środa, 13 sierpnia 2014

Mało kto "żyje na łonie przyrody" tak jak my . Jak byłem mały, to myślałem, że "łono" to cycki, ale nie, wzgórek łonowy znajduje się w miejscu jeszcze bardziej intymnym i potencjalnie wilgotnym, wypisz wymaluj odpowiedniku naszej mglisto-bagiennej łąki.
Dziesięć z górą lat mieszkania w chacie zanurzonej w trzymetrowych chwastach nauczyło mnie, że nie ma "powtarzalności pór roku" już raczej niepowtarzalność. Sezon sezonowi niepodobny: w jednym pod dąb przylatuje codzień i dziesięć sójek, następnego roku nie ma ani jednej, choć dąb i żołędzie na oko takie same. Pobliski potok raz potrafi zamarznąć w biegu, a kolejnej zimy mrozu braknie nawet na rachityczny staw sąsiada. I tak dalej i tym podobne. Kumaki, których ostoją rzekomo jest łąka, pojawiają w ilościach biblijnych, poczym na parę lat znikają bez śladu. Ale ani kumakom, ani sójkom, zaskrońcom, kretom, komarom, szpakom, sarnom, dzikom, tajemniczym czaplom, okazjonalnej sowie - nie po drodze z człowiekiem.

Badaj ziom taką akcję. Gapię się w telewizor, zmrok, okno niebacznie uchylone, choć - wydaje mi się - chronione solidną siatką od owadów. Nagle - jeb - jakiś spóźniony szpak wali w siatkę, rozrywa ją, odbija się od szyby i spada w ciemność. Zawału można dostać.
Tętno wraca do normy, patrzę w telewizor dalej. Niby jak przedtem, niby nic, ale za oknem coś narasta. Warkot narasta.. bombowiec? Nie, bombowiec nie potrafi nagle ucichnąć.... sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy ... WRRRRR! bombowiec odpalił silniki tuż nad moją głową. Jest w pokoju, szerszeń pieprzony, wleciał przez tę dziurę po szpaku i teraz krąży skubany na wysokości oczu. Oba psy moje ras obronno-agresywnych mało łap nie połamały wyrywając z pokoju.
I zostałem sam z klapkiem w ręku, a ten pręgowany zabójca gdzieś się przyczaił. Dwa dni go tropiłem, intensywnie, no bo dziecko moje małe z obozu quadowo-paintballowego miało wrócić, aż dopadłem koło szafy i zatłukłem.
Człowiek wciąż brzmi dumnie, także w trzcinie.


15:28, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 sierpnia 2014

Minął miesiąc intensywnej eksploatacji ajfona w domu i zagrodzie i jestem gotów na w miarę kompetentną ocenę urządzonka. Rozczarowanie nim dorownuje jego cenie. Jak zachwyca, skoro nie zachwyca? Tzn. zachwyca rzecz jasna dizajnem, jakością zdjęć, jakością odwarzania muzyki w słuchawkach i bez, slo-mo w kamerce - owszem. Ale umówmy się, w tej cenie, z tak tłustym marginesem premium mógłby być dodatkowo szczerozłoty i jeszcze by na nim zarobili.
Jako telefon, komunikator zaś... no cóż, bije po oczach anachronizm rozwiązań, niezrozumiałe oddanie ewidentnym błędom koncepcyjnym, jak np. brak  klawisza 'wstecz'.
Jeden jedyny klawisz ajfona to 'home' dwojga funkcji: home'a i czytnika odcisków.
Optymalne byłyby dwa: 'home' i 'back', bo ten trzeci, znany z droida i windows - 'wyszukaj' jest pożyteczny, ale niekonieczny.
Trzy za dużo - dwa w sam raz - jeden - za mało. Ładnie, ale za mało. Aplikacje ajfona próbują nadrobić ten brak, każda inaczej nazywając i umieszczając klawisz powrotu: raz jako "gotów" innym razem jako 'anuluj', kiedy indziej (youtube) gestem "zrywania" odgrywanego filmiku, przeglądarka zaś gestem przesunięcia z prawej ku lewej.
Czasami powrócić się zwyczajnie nie da, np. gdy w sklepie z appkami poprosimy o info, które otworzy przeglądarkę.
Chaotyczna, niespójna nawigacja w ajfonie rujnuje wrażenia użytkownika a i jego nerwy przy okazji. Ajfona trzeba się uczyć, aplikacja po aplikacji od pierwszego 'kurde' po olśnione 'aha'.
Nokia? Nokia, czyli windows, jest Mili łatwiejsza nawet od androida. Windows przez 90% czasu jawi się jako intuicyjne i spójne, a mówię tu o pierwszym wrażeniu, nie tylko moim, ale mojego androidowego dziecka również.
Jeszcze o 14:00 słuchało Hobbita na starym androidzie, a 15 min później bezstresowo - tego samego - na windowsie. Wystarczyło przełożenie sima, karty z pamięcią, włączenie telefonu, trzy przyciśnięcia i jechane.
Do ajfona nie podejdzie się bez apple-id i karty kredytowej [1], o karcie pamięci można zapomnieć, wgranie głupiej empetrójki wymaga instalacji i nauki obsługi kobylastych itunes na kompie, ale jeśli sądzicie, że w ten sposób wgracie audiobooka... o nie-e, dla audiobooków trzeba zrobić taki nieoczywisty myk, który opisano na paru forach dla zainteresowanych.
Czemu tak utrudniasz ajfonie, niemo pytałem z wyrzutem, czemu nie robisz prostych rzeczy w sposób oczywisty?
Shut your stupid mouth, durak, ruki po szwam, to my wymyśliliśmy komputer, smartfona i internet tępy kmiocie ze wschodu Europy, który zapewne nie słyszał o świętym geniuszu - baczność - Stiwie Dżopsie - spocznij i to my decydujemy, co jest oczywiste a co nie jest- równie niemo odpalił kolektyw Apple. A także czego i za ile będziesz słuchał. Masz kupować w naszym sklepie, w którym nie ma żadnego popierdolonego Kaczmarskiego, ani zasranego Dostojewskiego po - ha ha ha ha - polsku, i w tym roku ściągasz Avicii i 50 Shades    of Grey.
No może ciut przesadziłem, ale w ajfona naprawdę zaszyto potężną dawkę aroganckiego marketingu.
Wykoncypowałem sobie takie porównanie, że kocioł z androidami różnych producentów przypomina dobór naturalny w toku, fony windows - 'intelligent dizajn', a ajfon, żeby trzymać się terminologii ewolucyjnej - żywą skamielinę, ale nie, to zła analogia.
Ajfon, mili, to przechodzona celebrytka, która najlepsze lata ma za sobą, ale dzięki  chirurgii plastycznej, drogim kreacjom i przyjaciołom w mediach wciąż bryluje na okładkach.
Życie z nią jest oględnie mówiąc trudne i nietanie, ale prości ludzie ci zazdroszczą.
Kupując ajfona żenisz się z Edytą Górniak.
_____________
[1] istnieją triki na ominięcie karty kredytowej.

