sobota, 17 czerwca 2017

Ja mawiają anglosasi dobrze znaleźć sobie zajęcie, bo próżniaczymi dłońmi diabeł działa, ale, na Boga, nie w Boże Ciało! Jest taki moment w święto, kiedy banda nierobów zwana rodziną śpi , a człowieka nosi. Ja np w czwartek wziąłem i pomalowałem bramę garażową. Grzech wcale nie tak ciężki, bo zgorszył tylko zdumionego bociana, ponieważ nigdynieużywana brama naszego nigdynieużywanego grażu wychodzi na łąkę. Samo malowanie zatem być może uszłoby mi płazem, gdybym pojechał na procesję... A tak - niedługo trwało i dotkliwie pokiereszował mnie pedał. Rowerowy, bo pojechałem na rower. Jeśli ktoś pomyśłał o innym jest zaściankowym nienawistnikiem. Jaki by nie był, trzy rany ciętoszarpane nad biało-corazbardziejczerwoną skarpetą i dylemat: olać, szyć, czy zagnieść chleba z pajęczyną?
Oczytany Polak zagniótłby wzorem Zagłoby chleb z pajęczyną, po którym na Bohunie goiło się jak na psie.
Oczytany Kozak na pewno nie zagniótłby chleba z pajęczyną, bo z lektury Cichego Donu wie, że to prosta droga do zakażenia, po którym można już tylko zjechać na pobocze i poprosić "Bracia, dobijcie".  Tak się składa, że courtesy of chomikuj.pl przeczytałem ostatnio Cichy Don więc nie tracąc czasu pojechałem na SOR.
Niezorientowanym budowa szpitala w chaszczach za miastem gdzie postawiono ostatnio ogromniasty wrocławski szpital Marciniaka wydaje się pomysłem chybionym, ale nie jest. Do takiego szpitala nie można przykuśtykać podtrzymując flaki po sporze o flaszkę, nie doturla się dziadyga z  balkonikiem, placówka trzyma się na zdrowy dystans od niezmotoryzowanego lub nietrzeźwego plebsu.
Na taki SOR w sobotę obrażone żony przywożą mężów, którzy połamali się na rowerze, wkurzeni mężowie dostarczają żony, które związały się w supeł na jodze.
Jest przestronnie, ą-ę i względnie szybko.
Ale nie bezboleśnie!  
Dlatego - w dzień święty - piwo, grill, kościół, ryby, mecz, ale nie praca, praca - w pracy.

13:10, leniuch102
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 czerwca 2017


Na tych tu łamach niejednokrotnie nabijałem się z melomanów zamulających sobie dyski utworami spróbkowanymi na szejset kiloherców, topiącymi fortuny w kablach, podstawkach na kolumny etc.
Rzetelne badania z podwójną ślepą próbą niezbicie podobno wykazują, że 99 na 100 słuchaczy nie słyszy różnicy, więc po co przepłacać.
Niby tak, niby oczywiście, ale...
No jednak kawałki z spotyfaja brzmią gorzej niż z CD. Przynajmniej dla mnie. Może się mylę, ale to pomyłka bardzo sugestywna. Co więcej, kawałki spróbkowane w superczęstotliwościach ("super" w sensie SACD) wchodzą do ucha fajniej niż zwykłe CD.
Again -  zapewne autosugestia, może rzeczywiście brzmią lepiej, bo to inne kawałki niż na mp3, porównuję tu na ogół całkowicie nienaukowo koncertowe AC/DC do starannie zaaranżowanego studyjnego dżezu, ale soczyste "be-bęęę" na basie szybciej usłyszę z pliku FLAC 192 kHz niż ze strimu.
Tak że ze skruchą przyznaję, że pewno nigdy nie kupię kabelków za zylion jak pewien mój znajomy ("i wiesz, słuchało mi się tak lepiej i zastanawiałem się , co się zmieniło i przypomniałem sobie o tych kabelkach wciśniętych mi na próbę- no i zostały"), ale dysk zamulam spiratowanymi winylami.
No, bo ostatecznie, cóż ja wiem o tych gościach z podwójnie ślepej próby? Może 10 z nich było podwójnie głuchych i nie robiło im różnicy, czy gra czy nie, a reszta kliknęła co bądź? I jak długo mogli próbować - godzinę, dwie?
Tymczasem ja w swoim fotelu słucham od iks lat. No i najważniejsze - to mi ma się podobać. Jeżeli do tego podobania potrzebuję marmurowej podpórki pod kolumnę i kubańskiego cygara - trudno.
Zatem  jeżeli pod wpływem "racjonalnych" argumentów ktoś nie kupił sobie pozłacanych wtyczek i odczuwa jakiś niedosyt - nie żałuj sobie chłopie, kupuj, podłącz, zatoń w fotelu i się rozkoszuj.
Zasłużyłeś.

