niedziela, 07 stycznia 2018

Upowszechniła się opinia, że rodak rodakowi wilkiem i z powodu różnic poglądów jeden drugiemu mówi same przykre rzeczy, a w internecie to już całkiem.
Prawda jest taka, że nawet pominąwszy różnice poglądów, społeczeństwo w ogóle jest niemiłe, a jedyne co je spaja, to splot wzajemnych pretensji.
Krakówek np. nie znosi warszawki, ale też nie może wytrzymać sam ze sobą i sam ze sobą dyskutuje na maczety, przynajmniej kibice. Tymczasem nie trzeba być kibicem Cracovii, wystarczy wyjść na ulicę w dowolnym mieście by jako pieszy stać się obiektem zimnej nienawiści ze strony rowerzystów i kierowców pospołu.
Konflikt pieszych z rowerzystami przenosi się do parków, zwłaszcza tych z wydzielonymi ścieżkami, bo zawsze ktoś komuś na dwa palce wjedzie, jak  Kargul Pawlakowi i chryja gotowa. Spór ucicha dopiero z pojawieniem się rolkarza, parszywego mutanta o kołach za małych na ścieżkę dla rowerów, ale jednak kołach, co wyklucza go z grona pieszych. Itd itp.
"Przedsiębiorczy" nie znoszą "roszczeniowych", górnicy węgla - górników miedzi, wodniacy wędkarzy i na odwrót.
W jaki temat się człowiek nie wgryzie, to pod powierzchnią aż kipi od konfliktów i to bezzasadnych całkiem. W zeszłym roku kupiłem kajak i z aparatem fotografuję ptaki. Na pozór najbardziej pokojowe hobby pod słońcem, zwłaszcza, że kajak jedynka, więc nie ma nawet kogo zahaczyć wiosłem.
Azaliż aliści. Oprócz ewidentnego zagrożenia ze strony wędkarzy (nigdy, przenigdy nie konfrontuj się z wędkarzem na lądzie - zwykle miewają noże) i motorowodniaków, istnieje podobno zadawniona niechęć między - uwaga - kajakarzami i wioślarzami. Serio serio.
Ostatnio Aleksander Doba - kajakarz, wystawił na sprzedaż swój transatlantycki ultrakajak. Przegląd Sportowy spytał znanego wioślarza, czy on tez sprzedałby swoją łódkę. Przepraszam, ale ja jestem wioślarzem, a pan Doba - kajakarzem - zaznaczył ten palant na wstępie, robiąc zapewne miny.
Jeśli unieśliście brwi ze zdumienia, (wiosło jest niby wiosło, kajak czy łódka, jeden pies), to zaraz wyjadą wam - te brwi - za potylicę.
Pod choinkę dostałem znakomitą książkę pana Łubieńskiego "Dwanaście srok za ogon", której autor, oprócz błyskotliwych opowieści o ptakach zamieścił parustronicową tyradę przeciwko ... fotografom ptaków. On sam ptaków nie fotografuje, on je - uwaga - obserwuje, i choć ma kolegę fotografa (ha ha ha, syndrom "sam mam kolegę geja/żyda/murzyna, ale...") to porzuciwszy erudycyjny ton książki zgoła internetowo masakruje fotografów, obnażając ich ignorancję i złą wolę.
Enough.
Ta droga wiedzie donikąd, na jej końcu czeka wielka naparzanka z użyciem maczet, rolek i wioseł. Tymczasem wszyscy Polacy to jedna rodzina, więc u progu Nowego Roku ujmę się za współczesnymi pariasami, których kochamy nienawidzić - myśliwymi.
Jeśli na wakacjach u Babci wyraziłem chęć zjedzenia na obiad pierogów z borówkami, to oczywistością było, że się po te borówki udam do lasu z "litrockiem" i borówek nazbieram. Jeśli postanowiono, że na w niedzielę będzie rosół, to nie prędzej nim dziadek utnie kurze łeb, a babka ją oskubie. Z tej perspektywy myśliwy, który wybiera się ustrzelić kaczkę jawi się jako osoba skrajnie niepraktyczna, która dla łykowatego obiadu poświęca mnóstwo czasu i zachodu, zapewnie dlatego, że kaczka w buraczkach jest dlań tylko pretekstem, żeby spędzić czas na łonie przyrody. W gruncie rzeczy myśliwy i jego pies to romantyk-marzyciel-ekolog, gdyby to ostatnie słowo znano w czasach Turgieniewa i jego "Zapisków myśliwego".
Wybaczmy więc na początek myśliwym, a potem już jakoś pójdzie.