 

***************

wkrótce - pierwszy od 2007 spływ kajakowy pełen szokujących wrażeń. Polska widziana z wody, w towarzystwie grupy o połowę młodszych lemmingów... to nie mogło się dobrze skończyć.

Stay tuned.

21:19, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
czwartek, 03 lipca 2014

To nieprawda, że młodzi nie lubią historii, oni historię wręcz uwielbiają. Problem w tym, że jest to zwykle porąbana historia o hobbicie, elfie i orku, rozgrywana przy pomocy pada. Tym bardziej cieszy te półtorej gry na krzyż, które jakoś tam zahacza o dzieje powszechne. W konkurencji gier fanatycznie historycznych rządzi Assassin, mordujący mieszkańców Bliskiego Wschodu ery wypraw krzyżowych, renesansowych Włochów, takichż Turków, walczących o niepodległość Amerykanów a ostatnio - Hiszpanów w Nowym Świecie.
Realia architektoniczno-konfekcyjne są w tych grach bez zarzutu, gorzej z intrygą. Ujmę to tak - jest głupsza niż Dan Brown, czyli naprawdę marna. Ale nolens-volens to właśnie scenarzyści Assassina są jedynymi pośrednikami między dziatwą a dawnymi czasy i to oni opowiedzą jej np. o Rewolucji Francuskiej. Zanim jednak pokażę stosowny klip z najnowszego Assassina w Paryżu, zacytuję bezstronny opis tamtych wydarzeń:
"Następnego dnia o dziesiątej rano paryżanie uderzyli na koszary Les Invalides. Życzliwie nastawiony garnizon nie stawiał oporu, zdobyto więc około trzydziestu tysięcy muszkietów. Zbuntowani żołnierze opowiadają się po stronie ludu - jest co świętować, świetny pretekst do ustanowienia święta narodowego, n’est ce pas? Otóż non, z dwóch powodów. Po pierwsze, „Dzień Inwalidów” to także nie brzmi atrakcyjnie. A po drugie, zdobyli broń, lecz brakowało im i prochu, i kul, żeby móc jej użyć. Czyli - niewypał.
I tutaj pojawia się Bastylia, stare ufortyfikowane więzienie we wschodniej części Paryża. Planowano jego likwidację, więc znajdowało się w nim wówczas już tylko siedmiu zapomnianych więźniów, z których żaden nie był rewolucjonistą. Czterech fałszerzy skazanych z powodu afery bankowej, dwóch szaleńców i jeden hrabia, którego oskarżono o pomoc swojej siostrze w ucieczce od męża. [...]
W powieści Karola Dickensa osadzonej w czasach rewolucji, "Opowieść o dwóch miastach", tłum niesie uwolnionych więźniów na rękach, jak bohaterów, jednak w rzeczywistości paryżan wcale nie interesowała ta zbieranina (zresztą wszyscy z nich oprócz hrabiego po zdobyciu więzienia wrócili za kratki). Tłum zgromadził się pod Bastylią, ponieważ spodziewał się w niej znaleźć istną górę prochu strzelniczego, a twierdzy strzegło tylko osiemdziesięciu dwóch emerytowanych żołnierzy. Gubernator Bastylii, markiz Bernard René Jordan de Launay, przyjął posiłkiem delegację buntowników przybyłą z żądaniem wydania prochu (tak, nawet podczas rewolucyjnej zawieruchy Francuzi znaleźli czas na déjeuner), lecz potem odesłał wysłanników z kwitkiem. Kiedy także druga delegacja powróciła z pustymi rękami, zgromadzony pod murami więzienia tłum zaczął się niecierpliwić. De Launay powinien był zapewne wyczuć, skąd wieje polityczny wiatr i otworzyć bramy, tak jak zrobili to żołnierze w Les Invalides. Jednak posiliwszy się, przy czym być może wypił o szklaneczkę wina za dużo, popełnił błąd, który kosztował go życie. Około trzynastej trzydzieści motłoch wdarł się na zewnętrzny dziedziniec twierdzy, gdzie został ostrzelany z murów. Rozwścieczyło to napastników, którzy niewiele zdołali wskórać, mogli tylko groźnie potrząsać pustymi muszkietami. Jednak na nieszczęście dla de Launaya wkrótce dołączyli do nich zbuntowani żołnierze, którzy przyprowadzili ze sobą parę dział, po czym zaczęli bić z nich w bramy. Około siedemnastej de Launay przyjął do wiadomości, że jego nieliczna załoga nie utrzyma się, nawet mając do dyspozycji całe tony prochu oraz kul. Napisał wówczas grzeczny list, w którym proponował poddanie twierdzy na normalnych w takiej sytuacji warunkach, czyli w zamian za nietykalność własną oraz reszty obrońców. Nic dziwnego, że spotkał się z odmową, gdyż do tego czasu zginęło już ponad stu napastników, przy czym jeden z nich został zmiażdżony, kiedy pękły łańcuchy podtrzymujące most zwodzony. Szturmujący Bastylię stracili ochotę do rozmów utrzymanych w grzecznym tonie.
De Launay w końcu otworzył bramy, tłum rzucił się, by wziąć twierdzę w swoje posiadanie. Kilku obrońców zabito na miejscu za wcześniejszą nadmierną gorliwość, natomiast de Launaya poprowadzono w stronę Hôtel de Ville, ratusza opanowanego przez zbuntowanych mieszkańców miasta. Po drodze maltretowano go i bito, więc gubernator zapewne domyślił się, co jeszcze może go czekać. Uznał, że ma dość, i kopnął jednego z prześladowców w krocze. Za tę zbrodnię został zasztyletowany i zastrzelony, po czym odcięto mu głowę kuchennym nożem. Ten atak na prawie opustoszałe więzienie nie był wcale chwalebnym początkiem rewolucji, jak się zazwyczaj przyjmuje, natomiast należy go uznać za zjawisko nader symptomatyczne, zapowiadające dalszy przebieg wypadków - wyroki wykonywane przez tłum oraz dekapitacja stanowiły motyw powtarzający się w całej Francji co najmniej przez następne pięć lat.
Stephen Clarke (2012-10-23T10:48:00+00:00). Tysiąc lat wkurzania Francuzów (Kindle Locations 3592-3598). Kindle Edition. "
Ów kostyczny raport różni się trochę od obowiązującej narracji lewicowej, ale to właśnie ona przetrwa, bo ma po swoje stronie Assassina.
Voila:




wtorek, 24 czerwca 2014

Zastanawiałem się jak rozegrać tę recenzję. Najbardziej nęcąca była metoda "na Clarksona" w której celuje linkowany wciąż, choć już bez wzajemności [1], Blogomotive. Czyli w stylu: boże jakie brzydkie to auto, jaka wieśniacka tapicerka, drzwi niespasowane, pokrętło od radia zimne jak nos frankensztajna, pali jak pancernik bismark.... zatem czemu nie wychodzę z niego czwartą godzinę kręcąc bączki na torze mława? Bo to najzajefajniejszy przykład inżynierii od czasów legendarnej 409 !!! itd. itp.
Czyli zmyła, czyli cacy-cacy... buch po glacy, a właściwie na odwrót.
Po namyśle jednak  postanowiłem podsumować ajfona "na Prusa". Prus, w przeciwieństwie do Clarksona i Hitchcocka, zaczyna od zdradzenia puenty. Swojego pięćsetstronicowego Faraona otwiera suchą informacją, że główny bohater zginie, a rządy po nim przejmie niejaki Herhor.
Jeśli jesteś poszukiwaczem tandetnej sensacji, czytelniku, to znasz zakończenie i nie jest to książka dla ciebie. Idź sobie, zdaje się mówić autor.
Łał. Kul. Też tak będę.
No więc na początek konkluzja: ajfon się nie nadaje, bo łatwo gubi zasięg.
W tych samych - przyznaję, nienajlepszych - warunkach blackberry, lg android, sammy - walczą i łączą, a mój ajfon jakby nawet nie próbował. Jeszcze dzwonienie dokądś to jak cię moge, ale skądś do mnie - zapomnij.
No a ostatecznie telefon służy do dzwonienia, nespa?
Żeby nie kończyć recenzji przedwcześnie, roboczo załóżmy, że ajfon nie jest telefonem dla wieśniaków, tylko mieszkańców co najmniej czterech kresek, a właściwie kółek, bo ajfon siłę sygnału pokazuje w kółkach.
Pierwsze wrażenie?
 He, zacznijmy od "konkurentki", pięciokrotnie tańszej nokii. Sięgam po nokię i przybliżam do nosa (nie, nie wącham - zdjąłem okulary i lustruję krótkowzrocznym okiem). Cóż telefon jak telefon - czarne lusterko oprawne w gumowane tworzywo. Nice.
Teraz sięgam po leżącego na stole ajfona... ops.. wyślizguje mi się z palców... sięgam jeszcze raz... to samo, ogniskuję wzrok, siłę woli, precyzję ewoluujacej od  dziesięciu milionów lat dłoni - jest, mam go!
Zaliczyliśmy drugi mały minusik - poza nieodbieraniem rozmów przychodzących - ajfona: trudnopodnoszalność. (He he , wiem - ani zadzwonić, ani podnieść, za jedne 2 tysie z ogonkiem) Zważcie jednak dobór słów: nie samonasuwająca się "nieporęczność", ale trudnopodnoszalność właśnie. Bo ajfon, kiedy już tkwi w łapie, jest mistrzem poręczności. Oprócz awsamraz rozmiarów metaliczna gładkość obudowy skontrapunktowana ostrymi brzegami sprawia, że kapitalnie leży w ręce. Już po chwili zacząłem obracać go w dłoni jak szuler szczęśliwą srebrnodolarówkę, bawić się jak osiedlowy zbir nożem-motylkiem, ściskać jak Maryla Rodowicz kamyk zielony etc.
No więc stoję z tym cudem dizajnu czy też czarnym lusterkiem w metalowej oprawie w ręku i co dalej? Nie odbieram telefonu, bo wszyscy potencjalni rozmówcy słyszą w słuchawce "Proszę zostawić wiadomość", jako się rzekło, ajfon nie łączy rozmów, to może chociaż sprawdźmy pocztę?
W normalnym służbowym telefonie wypadało by wstukać kod... ale nie w ajfonie. Ten ma elegancki centralny guzik, który jednocześnie jest czytnikiem linii papilarnych. Boszsz, co za ulga. Wpisywanie kodu było dla mnie zmorą nawet na ultraprzyjaznej klawie blackberrego, nareszcie mogę uwolnić pamięć od setnego hasła do zapamiętania.
Po odblokowaniu ekranu oczom posiadacza ukazuje się odpychające w swojej pstrokaciźnie zbiorowisko ikon. Zapewne ten kolorystyczny horror ma jakieś tam uzasadnienie ergonomiczne, niestety zestawione ze stonowanymi kafelkami windows nokii robi przykre wrażenie.
Ajfon przypomina bajecznie zbudowaną Afrykankę przystrojoną w kwiecisto-bufiate perkaliki.
Nokia na jej tle jest wcieleniem spokojnej elegancji, niechby w gumowanej obudowie.
To z wierzchu, a w środku?
Niebawem.
____________
[1] nie mam żalu, Blogo, really. Dla mnie blog to rekreacja, ty jesteś zawodowcem, który z bloga karmi rodzinę, na co patrzę z niekłamanym podziwem.