22:59, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 maja 2017

Chyba coś ze mną jest nie tak, ale w żaden, totalnie żaden sposób nie rozumiem entuzjazmu, jaki budzą w widowni i krytykach brednie ze stajni marvela, a zwłaszcza chorzy iksmeni.
No dobra, publiczność  - wiadomo, do kina chadza gimbaza, ale jakim cudem rzekomo rozgarnięta witryna rottetomatos przyznaje tym przygnębiająco powtarzalnym gniotom 92% na 100... beats me.
Mam taką spiskową teorię, że za głoszenie tolerancji wobec x-dziwadeł (i chyba nawet x-Żyda) marksizujący krytycy dokładają serii na dzieńdobry +50%.
Pozawczoraj oglądałem film Logan, o x-wilkołaku, rzekomo arcydzieło. Nie pamiętam nic, bo nie było nic do zapamiętania. No kosmicznie głupie wręcz, przez moment zwróciła moją uwagę demoniczna dziewczynka wilkołak, ale ukryłem twarz w dłoniach kiedy jakiś debil zaczął tlumaczyć, że jest ponadprzeciętnie groźna, bo w przeciwieństwie do męskich wilkołaków ma jeszcze szpony na stopach, wzorem lwic, które są groźniejsze od lwów, bo coś.
Feminizujące krytyczki dopisują +10% za girl empowerment, a mi się odbija midichlorianami.
Gdzie te czasy, gdy Obcy bez żadnych wstępów wjeżdżał w załogę Nostromo jak pitbul w stado kaczek, by po godzinie rzeźni bez żadnych tłumaczeń zniknąć w czerni kosmosu, pozostawiając salę z rozdziawionymi japami i rozsypanym popkornem.
Jak boganoga, wolę już taki lalaland, albo lepiej, walki w klatce, gdzie celebryci (bo teraz wpuszcają tam mięśniaków z reality shows) próbują sobie pourywać głowy.
Kino umarło.

23:56, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (1) »
sobota, 29 kwietnia 2017

Istnieją miejsca i zawody , gdzie kobieta jest zjawiskiem rzadszym niż pantera śnieżna.
Przez 20+ lat pracy w serwisie widziałem w serwerowniach 2, słownie: dwie kobiety. Jedna konfigurowała chyba firewall avaya, druga przyglądała się, co robił jej kolega z ajbiema.
Robota głośna, brudna, trzeba kucać, dźwigać, sięgać. Z czynności nie rujnujących paznokci oferujemy tylko klikanie, ale ostrożne, bo łatwo wyklikać katastrofę.
To już łatwiej byłoby zostać hydrauliczką, taką jak w fajnym zresztą filmie rodzeństwa Wachowskich, https://en.wikipedia.org/wiki/Bound_(1996_film) który dowodzi, że skłonności do sajensfikszn mieli długo przed matriksem.
Życie życiem, a wymogi pracy w korporacji swoją drogą i fenomen działu bez kobiet nie uszedł czujnej uwagi naszych oficerek politycznych.  Zwietrzyły oczywistą dyskryminację, jak wszędzie, gdzie panie nie stanowią 50% zatrudnionych minus jedna, która powinna być szefową.
I my też mamy szefową, niestety dosyć wysoko w strukturze, w rejonach gdzie zielone pojęcie o przedmiocie zarządzania tylko przeszkadza, więc spokojnie można wtrynić babę z em-bi-ejem. A niżej posucha. Mi, skromnemu trybikowi ten problem nie spędza snu z powiek ale naszemu dyrektorowi - owszem.
I żeby ugłaskać harpie politycznej poprawności zdecydował się na krok bez precedensu. Został członkinią koła pracowniczego "Women In Action" i zaczął się w nim aktywnie udzielać.
Śmiechom i żartom nie ma końca, ale doceniamy, że w rubryce "inclusivness and diversity" po raz pierwszy od lat jest co wpisać.

12:20, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
czwartek, 13 kwietnia 2017

Byłem przeciw wycinaniu drzew zanim stało to się modne, nawet napisałem o tym wierszyk zaczynający się od słów:
"Słyszysz jak wali serce mordercy?
Nawet morderca ma w piersi serce.
A w ręku piłę z hipermarketu..."
http://leniuch.blox.pl/2013/03/Wsadze-iglaki.html
Ale poezja zaangażowana poezja zaangażowaną, a życie życiem i w przerwach między napadami ekografomanii biorę piłę z hipermarketu i idę do ogródka.
Jak prawie każdy właściciel skrawka działki poobsadzałem ją czym się dało, grab, dąb, brzoza i miliard tujów i niestety piła jest niezbędna, żeby sobie utorować drogę w tym gąszczu. Rżnę i niespecjalnie wnikam w te tam prawo wyrżnięciowe, bo dobrze żyję z sąsiadami to raz, i u nas kapuś kończy na tamie pod Widawą, to dwa.
Ale z powodu, że temat stał się modny, podłyszałem to i owo i mnie zatkało trochę. Otóż w radio jakiś histeryk dowodził, że kara pinćset złotych za centymetr obwodu wyciętego drzewa to niedrogo oraz że dziesięć lat to wystarczająco długo, by się zdecydować, czy drzewo się chce, czy nie.
Dziesięć lat to długo może dla dziesięciolatka, ale nie dla dorosłego, dziesięć lat panie to jak z bicza trzasł i w tym wieku drzewo dopiero zaczyna wyglądać i sypać listowiem na jesieni. Po następnych pięciu latach grabienia liści można się zacząć zastanawiać czy zostawiać toto czy rżnąć w cholerę, ale wtedy decyzja na rżnąć może koszować dwadzieścia tysi, jak się ma sąsiada-kapusia.
Tak tak, najłatwiej liczyć cudze pieniądze, wychowywać cudze dzieci i chronić cudze drzewa. Tylko grabić nie ma komu, amen.

