ i wyglądać drogowskazu z napisem "Wrocław". No such luck we Wrocławiu. Autor odjechanych polskich drogowskazów bez żenady przyznał, że kierowca powinien znać geografię, dlatego nie umieścił na nich banalnych "Praga" lub "Berlin", ale intrygujące "Jędrzejów" i "Kudowa".

Po tej informacji -  jakieś dwa lata temu - "przez media przetoczyła się fala słusznej krytyki" no i ch. z tego, bo edukacyjne drogowskazy zostały jak były.

So much for power of media.
Albo nie, o mediach trochę jeszcze. Słucham ich piąte przez dziesiąte i jakiś miesiąc temu ze zdumieniem przeczytałem, że "złapano człowieka, który zakatował Leszka Millera". Leszek Miller - postrach żyrardowskich prządek - zakatowany? Jak? Gdzie? Kiedy? Wyostrzyłem wzrok - torebką, torebką go ktoś... aaa zAAtakował, nie  - zakatował.
Szkoda.
Jak w tym starym dowcipie - słyszałeś ten kawał o tym, jak koleś wbił Jaruzelowi nóż w plecy?
-Nie!
-Ja też nie, ale fajnie się zaczyna.

21:19, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 stycznia 2014

Nie będę chyba odosobniony w oczekiwaniu, żeby ta zima w końcu przyszła, pobyła i sobie poszła. Celem natychmiastowego wywołania zimy wymieniłem opony na zimowe, rozpaliłem w kominku i czekam. Guess what, pod wieczór prognoza na meteo.pl zaczęła wskazywać jednostajny zjazd w dół. W poniedziałek będzie minus trzy i zaspy po pępek.
Na długie zimowe wieczory proponuję odkurzenie kindli. Od czasu kiedy kupiłem pierwszego kindla sporo się zmieniło. Parę lat wstecz, żeby spiratować książkę na kindla, trzeba ją było wyssać z pedeeefu, wyedytować, wrzucić do programu calibre i dopiero stamtąd wysłać do urządzenia.
Dzisiaj wystarczy wpisać do googla czarodziejskie zaklęcie: "Greya - mobi - chomikuj", by po chwili cieszyć się kolekcją - czy raczej stekiem - powieścideł. Hej, statystyki nie kłamią: przeciętny czytelnik książek jest pięćdziesięcioletnią kasjerką z nadwagą i czytuje głównie soft-porno.
Pozostali też nie mogą narzekać, bo choć ambitniejsza literatura nie trafiła na chomika, to bez większych problemów można ją zanabyć w necie. Wracając do chomika: fakt, że ten serwis wciąż funkcjonuje wymownie świadczy o impotencji organów ścigania. Ciekaw jestem ilu z kozaków udostępniających książki via chomikuj.pl robiłoby to, gdyby sami mieli ponieść ryzyko pozwu sądowego. A tak za parę złotych miesięcznie kupują sobie pozór legalności. Bo parę złotych miesięcznie razy dziesięć milionów internautów pozwala opłacić prawników pracujących na trzy zmiany dla chomikuj.pl oraz ferrari testarosa właściciela chomikuj.pl.
Brzydzi mnie opłacanie się chomikowi, ale aby doić z niego książki na kindla nie trzeba płacić ani grosza, bo chomik pozwala ściągać pliki < 1MB bezpłatnie, co wprawdzie wyklucza ściąganie filmów czy muzyki, ale jest żadną przeszkodą w przypadku ebooków. Czemu właściciele księgarni internetowych jeszcze nie odstrzelili tego bezczelnego zwierzęcia, skoro organa się do tego nie kwapią? Pytanie dobre, ale nie do mnie.
Mnie można się spytać, co z tego chomika ostatecznie sobie ściągnąłem. Otóż Clarksona, tego z Top Gear. W domu mam całą półkę z odjechanymi felietonami Clarksona i w pewnym momencie powiedziałem dosyć, no more. I nie kupuję i nie kupiłbym więcej, ale ściągnąć - czemu nie?
"Wściekły od urodzenia" to zbiór felietonów z lat 90-tych, opisujący głównie auta, które dziś spokojnie rdzewieją już na złomowiskach, także polskich.
Clarkson o Polonezie:
"Najczęściej zadawane mi pytanie brzmi: Jaki jest najgorszy samochód, który kiedykolwiek prowadziłeś? FSO Polonez, produkowany w Polsce odpad Fiata ze stylistyką nadwozia autorstwa uczniów klasy 4 „b" szkoły podstawowej w High Wycombe, jest tutaj oczywistym faworytem.
[...]
W dalszym ciągu podtrzymuję opinię, że Nissan Sunny był najgorszym samochodem wszech czasów. Nie miał niczego na swoją obronę; niczego, co byłoby lepsze lub tańsze niż w innych samochodach. A jednak pod względem jazdy, najgorszym samochodem na świecie jest FSO Polonez. On jednak ma jedną rzecz na swoją obronę - jest tani. Musi być tani: jest samochodem, który tak naprawdę samochodem nie jest. To pudełko, pod którym nierozważny nabywca odkryje traktor pochodzący z 1940 roku. Już sama jego stylistyka zniechęcała większość ludzi, ale przecież musiał konkurować jedynie z Wartburgiem i Trabantem, a żaden z tych wozów nigdy nie pojawi się w książce Piękne samochody Jeremy'ego Clarksona.
Nawet nie potraficie sobie wyobrazić, jak okropnie jeździ się tym wyjątkowo ohydnym samochodem. Gdy nie możecie przestać dziwić się temu, jak wysoko Polonez odbija się od ziemi, stwierdzacie, że nie działa w nim układ kierowniczy, bo jego przednie koła zostały wypełnione betonem. Gdyby to Karl Benz wynalazł silnik Poloneza, musiałby całkowicie odejść od idei wewnętrznego spalania. Hałas tej jednostki płoszy ptaki, a zużycie paliwa odpowiada specyfikacji technicznej lokomotywy spalinowej Intercity 125. Ostatni raz jechałem Polonezem w zeszłym roku. Była to taksówka, która zepsuła się w tunelu na Heathrow. Wdałem się wtedy w sprzeczkę z jego grubym kierowcą, bo kategorycznie odmówiłem zapłacenia za kurs. Ale od czasu mojego długiego, wypełnionego spalinami spaceru do terminalu, nie usłyszałem już ani słowa o tym pryszczu na tyłku motoryzacji. Aż do chwili obecnej. Wygląda na to, że FSO produkuje nowy wóz o nazwie Caro, który odniósł w Wielkiej Brytanii pewien sukces. W zeszłym roku sprzedano go tu w liczbie 480 sztuk. Mogę jedynie przypuszczać, że właściciele tych samochodów ograniczają swoje wypady na drogi do godzin nocnych. Żadnego z nich z pewnością nigdy nie widziałem. Jestem przekonany, że to całkowicie znienawidzona maszyna."