08:32, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
niedziela, 15 czerwca 2014

Fakt, pisuję z rzadka i niechętnie. Źródłem tej zmiany nie jest już wyłącznie obecna praca, która zredukowała moje oczekiwania życiowe do poziomu konia w kopalni. Podobnie jak reżyser Benedykt (linkowany jako filmowiec usia-siusia) zauważyłem, że blog stał się archaiczną formą obecności w sieci. Prawdziwe życie tętni teraz gdzie indziej - np. na fejsie, czy gdzieś. Owszem przeniósłbym się na fejsa, ale fejs z wielu względów mi nie leży. Otóż fejs jest czyjś i ten ktoś użycza mi u siebie miejsca - niejako - z łaski. Co gorsza, oglądałem film "Social Network", który jednoznacznie obrzydził mi właściciela fejsa jako buca i oszusta. Ktoś taki miałby dyktować mi reguły, z najtrudniejszą do przełknięcia regułą pisania pod nazwiskiem włącznie?
Nie ma mowy, nikt nie pozna mnie jako - powiedzmy inżyniera Kuszelaka - mam zamiar na wieki pozostać leniuchem102.
I jako leniuch102 opiszę niesamowity eksperyment przeprowadzany na żywym ciele pewnej przeciętnej polskiej rodziny. Konkretnie mojej. Otóż rodzina ta, po latach zgodnego korzystania z trzech telefonów-androidów z własnej nieprzymuszonej woli zróżnicowała się na: androidalną matkę, windows phonowego syna i ajfonowego ojca.
 Jak się teraz będą dogadywać, jeśli w ogóle?
Który z telefonów zda egzamin, jeśli którykolwiek?
I który wyląduje na śmietniku?
Na ostatnie pytanie stosunkowo łatwo odpowiedzieć - na śmietniku wkrótce wyląduje moje znielubione blackberry, zastępowane właśnie ajfonem.
Ajfonem, który wczoraj właśnie przybył do chaty na bagnach prosto z warszawskiego biura naszej firmy. I który na razie będzie testowany prywatnie, zanim - koło sierpnia - zostanie oficjalnie zaszyfrowany, oprogramowany i wprzęgnięty do sieci korporacyjnej.
Wczorajsze przybycie ajfona 5s zupełnie przypadkowo - wiem to nie do wiary, ale dokładnie tak było - zbiegło się z finalizacją zakupu nokii 520 przez syna. Uzyskałem w ten sposób niesamowitą okazję pierwszego w życiu JEDNOCZESNEGO kontaktu z w/w komórkami, w tym - pierwszy raz z ajfonem w ogóle. 
Zapewniam, nie istnieje na tej śmiesznej małej planecie recenzent, który podszedłby w stanie nieuprzedzonej nieświadomości (niepozbawionej jednak pewnej kompetencji, o czym za chwię) do dwóch konkurencyjnych pomysłów na komórkę.
Z tym nieuprzedzeniem to nie do końca: wiem np. że ajfon jest trochę - tak z pięć razy - droższy od nokii. Zatem zamierzam porównywać buraki do pomarańczy. Że się nie da? Watch me.
Cena może być różna, ale jeden parametr urządzenia mają identyczny: przekątną ekranu. To minimalne 4 cale, zdecydowanie za mało jak na trendy, grawitujące w kierunku już chyba 6 cali, ale akurat w sam raz jak na przeciętną dłoń, która bez pomocy drugiej dłoni jest w stanie ogarnąć kciukiem 4 cale właśnie.
Przypadkowy czytelnik moze się tu lekko obruszyć: na wkus i cwjet tawariszcza niet, dla kogoś w sam raz, np 4 cale dla twoje starej, a komuś - leszczu - i pięć nie wystarcza.
Otóż - leszczu - jeśli Pan Leniuch mówi, że w sam raz, to w sam raz. Moja pierwsza nokia miała jakieś 8 cali przekątnej, 2 kilo wagi i zero piksli, bo dostałem ją w roku 1993, kiedy twoja stara kończyła dzień dobranocką. Mój pierwszy smartfon http://www.theregister.co.uk/2001/08/01/motorola_accompli_008_communicator/ miał przekątną cal i ciut, czyli mniej więcej ile ty - leszczu - podówczas.
Nie no... zdenerwowałem się. 
Ciąg dalszy nastąpi.
Albo i nie.