22:41, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
czwartek, 06 kwietnia 2017

Niby każdy marzy, żeby rzucić tę robotę i przejść na emeryturę, ale pomysł na codalej rzadko który ma. Popularny mem wspomina coś o Bieszczadach. Pomysł łażenia po połoninach z przerwami na picie wódki wydaje mi się chybiony. No ale przychodzi taki moment, że komuś się spełnia życzenie i na koncie zebrał tyle, że do końca życia może leżeć kołami do góry. Nie , to nie mi się spełniło, ale mam chatę w miejscu na tyle odludnym i malowniczym, że współdzielę je z dwoma milionerami. Mały milioner posadowił się mi tuż za płotem, duży milioner - pod drugiej stronie rzeczki.
To żadna ściema, chatę Dużego można obejrzeć w jednym z popularnych (code word for -debilnych) seriali, chata Małego wciąż, bogudzięki, niezasiedlona, ale obaj wzięli się za spełnianie marzeń.
Mały wymarzył sobie staw. Wymarzył i wykopał i zapomniał, widzę ten staw z okien sypialni. Po stawie pływają kaczki. Miłe. Kiedyś podszedłem bliżej, staw z bliska okazał się nieciekawym bajorem wypełnionym brązową cieczą. Dobrze, że nie moim.
W kastoramach stoją takie fajne małe traktorki. Jak każdy normalny facet chciałbym taki traktorek, no ale nie upadłem na głowę żeby wydawać parę tysi plus na wiatę. Małego milionera stać i wydał. Raz na tydzień jeździ nim i kosi trawę dookoła stawu. Z góry wygląda jak Forrest Gump, dzięki któremu zresztą mam widok z sypialni na skoszony trawnik, a nie na chwasty, jak onegdaj.
Spełnienie marzeń trochę go kosztowało, ale jestem zadowolony.
Przypadek Dużego milionera jest poważniejszy proporcjonalnie do wagi jego kiesy, a znam go z relacji serwisanta kotła na olej opałowy. To rujnujące urządzenie jest jedyną ekstrawagancją jaką dzielę z nababem z naprzeciwka.
Wg kotlarza potentat ów do niedawna podróżował po krajach Wschodu znanych z egzotycznych i pięknych dziewcząt. A w każdym razie egzotycznych. Z jakiegoś powodu mu przeszło i przerzucił się na konie. Obserwowałem rozwój tego hobby od niegroźnego kaprysu - stajenka plus padok za domem, do poważnego kilkunastohektarowego zajoba, który mogę oglądać z okien sypialni - rozwiane grzywy na drugim planie, bo na pierwszym kwaczą kaczki.
Najzabawniejsze, że Duży wcale na koniach nie jeździ. Przez jakiś czas w gustownych oficerkach przeganiał je po polu strzelając z bata, ale teraz już go nie widuję, jeśli dogląda swego tabunu to przez lornetkę, bo ze swojej rezydencji ma znacznie gorszy widok niż ja z sypialni.
Ale nie powiem - kosztowało sporo, ale wygląda spoko, zwłaszcza, że we wsi całkiem upadła hodowla czegokolwiek.
Do tego stopnia, że proboszcz mówiąc kazanie o owcach, dopytuje się dzieci, czy aby wiedzą jak działa owca. "Wiejskich" dzieci się pyta.
No i tu dochodzimy do trzeciego planu widoku z mojej sypialni. Bo właśnie sąsiad skończył kolejną drewnianą inwestycję, z której wysypały się owce.
I przypomniał mi się Naprawdę Duży milioner, niejaki Kluska, który też na starość wszedł w owce.
I w sumie to pocieszające, że każdy może ominąć ten męczący etap dorabiania się milionów i od razu kupic sobie owcę. Sprawdziłem, zaczynają się od półtorej stówki.

