piątek, 23 września 2016

Rzadko przyłączam się do żartów z głupich, grubych Amerykanów, potykających się o własne nogi. Jeżdżących beznadziejnymi samochodami żłopiącymi kupę wachy i wyposażonymi w milion trzymadeł na kokakolę ale za to wywracającymi się przy próbie skrętu.
Bo - widzicie - antytezą nieporadnego Amerykanina jest wszystkoumiejący szczupły Somalijczyk, który ma oczy dookoła glowy i z chirurgiczną precyzją lawiruje między bombami swoim nissanem.
Gdzie miedzy Somalijczykiem a Amerykaninem sytuuje się Polak. Ten z kolei ma beemkę po Niemcu, którą potrafi zdecydowanie lepiej się posługiwać niż Jankes swoim Escalade.
Nic dziwnego Polak uczył się jeździć na drodze krajowej nr 7, gdzie idealny rozkład masy w beemce świetnie się sprawdzał w slalomie pośród tirów.
Widzicie do czego zmierzam. Jak sobie pobudujesz proste jak strzała autostrady i zarabiasz furę siana, to możesz "nie umieć jeździć" i skupic się na popijaniu kokakolą muzyki kantry.
Trwało trochę, ale w spektrum cywilizacyjnej "głupoty" przesunęliśmy się w kierunku Amerykanów.  Właśnie myknąłem sobie z Wrocławia do Warszawy w tę i z powrotem dwa razy nowiutką S8 i jeszcze nowszą obwodnicą Łodzi, co  tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że - jak Amerykanom - wystarczy mi auto do jazdy na wprost. Duże. O dowolnym rozkładzie masy.
I postąpiłem jak rasowy Janusz. Mając do wyboru merca i beemkę, wybrałem passata.
Bo jest jeszcze ten aspekt, że praktycznie nigdy nie zachodzi wybór między - powiedzmy - mercem i vw.Tak się tylko mówi. W praktyce zawsze ma się konkretną sumę, za którą - niestety - zawsze kupi się dużo mniej mercedesa niż volkswagena. I wtedy Janusz kupujący względnie wypasionego paska zamiast względnie gołej beemki nie wygląda już na takiego idiotę.
A czy ja swojego paska zdążę odebrać... to już zależy od burzliwego procesu przejęcia naszej - agresywnej i bezwględnej - korporacji przez jeszcze bezwzględniejszą i agresywniejszą.
Stay tuned.

21:07, leniuch102
Link Komentarze (1) »
środa, 07 września 2016

Niewątpliwym hitem, takim wow-hitem mojego Letniego Przeglądu Kandydatów Na Auto Służbowe (C) był head up display. Czyli wyświetlanie na szybie. Jest kilka pomysłów jak to zrobić, mnie zachwycił wyświetlacz beemki. Za wiele informacji nie pokazuje, ale jego znakomita czytelność, ostre jak brzytwa krawędzie symboli, nierealna obecność parę metrów przed maską... Rewelacja. Uparłem się, ze muszę go mieć, niestety był tylko w drogim pakiecie.
Na drugim biegunie gadżetów, czyli w kitach, umieszczam "zegar analogowy" na desce passatero. Wygląd passata w ogóle nie budzi entuzjazmu mojego ani chyba niczyjego, jest w najlepszym przypadku wątpliwy. Za to deska rozdzielcza jest niewątpliwie brzydka. W jej centrum, jak zgniła wisienka na przeterminowanym torcie sterczy "zegar analogowy". Sterczy, bo wygląda, jakby ktoś poniewczasie o nim sobie przypomniał, kupił kontener najtańszych zegarków w Chinach a następnie kazał podolepiać na rzepa. Fuj.
Po hicie i kicie czas na mit, a jest nim klasyfikacja aut. Dwa najpopularniejsze segmenty to C=kompakt=golf i D=średni=passat. Duży może więcej więc i kosztuje drożej. Producenci naprawdę starają się, żeby wetknąć klientom produkty C jako D, czy nawet D+.
Jaskrawym przykładem jest oktawia, która zbudowana na płycie golfa ma czelność równać się z limuzynami typ merol c200 czy bmw 3.
No tak, tylko że wsiadając do powyższych ma się wrażenie, że w mercu i bemce jest tyleż miejsca co w golfie a oba auta mogłyby się spokojnie zmieścić w bagażniku oktawki.
Tymczasem wg polskiej wikipedii bmw 3 to auto D+. Czyli jak passat, tylko że lepsze.
I komu wierzyć? Zwłaszcza, że w centymetrach wszystkie powyższe są z grubsza takie same?
Samemu sobie, najlepiej. Wsiąść, wyciągnąć nogi, zamachać rękami. W kategorii przestrzeń w środku - passat rządzi. Większy od passata  w środku jest tylko upust w bmw. Nie wiedziałem, że takie upusty istnieją w ogóle.~40 kzł mianowicie dla rozpatrywanego modelu, prawie 2x tyle co w VW.
I bądź tu mądry.