10:31, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 09 czerwca 2014

Lewe oczko misia-pysia - czterdzieści złotych.

Prawe oczko misia-pysia - czterdzieści złotych.

Gumka spajająca oba oczka - czterdzieści złotych.

Tak zanabyłem korekcyjne okulary pływackie, które - jak łatwo policzyć - kosztują 3 x tyle co okulary niekorekcyjne.

Teraz mogę z laserową ostrością podziwiać wyszczerbione kafelki na dnie basenu.

* * *

Niedziela, godzina dwudziesta. Czas najwyższy zrobić lekcje na poniedziałek. Piotrek z westchnieniem otwiera podręcznik, ciężkim wzrokiem toczy po obecnych i stwierdza:

-Taaa, ojciec czyta na czytniku, matka na czytniku tylko ja muszę z papieru, jak jakiś wieśniak.



11:54, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
niedziela, 11 maja 2014

Kolejny rok, kolejny album Carlosa Santany. Stary mistrz gra to co zwykle, a ja coraz częściej łapię się na tym, że jego solówki przeszkadzają mi w odbiorze skądinąd całkiem fajnych kawałków. Słuchanie wysilonej gitary Santany odbieram jak wizytę u dentysty piłującego mi szczękę wysokoobrotowym wiertłem  - żadna przyjemność.

Tym niemniej, nawet w słabszych momentach Santana miażdży poniektórych wykonawców "latynoskich" jak partnerujący mu w jednym z nagrań artysta  PitBull.
Ten PitBull jest niebywale bezczelnym hochsztaplerem, typkiem, który zyskał popularność dzięki teledyskowi z ciemnoskórą tancerką erotyczną. Szoł biznes od czasu do czasu kreuje takie kreatury. Najnowszym przykładem pornosłowianki zdzirowatej Cleo, choć ona akurat umie śpiewać. Nie da się tego powiedzieć o wspomnianym PitBullu.

Nie potrafię zrozumieć, jak Santana mógł a.) cokolwiek z nim nagrać, b.) pozwolić zmiksować swoje Oye Como Va z jakimś żenującym wyrobem piosenkopodobnym Pitbulla. A ten sku.wysyn nie poprzestał an tym, ale okrasił swoją poronioną hybrydę następującym tekstem:

"Who says history doesn't repeat itself
This is how legends are made of Carlos Santana and Pit
We make a history baby like Nelson Mandela did"

Uśpić Pitbulla.

Now, jednak przeważnie goście Santany a.) są fachowcami, b.) wykonują dobrze ograne przeboje jak ten tu poniżej.

Gitara jak uprzedzałem schematyczna i cokolwiek irytująca, ale tekst ciekawy, bo o chudej mulatce, która wychylając piwo za piwem i przesypiając całe dnie bynajmniej nie grubnie, ponieważ albowiem całe noce spędza na parkiecie. Czterdzieści kilo żywej salsy, nieprawdaż.
Piosenka mnie zaintrygowała, bo w Peru "mi flaca" mówi się po prostu o narzeczonej. "Moja chuda" tłumacząc dosłownie i nikt się nie obraża. Ameryka Łacińska, ostatnie miejsce, gdzie można nazwać chudą - chudą, murzyna - murzynem i nikt nie wpadnie z tego powodu w histerię.

21:31, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 maja 2014

Najcięższy Kowalski Świata występuje oczywiście w uhonorowanym oskarem filmie Grawitacja. Grający go ulubieniec starszych pań George Clooney w kluczowym momencie filmu każe puścić się Sandrze Bullock. Puścić w sensie dosłownym albowiem trzyma ona Kowalskiego na jakimś kablu no i jak nie puści to oboje polecą w otchłanie kosmosu. Rzecz w tym, że dramat rozgrywa się w stanie nieważkości, gdzie tytułowa grawitacja nie ma prawa zadziałać w znaczący sposób. Czegóż się jednak nie robi dla dramatyzmu akcji. Gdyby reżyser zadał to pytanie mi, odpowiedziałbym: " nie kładzie się filmu durną sceną". Reżyser "Grawitacji" - imię jego niech będzie zapomniane - wiedział jednak lepiej i swoje dziełko położył, co prawda tylko w oczach odrobinę myślących widzów, a więc nie Członków Akademii, którzy i tak go nagrodzili.