15:20, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
niedziela, 12 marca 2017

Mam kilka niezdrowych przyzwyczajeń a jednym z nich są wizyty w lokalnym makdonaldzie. I nie mam tu na myśli znakomitego menu, ale stojak z wyborczą, po którą regularnie sięgam będąc tamże. "Włącz emocje" głosi nowy slogan GW i trudno o trafniejszy. Otwieram i czytam, żeby przestać sikać do basenów, bo są już strasznie zasikane. Porusza, zwłaszcza jeśli jedziesz z dzieckiem na basen.
Szanowni, wyłączcie emocje. Pożytek z wizyty na basenie jest dużo większy niż hipotetyczne ryzyko. Może ktoś tam i popuści, ale od tego jest chlor plus nikt nie każe się tą wodą opijać. Tak żeby całkiem woda destylowana była to się pewno nie da, ani w basenie ani w jeziorze, do ktorego szcza każdy karp, rak i czapla. Szcza i wali jednocześnie, bo to takie prymitywne organizmy są.
No bo jak nie na basen, to gdzie - do pracy? Przyjedziesz, siądziesz i oddychasz, bo nie oddychać  się nie da. A kto dziś nie pierdział w biurze, niech podniesie rękę. Nie widzę.
Tak że widzicie... Spożywasz, wydalasz, spożywasz... i tak się to kręci.
No chyba, żeby nie chodzić do biura, jak ja, bo ja pracuję z domu.

23:14, leniuch102
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 lutego 2017

Poniższy wpis jest fajny, ale bez sensu, bo reklamy google w istocie już mają guzik "Już to mam" dostępny po kliknięciu w [x] w prawym górnym rogu i wybraniu opcji "Nie wyświetlaj tej reklamy", na co przytomnie zwróciła mi uwagę magdalaena1977

Hmm, naprawdę mi głupio.

 

Władcy internetu rzekomo wiedzą o nas wszystko, nawet więcej niż my o sobie samych. Każdy nasz krok w rzeczywistości i w sieci ma być śledzony i raportowany przez smartfon do centralnych serwerów, które natężając sztuczną inteligencję analizują go i próbują za pomocą reklam wtrynić nam usługi i produkty przewidując nasze następne zachcianki.
Tyle teorii. W praktyce jest trochę inaczej, jak w słynnym przypadku red. Lisa, który ze zgrozą i obrzydzeniem relacjonował ogłoszenia towarzyskie ukazujące się na katolickich witrynach. Dopiero życzliwi wyjaśnili mu, że reklamy wyświetla google na podstawie wcześniejszych wyszukiwań internauty. Na tej samej zasadzie od miesiąca jestem prześladowany ogłoszeniami o sprzedaży odkurzaczy bezprzewodowych. Owszem, wrzuciłem frazę: "odkurzacz bezprzewodowy" do wyszukiwarki, pojechałem do sklepu, kupiłem odkurzacz i wręczyłem zachwyconej Leniuchowej, ale na tym koniec, przez następne dziesięć lat nie planuję podobnego zakupu. Co innego, gdybym, jak red. Lis, szukał damskiego towarzystwa - ponawianie ogłoszeń miałoby sens.
Tymczasem cybernetyczny intelekt google zdaje się nie odróżniać kobiety od odkurzacza.
Drogi Googlu, jeżeli przeczesując sieć czytasz te słowa, doczep proszę do swoich reklam guzik "Już mam!" po przyciśnięciu którego przestaniesz mi wyświetlać sprzęty kupione zeszłej zimy.
Z drugiej strony, gdybyś był na tyle bystry, żeby przeczytać niniejsze i zrozumieć, to sam byś dawno na taki guzik wpadł.
Dlatego dodatkowo wrzuciłem do wyszukiwarki hasła "lamborghini, cena" oraz "zgrabne i chętne" i czekam, aż zastąpią te odkurzacze. 