15:49, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
środa, 31 sierpnia 2016

Zaletą anonimowego bloga jest możliwość umiarkowanie szczerego pogadania o kasie. W poprzednim wpisie napomknąłem o wyborze przed jakim stanąłem: mesio c200, bmw 3 czy też passerati. Nieprzygotowany czytelnik gotów sobie wyobrazić bógwico, no bo tu deklaruję się jako prosty inżynier, a służbowe autka takie bardziej menedżerskie.
Wbrew pozorom nie ma tu sprzeczności. Otóż inzynier serwisu nie zawsze był synonimem gapowatego nieudacznika wymieniającego toner w drukarce. Bywały czasy i wciąż istnieją firmy, zwłaszcza dinozaury IT, gdzie jakoś tam przetrwały resztki symulowanego szacunku dla tego zawodu.
Pracownicy IT w ogóle są gwałtownie bidniejacą grupą zawodową, trochę tak jak drukarze w latach 90-tych ubiegłego stulecia. Tradycyjnie bycie drukarzem było popłatnym zajęciem, bo drukarz musiał umieć czytać. A potem przyszedł skład komputerowy, drukarzy wywalono na bruk i zastąpiono komputerowcami, suto opłacając ich umiejętność klikania myszką, równie rzadką w 1991 co czytanie w 1891.
Na podobnej zasadzie serwisant w latach 90tych dostawał - tak o, na wejściu -  furę, komórę i - w moim przypadku - 2,05 średniej krajowej w sektorze przedsiębiorstw. Potem było już tylko gorzej, a "kariera" zawodowa przypominała wspinanie się po piaszczystym zboczu, gdzie każdy krok w górę powoduje zjazd w dół. Teraz zaś przyszła kryska na ostatni relikt dawno minionego wieku obfitości - hojny ryczałt samochodowy. Dlatego rzutem na taśmę, chwilę przed amputacją firmowej car policy zapisałem się na służbową brykę, o następujących parametrach: dizel do 150 KM i 150 kzł.
Niby nieźle, ale spróbujcie skonfigurować sensownego mercedesa do 150kzł. Się nie da. Do tego c200 jest naprawdę ciasny. I całkiem głośny. I -  z dizlem 136KM - umiarkowanie żwawy. Z rozlicznych zalet mercedesów zostają właściwie fajny wygląd i znaczek.  
Tu wygłoszę opinię, która jeszcze nie raz powróci: nasza oktawia, kosztująca połowę tego, co c200 jest wyrażnie lepsza - szybsza, zrywniejsza, pojemniejsza. Mam - być może mylne - wrażenie, że cichsza. Wygodniejsza. Większa. Nawet w środku bardziej mi się podoba. Herezja? Możliwe. Możliwe również, że mesio okazałby się trwalszy, ale czy ta domniemana trwałość skompensowałaby realnie wyższe koszty serwisu?
To akurat mam gdzieś, bo serwis pokrywa lizingodawca.

23:57, leniuch102
Link Komentarze (6) »
środa, 24 sierpnia 2016


Niniejszy wpis wklepuję na miniaturowej niby- klawiaturce smartfona. Heroiczny ów wysiłek może być miarą nudy jaka niezawodnie dopada większość wczasowiczów pod koniec turnusu. Przez myśl przeszło mi nawet ze być może tak właśnie skonstruowano ten system- urlop ma w istocie uświadomić pracownikom że z dwojga złego praca jest ciekawsza a jednocześnie zrobić na tyle dużą wyrwę w  kieszeni żeby ci nie do końca przekonani też musieli wrócić, żeby go spłacić.
Anyway jesteśmy nad morzem a z nami miliony rodzin z dziećmi: ojcowie wożą niemowlaki   na quadach albo  wypozyczonymi skuterami bez kasków za to po troje podczas gdy matki plotkują z papierosami w zębach
Czytelnicy Newsweeka zgadują że to poklosie 500plus i się mylą bo jesteśmy nie nad Bałtykiem a w jakiejś Hiszpanii. A może Grecji.  Jak akropol to w Grecji, nie?
Morze w każdym razie to samo.
Co się swoją drogą z tymi grekami porobiło. Rozumiem że z Achillesem pokrewieństwo dalekie i wątpliwe z Fidiaszem takoż ale  np Bizancjum było tu raptem pińćset lat temu. Zmierzam do tego że wspomniane kultury jak budowaly to z rozmachem jak nie z rozmachem to estetycznie a co najmniej równo. Tymczasem współczesne greckie chatynki... Zlituj się Zeusie... Drogi to samo. Do tego kryzys a właściwie jego dno. Nawiasem pisząc ich dno to nasz szczyt bo podobno właśnie zrownalismy się PKB ale dziś nie o tym.
Wchodzimy do Carrefoura. Sklep widmo. Półki wypełnione w jednej trzeciej. Flaszki z winem rozstawione rzadką tyralierą bohatersko udają  zasobnosc ale klientów brak tylko zredukowana obsługa wraz dziećmi zgromadziła się w celach towarzyskich przy mięsnym, jedynym klimatyzowanym miejscu w tej części miasta
Itd itp
To na tyle a wkrótce rodzinny test porównawczy merca, beemki i passeratti albowiem niebawem przesiadam się do bryki całkowicie służbowej
Stay tuned!