środa, 03 stycznia 2018

Nie spodziewałem się wiele, a jednak zdołali mnie zawieść.
Właściwie przełączyłem po pierwszych 15 sekundach w ciągu których pokazano teatralnie utykającego obszarpańca, na którego widok strażnik zauważył błyskotliwie: "O teatralnie utykający obszarpaniec ku nam zmierza jakowyś", na co drugi strażnik odezwał się jeszcze bystrzej: "Właśnie widzę".
W tym momencie powinna spaść kurtyna, ale się zacięła i oto jesteśmy skazani 10 odcinków kulawych dialogów wygłaszanych przez aktorów przebranych w ciuchy zamówione w chińskiej hurtowni strojów karnawałowych.

Autorzy serialu "Korona królów" powinni byli obejrzeć sobie angielską produkcję "Upadek królestwa" zajmująco opowiadającą o Anglii próbującej przetrwać inwazję Duńczyków. Jestem pewien, że tego nie zrobili, inaczej "Korona" trafiłaby nie na ekrany telewizorów, ale do kosza, gdzie jej miejsce.

Tymczasem otrzymaliśmy nudną piłę w stylu słusznie zapomnianych "Królewskich snów", tych z ględzącym od rzeczy Holoubkiem, tyle, że bez Holoubka. Mimo braku gwiazd jedynym jasnym punktem serialu pozostaje obsada, zwłaszcza młodsza: playboy Kazimierz i niezależna Aldona (Marta Bryła)  skonfliktowana z nieco demoniczną teściową (Łabonarską).

Resztę serialu zapewne obejrzę, ale dopiero za paredziesiąt lat, jako środek na starczą bezsenność.
Wszystkim nie mogącym zasnąć seniorom polecam już teraz.

______________

Żeby nie było, że zmyślam, odcinek 1szy online: https://vod.tvp.pl/video/korona-krolow,odc-1,35371666

09:41, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 18 grudnia 2017

Duży może więcej, zatem i Belfer 2, grany przez "młodego" Stuhra powinien być lepszy od Belfra 1, w którym Stuhr ma 2x mniejszy brzuch.  Ale na tym kończą się przewagi dwójki nad jedynką.
O ile Belfer 1 był dobrym serialem ze słabszymi momentami, to Belfer2 jest słabym serialem z lepszymi momentami i jako taki nie nadaje się do oglądania. Niestety, wrocławianie muszą go obejrzeć, bo jedynym konsekwentnie mocnym punktem tej katastrofy jest właśnie Wrocław, a ja to nawet uczyłem się metrologii w budynku "liceum" Belfra 2 i nieobca jest mi przerażająca ulica Chudoby, przy której zamieszkał.
Kiedy pojawiły się napisy końcowe odetchnąłem z ulgą, choć akurat finał wypadł dosyć zaskakująco, zupełnie inaczej niż w pierwszej serii, która drążyła kwestię, kto zabił Asię Wachowiak Walewską, a na koniec okazało się, że w sumie odpowiedź nam powiewa.
Belfer 2 nieoczekiwanie potwierdza teorię, że krajem rządzą degeneraci ze służb specjalnych, aż chce się westchnąć, dobrze, że Macierewicz w końcu dobrał im się do skóry.
Wszystkim rozczarowanym Belfrem 2 tym bardziej polecam obejrzenie Belfra 1, a zwłaszcza zapoznanie się z prozą scenarzysty serialu nazwiskiem Żulczyk, który napisał jedyny dobry polski kryminał po roku 1945, zatytułowany "Ślepnąc od świateł".