piątek, 10 lutego 2017

Dobiegł końca pierwszy sezon "The Grand Tour" nowego programu Jeremiasza Clarksona, który uprzednio został wyrzucony z "Top Gear" za zdzielenie producenta piąchą.
Nigdy nie byłem stuprocentowym fanem topgira i niestety jego wady przeniosły się do GT. Mam na myśli głównie przeciągnięte ponad wszelką wytrzymałość skecze w terenie z udziałem zapatrzonych w siebie prowadzących.
Dwa odcinki rozgrywające się na Wybrzeżu Szkieletów były w całości relacją z idiotycznej wycieczki po tamtejszej plażopustyni w tzw beach buggies, którymi chłopaki krążyły w te i wefte przez cały chyba czas, ale nie wiem, bo drugiego odcinka nawet nie ściągnąłem.
Ponarzekawszy, trzeba oddać, że przez - ja wiem - 60% czasu emisji GT było jednak zabawne, zajmujące, a momentami nawet -  jak entree w pierwszym odcinku - powalające. Po całości  przynajmniej tak samo fajne/kiepskie jak topgir.
Zatem warto, szkoda że nie można, w każdym razie legalnie, bo GT emituje jakaś egzotyczna telewizja Amazona, przez co popularność zdobył głównie wśród piratów.
Tyle ogólników, teraz o żywo mnie interesujących autach VW, bo Clarkson zwieńczył sezon kupnem i testem das Auta. Wsiadł do golfa i wpadł w spazmy zachwytu nad kontrolą odstępu i asystentem pasa ruchu: patrz google, samoprowadzące auta już tu są.
Do pewnego stopnia to prawda, asystent pasa zwalnia z kręcenia kierownicą, kontroler odstępu wyhamuje do zera przed bramkami, jeśli zdarzyłoby mi się zasnąć... ale.
Jest jeszcze lokalna specyfika. Jakoś tak jest że sporo całkiem kierowców nie ustąpi z lewego pasa, jeśli nie wjedzie się im na zderzak niemal. Nie wiem o czym myślą tacy ludzie: gościu dognał mnie z tyłu, ale będę dalej jechał lewym pasem, może zhamuje z dwustu na sto dziesięć i już się będzie tak za mną wlókł?
No w każdym razie zbliżyć się do takiego muła na tyle, żeby cię był łaskaw zauważyć, nie da się z włączoną kontrolą odstępu, bo wiadomo - nie pozwoli, niebezpiecznie niby.
Czyli przy trochę większym ruchu, kiedy stężenie takich cymbałów wzrasta, odstęp idzie w odstawkę. Jeśli jednak stosować go konsekwentnie to urządzenie skonstruowane na potrzeby bezpiecznej jazdy potrafi nieźle podnieść adrenalinę.
Już wyjaśniam: lecisz, szybko, lecisz lewym pasem. Zgodnie z lokalną specyfiką tirowiec na prawym jadąc 105 zbiera się do wyprzedzania tirowca przed nim, który jedzie 104,5 . Manewr ten zajmie mu resztę lutego i pół marca, ale nie o tym teraz.
Normalnie zdejmowałbym nogę z gazu na widok kierunkowskazu tirowca przede mną, ale od czego kontrola odstępu? Automatyczna?
No więc jadę ile jadę, a tir centymetr po centymetrze zajeżdża na lewy. Tylko że radar kontroli odstępu wciąż go nie widzi! Włosy mi stają dęba, ale nie po to firma zapłaciła za kontrolę odstępu (automatyczną!) żebym nie korzystał, dlatego podkulam nogi pod brodę, żeby czasem nie depnąć na hamulec.
Na koniec wreszcie radar załapuje w czym rzecz, wciska hamulec, walę zbielałą twarzą w konsolę, dramat o włos od zderzaka tira, tętno dwieście, zimny pot na czole... Ale fajnie!

17:16, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 stycznia 2017

Nazwać 50-latka młodym to lekka przesada, ale taki właśnie tytuł nosi intrygujący serial "Młody Papież". W gronie papieży pięć dych to rzeczywiście początek drogi. Do tego w roli Młodego obsadzono Judasza Law (Jude Law) kroczącego przez Watykan w rytm "I'm sexy and I know it".
Ale po kolei, czy należy w ogóle na to patrzeć, czy ten serial nie jest przypadkiem produktem przemysłu rozrywkowego, który - wobec dojścia do ściany w zarabianiu na przemocy i goliźnie -  postanowił zarobić na bluźnierstwie?
Nie jest, można oglądać. Zresztą, ktokolwiek oglądał film Grande Belezza reżysera serialu Paolo Sorrentino, wie, że nie jest on nawiedzonym ateistą. Niektóre odcinki niosą ze sobą kontrowersje, ale jako całość serial nie gorszy.
Pytanie drugie - czy warto?
W serialowych rankingach "Młody" to niewątpliwie druga liga. Rankingi wszakże układane są przez gimbazę, wg której Wikingowie są lepsi od Zagubionych. No nie są.
Między nami dorosłymi sugerowałbym najpierw jakiś film Sorrentino, może być oskarowa Grande Belezza. To takie kino europejskie, całkowicie bez akcji, myślę o nim jako o znakomicie kompresującym się. Ładny obraz, 10 sekund milczenia, delikatny najazd/odjazd/przejazd kamerą. Na pewno niewiele w nim wampirów walczących o tron.
W takich kategoriach Młody dorównuje słabszym odcinkom Domku z kart. Zatem - jak dla mnie - warto.
Jak sie szybko okazuje serial związany jest z rzeczywistością cokolwiek luźno, to bardziej taka baśń, snuta przez jednego człowieka, któremu trochę rwie się wątek, nie staje logiki i trudno utrzymać poziom. Z tymi zastrzeżeniami jest to autorskie dzieło, a nie kolegialny produkt telewizyjnych remiechów.
Judasz Law dźwiga tę opowieść, w której trochę mi przypomina  Kaligulę z "Ja, Klaudiusza", jest tak samo nieprzewidywalny i diaboliczny.
Największy problem z tym serialem, to czy ściąganie go z torrentów jest grzechem. Gdybym był sadystą spytałbym o to księdza przy okazji kolędy, ale nie będę już mu dokładał, biednemu.