środa, 10 sierpnia 2016

Trwają wakacje, a wraz z nimi pojawiają się olśnienia, np. takie, że wycieczka tuż, a paszport nieważny.
Ustawiamy się zatem w kolejce do paszportu pobierając numerek niepokojąco wysoki w zestawieniu z numerkami właśnie obsługiwanymi. Ale cóż, jest czas by wypełnić wniosek.Dużo czasu. Zastanawiamy się co wpisać w rubryce "wzrost" dwunastoletniego dziecka naszego. Ile ty masz, Piotrek? Pisz ojciec metr siedemdziesiąt. Mam metr sześćdziesiąt dziewięć, ale nim dojdziemy do okienka będzie metr siedemdziesiąt.

wtorek, 19 lipca 2016

W zeszłym tygodniu spędziłem parę dni z dzieckiem u rodziny w diecezji tarnowskiej. Niby w górach, niby nad Dunajcem, ale przecież sto kilometrów od Pienin. Chcąc zrobić frajdę sobie, Synowi i Bliźniakom (tamtejszym) starannie wycelowałem w sprzyjające okienko pogodowe i pojechaliśmy na spływ przełomem.
- I jak było? Spytała w domu Leniuchowa.
- Genialnie, w ogóle nie padało, ominęliśmy Tour de Pologne i w ogóle...
-A sam spływ, ciekawy?
-No wyobraź sobie przed nami siedziała babeczka z Murzynem. Boyfriendem znaczy.
-I to taka sensacja niby? - spytała z dezaprobatą.
-No, dwa razy młodszym. Polka. Ale - wiadomo - dzieci odchowane, można się zabawić. - podsumowałem brawurowo.
Z miny Leniuchowej pojąłem, że tolerancja, której niewątpliwie dowiodłem, nie była w rodzaju szczególnie przez nią poważanym. Wykręciła do Syna. "No spoko było, mama. A przed nami siedział Murzyn"
- Niesamowite, doprawdy. A Bliźniakom się spływ podobał?
- Jasne. Oni w ogóle pierwszy raz w życiu Murzyna widzieli.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Po dwóch latach użytkowania ajfona i powrocie do androida mam już pogląd  na oba systemy i nie zawaham się nim podzielić. Jestem wszakże w swoim poglądzie odosobniony.  Wszyscy koledzy z działu postawieni przed wyborem nowego telefonu: iphone 6 czy sammy s6 wybrali ajfony.
Hipokryci. Snoby. A przede wszystkim - żyły. Przecież wiem czemu to zrobili! Dali się kupić za 500+ złotych wyższą cenę ajfona. Pogonią go potem na allegro a za uzyskaną nadwyżkę zanabędą alkohol, fajki i wizytę w salonie masażu.
Patetyczne.
Mimochodem zdefiniowałem wyróżnik i przyczynek do sukcesu ajfona - cenę właśnie. Nie mam wątpliwości, że w dniu w którym cena ajfona SPADŁAby poniżej ceny samsunga, paradoksalnie - pogłowie ajfonów zaczęłoby się zmniejszać. Jedyni ajfoniarze jakich znam weszli w posiadanie tychże na koszt pracodawcy. A koszt pracodawcy skłania do wyborów możliwie wydrożonych.
Drugim wyróżnikiem ajfona jest - a raczej była - jego poręczność. Cztery cale przekątnej to - przynajmniej dla moich drobnych dłoni - granica, poza którą z telefonem muszę zmagać się oburącz. Oczywiście poręczność ajfona 5 to zaledwie 60% poręczności LG P500 sprzed 5-ciu lat (3,2 cala, ogumowany) czy  40% poręczności nokii 5110 z ubiegłego stulecia, ale na tle megapłaskich i ultraoślizłych samsungów doby obecnej - mistrzostwo.
Kto nie zwykł logować się do aplikacji prowadząc auto lub degustując hamburgera - nie doceni.
Trzecią i najważniejszą cechą ajfona, dla której przedkładam go nad androida jest...
 Ha ha ha.... Nie ma takiej cechy! Właśnie dlatego wybrałem androida.
I teraz świecę w nim oczy kolegów - inżynierów. I wiem, że mi zazdroszczą. Bo ich gejowskie ajfony w wersji szóstej są równie nieporęczne jak mój samsung, ale mają tylko jeden guzik, żywą skamielinę czasów, gdy na ajfonie mogła działać tylko jedna aplikacja naraz.
Tymczasem od wynalezienia trąbki wiadomo, że do obsługi sensownego urządzenia potrzebne są trzy guziki. Jednym można dobrze obsłużyć co najwyżej bombę atomową.
Tak więc dyskretnie przebieram paluszkami po moim androidzie dając popalić wszystkim ośmiu rdzeniom naraz i czuję na sobie zazdrosne spojrzenia - panie, zmiłuj się - wąsatych apple-boyów i wiem, że oni wiedzą, że sprzedali dwa lata telefonożycia za głupie pięćset złotych i znaczek z jabłuszkiem i że mi cholernie zazdroszczą, że było mnie stać, żeby olać tę kasę i za pięć stów do tyłu mieć normalny telefon.
I wcale mi ich nie żal.