Całkowicie? Bez żartów. Ja np. byłem zadowolony:

"Silnik 16 zaworów, sto parę koni, elektryczne szyby, alufelgi... Zgadliście, polonez. Lwie, dobrze ryknąłeś ... pomyślałem po pierwszym przygazowaniu. Lew ryczał całą drogę do Wrocławia, gdzie z punktu oddałem go do warsztatu w złudnej nadziei wyciszenia. Tam w towarzystwie gości we włóczkowych beretach z antenką (strój klubowy posiadaczy poloneza) pławiłem się w zachwytach nad alufelgami, silnikiem...

Szczycę się, iż jestem jednym z nielicznych, którzy jechali poldkiem ponad 180 km/h i przeżyli. To trochę jak po przebiciu bariery dźwięku – przestajesz słyszeć silnik. Głównie dlatego, że powietrze strasznie hałasuje o kanciate kształty. Znalazłem uznanie nawet w oczach drogówki: był pan dzisiaj najszybszy – powiedział kapral flak wręczając mandat na pięć stówek (1997r.) za trzykrotne (3 x 60) przekroczenie ograniczenia prędkości. Polak potrafi ! "


Powyższy cytat pochodzi z notki sprzed 10 lat: http://leniuch.blox.pl/2004/06/Paranoja-jest-gola.html .

00:45, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
niedziela, 12 stycznia 2014