11:10, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (8) »
środa, 28 grudnia 2016


He he, to chyba jeden z tych filmów, których się nie da zaspojlerować, bo dwa dni po obejrzeniu nie bardzo wiesz, o czym był. Jestem jednym z niewielu żyjących kinomanów, którzy widzieli pierwszy odcinek Gwiezdnych Wojen w kinie i z sympatią chodzę na każdy nowy, ale tamtego - piorunującego - wrażenia, jakie wywarł na całym, nie bójmy się tego słowa, pokoleniu, nie spodziewam się już przeżyć.
Nie tylko dlatego, że nie będę już nastolatkiem, a księżniczka Lea zeszła na zawał. (Ha, teraz mi się skojarzyło, że jeszcze bardziej piorunujący i gdzieś w tym czasie wyświetlany Bruce Lee, też był zszedł na zawał - przypadek? nie sądzę).
W każdym razie z każdych Gw-Woj dawało się coś zabrać do domu, a to tego rogatego Sitha z czerwonym ryjem, a to grubego ślimaka z gołą Leą na łańcuchu, ten starszy pan pod wysokim napięciem też był niezły.
A tu nic, może poza jednym fajnym robotem. Bywały już wcześniej odcinki skandaliczne, odcinki chybione, ale dwa ostatnie takie nie są, one cierpią nie tyle na głupie pomysły, co na fundamentalny uwiąd. Jak dla mnie seria grzęźnie za sprawą ambitnych dziewcząt, obsadzanych w pierwszoplanowych rolach. One, te prymuski, nadają się świetnie do mnóstwa ról, ale Imperium raczej nie pokonają. Zwłaszcza, że nie wspierają ich żadni kowboje (Ford), żadne utalentowane chłopaki z boysbandu (Anakin), ale paru wrażliwych Azjatów dobranych widocznie z myślą o tamtejszej publiczności.

17:47, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

Środek zimy, Stalingrad. Marszałek Paulus chwilę przed kapitulacją rozdaje - niewiele już warte - awanse i ordery. Temu ze Sturmbahnfuehreara na Obersturmbahnfuhrera, owemu Żelazny Krzyż... a co tam, za chwilę i tak pojadą rąbać ruską tajgę, niech mają. Tak mi się skojarzyło z chwilą przed przejęciem Naszej firmy przez Tamtą. Macie tu Leniuch, awans z Inżyniera na Senior Inżyniera i pińć procent podwyżki, ale raczej obietnicę tejże do spełnienia w lipcu już przez nowe kierownictwo.
Taki żarcik.
No ale nie do końca. Wraz z "awansem" na seniora zyskałem też prawo do 150 konnego samochodu służbowego na felgach 16 cali. Łał.
Nie namyślając się w dosłownie ostatniej chwili przed anulowaniem starej "polityki" samochodowej zamówiłem passerati o w/w parametrach.
Now, stara "polityka" została skasowana głównie dlatego, że była zbyt hojna, ale oficjalnie, bo wymagała, by auto służbowe było napędzane "ekologicznym" dizlem. Tak jest, jeszcze do przedwczoraj dizle miały opinię eko i spoko, co więcej ekodewocyjne rządy Unii dopłacały grubą kasę do każdego zakupionego dizla.
I nagle - o niespodzianko - okazało się, że wręcz przeciwne, dizle trują gorzej od benzynowych.
Kto by pomyślał?
Czyżby katalogi producentów podawały mylne wartości?
Hej, to może spalanie katalogowe też jest niższe od rzeczywistego?
Kolejny żarcik.
Sytuacja z dizlami lekuchno przechodzi moje pojęcie. Państwa wydają grube biliardy na naukę, ze szczególnym uwzględnieniem jej praktycznych zastosowań. Z drugiej strony jeszcze grubsze biliardy topią w ekologii. Nikomu przez te lata nie przyszło do głowy, żeby za te pierwsze pieniąchy zweryfikować, czy aby te drugie wydawane są właściwie? Czy aby na pewno folkswagenowi udał się cud przerobienia dizla na odświeżacz zapachu i nawilżacz powietrza, czy może jednak jest to taka sama ściema jak "spalanie katalogowe"?
Obywatel/konsument niespecjalnie ma medium, za pośrednictwem którego mógłby zadać te pytania szafarzom jego podatków, ale w sumie nic nie szkodzi, bo po primo nie ma mózgu, żeby na takie pytania wpaść.
Dlatego władza może bez zmrużenia oka przegiąć palę w drugą stronę i zakazać dizlom wjazdu do miast, co ponoć jest już serio rozważane.
Tymczasem jeszcze popopruwam paskiem po Śląsku i Krakowie. Coś mi mówi, że już niewiele zaszkodzę atmosferze tamże.