21:16, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 czerwca 2016

Lat temu parę własnym przykładem zainspirowałem kilku znajomych do budowy domku za miastem. Wiem, bo sami mi to powiedzieli. Nolens -volens uczestniczyłem później w ich zmaganiach z budową, już to życzliwą radą, już to bezlitosnym szyderstwem.
Sam skłaniając się ku budowie "po taniości" (działka a 16pln metr, ukraińska ekipa) szczególnie wydziwiałem nad kolegą, który zatrudnił projektantkę wnętrz, a ta z kolei np. podwykonawcę do drapowania firan i zasłon. W skrytości ducha jednak zazdrościłem mu wyręki na najbardziej być może konfliktogennym  etapie budowy: aranżacji i wykończeniu wnętrz.
Przyjmijmy jednak, że mamy już ten punkt za sobą. Pieczołowicie wybrany odcień pokrył ściany, starannie zharmonizowany "wypoczynek" wylądował na utrzymanym w tonacji parkiecie, zasłony (piąta wersja) otuliły okna. Delikatny rysunek słojów jesionu współgra z tapicerką kanapy, która łagodnie koresponduje z - powiedzmy - beżem ścian, rozjaśnionych firanami latte.
Sielanka.
No i teraz w środek tego wszystkiego pan domu wpier..ala prostokąt full ha-de, 3 de, 60 cali przekątnej, czarny jak sumienie Tuska.
Mało tego, rozstawia po całym pokoju złowrogo połyskujące czarnym plastikiem kolumny "kina domowego".
Ludzie, czy wy tego nie widzicie?! Tego powszechnego gwałtu na estetyce waszych własnych domów? Czemu sami to sobie robicie? Zróbcie trzy kroki w tył i popatrzcie, jakbyście wchodzili w gości, krytycznie: czy ta czarna płyta ku czci tvn24, te bazalty naprawdę tu pasują?
No.
Pisane w oczekiwaniu na przesyłkę z dwoma kolumnami głośnikowymi metr dziesięć, 25 kilo każda, " z wysoko połyskliwym wykończeniem z lakieru fortepianowego".
Czarnym.

09:55, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
wtorek, 31 maja 2016

W pracy nie powinno się bić podwładnych, dlatego zwolnienie poprzedniego prowadzącego Top Gear przyjąłem ze zrozumieniem. W oczekiwaniu na nową odsłonę z nowym prowadzącym BBC urządziła festiwal powtórek, zresztą ku zachwytowi mojego dziecka, wielkiego fana programu i Jeremego Clarksona.
W końcu pojawiła się, długo wyczekiwana i szeroko reklamowana, nowsza, lepsza i grzeczniejsza edycja...
I???
Well, czas na dygresję. Amerykańscy naukowcy dowiedli, że naczelne dzielą się z grubsza na dwie kategorie: osobniki takie, które są chętnie oglądane przez pozostałe i takie, na które te inne patrzą z przykrością. O ile za oglądanie małp - nazwijmy je Alfa - widownia chętnie odda własne banany, to żeby skłonić ją do oglądania mniej udanych Delt, naukowcy musieli ją przekupywać bananami z magazynku.
Taki lajf. Niby każdy inny, wszyscy równi, ale kiedy przychodzi co do czego, to każdy naczelny woli jędrny, atrakcyjny egzemplarz, starannie omijając cherlawe niezguły.
Nie twierdzę, że poprzedni gospodarze programu byli okazami zdrowia i urody. Sytuowali się w szarej strefie pomiędzy, żadne z nich Clooneye nie były.
Azaliż aliści... jeśli Clarkson & Co mogli budzić wątpliwości, to nowy prowadzący - jakiś Chris, nie budzi żadnych. Niewątpliwie za pokazywanie go BBC powinna rozdawać banany.
On nie tylko jest brzydki i cherlawy. Z odpychającą powierzchownością łączy jeszcze chorobliwą nadaktywność, jakby wciągnął o jedną kreskę za dużo. Dziwię się ludziom, którzy tam przychodzą, ja bym się bał. "Weź kolo te chore ręce, bo zarazisz mnie jeszcze swoim rachitycznym blondynizmem".
Tak, że owszem: rozczarowanie.
Mało rzeczowa ta recenzja wyszła, więc na koniec zacytuję dwunastolatka: sześć gwiazdek na dziesięć możliwych.