Frankfurt. Cztery gwiazdki. Z tyłu widok na kukurydzę, z przodu - centrum handlowe.
Stambuł. Cztery gwiazdki. Z tyłu widok na jakąś wodę, z przodu - blokowisko.
Kraków. Cztery gwiazdki. Z tyłu widok na blokowisko, z przodu - centrum handlowe.
Od czasów "Zagłady Domu Usherów" przyjęło się, że najlepszą scenerią horroru jest zabytkowa willa na odludziu. Potem nakręcono "Comę" i wyszło, że równie przerażający może być nowoczesny obiekt użyteczności publicznej,  jak szpital. Albo hotel.
Oczywiście nikt nie każe mi się zatrzymywać w odhumanizowanych maszynach do mieszkania. Teoretycznie mógłbym wybrać jakiś tradycyjny hotel w zabytkowym centrum, ale potem musiałbym przebijać się 96 godzin przez korki, aby dotrzeć do serwerowni klienta, która zwykle ukryta jest w jednej z anonimowych hal przy węźle autostradowym.
Hy, tę ostatnią, podkrakowską wyróżniają betonowe bloki uniemożliwiające staranowanie ściany jakimś czołgiem. Serio serio.
Słowem, jest to świat, w którym nie ma miejsca na sentymenty w ogóle, a kontemplację miejscowego kolorytu w szczególe. Przyjeżdżam, loguję się na recepcji, różnica w między lokum w Dublinie, Frankfurcie, Krakowie, Stambule sprowadza się do napisu na mydełku.
I do roboty. A po robocie do pobliskiego centrum handlowego z multikinem i akwaparkiem, gdzie narzecze tubylców jest zupełnie nieistotne, o ile tylko mają terminal kart kredytowych.
Czy nie przeszywa mnie dojmujący brak kontaktów miedzyludzkich, możliwości obserwacji miejscowych na ich historycznych uliczkach, pałaszujących miejscowe specjały w autentycznych knajpkach?
No jakoś nie przeszywa. Bo też ja właśnie spotykam autentycznych np. krakusów, którzy mieszkają nie w przejętych przez drogie marki kamieniczkach, ale w blokach z wielkiej płyty sąsiadujących z moim hotelem. Swoim laskom fundują shoarmę w centrum handlowym, a potem zabierają je do multikina na piętrze.
Kotwicząc przy rynku mógłbym co najwyżej pooglądać sobie innych typów w delegacji i niemieckie wycieczki.

No czyż nie?