17:00, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 grudnia 2017


Wiek dopada nas niesprowokowany.
(Pragnę zwrócić uwagę na poprzednie zdanie, bo jest literackim zdaniem klasy premium, które dostajecie za gratis na obskurnym, jak to się teraz mówi, blogu. Tymczasem spokojnie obroniłoby się jako linijka Szymborskiej)
A zatem, wiek dopada nas niesprowokowany. Dopadnięty przez wiek uświadomiłem sobie, że czas najwyższy spełnić... no może nie marzenia, bo dowodzenie pancernikiem Yamato z różnych względów byłoby obecnie trudne, ale przynajmniej jakąś ich namiastkę. Namiastka ma prawie cztery metry, dwa luki bagażowe i parkuję ją u mamy w garażu, którego wielką zaletą jest położenie tuż obok śluzy Różanka.
Już parę razy załadowałem nabyty okazyjnie kajak, bo o kajaku mowa, na wózeczek i piechotą, ciągnąc go za sobą na podobieństwo niebieskiego, bardzo długiego jamnika, przeprawiłem się na drugą stronę wału przeciwpowodziowego, by zwodowawszy się poniżej śluzy odpłynąć w kierunku zachodzącego słońca. I z powrotem.
Znakomita sprawa, polecam każdemu, z bliska buro-bure wody Odry nie różnią się zasadniczo od wód - powiedzmy - Amazonki, a o ileż do nich bliżej i w ogóle. Moje wyprawy zapewne wywołały poruszenie wśród sąsiadów, ale nikt go nie okazał - bo są - jak to sobie później uświadomiłem - arystokratami, jak ja.
Po ekstatycznym powrocie z pierwszej wyprawy siostra zadała mi pytanie: "A czy nie było ci głupio?" "Co głupio?". "No tak z tym kajakiem między ludźmi, ostatecznie jest tam chodnik, przejście dla pieszych, ścieżka rowerowa".
Zamilkłem, bo,o dziwo, w ogóle nie było mi głupio. Rzeczywiście, po ścieżce pomykali weekendowi rowerzyści na swoich ultralekkich rowerach, truchtały laski odziane w wymyślne stroje itp. W ogóle ostatnio miasto odwróciło się ku rzece, cywilizując jej nabrzeża za kupę pieniędzy, część tego splendoru spłynęła także na nasz jej odcinek. Przechodnie też nie wzięli się znikąd, wzięli się z nowych osiedli ze słowem "residence" w nazwie i cieciem - pardon - konsjerżem przy szlabanie.
Nie zawsze tak było. Bardzo dobrze - bo od pewnego momentu najlepiej pamiętamy naprawdę zamierzchłe czasy - pamiętam zielone chaszcze w miejscu apartamentowców i miasto kończące swój bieg na moście Osobowickim. Za mostem ulica była dosłownie ucięta i niebaczny wrocławianin, który nie skręcił w kierunku cmentarza lądował na drodze nieutwardzonej, acz zaminowanej, o czym przekonała się załoga zbłąkanego tam spychacza. Jak niesie legenda dwaj wysadzeni budowlańcy byli "dosłownie wszędzie"  i kompletowano ich przez dwa tygodnie po wybuchu.
Nie zna życia, kto nie budował za komuny.

20:05, leniuch102
Link Komentarze (2) »
czwartek, 30 listopada 2017

Przymiotnik "ekstremalny" zużył się w ostatnich latach ekstremalnie, toteż kiedy moje dziecko dostało talon na "ekstremalne strzelanie policyjne" nie robiliśmy sobie wielkich nadziei i słusznie. Wszedł, ekstemalnie podziurawił tarczę, wyszedł, sytuacja bez historii.
Ja towarzyszyłem jako ekstremalnie pełnoletni.
Azaliż aliści przy okazji strzelania szczęka synowi jednak opadła, o co w przypadku zblazowanego nastolatka niełatwo, a to za sprawą otoczenia strzelnicy, która mieści się na dworcu Świebodzkim we Wrocławiu. Nieczynny dworzec w niedziele pełni funkcję targowiska i by dostać się na strzelanie musieliśmy chwilę pobłądzić wśród straganów.
- Ojciec, jak w jakiejś Afryce, niesamowite miejsce, co za typy, patrz na tego kolesia - wskazał malowniczo rumianego handlowca posilającego się z butelki. Zasadniczo większość z kilkuset handlujących była malownicza, a i kupującym niczego nie brakowało. -Kiedyś, synu, cała Polska była taka. - I co, nie było normalnych sklepów, no nie wiem, Pasażu Grunwaldzkiego? Na miejscu Pasażu synu, stał cyrkowy namiot, w którym handlowali ci sami państwo - wyjaśniłem, szerokim gestem ogarniając malowniczych.
Sam już nie wierzę, że tak było.