Pożytek z filmu tylko taki, że kinematografia wzbogaciła się o kolejnego sympatycznego Kowalskiego, którego niniejszym dopisuję do swojej kolekcji http://leniuch.blox.pl/2010/01/Pozwolcie-no-Kowalski.html 

23:13, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (7) »
środa, 23 kwietnia 2014

Moja inspirowana Św. Pawłem strategia "Biegaj (pływaj, roweruj, bujaj się w hamaku) i jedz co chcesz" przynosi spójne, ciągłe i rosnące efekty. Efekty mozna podziwiać na drągu, na którym wieszam moje koszule. Numeracja kołnierzyków w funkcji czasu - 37-38, 39, 40.
A ostatnio 42. To absurdalne 42 kupiła mi Leniuchowa. Oburzające, ale fajnie czuć trochę luzu wokół szyi.
* * *
W święta odwiedził nas Pracownik Dydaktyczny, zniesmaczony nowym, wirtualnym i darmowym podręcznikiem Ministerstwa Oświaty. NB jestem ostatnim rocznikiem, który uczył się z "Elementarza Falskiego", autora nieśmiertelnej frazy "Ala ma kota".
Nowy podręcznik startuje zdaniem "Tola ma tablet".
Pocieszyłem Pracownika, że zanim buraczana nowoczesność trafi do klas, stery Ministerstwa przejmie profesor Legutko, który zarządzi darmowy dodruk Falskiego i Ala znowu będzie mieć kota. Nawiasem  pisząc darmowy podręcznik nie zrujnuje budżetu, skoro w kraju zostało raptem stu trzydziestu dwóch pierwszoklasistów, w tym trzech drugorocznych. Reszta walczy o przetrwanie z multikulturalną różnorodnością  brytyjskich szkół.
* * *
He, apropos brytyjskich szkół. Cytat z makaty:
"Jeśli ludzie normalni na kontynencie europejskim chętnie idą do jakiegoś teatrzyku, aby zobaczyć piękną baletniczkę, w sposób miły pokazującą kolana, to najrozkoszniejszym numerem odpowiedniego music hallu londyńskiego będzie mężczyzna przebrany za kobietę, gubiący na scenie barchanowe majtki. Wracałem kiedyś w lipcu z Ostendy do Londynu. Pomimo upalnego lata wiał huragan i położyłem się w kajucie trzeciej klasy, aby nie dostać choroby morskiej. Otworzyłem oczy zbudzony przez gwar. Kajuta była wypełniona angielskimi harcerkami i harcerzami. Dziewczęta i chłopcy po lat 17 i 18, w szortach do połowy uda, w jakichś koszulach i rozpiętych kaftanikach. Zajęli wszystkie kanapy do spania, kładąc się zawsze we dwójkę: chłopiec i dziewczyna. Przyznam się, że zdziwiły mnie trochę te obyczaje. Statek ruszył, wszyscy zaczynają oczywiście chorować. Potem mi wytłumaczono przyczyny tej dwupłciowo-harcerskiej kanapowej kohabitacji. Chodzi o moralność. Harcerze angielscy, ze względu na rozpowszechnienie się homoseksualnego ohydnego i plugawego zboczenia, mają jak najsurowiej zabronione kładzenie się na kanapie w towarzystwie innego chłopca, tak jak mają najsurowiej zabronione przebywanie we dwóch w zamkniętej ubikacji. To właśnie ze względu na moralność kładą z nim dziewczynę. Młody Anglik kiedy się znajdzie na kanapie z innym chłopcem, to zaraz biorą go straszne ciągoty, kiedy leży koło niego dziewczyna, to odsuwa się od niej z obrzydzeniem."

Stanisław Mackiewicz  LONDYNISZCZE (Kindle Locations 885-891). zorg. Kindle Edition.



23:26, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
niedziela, 06 kwietnia 2014

"W mieszkaniu ordynatowej Zofii Zamoyskiej (córki księżnej Izabeli Czartoryskiej) arystokratyczne grono pań i panów układa program koncertu na cele dobroczynne. Padają różne atrakcyjne projekty. Z pierwszym występuje sama gospodyni: Ordynatowa: "Przewyborny przychodzi mi koncept: mały Chopinek ma już lat dziewięć, ale żeby większą w ludziach wzbudzić ciekawość, wydrukujemy w okazach, że Chopinek ma tylko lat trzy. Trzyletnie dziecię, grające wielki koncert na klawikordzie, latające na krzyż z rączkami swemi, to na prawo, to na lewo, ach! jakże ludzie będą się zlatywać, żeby zobaczyć to cudo...""
Brandys, Koniec świata szwoleżerów t.1 (Kindle Locations 322-324). Kindle Edition. 

21:05, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 31 marca 2014

Zupełnie, ale to zupełnie nie chciałem się wywnętrzać w sprawie tych Srymów-Krymów etc. Tak się jednak złozyło, że ukraińskie afery wdarły się do mojego domu za sprawa kolegów syna, którzy bawili się w Majdan. Majdanem był Piotrek, jego kolega imieniem Milan - Berkutem, a niejaki Staś - Janukowyczem. No i wyszło, że Janukowycza musiał jego tata zawieźć na pogotowie, gdzie założono mu trzy szwy w miejscu, które zetknęło się z klamką, kiedy ścigał z Berkutem Majdan.
Rzecz rozgrywała się w murach naszego domu pobudowanego przez Ukraińców , sympatycznych chłopaków, zupełnie różnych od tych, którzy 80 lat wcześniej polowali na mojego dziadka na Wołyniu.
Było, minęło.
Co do Krymu, to nie inaczej niż Putin postąpił swego czasu Piłsudski odzyskując Wilno, tyle, że zrobił to 90 lat temu co mniej więcej wskazuje, na jak anachronicznym etapie znajduje się teraz Rosja w ogóle a Putin w szczególe. I co z tego, nie dość, że miał frajdę z poważnej korekty mapy Europy, to na deser rozśmieszyli go "sankcjami". W dużo gorszym położeniu znajdują się mieszkańcy Krymu, choc może jeszcze tego nie wiedzą. Eksperci przytomnie wskazują, że było juz parę atrakcyjnych turystycznie kraików, które liczyły na tłusty dochód z rosyjskich turystów. Cieszyła się Czarnogóra, kiedy wykupywali ją ruscy oligarchowie, wielkimi nadziejami karmiła się odrywając od bidnej Gruzji malownicza Abchazja...
Stumetrowe jachty odpłynęły z Czarnogóry bynajmniej nie do Abchazji, ale na Riwierę i Karaiby, a niedoszłe ruskie Monaka klepią teraz bidę. Oczywiście w przypadku Krymu może być inaczej, może rzeczywiście zapanuje tam teraz prosperity... ale to w przyszłości, a w poniedziałek krymianie gorzko pożałuję swego powrotu do Rosji.
W poniedziałek bowiem pierwszy raz pójdą do roboty według czasu moskiewskiego, przesuwając zegarki o całe dwie godziny naprzód. Ktoś, kto w piątek wstał o siódmej, w poniedziałek zerwie się o - biologicznej - piątej.
Ciekawe, jakimi słowami powitają krymianie dźwięk poniedziałkowych budzików. Obstawiam angielskie słowo "job" i coś o matce, niekoniecznie Rusi.