21:18, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 06 stycznia 2014

Z pewną niechęcią spoglądam na niniejszy blog, między innymi dlatego, że jest już taaaki stary. Osiągnął wiek przeciętnego użytkownika internetu (10), choć wciąż ma daleko do wieku przeciętnego polskiego auta (16).
Jak się zastanowić jeszcze większą (zdrową!) niechęć powinien wzbudzać stetryczały autor, który jest już tak wiekowy, że przestał oglądać wiadomości, bo z góry wie, co w nich znajdzie. Przyzwyczaił się przez dekady, że wraz z pierwszymi mrozami w nagłówkach znajdzie zaczadzenia i karambole, z pierwszym śniegiem przeczyta o "amatorach białego szaleństwa",  z pierwszą gwiazdką - o dwunastu potrawach na stole bohaterki popularnego serialu etc. etc.
Nie znaczy to jednak, że nie warto już włączać wiadomości, o nie.
W sobotę ok 10:00 autor (żeby trzymać się irytującej narracji trzecioosobowej ) zapalił telewizor i nieźle się uśmiał. Jakiś kabaret parodiował tvn24 udając transmisję z akcji "Trzeźwa Sobota" w Sokołowie Podlaskim. Numer odstawiony był z całą powagą i sztafażem godnym schyłkowego Szymona Majewskiego: przebrani za milicjantów statyści wyciągali kierowców zza kierownic, głos zza kadru z tefałenowskim przejęciem nierozróżniającym między trzęsieniem ziemi a sianokosami komentował wyludniające się ulice Sokołowa itp. itd.
Nieco przaśna i przewidywalna, ale nieodparcie zabawna satyra wprawiła blogera w dobry nastrój. No bo - he he - wiadomo - trzeźwa sobota, a co z niedzielą? Co z piątkiem? Sokołów trwale przesiądzie się na hulajnogi? A inne miejscowości? Co z Mławą i Bodzentynem?
Program się przeciągał, uśmiech przygasał, aż do momentu gdy widz kapnął się, że to nie była żadna satyra, tylko autentyczny tvn24, flagowy program informacyjny naszego bantustanu.
Zgodnie z zasadami 'reverse engineering' spróbował odtworzyć ścieżkę, która doprowadziła do tej niezamierzenie komicznej sytuacji i wyszło mu, że ani chybi jakiś podpity balangowicz parę dni wcześniej rozjechał grupę przedszkolaków. Czy coś. W rezultacie Premier pewno zwołał konferencję, na której surowo przykazał Ministrowi Policji zabezpieczenie każdego przedszkolaka, z kolei Minister... i tak dalej,  aż do "Trzeźwej Soboty".
Ale ale ale.
Nie dajmy się nieść dygresjom bo miało być o zupelnie innym i względnie nowym rodzaju sezonowego niusa.
Autor mieszka na skraju wsi, w całkowitej - od kiedy wyłączył telewizor - ciszy, W takiej ciszy stukot klawiszy brzmi jak wystrzały, z otwarciem okna do domu wdziera się szum rosnącej trawy zakłócany irytująco głośnym pluskiem karpi w stawie pod lasem. Dwa razy dziennie z rykiem przejeżdża gimbus, oraz potępieńczo skrzypiąca klinami w składaku Gamoniowa.
Ale poza tym - cisza.
Aż do momentu... aż do momentu: HAU HAU HAU - to własny pies blogera, Lira, eksploduje w przedpokoju. Ten wybuch owczarka poniemieckiego przyprawia autora o mdłości, mniej więcej jak gdyby na kończynę położoną na jednym kowadle spadło mu drugie kowadło. Gdyby pot zdążył, to by mu się skroplił na czole w przewidywaniu drugiego - nieeeeee, proszę, nieeee .... HAU HAU HAU!
Reakcja fiziologiczna jest tym razem słabsza - wszak nie można ogłuszyć już ogłuszonego, bębenki w szczególe, a uszy w ogóle zostały wyeliminowane, tym razem to oczy, oczy zasnuwa czerwona mgła - czekaj k...o teraz cię po prostu za....ię moją własną amazońską maczetą up.... ci ten durny łeb przy samej szyi, którym to myślom towarzyszy obraz pogodnie pulsującej tętnicy - cicho, cichutko wylewającej życie z hałaśliwego kundla.
Marzenie to przerwane zostaje trzecim - HAUHAUHAUHAU - co oznacza, że za chwilę do domu wejdzie Leniuchowa, której przybycie było przyczyną rozszczekania się zwierzęcia. Jak co dzień.
Kurtyna, oklaski.
Teraz bloger klika na portal i dowiaduje się, że właśnie zbliża się Sylwester i prawdziwie humanitarni przyjaciele zwierząt apelują o powstrzymanie się od barbarzyńskiego zwyczaju odpalania fajerwerków. Że miarą naszego człowieczeństwa jest stosunek do braci mniejszych, dla których nawet dalekie echo strzału stanowi poważny dyskomfort, które nerwowo reagują także na pozornie niegroźne - pyk - jeśli to pyk spowodowane jest plebejskim wystrzałem racy, niegodnym Europejczyka i magistra.
Pytanie, co robi rzeczony internauta po przeczytaniu takiego niusa? On się uśmiecha do własnego psa, ten internauta, bierze dziecko, jedzie do hipermarketu w którym kupuje rac ile wlezie do służbowego bagażnika.
I w Nowy Rok napierdziela nimi do bladego świtu włącznie.  

18:30, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
środa, 01 stycznia 2014