16:17, leniuch102
Link Komentarze (3) »
czwartek, 02 listopada 2017


Jestem - jak to kiedyś ZUS określał - inwalidą wzroku, a na nosie od drugiej klasy noszę protezę wzroku, czyli - w terminologii ZUS-u  - okulary.
Mój kiepski gust przez lata był błogosławieństwem dla domowego budżetu bo od maleńkości niezawodnie wybierałem najtańsze modele oprawek. Na starość człowiek jednak głupnie i daje się wpuścić w różne maliny, na przykład sportowe oprawki z bimetalowymi zausznikami, które pod wpływem ciepła coraz ściślej przywierają do czaszki. Działa świetnie póki temperatury  są powyżej 10 na plusie, jednak poniżej następuje efekt odwrotny, tzn. zauszniki wiotczeją, jak w tym dowcipie: "Baronie, gnie wam się".
Jakoś tam cierpiałem, ale w końcu wybrałem się po normalne, wiotczejące dopiero w piekarniku.
Mam z natury nieżyczliwy wyraz twarzy, wypisany na niej rodzaj niemej pretensji do świata, która wszakże nie ma pokrycia w moim pogodnym charakterze. Okulary są świetną okazją do skorygowania mojej fizys, dlatego oprawki wybieram wyjątkowo starannie, miesiącami.
I tak się składa, że te naprawdę fajne stoją na wyższych półkach, ale niestety, miewają wypisane wyraźne logo producenta, np. Porsche albo Ralph Lauren. Wszystko znakomicie pasuje, no ale ten napis...
Panie sprzedawczynie nie rozumieją w czym problem. Otóż problem polega na tym, że nie nazywam się Ralph Lauren. Od biedy założyłbym okulary z napisem Leniuch... co ja gadam, oczywiście nie założyłbym. Gdybym był typem tatuującym sobie imię żeńskie - są tacy - wypadałoby mieć na okularach Kasia, bo Leniuchowej Kasia, jak tej margarynie... ale Ralph? Lauren?! Wypisane zasadniczo na czole? Czy panią pop...o?
Niezrozumienie. Zdziwienie. Niechęć.
I chyba słusznie, to ze mną musi być coś nie tak, bo jak się dokładniej przyjrzeć "osobom publicznym" to one bez żenady obnoszą się z oprawkami uszlachetnionymi nazwą firmy, od ministra Ziobry po posłankę Pihowicz.
Mam nadzieję, że kazali sobie "Ralphowi" za to płacić. Ja bym kazał. 

08:13, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 października 2017


Jako współwłaściciel dwóch liniejących psów wiem co nieco o odkurzaniu. Na przykład to, że odkurzacze słabną z roku na rok, a to za sprawą Unii, która oskarża je o zbyt wielkie zużycie prądu. Ofiarą postępującej anemii odkurzaczy pierwsze padły elektryczne szczotki do nich doczepiane. Byłem gotów wybulić konkretne sumy za  silny odkurzacz ze żwawą szczotką, potem tylko za silny odkurzacz... ale nic z tego.
Coraz słabsze, bez szczotek (osobno kupowana "turbo szczotka" to słaba namiastka), za to coraz droższe.
Do tego na odkurzaczach pojawiły się nalepki z "wydajnością energetyczną" i "klasą zbierania kurzu", w tym z dywanów.
I oto stanąłem przed najnowszymi wymiataczami po 500 watów (i pięćset złotych), które wg nalepki wsysały kurz ze skutecznością A oraz przed starymi modelami o dwa razy większej mocy, ale dużo niższej skuteczności.
Jak u licha udało się producentom zwiększyć skuteczność zmniejszając moc?
Oczywiście kosztem klienta. Jak się okazało w domu, dzięki przemyślnej konstrukcji szczotka przyssała się na ament do dywanu i przesunięcie jej wymagało determinacji i stalowego nadgarstka. To prawda, po trzech ruchach ręka mdlała, ale dywan był wyczyszczony w klasie A, nalepka zatem nie kłamała.
Szkoda, że nie informowała, iż brakujące tysiąc watów użytkownik musi wygenerować z własnego bicepsa.
Klasę "A" przyznano zapewne w warunkach laboratoryjnych, gdzie jakiś osiłek odkurzył próbkę metr na metr i git.
Zadziwiające, jak w takich warunkach znakomicie działają wszystkie urządzenia: auta palą zadziwiająco mało i nic a nic nie trują, nakremowane zmarszczki znikają, farby pokrywają od pierwszego razu, a odkurzacze .. wiadomo.
Och gdybyż Grażyny z Siemiatycz raz i drugi nie pojechały do Brukseli sprzątać i unijni kaci odkurzaczy sami musieliby  po nie sięgnąć.
Pomarzyć.

15:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 października 2017

Sprawa jest skomplikowana... jako dziecko o wyjątkowo długich kończynach nadawałem się głównie do stania na bramce, a z tego pktu widzenia piłka nożna nie zachwyca. Minęło 40 lat i moje własne dziecko dostało na komunię xboksa, którego chwilę później odepchnęło ze wstrętem, przytulając za to mojego peceta do gier. Xbox 360 to urządzenie o parametrach dziadowskiego smartfona sprzed pięciu lat, przytoczę tylko jedną liczbę - pamięć = 0,5GB. Azaliż aliści istnieje gra, która swoją dojrzałość osiągnęła gdzieś koło 2008 roku i kolejne jej wydania różnią się zasadniczo piłkarzem na okładce i jako taka doskonale się na xboksie sprawdza.
Tu dygresja. Tak zwani "fachowcy" twierdzą, że piraci rozkodują wszystko. To krzycząca nieprawda.  Gdyby tak było nie płaciłbym za satelitę, czego nie robiłem przez lata ograniczając się do wstukiwania kluczy podsuniętych przez piratów. Było, minęło. Skutecznie zakodowali satelitę, skutecznie zakodowali grę FIFA, bo o niej tu mowa. Nie zakodowali tylko xboksa 360, bo za stary.
Na takim xboksie kolejny rok prowadzę Śląsk Wrocław do zwycięstwa w lidze mistrzów. I wiem, że niełatwo być menedżerem. I jak słyszę, że gdzieś tam kibice spopychali piłkarzy, to się nie oburzam. Nikt lepiej nie wie, jakie to rozczarowanie, kiedy za górę pieniędzy sprowadzam gwiazdę, a ona się nie stara. Widać za bardzo zmęczona jest tarzaniem się w moich pieniądzach, żeby jeszcze biegać po boisku. I bardzo żałuję, że nie mam w fifie "stadionowych bandytów",  którzy z liścia wyjaśniliby piłkarskiej znakomitości, że powinna lepiej się przyłożyć, or else.
Ale nie wszystkie kibicowskie zwyczaje mi się podobają. Nie za bardzo kumam, o co chodzi z tą kosą. Wiem, że mamy np. kosę z Lechem i Legią, ale skoro już zapłaciłem za satelitę i ekstraklasę w niej, to kogo mam bardziej nienawidzić podczas meczu między nimi, no bo komuś kibicować muszę. Przyjąłem założenie, że bardziej Legię, bo w Warszawie ma biuro eksploatująca mnie korporacja, jak to korporacja. Do tego z Lecha przyszedł do nas napastnik Robak, pierwszy prawdziwy napastnik od paru sezonów, który w jeszcze na wiosnę strzelał nam, a teraz strzela dla nas.
Yeah, polityka transferowa to wielka szkoła przebaczania. I tym optymistycznym... itd. itp.