Tagi: krym
00:55, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
wtorek, 18 marca 2014

Nie żebym był tam jakimś panie, wesołkiem, niepohamowanym, tego, optymistą, dżokerem, prawda - nie. Ale mimo to, a może właśnie dlatego założyłem sobie, że obchodzę wszystkie święta, jakie podejdą. No moze poza helołinem.
Trzech króli, dzień leśnika i kobiet oczywiście też obchodziłem. Obchodziłem w przedszkolu, podstawówce i liceum też, choć wrzucanie do jednego ósmomarcowego wora bytów tak odległych jak babcia, profesor chemii i narzeczona wydawało mi się co najmniej niestosowne, jesli nie wprost chore. I co z tego - cmok, tulipan, cmok, tulipan, cmok, tulipan. Siła tradycji, aż do teraz.
A w tym roku - wyjątkowo nie.
Pracę mam jaką mam. Od niedawna, na moje własne życzenie - absorbującą raczej. Włączam kompa o dziewiątej, dziewiąta pięć wpada pierwszy kejz. Coś się popsuło klientu temu, co dzwoni. Diagnozuję, zamawiam część. Dziesiąta- następne zgłoszenie. Ops, tym razem kminię je, kminię, ale rozkminić nie mogę. Wywalam do drugiej linii. Z trzecim zgłoszeniem wpada alert, że część z pierwszego nie dojedzie na czas. Odkręcam inżyniera, kiedy specjalista od drugiego zgłoszenia domaga się dodatkowych danych. Prawą ręką pisze mejla do drugiego klienta, a lewą odbieram telefon od trzeciego. Koło południa prowadzę trzy do siedmiu kejzów na raz. O 17:30 zamykam kramik i otwieram piwo. Chyba, że mam dyżur. Jak mam dyżur to otwarte piwo może czekać do północy. O - powiedzmy - czwartej budzi mnie koleś, który wstępnie ogarnia  awarie zgłoszone automatycznie i wrzuca mi zajęcie na resztę ranka. Koło ósmej wchodzę pod prysznic, żeby o dziewiątej pięć odebrać pierwszy telefon. Yup, maraton 8h+16h+8h to żadna w naszej firmie sensacja. To taki lokalny koloryt, autorskie rozwiązanie, które nie tylko nie stało koło kodeksu pracy, ale nawet nie daje się rozliczyć oficjalnie w wewnątrzkorporacyjnych systemach.
W takim na przykład styczniu natrzaskałem trzysta konkretnych godzin, a resztę czasu spędziłem w delegacjach. Nie narzekam - płacą, robię. Tyle, że na swoje udręczenie, poza mejlami z własnej działki mogę, a nawet muszę czytać też mejle z życia korporacji. I kiedy ja nie mam czasu, żeby podrapać się w dupę, to kierownictwo zaprasza nas na konferencję "Kobiecy liderzy w naszej firmie". Jest wszak koniec lutego, świętowanie Dnia Kobiet czas zacząć. To zapewne najważniejsze ze świąt, ważniejsze nawet od dnia Dumy Afroamerykanów, dnia środowisk LGBT, o Season Holidays, onegdaj zwanymi Bożym Narodzeniem, nie wspominając. Dlatego z każdym następnym dniem w skrzynce gestnieją zaproszenia na poświęcone kobietom panele, menedżerzy różnych szczebli w listach pasterskich roztrząsają ubogacający wkład kobiet w życie firmy (hy, w moim dziale była kiedyś jedna, ale ją wylali)  a piątego marca: tadam - wszystkie korporacyjne aplikacje, te do obróbki zgłoszeń, zamawiania cześci, bazy wiedzy itd. - przybierają kolor Dnia Kobiet.
Jaki to kolor, spytacie? Otóż taki k-wa fioletowy. Nie pytajcie, bo sam nie wiem czemu. Zaprawdę, powiadam wam, sporą część życia spędziłem w komunie, ale nowa świecka obrzędowość kapitalizmu ją dogania.
Dlatego w tym roku sorry kobiety. 