Zawróciłem z drogi przestępstwa dzięki dziecku. Prawda szczera jak złoto. Dziecko moje, rozpieszczony jedynak, po odebraniu mi komputera wydaje swoje kieszonkowe na gry, wobec czega ja nie muszę już ich piracić. Ergo - nie przestępczę, ergo - świat stał się odrobinę lepszym miejscem.
Przynajmniej w rozumieniu kodeksu karnego,
Art. 278. § 1. Kto zabiera w celu przywłaszczenia cudzą rzecz ruchomą, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 2. Tej samej karze podlega, kto bez zgody osoby uprawnionej uzyskuje cudzy program komputerowy w celu osiągnięcia korzyści majątkowej
Sceptyk (albo cynik) wskazałby, że jednak w rewanżu zabrałem dziecku jego pierwszokomunijnego xboksa i teraz nadal piracę oprogramowanie na xboksa - a zatem nadal "podlegam karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5".
No jednak nie. 
Albowiem gra na konsolę NIE JEST programem komputerowym z tej prostej przyczyny, że konsola NIE JEST komputerem. Oczywiste wielce możliwe, że ściągając taką grę i grając w nią naruszam czyjeś prawa autorskie, ale robi to także mechanik samochodowy pogwizdując "Baśkę" w obecności klienta. A w każdym razie tak interpretuje to ZAIKS.
Pytań dużo, życie krótkie, pora skupić się na najistotniejszych, zatem nie jałowych "narusza - nie narusza", ale czy jest jeszcze w ogóle sens grać na archaicznych xboksach.
Zdecydowanie tak.
Xboks, aczkolwiek wykopalisko jest fantastycznym exemplum technologii wykorzystanej do imentu. Najprostszy komputer do gier parametrami rozmiażdża xboksa na drobną kaszkę - wciąż, wciąż spora część gier wygląda na xboksie lepiej niż na pececie.
Z różnych powodów: primo po pierwsze, gry na peceta bywają niechlujnie tylko przystosowanymi grami pisanymi na xboksa. Moje ulubione Split Second na pececie nie wygląda lepiej, za to okazjonalnie się przycina. Tak, to chyba ogólna reguła: gra może wyglądać na pececie nieco lepiej, ale na xboksie nie tnie się praktycznie nigdy.
Dalej, gra na pewnym konkretnym pececie - choć całkiem niezłym - za chińskiego boga nie chce ruszyć np. na rozdzielczości większej niź 320x200. Taki zgryz mamy np. z legalnie kupionym Assassinem Czarną Flagą, któy jakoś się nie lubi z karta graficzną w pececie syna.
Póki: a.) - nie wyjdzie stosowna poprawka lub b.) nie zanabędziemy innej karty, synek pogrywa w Czarną Flagę w - nomen  omen - pirackiej wersji na xboksie.
Zmiana platformy z pc na xboks sbyła okazją do krytycznego przeglądu gier z ostatnich - ja wiem? - pięciu lat.
Nasunęło mi się w związku z tym mnóstwo refleksji, jak - czemu gry w istocie debilne cieszą sie statusem AAA, czemu przepadają autentyczne diamenty i gdzie ich szukać.
O tym  - wkrótce.

22:31, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 grudnia 2013

Kiedy artysta łaknie oklasków, świateł rampy i mikrofonu, a nie za bardzo ma do tego mikrofonu o czym zaśpiewać, wtedy sięga bo znany przebój i robi kower. Zastanawiłem się, czemu kiedyś nie używano słowa "kower" tylko po prostu Ella śpiewała piosenkę, która wcześniej spopularyzował Frank. Zapewne brało się to stąd, że ani Frank, ani Ella sami piosenek nie pisali, zostawiając to zajęcie fachowcom.

Teraz jest inaczej, piosenki spsiały na tyle, że każdy nieogolony rockmen pisze je sobie w autobusie, a jak jakaś dzida jest za tępa nawet na to -  śpiewa kower.

Oczywiście nie chodzi o to, żeby zaśpiewać identycznie jak twórca, wręcz przeciwnie. Kowerzysta chce zaznaczyć swoją oryginalność i udowodnić, że on to dopiero zaśpiewa.

Oryginalność w ogólnym przypadku nie jest w sztuce w cenie - artysta oryginalny przymiera głodem i ewentualne profity z jego geniuszu ciągną potomkowie, jeśli oczywiście ktoś zechce się z przymierającym artystą rozmnożyć. Ludzie lubią, to co znają i dlatego oryginalność artysty jest dlań sporym ryzykiem, ale kowerzysta może sobie na nią pozwolić, bo jego piosenkę publika i tak zna i lubi.

Zatem początek - początek koweru absolutnie nie może przypominać pierwowzoru. Jeśli piosenka byłaby psem, to jej kower musi być ucharakteryzowany na kota. Wszystko dla efektu ŁAŁ, który pojawi się, kiedy domniemany kot zaszczeka, a słuchacz ze zdumieniem rozpozna znajomą melodię w zupełnie nowej aranżacji. Dalej reguły są proste: jeśli oryginał był grany wolno - trzeba zagrać go szybko, jeśli śpiewany grubo - teraz będzie cienko, wykonywał go chłop - tera zawyje baba itd. itp.

Wszystko po to, by efekt ŁAŁ wzmocnić, pogłębić i rzucić oszołomioną publisię na kolana.

No to teraz baby zamiast chłopów, ale reszta jak w oryginale:



14:51, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
sobota, 14 grudnia 2013