20:31, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 sierpnia 2017

 Pedałujemy przez Austrię a konkretnie Linz. Etap niespecjalnie długi, ale gorąco strasznie no i trochę przez miasto. Boszsz, jak po Austrii łatwo się rowerem jeździ, pokryły cały kraj siecią ścieżek rowerowych hitlery kochane, kierowca też raczej depnie na hamulec niż rozkwasi, no luksus. Mimo upał, mimo ruch jadę pełen dobrych wibracji, oda do radości, jak w domu, a właściwie to o ile lepiej niż w domu.
W hotelu Grażyna mówi, żebym podszedł do bili po jajka, na żelazku sadzone usmaży... No nie, taki żarcik, ale rzeczywiście po spłukaniu etapu drałuję do jakiejś bili, piechotą, bo na rowerze cały dzień byłem.
I po paru krokach entuzjazm mi przechodzi. Gdzie właściwie oni mają tu chodnik??? Ta nitka wedle krzaków? Bo tam gdzie ma być chodnik to jakaś poroniona ścieżka rowerowa, a przechodnie na jej wąziutkim marginesie. Posr.ni ekoterroryści i ci rowerzyści-debile na swoich złomach, "pass auf, pass auf" się drą, całe miasto ich. Nim doszedłem do bili przypomniałem sobie, że nie tylko Adolf, ale i wszyscy komendanci obozów byli Austriakami, że nie przeprosili za rozbiory i rzeź galicyjską etc. etc. No i cykliści piepszeni, przestał mnie bawić żart, że całe zło świata jest przez cyklistów, bo całe zło świata jest przez cyklistów właśnie, dobrze że szybko jechali bo gotów byłem pochwycić takiego i własną jego pompkę wbić mu w... nieważne.
Straszne, straszne rozdrażnienie, no ale przecież usprawiedliwione.
Dobrze, że następnego dnia w znowu w siodełku, bo dranie zepsułyby mi urlop.

20:36, leniuch102
Link Komentarze (2) »
środa, 28 czerwca 2017

Domkersi w odróżnieniu od blokersów żyją w całkowitej izolacji od otoczenia. Dowożeni przez rodziców do szkoły i na tenisa nie mają okazji, czasu, ani umiejętności nawiązania kontaktu z innymi domkersami, o tubylcach podmiejskich osiedli nie wspominając.
Jakież było zatem moje zdziwienie, kiedy mój własny domkers, dzielący swój czas między szkołę, galerię handlową i gry online, pomachał jakiejś lasce na naszym przystanku autobusowym. Naszym o tyle, że koło niego przejeżdżamy, bo - jak to domkersi - żyjemy w całkowitej izolacji itd.
A wtedy - to już było nierealne - laska mu wesoło odmachała.
Widząc mój wytrzeszcz domkers łaskawie wyjaśnił: - kojarzysz ojciec jak pojechałem na konkurs kreatywności do Stanów? (no pojechał, jego zespół i jeszcze kilka z Polski). No i tam się okazało, że ta dziewczyna tu mieszka.
Aha. W Knoxville, Tennessee się okazało. To fajnie.

09:18, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 czerwca 2017

Ja mawiają anglosasi dobrze znaleźć sobie zajęcie, bo próżniaczymi dłońmi diabeł działa, ale, na Boga, nie w Boże Ciało! Jest taki moment w święto, kiedy banda nierobów zwana rodziną śpi , a człowieka nosi. Ja np w czwartek wziąłem i pomalowałem bramę garażową. Grzech wcale nie tak ciężki, bo zgorszył tylko zdumionego bociana, ponieważ nigdynieużywana brama naszego nigdynieużywanego grażu wychodzi na łąkę. Samo malowanie zatem być może uszłoby mi płazem, gdybym pojechał na procesję... A tak - niedługo trwało i dotkliwie pokiereszował mnie pedał. Rowerowy, bo pojechałem na rower. Jeśli ktoś pomyśłał o innym jest zaściankowym nienawistnikiem. Jaki by nie był, trzy rany ciętoszarpane nad biało-corazbardziejczerwoną skarpetą i dylemat: olać, szyć, czy zagnieść chleba z pajęczyną?
Oczytany Polak zagniótłby wzorem Zagłoby chleb z pajęczyną, po którym na Bohunie goiło się jak na psie.
Oczytany Kozak na pewno nie zagniótłby chleba z pajęczyną, bo z lektury Cichego Donu wie, że to prosta droga do zakażenia, po którym można już tylko zjechać na pobocze i poprosić "Bracia, dobijcie".  Tak się składa, że courtesy of chomikuj.pl przeczytałem ostatnio Cichy Don więc nie tracąc czasu pojechałem na SOR.
Niezorientowanym budowa szpitala w chaszczach za miastem gdzie postawiono ostatnio ogromniasty wrocławski szpital Marciniaka wydaje się pomysłem chybionym, ale nie jest. Do takiego szpitala nie można przykuśtykać podtrzymując flaki po sporze o flaszkę, nie doturla się dziadyga z  balkonikiem, placówka trzyma się na zdrowy dystans od niezmotoryzowanego lub nietrzeźwego plebsu.
Na taki SOR w sobotę obrażone żony przywożą mężów, którzy połamali się na rowerze, wkurzeni mężowie dostarczają żony, które związały się w supeł na jodze.
Jest przestronnie, ą-ę i względnie szybko.
Ale nie bezboleśnie!  
Dlatego - w dzień święty - piwo, grill, kościół, ryby, mecz, ale nie praca, praca - w pracy.