22:52, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 listopada 2016

Jako uważny czytelnik prasy wiem, że obecnie w kraju panuje dyktatura, która poniewiera obywatelem, ale w szczegóności przedsiębiorcą. Korzystając z okazji chciałbym wystawić PT Urzędnikom dwie duże grupy przedsiębiorców do sponiewierania. Zasadniczo zwracałbym się do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta, ale nie od rzeczy byłoby też jakieś ABW czy CBŚ, a na końcu jakaś Kompania Antyterrorystyczna.
Okazjonalnie pływam i co pewien czas na dnie szuflady ląduje kolejny wodoodporny zegarek, który zapomniałem zdjąć przed wejściem do wody. Po kąpieli w morzu na wskazówkach zegarka rzekomo wytrzymującego 50 metrów zanurzenia potrafi wykrystalizować się sól. Mała strata, krótki żal, bo zwykle kupuję jakąś chińską nędzę, której połowę wartości stanowią bateryjka w środku i sylikonowy pasek.
Wpadłem na pomysł ozdobienia przegubu czymś odrobinę mniej żenującym, tzn niechińskim i niecałkiem plastikowym. Poprosilem panią o zegarek o czytelnym cyferblacie i nadający się do basenu i oto czego się dowiedziałem. Napis: "wodoodporny do 30 metrów" na pudełku w gwarancji określa się jako "bryzgoszczelny". "50m" - niby trochę lepiej, ale nie na tyle by w nim pływać. Dopiero "100 metrów" na to pozwala, ale, żeby być naprawdę spokojnym, należałoby kupić taki "dwustumetrowy".
Jeżeli powyższe praktyki nie są grandą w biały dzień, klamliwą reklamą, a w istocie - oszustwem, to już nie wiem, co jest.
Chyba tylko opaska fitness o nazwie IronMan. Jak wiadomo Ironman to popularna nazwa triathlonu, którego pierwszym etapem jest parę kilometrow kraulem po jeziorze. Niestety nie w opasce Ironman, w teorii wytrzymującej na dnie Śniardw, w praktyce - "bryzgoszczelnej".
Bodaj czy nie bezwstydniejsza orgia kłamstw trwa w sklepach fotograficznych. Po długim i bolesnym zgonie kliszy 35mm aparaty są wyposażane w eletroniczne matryce światloczułe o żenująco małych rozmiarach. Sprzedawcom nie chce przejsć przez gardło, że aparat ma matrycę np. 5 mm na 4 mm, dlatego rzuca jakiś "ułamek" podający przekątną matrycy w...  sam nie wiem w czym, bo fizyka nie zna dobrej interpretacji symbolu ' 1/2.5" '.
Poprzestańmy na tym, że taki zapis to pospolite oszustwo na miarze, za które nie tak dawno przekupień trafiał w dyby, gdzie pozostawał póki łobuzom nie znudziło rzucanie weń zgniłymi pomidorami.
Stosowne wysokie Urzędy poproszę o informację, kiedy będę mógł sobie porzucać w prezesów krajowych spółek renomowanych marek szwajcarskich i japońskich.

Tagi: reklama
22:36, leniuch102 , trybuna ludu
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 listopada 2016

Tytuł powyższy jest trawestacją cytatu z jakiegoś miłosza, który zdobił ścianę klasy w moim liceum i w całości brzmiał: "Szczęśliwy naród, który ma poetę i w trudach swoich nie kroczy w milczeniu".
Ament.
Cytaty z miłoszów i herbertów pstrzą ściany ogólniaków, ale niespecjanie się kojarzą z imprezami typu mecz Legia -Real, a jednak. Uważni widzowie tego psychodelicznego meczu, a przypomnę, że Legia strzeliła w nim trzy bramki Realowi przy pustych trybunach, mogli wyłapać następujący klejnot: "nie dialoguj z pokusą, bo przegrasz" (c) Herbert, który sfrunął z ust komentatora tvp. Komentatorzy są różni i różniści, ten konkretny w duecie z Żewłakowem na pewno jest chlubą swojej polonistki, choć niekoniecznie ulubieńcem kibiców.
Jestem podatny na niebanalne frazy, i ta jakoś utkwiła mi w mózgownicy z zupełnie zdumiewającymi konsekwencjami. Zdarza mi się, że biegam, i jak każdego truchtacza nawiedza  mnie pokusa przejścia do marszu, a najlepiej walnięcia się gdzieś w trawę. Maratończycy doznają jej podobno na 30-stym kilometrze, mi   przytrafia się co pińcset metrów i zdecydowanie za często daję jej posłuch. A raczej dawałem, bo od pamiętnego meczu w takich chwilach mawiam sobie: "nie dialoguj z pokusą, bo przegrasz", i kopytkuję dalej.
Brawa, kurtyna.
***************
Poniżej zainspirowany w/w doświadczeniem pomysł na etiudę studencką, filmową, czy jakąś, wymyślony oczywiście w biegu:
Baba w wieku histerycznym nie radzi sobie z dopinaniem własnych postanowień, nie potrafi nawet przetruchtać trzech kilometrów dziennie i udaje się o pomoc do psychologa, jak to baba (my wiemy, ze najlepszy psycholog nazywa się Jack Daniels).
Psycholog, (stechnicyzowany typ a la Damięcki) wydusza z niej, czego baba się naprawdę boi. Po wahaniach wyznaje mu, że pająków.
"W takim razie, kiedy pani poczuje, że może nie dotrzymać jakiegoś ważnego zobowiązania, na przykład wysłania raportu na czas, albo chce pani zrezygnować przed trzecim kilometrem, wtedy niech sobie pani wyobrazi, że za karę w nocy przyjdzie po pania ogromny włochaty pająk i pożre żywcem"
I git, baba podatna na sugestię, jak to baba, wróciła do chałupy i chodzi jak w zegareczku, bo co jej się odechciewa chcieć, to wyobraża sobie tego pająka, spina się ze strachu i nadanża.
Ale pewnego dnia biegnąc potyka się i skręca nogę przed zaplanowanym trzecim kilometrem. I wtedy w nocy przychodzi do niej ogromny włochaty pająk i pożera ją żywcem.
I żeby nie było, to żadne tam nocne zwidy, psychologizowane, tylko normalny wjazd trzystukilogramowego pająka przez ścianę, szkliste spojrzenie urwanej głowy, mąż, dzieci w szoku, trzy jednostki straży pożarnej i wóz transmisyjny tefałenu bladym świtem.
Dobre, nie?