No więc bez owijania w bawełnę - nadaję z delegacji służbowej do Turcji. Boże, jak tu zimno. I nie chodzi mi o pół metra śniegu, które właśnie spadło, tylko o upiorny przenikliwy ziąb przy +3, a zabijający nawet Ruskich przyzwyczajonych do trochę niższych temperatur.
Wilgoć cholera i wiatr cholera - to są te trzy elementy, przez które drżę jak osika [1]. Ale za to jakie widoki! Fale falują, mewy kraczą, statki zasuwają, a w tle białe meczety Stambułu. Te gigantyczne kopuły obstawione minaretami to jak dla mnie esencja egzotyki.
I fakt, że w weekend parę razy dziennie przechodzę oś Hagia Sofia - Błękitny Meczet całkowicie wynagradza mi niewolnicze warunki pracy w tygodniu. W tygodniu bowiem pracowałem na prowincji, na którą zgodnie z nowym, obowiązującym także w Turcji trendem wyprowadza się przetwarzanie danych. Hotel na zadupiu, praca pośrodku nigdzie, między nimi 20 km pustkowia, za  przebycie których codziennie płacę chciwym tureckim taksówkarzom półtorej stówki.
Tu jest Turcja i mówi się po turecku, a jak taksówkarz nie wie, jak dojechać, to dzwoni się do hotelu. I dowiaduje się, że oni też nie mówią po angielsku. Jest taki co mówi po niemiecku, ale tylko mówi, bo rozumieć to już nie. I co tu zrobić w środku wygwizdowia? Well ja na przykład wyciągnąłem automapę, która głosem Krzysia Hołowczyca doprowadziła tę turecką sierotę na miejsce.
Najbardziej szokujące, że w pracy, w branży jak najbardziej IT, klient również po angielsku tylko hałarju. Angielskie słowa po prostu nie wchodzą mu do głowy. I ja go rozumiem, bo mi tureckie też nie. To jak się dogadujemy? Google translatorem. Słowo po słowie, póki w oku rozmówcy nie błyśnie iskra zrozumienia.
Stay tuned para mas.
___________
[1] Populus tremula. Według leśników bezużyteczna, w istocie najpotężniejsza broń świata do czasu wynalezienia bomby atomowej. Osikowym kołkiem Kain zabił Abla, a osikowymi kopiami husaria przegoniła Turków.


19:53, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
sobota, 30 listopada 2013

Jan Paweł Wielki poprosił onegdaj [1] Ducha Świętego o zstąpienie celem odmiany oblicza Ziemi. Tej Ziemi. Duch dmie kędy chce, ale sam z siebie oblicza Ziemi nie zmieni z powodu, że jest niematerialny. Zatem musi nie tylko zstąpić, ale kogoś konkretnego natchnąć i ów ktoś dopiero z kolei itd. itp.
Kogóż zatem natchnął, ów Duch, bowiem że oblicze tej Ziemi wypiękniało, to na pewno? Mam na myśli wioski, sioła i dzielnice podmiejskie, które od niedawna są inne, radosne, kolorowe. "U nas błękit , u nas fiolet, unas dole i niedole, ale zawsze kolorowo jest wśród nas" . Za oknem szara szaruga a na ulicach zieleń, żółć i błękit. Żółć, ale nie jak rzepak, tylko jak worki na plastik, zieleń - jak te na butelki, a błękit worków z makulaturą. Wszystkie te worki wystawione wzdłuż ulic w trwożnym oczekiwaniu na zbiórkę wysegregowanych śmieci.
I tak raz na miesiąc, co miesiąc moja i nie tylko moja wioska rozkwita kolorami, które trwają dzień, dwa, pięć, czy ile tam śmieciarka się spóźnia. Wszystko za sprawą  Ducha, który zstąpił i natchnął Premiera Tysiąclecia, aby z Ministrem Środowiska spłodzili ustawę śmieciową.
I dobrze i pięknie i radośnie, tylko czemu przez miesiąc te cztery - pięć worków puchnie w kazdym garażu, czemu nie można ich sukcesywnie wywozić niechby samemu do jakichś kontenerów koło przystanku pekaes np?
Otóż pewnie dlatego, że Premier z Ministrem sami nigdy śmieci nie segregowali i to co dla mnie jest oczywiste, bo segreguję odkąd pamięcią sięgam, dla nich jest jakąś fanaberią, dziką widocznie, bo kontenery polikwidowano.
Kontenery zniknęły, tradycja wynoszenia do nich - pozostała i w miejscu po kontenerze rośnie kolekcja odpadów gdzie indziej nieupychalnych - opon, kibli, szafek jakichś.
Duch natchnął i uleciał, materia przetrwała.
___________
[1] tak naprawdę "onegdaj" = "niedawno", ale w powszechnym odbiorze = "wykorbiście dawno, w czasach, kiedy dorosłym zdarzało się zachowywać poważnie." no tu już tak zostawię.

00:38, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (3) »
sobota, 16 listopada 2013

To był dobry mecz.
Długo czekaliśmy na taki i doczekaliśmy się. Polska grała może nie perfekcyjnie, ale ambitnie.