13:10, leniuch102
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 czerwca 2017


Na tych tu łamach niejednokrotnie nabijałem się z melomanów zamulających sobie dyski utworami spróbkowanymi na szejset kiloherców, topiącymi fortuny w kablach, podstawkach na kolumny etc.
Rzetelne badania z podwójną ślepą próbą niezbicie podobno wykazują, że 99 na 100 słuchaczy nie słyszy różnicy, więc po co przepłacać.
Niby tak, niby oczywiście, ale...
No jednak kawałki z spotyfaja brzmią gorzej niż z CD. Przynajmniej dla mnie. Może się mylę, ale to pomyłka bardzo sugestywna. Co więcej, kawałki spróbkowane w superczęstotliwościach ("super" w sensie SACD) wchodzą do ucha fajniej niż zwykłe CD.
Again -  zapewne autosugestia, może rzeczywiście brzmią lepiej, bo to inne kawałki niż na mp3, porównuję tu na ogół całkowicie nienaukowo koncertowe AC/DC do starannie zaaranżowanego studyjnego dżezu, ale soczyste "be-bęęę" na basie szybciej usłyszę z pliku FLAC 192 kHz niż ze strimu.
Tak że ze skruchą przyznaję, że pewno nigdy nie kupię kabelków za zylion jak pewien mój znajomy ("i wiesz, słuchało mi się tak lepiej i zastanawiałem się , co się zmieniło i przypomniałem sobie o tych kabelkach wciśniętych mi na próbę- no i zostały"), ale dysk zamulam spiratowanymi winylami.
No, bo ostatecznie, cóż ja wiem o tych gościach z podwójnie ślepej próby? Może 10 z nich było podwójnie głuchych i nie robiło im różnicy, czy gra czy nie, a reszta kliknęła co bądź? I jak długo mogli próbować - godzinę, dwie?
Tymczasem ja w swoim fotelu słucham od iks lat. No i najważniejsze - to mi ma się podobać. Jeżeli do tego podobania potrzebuję marmurowej podpórki pod kolumnę i kubańskiego cygara - trudno.
Zatem  jeżeli pod wpływem "racjonalnych" argumentów ktoś nie kupił sobie pozłacanych wtyczek i odczuwa jakiś niedosyt - nie żałuj sobie chłopie, kupuj, podłącz, zatoń w fotelu i się rozkoszuj.
Zasłużyłeś.

22:59, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 maja 2017

Chyba coś ze mną jest nie tak, ale w żaden, totalnie żaden sposób nie rozumiem entuzjazmu, jaki budzą w widowni i krytykach brednie ze stajni marvela, a zwłaszcza chorzy iksmeni.
No dobra, publiczność  - wiadomo, do kina chadza gimbaza, ale jakim cudem rzekomo rozgarnięta witryna rottetomatos przyznaje tym przygnębiająco powtarzalnym gniotom 92% na 100... beats me.
Mam taką spiskową teorię, że za głoszenie tolerancji wobec x-dziwadeł (i chyba nawet x-Żyda) marksizujący krytycy dokładają serii na dzieńdobry +50%.
Pozawczoraj oglądałem film Logan, o x-wilkołaku, rzekomo arcydzieło. Nie pamiętam nic, bo nie było nic do zapamiętania. No kosmicznie głupie wręcz, przez moment zwróciła moją uwagę demoniczna dziewczynka wilkołak, ale ukryłem twarz w dłoniach kiedy jakiś debil zaczął tlumaczyć, że jest ponadprzeciętnie groźna, bo w przeciwieństwie do męskich wilkołaków ma jeszcze szpony na stopach, wzorem lwic, które są groźniejsze od lwów, bo coś.
Feminizujące krytyczki dopisują +10% za girl empowerment, a mi się odbija midichlorianami.
Gdzie te czasy, gdy Obcy bez żadnych wstępów wjeżdżał w załogę Nostromo jak pitbul w stado kaczek, by po godzinie rzeźni bez żadnych tłumaczeń zniknąć w czerni kosmosu, pozostawiając salę z rozdziawionymi japami i rozsypanym popkornem.
Jak boganoga, wolę już taki lalaland, albo lepiej, walki w klatce, gdzie celebryci (bo teraz wpuszcają tam mięśniaków z reality shows) próbują sobie pourywać głowy.
Kino umarło.