23:16, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (4) »
sobota, 07 maja 2016

Planowałem zupełnie inny tytuł, najpierw "Wrocławianin patrzy na Kraków", bo podczas ostatniej delegacji objechałem Kraków rowerem, potem "na Łódź", bo z rodziną łaziłem po Piotrkowskiej, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że wrocławianin ze mnie juz żaden. Bywam w tym mieście często, ale przelotnie, bo - jak większość znajomych - wyniosłem się z centrum w podwrocławską zieleń.
Po dwunastu latach mieszkania na wsi jestem wieśniakiem (bo przecież nie rolnikiem) i może straciłem kompetencje do porównywania Wrocławia z innymi miastami, ale zyskałem świeże spojrzenie. I postawiłem oczy w słup. Jak wygląda miasto z grubsza się orientuję. W środku rynek, a dookoła kwartały kamienic. Kamienice mogą być klasycystyczne, secesyjne i - yyy - artdeko? w każdym razie zabytkowe. Pomiędzy nimi jeżdżą... no właśnie, takie kurka obiekty, że oczy bolą patrzeć. Wyglądają jak przerośnięte czopki doodbytnicze, które ktoś polakierował dla lepszego poślizgu. Można się domyśleć, że kształt miał być opływowy i że obiekty miały przekraczać trzecią prędkość kosmiczną. Ale nie przekraczają. Zasadniczo to czołgają się po torach w tempie dżdżownicy. Tak, to tramwaje , zaprojektowane najwyraźniej przez Jasia, który chciał polecieć w kosmos.
Szczególnie ohydnie wyglądają nowe skody. Czesi to, umówmy się, żadni mistrzowie dizajnu, ale ich tramwaje wyglądałyby kiepsko nawet na księżycu. Kiedy skoda jedzie przez park, liście więdną. Kiedy wjedzie na stare miasto, z balkonów sypie się tynk i sztukaterie, bo podtrzymujące balkony kariatydy zasłaniają oczy żeby na skody nie patrzeć. Brzydkie? Agresywnie brzydkie, o przodzie jak pysk bulterriera skrzyżowanego z toy-toyką i z debilnie przekręconą boczną szybą .
Był kiedyś znakomity, choć wynikający z nędzy trend do kupowania starych tramwajów z Niemiec. Miały po pięćdziesiąt lat, ale - właśnie dlatego - prezentowały się znakomicie, zwłaszcza na tle stuletniego+ centrum np. Poznania. No i się nie psuły. Ale to już było. Po Poznaniu zapyla teraz polskie tramino, ciut ładniejsze od skody, bo być brzydszym to niemożliwe, ale także paskudne.

tramwaje-uderzone

wtorek, 03 maja 2016

Podobno za odtworzenie jednego utworu na spotify artysta dostaje jedną setną centa. Skandalicznie mało, to prawda, ale z drugiej strony za całą dyskografię ściągniętą z piratebay dostaje równe nic. Niektórych słuchaczy serwisów muzycznych rusza sumienie i chcąc wynagrodzić swoim ulubieńcom kupują ich płyty winylowe. Połowa tych winyli wędruje bez przesłuchania na półkę, a część nie zostanie wysłuchana nigdy, bo właściciel winyla nie ma nawet gramofonu, jak ja.
Wybralem inny sposób wyrównania rachunków z artystami i udałem się na koncert. Koncert to drugi -finansowo -biegun sluchania muzyki. Tutaj dwie i pół godziny kosztuje drobne cztery stówki, razy trzy, bo wziąłem - nieprawdaż - rodzinę.
Tak wiem, po pierwsze chwalenie się wydatkami na konsumpcję jest w złym guście, po wtóre bywają dużo droższe bilety itp. itd., ale zamierzam brnąć dalej, bo wzmiankowaną kasę wydaliśmy nie na Stonesów, ale czeską orkiestrę symfoniczną. Musi być w tym jakiś haczyk, bo normalnie czeskiej orkiestrze mało kto daje zarobić nawet tę jedną setną centa na spotify.
Powodem, dla którego nie tylko my, ale jeszcze jakieś dziesięc tysięcy ludzi pojawiło się w Atlas Arenie, był fakt, że Czesi grali (i śpiewali: chór też był) kawałki znane z przebojów kinowych, od Gladiatora po Batmana, pod batutą autora muzyki, niejakiego Hansa Zimmera. Hans jest popularnym i rekordowo płodnym oprawcą muzycznym, obrabia po parę filmów rocznie, z każdego wydaje płytę, a w przerwach dorabia z ekipą po ludziach. I nie narzeka. Zuch.
Nawet najbardziej pracowici Czesi nie zagrają wystarczająco głośno, by być dobrze usłyszanymi w dużej hali. Zamiast studziennego dźwięku np. tuby słuchacze słyszą więc studzienny dźwięk tuby wzmocniony przez wzmacniacz i wyemitowany przez membrany głośników.  To zupełnie inna jakość. Powietrze wibruje nie tylko nie tylko wokół słuchacza, ale także w jego płucach, nozdrzach i zatokach czołowych. Arsenał Hansa nie ogranicza sie oczywiście do tuby, Hans atakuje większością instumentów kiedykolwiek wynalezionych przez ludzkość , w tym dwoma zestawami perkusyjnymi.  Hałas przez nie generowany po wzmocnieniu wyraźnie przekracza granicę bólu.
"To co, teraz jedziemy do ZUS-u po rentę z tytulu osiemdziesięcioprocentowej utraty słuchu?" rzuciłem do żony po koncercie. "Co mówisz? Do jakiego GUS-u?" - odpowiedziała.
Jeśli po wizycie w sali koncertowej mam ochotę pozbyć się domowego stereo jako niezdolnego do wiernego odtworzenia dźwięku, to po powrocie z Atlas Areny nie mogłem się nadziwić, jak perfekcyjnie gra. No, może trochę za cicho.
__________
http://www.bbc.com/news/entertainment-arts-36027867

10:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (1) »
środa, 20 kwietnia 2016

Kiedy dostałem służbowego ajfona przez dobry tydzień chodziłem z opadniętą szczęką. I latającą powieką. Wieloletnia propaganda Apple oraz rzeszy użytkowników Apple przygotowała mnie bowiem na ósmy cud świata, który nie dość, że "po prostu działa", co ostatecznie jest cechą większości np. pralek, to jeszcze obsługuje się intuicyjnie i automagicznie.
Niestety, nic  z w/w nie miało miejsca, co więcej, telefon sprawiał wrażenie zlepu archaicznego systemu operacyjnego i nierównych aplikacji, z których nawet te co lepsze forsowały własne rozwiązania, przyprawiając mnie o w/w latanie powieki.
Zdecydowanie największym zawodem były funkcje muzyczne telefonu, który co do istoty był rozwinięciem ipoda i jako taki powinien być super-duper odtwarzaczem. Nie był. Po pierwsze nie pasował mi do stacji dokującej zakupionej za drobne 300 zło do mojej wieży. Po wtóre słuchawki zasadniczo nie nadawały się do słuchania muzyki. Po trzecie  - i to najbardziej zdumiewające - domyślna aplikacja muzyczna porażała prymitywizmem.
A - przypomnę - nie był to IOS 1.0, ani 3.0 , ale - Panie zmiłuj się - dziewiąta wersja systemu.
Ten pożałowania godny stan trwał więc przez poprzednie lata i dziewięć wersji i mimo kolosalnych pieniędzy, jakie kasował i kasuje Apple za sprzedawaną muzykę inżynierowie nie umieli/nie chcieli ułatwić klientom korzystania z niej. Aż w końcu pojawiły się serwisy i aplikacje iks razy tańsze i en razy wygodniejsze od Apple Music.
I wiecie co? W wersji 9.3 Apple elegancko zerżnął 90% funkcjonalności spotify i jego odtwarzacz zaczął przypominać współczesne aplikacje: można dwoma pacnięciami wrzucić słuchany utwór na listę, pojawiła się kolejka utwórów, a także radia internetowe itd. itp.
Ta nieoczekiwana metamorfoza nastroiła mnie filozoficznie... uświadomiłem sobie, że moje złe emocje spowodowane wieloletnim i osentacyjnym lekceważeniem moich potrzeb przez producenta mojego smartfona nie miały żadnych podstaw.
Apple bowiem, jak w sumie każda spółka giełdowa, nie ma żadnych, ale to żadnych zobowiązań czy powinności, niechby moralnych wobec swoich klientów. A ściślej, ma - jeden obowiązek. Ma wydoić ze swoich klientów jak najwięcej kasy w jak najkrótszym czasie.
Są firmy, które naciskane przez konkurencję z tyłu, z boku i z dołu, jak producenci androidów, nie mogą sobie na lekceważenie klienta pozwolić. Apple, którego przeciętny użytkownik jest - bez urazy - nietechnicznym głąbem z grubym portfelem -mogło.
Panem i władcą każdej spółki jest w ostatecznym rozrachunku udziałowiec /właściciel, który co kwartał rozlicza zarząd z przepływów kasy.  Za maską firmy z ludzką twarzą kryje się z reguły odrażający bezgłowy potwór karmiony gotówką klientów.
So, w czerwcu zmieniam smartfona na wytwór innego bezgłowego potwora tym razem z Korei. Zamieniam prestiż na lepszą baterię i skuteczniejszą antenkę.

00:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (9) »
wtorek, 05 kwietnia 2016

-Ludzie sumienia nie mają, na środek łąki worki ze śmieciami wywieźli - oceniła Leniuchowa.
Fakt, na środku naszej łąki, nad brzegiem przecinającej ją strugi stało kilka obłych białych przedmiotów.
Ale przecież nie worków ze śmieciami!
Białą czaplę pierwszy raz widziałem w Egipcie w 1998. Najwyraźniej od tamtej pory ociepliło się u nas na tyle, że te białe ruszyły się z południa, żeby zrobić koło pióra polskim czaplom siwym i - na podobieństwo worków ze śmieciami - zaparkowały nad rzeczką.

Nie tylko one. Na polu nieopodal nieprzytomnie drą dzioby żurawie. A obok czapli, gdzie do niedawna sąsiad-rolnik wypasał krowy teraz sąsiad-biznesmen wypasa swoje konie. Rżenie zastąpiło ryczenie.