Uważnie w obronie, odważnie w ataku.

Z Borucem w bramce i Lewandowskim na szpicy solidne rzemiosło naszych ligowców wystarczyło, by rozbić Słowację w puch.
Dwie bramki do przerwy, trzecia po i jedna stracona w doliczonym czasie, kiedy czterdziści tysięcy gardeł skandowało: "Dzię-ku-je-my!".
Nareszcie zwycięstwo, na razie w meczu towarzyskim, na razie z nienajmocniejszą Słowacją, ale o lepszy początek - trudno.
Uścisnąłem dłoń synowi, który grał Słowacją, wyłączyłem konsolę i odłożyłem gamepada.
To był dobry mecz.

08:13, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
piątek, 15 listopada 2013

Kłopot z blogowaniem jest taki, ze po dłuższej chwili zamilknięcia chce się wystrzelić jakąś rewelacją, żeby powetować czytelnikom długą rozłąkę. Rewelacji nie ma, więc rozłąka się wydłuża, jeszcze wyżej podnosząc poprzeczkę oczekwiań. Może powinienem poczekać jeszcze ze dwa lata, po czym pierdyknąć notkę na miarę - czy ja wiem - "Ziemi Obiecanej", ale wieloletnie doświadczenie podpowiada mi, że prędzej się skicham, niż napiszę cokolwiek powyżej stroniczki, zatem muszę rozmienić hipotetyczne Dzieło na parę banalnych akapitów o niczym.
Jak zwykle.
Na rozgrzewkę skomentuję niusa, że przed projekcją "Wałęsy" zaserwowano widzom 45-minutowy blok reklamowy.
Powiem tak: "nie o take Polskie walczył".
Z bardziej przyziemnych nowin: mojego własnoręcznie skleconego kompa do gier zabrało mi dziecko. Teraz może do woli grać w necie, gadać przez skajpa, słuchać spotyfaja i oglądać stare polskie komedie. Naraz. Ciekaw jestem jak bardzo mózgi obecnych dziesięciolatków różnią się od naszych.
W rewanżu ja zabrałem mu pierwszokomunijnego iksboksa. Uroczyście oświadczam, że protestowałem przeciw temu iksboksowi do upadłego, słusznie, o czym świadczyła gruba warstwa kurzu, którą zdmuchnąłem niosąc boksa do przerobienia.
Czy wiedzieliście, że xboks ma tylko 512 MB ramu i jest to konstrukcja z 2005 roku???
Przeciętny współczesny smartfon ma lepsze parametry, a jednak xboks gra jak z nut i trzeba wydać spore pieniądze, żeby sklecić peceta grającego równie dobrze.
Chociaż w takim pececie grafika jest ciut lepsza, to xboks jak na starca radzi sobie koncertowo. Widoki w Red Dead Redemption czy Fight Night nie pozostawiają nic do życzenia. Kilka sesji z nowoodkrytą konsolą nauczyło mnie respektu do specjalizowanych urządzeń wykonujących dopracowane oprogramowanie. Jeszcze raz rzeźnicki nóż za siedem pięćdziesiąt dowiódł swojej wyższości nad szwajcarskim scyzorykiem z stówkę.
Tak więc dzięki konsoli dziecka mam co robic w długie jesienne wieczory, ale fakt, że o 16:30 wyłączają słońce odbieram jako osobistą i niezawinioną przykrość. Poproszę o likwidację czasu zimowego. Oraz zintensyfikowanie emisji gazów cieplarnianych, tak, żeby obiecane +5 stopni osiągnąć nie pod koniec dekady, ale jeszcze przed świętami. Które i tak białe są tylko w piosence.

03:24, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (3) »
sobota, 12 października 2013