23:34, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
piątek, 28 października 2016

Jak już zapewne zauważyliście żyjemy w czasach zmagań Korporacji z Narodami. Naród jaki mamy każdy z grubsza widzi, ale w Korporacjach niewiele lepiej, jeśli w ogóle lepiej. Ta, w której pracowałem poprzednio, płaciła mi za nic lub prawie za nic przez kilkanaście lat, niby jakiś włoskie ministerstwo. Zatrudniała coraz to lepszych menedżerów, którzy mieli wyprowadzić ją na prostą, a ci wysilali swoje genialne zwoje, ale głównie w kierunku, żeby samemu się obłowić i dać nogę. Serwis w takich przypadkach gasi światło i nawet nierozgarnięte serwisyny w końcu łapią ococho i pryskają z tonącego okrętu, co było i moim udziałem lat temu kilka.
Czytelnicy bloga łatwo mogli się zorientować, kiedy to zaszło, bo częstotliwość notek dramatycznie spadła, a ich ton zrobił się - jak mniemam - przygaszony.

Każdy byłby przygaszony, gdyby kazali mu pracować, nie jestem tu wyjątkiem.

Spodziewałem się, że w mojej drugiej Korporacji zobaczę prawdziwy kapitalizm w akcji: innowacje, organizację jak w zegareczku itp.

No jednak znowu nie. Wprawdzie trafiłem do branżowego rekina i bezdyskusyjnego dominatora, ale bardak mają jak w bułgarskim kołchozie. Innowacje? Może dwie na krzyż przez parędziesiąt lat. Działają mniej więcej tak: jak w jakimś segmencie sprzedaż siada, to patrzą, co zamiast nas wybrali klienci i następnie kupują ten produkt wraz z firmą, która go wymyśliła.

Proste? Proste. Działa? Działało.
Póki ktoś nie wpadł na ten sam pomysł i w końcu nie kupił nas.

Całkiem wbrew swoim planom zyskałem możność zajrzenia pod spódnicę trzeciej już Korporacji.

Wrażenia? Well, na spotkanie zorganizowane z okazji pożarcia Nas przez Nich, dostaliśmy zaproszenia na odwrocie których były słowa piosenki, którą mieliśmy, my i oni, odśpiewać jednocześnie na całej planecie. Pobudzić nasz entuzjazm miały darmowe drinki, serwowane w jakiejś okropnej gangsterskiej knajpie koło torów, która onegdaj zmieniła nazwę, ponieważ znaleziono tam ciało, dla niepoznaki upchnięte w przewodzie wentylacyjnym. W takich okolicznościach trudno o optymizm, ale zrobiło się całkiem wesoło. Oto w trakcie maratonu przemówień menedżerów obu Wysokich, Łączących się Stron doszły mnie wybuchy radosnego śmiechu. W przerwie podszedłem do koleżeństwa, żeby wywiedzieć się, co biorą, ale nic z tych rzeczy. Otóż przez cały czas grali w "bullshit bingo", polegające z grubsza na tym, że każdy obstawia słowo i następnie zlicza jego wystąpienia.

Wygrała ekipa od "opportunity", której po piętach deptał "excitement".
So, excited with new opportunities żegnam się jesiennie.

Wkrótce cała prawda o sensie życia i jak się z niego, tego sensu, wymiksować.
Stay tuned.

22:01, leniuch102
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88
Archiwum