Postęp w hodowli, w innych dziedzinach też, niestety.
Północną granicą łąki jest lokalna droga łącząca nas z cywilizacją.
Założenie było takie, że kiedy powstanie łącznik autostradowy do obwodnicy, to ruch na drodze uwiędnie.
Łącznik powstał, ruch przybrał.
Ha, to z powodu, że wylot na Warszawę wciąż wiedzie przez Oleśnicę. Kiedy  powstanie S8, wtedy naszą drogą ino rower i furmanka - kalkulowaliśmy.
S8 powstała, ruch wzrósł jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że rankiem trzeba się do niego włączać, niczym na Legnickiej - jadą i jadą.
Nic to, niech tylko otworzą S5 do Poznania...

Tymczasem łąka nasza po jednej stronie rzeki gości stada hodowlane, po drugiej jest do dyspozycji dzikich zwierząt. I naszej. I teoretycznie te 10 - 20 hektarów powinno wystarczyć, ale praktyka pokazuje, że dzicz napiera.
Ryje, depcze, drąży - psy na spacerze dostają szału i żeby nie wracać ze spaceru samemu jedną z suk prowadzę jako zakładniczkę na sznurku, wtedy i ta druga, choć niechętnie, porzuca tropienie i wraca na posiłek do domu, zamiast sobie upolować.

A byłoby co. Watahy dzików w liczbie 20+ osobników, zdziwione pary jeleniowatych, kaczki i niewiadomocojeszcze.

Sawanna, panie, sawanna.
Podziękować za te parę dni mrozu, które potrafią jeszcze skuć rzeczkę.
Krokodyl pod lodem nie przetrwa.

11:29, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (7) »
wtorek, 16 lutego 2016

Skończyłem właśnie czytać kapitalną biografię panów Beksińskich - ojca malarza i syna radiowca, którzy nie dość że byli artystami to jeszcze zeszli ze świata w sposób gwałtowny.
Atutem tego reportażu jest panorama Polski powiatowej od okupacji do dzikiego kapitalizmu, na tle której realizują swoje pasje obaj twórcy. Nie jest to generalnie obrazek ładny, czasy były podłe, ludzie nieobyci tudzież niedomyci, ale właśnie dzięki niemu łatwiej zrozumieć i docenić tektoniczną zmianę jaka zaszła w dostępie do dóbr kultury w ostatnich +- 30 latach.
Stary -  że się tak wyrażę - Beksiński, poza tym, że był dobrym, a na pewnym etapie dziko popularnym malarzem, był także inżynierem i melomanem. Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie chęć posiadania coraz lepszego sprzętu rtv i najnowszych płyt, to nie namalował by połowy tego, co namalował. Poza malowaniem B. lutował wzmacniacze i składał magnetofony, a następnie wraz z synem zgrywali na taśmy  płyty zanabyte w drodze wymiany za malunki, poczym sprzedawali taśmy z zyskiem.
W tym aspekcie nie różnili się specjalnie od studentów z epoki, no może większym rozmachem w działaniu,  które w przypadku Tomka Beksińskiego zaowocowało pracą w radiu.
Szalenie ciekaw byłbym opinii obu panów na temat dzisiejszych muzycznych serwisów abonamentowych  (he, to już chyba 3-cie określenie na muzę z interku).
Koniec z regałami pełnymi płyt, niepotrzebne są nawet dyski z mp3 - kami. Za parę (dziesiąt) złotych miesięcznie można mieć - tak o - dostęp do jakiś 80% wszystkich nagrań w ogóle. Nie wiem jak Tomasz Beksisski, który jawił się jako obsesyjny kolekcjoner, ale stary B. jako rasowy gadżeciaż popadłby zapewne stan podobny do nirwany, jaki był i moim udziałem na początku przygody z opcją abonamentową.
Odtwarzacz internetowy jaki od trzech notek opisuję odtwarza również muzykę z serwisów abonamentowych. Jakość dźwięków nie odbiega znacząco od tych z płyty kompaktowej, jako że dostarczana jest w formie 320 kbitów mp3. W wersji płatnej. Jak wiadomo w/w serwisy działają również w wersji darmowej 160 kbitów i z poważnym ograniczeniem funkcjonalności, ale nie wiem, jak brzmiałyby na moim odtwarzaczu, bowiem ten trybu darmowego nie obsługuje. Dla nieczytających zastrzeżeń drobnym druczkiem takie ograniczenie musi być przykrą niespodzianką.
Nie w kasie, nie w kilobitach jednak rzecz, a w poczuciu niemal nieograniczonej swobody wędrówki po muzycznych szlakach. Nawet stosunkowo egzotyczna polska fonografia jest tam w przeważającej części dostępna, ze znaczącym z mojego punktu widzenia wyjątkiem Czesława Niemena i Wałów Jagiellońskich.
Ale poza tym - hulaj dusza,  czuję się jak dziecko w naprawdę dużym sklepie z zabawkami.  Na pół zapomniane melodie, kawałki z młodości, muzycy znani czy tacy, których chciałbym poznać, ale jakoś się nie złożyło... dostępni na wyciągnięcie ręki. Co u licha komponował Skriabin, czy ten... jak mu tam, Justin Bieber jest naprawdę tak fatalny i jak brzmi ten kawałek zespołu UFO, fałszywie nucony 30 lat temu przez kolegę ze szkolnej ławy?
Sezamie, otwórz się.
Parę pacnięć w smartfon i po chwili wiem. Jeśli mi się spodoba, serwis podpowiada mi kolejne nagrania i wykonawców utrzymanych w podobnym stylu. I tak bez końca. Potrafię sobie wyobrazić użytkowników, którzy zagłębiają się w labirynt nagrań by wychynąć z niego po tygodniu z objawami odwodnienia.
Sam prawie tak skończyłem.