Dziesięć lat temu (!) http://leniuch.blox.pl/2004/08/To-lubie.html podzieliłem się z PT Czytelnikami schematami fabularnymi jakie toleruję w kinie.
"Lubię takie:
    20 tysięcy statystów pędzi z lewej strony na 20 tysięcy statystów z prawej strony i spotykają się gdzieś tak na środku ekranu. Parę razy.
    albo: 10 dzielnych ludzi rusza w mission imposible, zaraz na początku sympatyczny dostaje postrzał w brzuch i muszą go ciągnąć przez pół filmu, a niemcy tuż. Giną jeden za drugim, przeżywa przyjaciółka najszlachetniejszego, być może w ciąży (przyjaciółka, nie bohater!)
    albo takie: kozak nad kozaki robi w bambuko cały aparat represji ku zachwytowi uciskanej ludności, ale w końcu szczególnie podły policmajster za wielkie pieniądze przekupuje kogoś, komu hero ufa i ten wydaje go na pewną śmierć. Przeżywa przyjaciółka itd."
Dzisiaj opowiem jeszcze inną historię z życia, która wszak wpisuje w najstarszy schemat fabularny świata.
Bohater(-ka) tej opowieści dostaje pozwolenie na używanie jakiegoś obiektu, całego, ale z jednym zastrzeżeniem, np. zrywajcie sobie ze wszystkich drzew w ogrodzie co chcecie, z wyjątkiem jabłek z tamtej o jabłoni. Cały pałac, miła, jest twój, ale nigdy nie wchodź do tego tam pokoju. Masz tu kasę i pół królestwa, ale - do kurwy nędzy - nie waż się otwierać tej puszki.
Oczywiście jabłko zostaje zerwane, drzwi otworzone, a Pandora, jak napisał w ostatniej powieści niezawodny Dan Brown, bezpowrotnie wypuszczona.
Ale ja nie o Pandorze, tylko Lirze i Emi - dwóch sukach Leniuchowej. Psy te, ras odpowiednio: owczarek poniemiecki i amstafka, są najmilszymi stworzeniami pod słońcem, które nigdy żadnemu dziecku nawet nie naszczekały, dlatego latorośle gości mogą do woli hasać z nimi w ogródku.
Z jednym wszakże wyjątkiem.
Pamiętaj - Agnieszko, Andrzejku, Staszku - nigdy nie rzucaj pieskom piłeczki.
Nigdy.
Czasem zakaz działa, czasem nie do końca. Rodzinna impreza, tort, garsonki, krawaty, a tu z dworu chwiejnie wchodzi współczesny gimnazjalista (współczesny w sensie wagomiaru: większy od wszystkich dorosłych w pomieszczeniu), blady opiera się o ścianę i zduszonym głosem informuje: Ciociu, Lira z Emi się chyba... gryzą.
Say no more, amigo, na bank rzucałeś piłeczkę. Łapię za bukowe (najcięższe) stylisko od szpadla, Leniuchowa za kabel od żelazka i lecimy z misją pokojową. Jeśli zoczycie na tjubie filmik z parą ubraną jak goście weselni okładającą do utraty tchu dwa nieprzytomnie pokrwawione, gulgoczące w śmiertelnym zwarciu psy, to pewno będziemy my.
Sure, pies z żebrami połamanymi trzonkiem od łopaty nie jest ok, ale jeszcze mniej ok jest pies z odgryzioną glową, nie?
Po paru takich interwencjach Leniuchowa, wybitny znawca psychologii w ogóle, a zoopsychologii psów w szczególe postanowiła pieski oduczyć agresji. Powtórzę: oduczyć agresji. Amstaffa. Amstaffa i owczarka poniemieckiego, który młodość spędził walcząc o przetrwanie na kopalnianych hałdach Gliwic.
Nauczę je się ze sobą bawić, zadeklarowała zamykając książkę autorstwa zoopsychologa nawet bardziej wytrawnego niż ona sama. Następnie przywiozła ze sklepu dwumetrowy kolorowy gałganiasty sznur do przeciągania. Psy z letnim entuzjazmem chwyciły każdy swój koniec sznura i przez chwilę udawały, że go przeciągają. Co i rusz spoglądały przy tym na panią, pytając niemo: czy już? Wystarczy? Będą jakieś smakołyki?
No już, wystarczy - zadeklarowała Leniuchowa, na co psy puściły sznur, Lira skoczyła po smakołyka, a Emi Lirze do gardła.
Się działo. W finale ja złapałem za tylne łapy amstafki, L. - owczarka i w ten sposób próbowaliśmy rozdzielić walczące. To też było jakieś przeciąganie, ale chyba nie o takie L. chodziło. W pewnym momencie zauważyłem, że coś jest nie tak i za chwilę zamiast amstafa będę miał jamnika.
Hej im się chyba szczęki zakleszczyły!
Na chwilę zluzowaliśmy chwyt, psy kłapnęły, ale tym razem wgryzły się już w miękkie, które bez problemu dało się wyrwać w trakcie odciągania.
Uff.
Morał jak zwykle: żeby nie otwierać tej puszki z Pandorą, czy coś.

10:59, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 83
Archiwum