23:56, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
sobota, 29 kwietnia 2017

Istnieją miejsca i zawody , gdzie kobieta jest zjawiskiem rzadszym niż pantera śnieżna.
Przez 20+ lat pracy w serwisie widziałem w serwerowniach 2, słownie: dwie kobiety. Jedna konfigurowała chyba firewall avaya, druga przyglądała się, co robił jej kolega z ajbiema.
Robota głośna, brudna, trzeba kucać, dźwigać, sięgać. Z czynności nie rujnujących paznokci oferujemy tylko klikanie, ale ostrożne, bo łatwo wyklikać katastrofę.
To już łatwiej byłoby zostać hydrauliczką, taką jak w fajnym zresztą filmie rodzeństwa Wachowskich, https://en.wikipedia.org/wiki/Bound_(1996_film) który dowodzi, że skłonności do sajensfikszn mieli długo przed matriksem.
Życie życiem, a wymogi pracy w korporacji swoją drogą i fenomen działu bez kobiet nie uszedł czujnej uwagi naszych oficerek politycznych.  Zwietrzyły oczywistą dyskryminację, jak wszędzie, gdzie panie nie stanowią 50% zatrudnionych minus jedna, która powinna być szefową.
I my też mamy szefową, niestety dosyć wysoko w strukturze, w rejonach gdzie zielone pojęcie o przedmiocie zarządzania tylko przeszkadza, więc spokojnie można wtrynić babę z em-bi-ejem. A niżej posucha. Mi, skromnemu trybikowi ten problem nie spędza snu z powiek ale naszemu dyrektorowi - owszem.
I żeby ugłaskać harpie politycznej poprawności zdecydował się na krok bez precedensu. Został członkinią koła pracowniczego "Women In Action" i zaczął się w nim aktywnie udzielać.
Śmiechom i żartom nie ma końca, ale doceniamy, że w rubryce "inclusivness and diversity" po raz pierwszy od lat jest co wpisać.

12:20, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 kwietnia 2017

Byłem przeciw wycinaniu drzew zanim stało to się modne, nawet napisałem o tym wierszyk zaczynający się od słów:
"Słyszysz jak wali serce mordercy?
Nawet morderca ma w piersi serce.
A w ręku piłę z hipermarketu..."
http://leniuch.blox.pl/2013/03/Wsadze-iglaki.html
Ale poezja zaangażowana poezja zaangażowaną, a życie życiem i w przerwach między napadami ekografomanii biorę piłę z hipermarketu i idę do ogródka.
Jak prawie każdy właściciel skrawka działki poobsadzałem ją czym się dało, grab, dąb, brzoza i miliard tujów i niestety piła jest niezbędna, żeby sobie utorować drogę w tym gąszczu. Rżnę i niespecjalnie wnikam w te tam prawo wyrżnięciowe, bo dobrze żyję z sąsiadami to raz, i u nas kapuś kończy na tamie pod Widawą, to dwa.
Ale z powodu, że temat stał się modny, podłyszałem to i owo i mnie zatkało trochę. Otóż w radio jakiś histeryk dowodził, że kara pinćset złotych za centymetr obwodu wyciętego drzewa to niedrogo oraz że dziesięć lat to wystarczająco długo, by się zdecydować, czy drzewo się chce, czy nie.
Dziesięć lat to długo może dla dziesięciolatka, ale nie dla dorosłego, dziesięć lat panie to jak z bicza trzasł i w tym wieku drzewo dopiero zaczyna wyglądać i sypać listowiem na jesieni. Po następnych pięciu latach grabienia liści można się zacząć zastanawiać czy zostawiać toto czy rżnąć w cholerę, ale wtedy decyzja na rżnąć może koszować dwadzieścia tysi, jak się ma sąsiada-kapusia.
Tak tak, najłatwiej liczyć cudze pieniądze, wychowywać cudze dzieci i chronić cudze drzewa. Tylko grabić nie ma komu, amen.

22:41, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 89
Archiwum