15:43, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 stycznia 2016

Od dobrych dziesięciu lat nowy sprzęt muzyczny wyposażany jest w gniazdo usb, w które można wtykać coraz tańsze i pojemniejsze pendrajwy. Względnie tani pendrive 32 GB to odpowiednik - ja wiem ? - 300+ płyt cd zgranych w jakości 320 kbitów. Wystarczy? Aż nadto. A jeśli nie wystarczy, to za miesiąc pojawią się pendrive'y dwa razy większe i  - znowu wystarczy.
Ale - umówmy się - sprzęt ze sterczącym pendrivem, ba, sam fakt ganiania z pendrivem wte i wefte, z kompa do odtwarzacza i z powrotem, niesie pokusę zastąpienia tego, w pełni skutecznego rozwiązania, czymś "lepszym".
Czyli odtwarzaczem sieciowym.
Pokusę tę najlepiej zwalczyć prosząc domowników o wysmaganie kablem, a jeśli nie przechodzi - zdzielenie w głowę przełącznikiem sieciowym 19 cali. Porzucając bowiem sprawdzony świat nośników elektronicznych i wkraczając w krainę inter- i ether- netu gotujemy sobie i bliskim drogę przez mękę.
"Sieć' zamiast cd czy pendrajwa to na pozór to genialne rozwiązanie, czyste koncepcyjnie, eleganckie i co więcej - kiedy działa - to działa.
Ciekawie zaczyna być, kiedy działać przestaje. Zasiadasz w niedzielny wieczór, żeby posłuchać muzyki z serwisu internetowego... no dobra, tu dygresja. Nie jest to artykuł sponsorowany i nie zamierzam niczego promować, ale z drugiej strony zabijają mnie sformułowania jak "popularny serwis społecznościowy", kiedy wszyscy wiedzą, że chodzi o fejsa. No więc w moim przypadku ten "popularny serwis muzyczny" to spoti. Więc odpalasz spoti, żeby zrelaksować się przy - powiedzmy - Krzysztofie Krawczyku, a tu Krzysztof dostaje czkawki - gra- trzy sekundy nie gra - znowu gra. Kiedyś przetarłbyś CD szmatką, a w przypadku odtwarzacza sieciowego? Czy dzwonić do dostawcy internetu, czy udusić dziecko, które łupie w sieciowe gta oglądając youtube i słuchając własnego spoti, blokując w ten sposób sieć, a może po prostu zrestartować router? A może to serwery spoti się nie wyrabiają, albo ruch jest przycinany gdzieś dalej, na jakieś półce w szafce telekomunikacyjnej kolejnego węzła?
Nie wiesz i się nie dowiesz. Fakt faktem, u mnie spoti się przycina przez jakieś 10% doby, ale  umówmy się, mam jeszcze przynajmniej kilka źródeł muzyki.
Pierwszym i najważniejszym - moja właśna kolekcja zgranych lub spiratowanych cd, udostępnianych przez serwis DLNA na starym kompie.
Standard udostępniania mediów DLNA ogólnie rzecz biorąc działa bez pudła, ale w naprawdę, naprawdę prymitywny sposób. Po pierwsze, odtwarzacz nie potrafi zapauzować utworu. Po drugie, nie umie stworzyć listy ulubionych, nie zna pojęcia kolejki odtwarzania, do której możnaby wrzucać następne utwory wybierane w trakcie słuchania bieżącego, nie pozwala wyszukiwać w kolekcji, nie zapisuje historii.
Nie wykluczam, że na rynku istnieje komercyjny serwer DLNA z aplikacją na smartfona, która będzie miała w/w a brakujące funkcje, ale na razie korzystam ze standardowej aplikacji jamachy, która umie tylko wybrać album i tłuc z tego albumu.
Istnieje rozwiązanie w pół drogi: jeszcze darmowe, a już obsługujące playlisty i trochę więcej. Jest nim serwowanie muzyki z biblioteki itunes, applowskiego standardu. Jeśli odtwarzacz obsługuje przesyłanie airplay (my does), można grać z peceta, a zarządzać całym kramem, czyli nadającymi itunes i odbierającym odtwarzaczem za pomocą smartfona, tworząc sobie - a jakże, plejlisty.


Każde z w/w rozwiązań ma zady. ma walety i mnóstwo, mnóstwo zastrzeżeń drobnym druczkiem, o których wkrótce.

08:35, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87
Archiwum