08:24, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 marca 2014

Po trzech latach edukacji przedszkolnej, czterech - szkolnej i związanych z tą edukacją niezliczonych wycieczkach w różne miejsca, dziecko moje odwiedzilo wreszcie Stolicę. Jak wiadomo z okazji Mistrzostw Europy w 2012 Premier zobowiązał się połączyć Wrocław ze Stolicą nowoczesną drogą szybkiego ruchu i słowa dotrzymał. Dzieci wsiadły w autobus i jak po stole - szszuuuu - pojechały nową drogą, bezpieczną trasą, całe trzysta kilometrów z okładem. Wycieczka bardzo się udała, dzieci się nazwiedzały, najbardziej  -jak zwykle - podobał im się MacDonald, ale nie tylko, bo Brama Brandenburska i Reichstag również.
W tej sytuacji zwlokłem się się z mojego śmietnika historii, wziąłem trzy dni urlopu i wybrałem się z synem do Warszawy. Swego czasu pobudowano tam Centrum Nauki Copernic, (a może Kopernick), co ma ten kłopotliwy aspekt, że różni pogrobowcy patriotyzmu mogą przy okazji wizyty w przybytku Nauki ciągnąć młodzież w ponure miejsca typu Zamek Królewski wraz ze spowitym złowrogim cieniem placem Zamkowym. Wspomniany cień pada of course z katofaszystowskiej kolumny Zygmunta, zawłaszczającej krzyżem europejską bądź co bądź przestrzeń publiczną.
Na szczęście dla dziatwy szkolnej wcale nie jest łatwo do Warszawy dotrzeć. Nas na przykład zatrzymał na dobrą godzinę jakiś traktor, który rozkraczył się na jednym pasie w Sieradzu. Owszem, istnieją miejsca w Polsce, z których łatwo do Warszawy dojechać, jak z takiego np. Kostrzynia, który na swoje szczęście leży na trasie do Berlina. Łatwo jednak nie znaczy tanio - opłata autostradowa Kostrzynń - Warszawa to równowartość dziesięciodniowej opłaty za jazdę dowolnymi autostradami w Czechach.
W samej Warszawie też pod górkę  - automapa sprzed ośmiu raptem miesięcy kompletnie się w mieście pogubiła i próbowała prowadzić nas przez jakieś wykroty, które jeszcze niedawno musiały być przejezdne, ale dzisiaj wyglądają jak zbombardowane.
Mniejsza. Centrum Nauki jest wypas, moje zblazowane dziecko przez cztery godziny z okładem odpalało eksponat za eksponatem, żeby w końcu paść ze zmęczenia na twarz. Dodatkowo podjęło juz wiążące decyzje dotyczące własnej kariery zawodowej. Na mur-beton chce robić to samo co ja. Ojciec - patrz - jedziesz służbowym autem zatankowanym służbową benzyną, w burger kingu płacisz kartą lanczową, nocujemy w słuzbowym mieszkaniu. A w pracy ta pani na recepcji napakowałby mi cały plecak piegusków, gdybym nie zapełnił go wcześniej - darmową - ojciec- darmową kolą z automatu.
Zdecydowanie, kola z darmowego automatu w naszym warszawskim biurze przyćmiła Berlin we wspomnieniach syna.
Na zdrowie.

poniedziałek, 03 marca 2014

Jechałem ostatnio z Pragi do Wrocławia. Droga prosta i niedroga, bo dziesięciodniowa winieta na całe Czechy kosztuje tyle co przejazd ze Świecka do Konina. W dodatku we wspomnianej Pradze chcąc trafić do wspomnianego Wrocławia wystarczy skierować się z grubsza na północ i wyglądać drogowskazu z napisem "Wrocław". No such luck we Wrocławiu. Autor odjechanych polskich drogowskazów bez żenady przyznał, że kierowca powinien znać geografię, dlatego nie umieścił na nich banalnych "Praga" lub "Berlin", ale intrygujące "Jędrzejów" i "Kudowa".

Po tej informacji -  jakieś dwa lata temu - "przez media przetoczyła się fala słusznej krytyki" no i ch. z tego, bo edukacyjne drogowskazy zostały jak były.

So much for power of media.
Albo nie, o mediach trochę jeszcze. Słucham ich piąte przez dziesiąte i jakiś miesiąc temu ze zdumieniem przeczytałem, że "złapano człowieka, który zakatował Leszka Millera". Leszek Miller - postrach żyrardowskich prządek - zakatowany? Jak? Gdzie? Kiedy? Wyostrzyłem wzrok - torebką, torebką go ktoś... aaa zAAtakował, nie  - zakatował.
Szkoda.
Jak w tym starym dowcipie - słyszałeś ten kawał o tym, jak koleś wbił Jaruzelowi nóż w plecy?
-Nie!
-Ja też nie, ale fajnie się zaczyna.

21:19, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 stycznia 2014

Nie będę chyba odosobniony w oczekiwaniu, żeby ta zima w końcu przyszła, pobyła i sobie poszła. Celem natychmiastowego wywołania zimy wymieniłem opony na zimowe, rozpaliłem w kominku i czekam. Guess what, pod wieczór prognoza na meteo.pl zaczęła wskazywać jednostajny zjazd w dół. W poniedziałek będzie minus trzy i zaspy po pępek.
Na długie zimowe wieczory proponuję odkurzenie kindli. Od czasu kiedy kupiłem pierwszego kindla sporo się zmieniło. Parę lat wstecz, żeby spiratować książkę na kindla, trzeba ją było wyssać z pedeeefu, wyedytować, wrzucić do programu calibre i dopiero stamtąd wysłać do urządzenia.
Dzisiaj wystarczy wpisać do googla czarodziejskie zaklęcie: "Greya - mobi - chomikuj", by po chwili cieszyć się kolekcją - czy raczej stekiem - powieścideł. Hej, statystyki nie kłamią: przeciętny czytelnik książek jest pięćdziesięcioletnią kasjerką z nadwagą i czytuje głównie soft-porno.
Pozostali też nie mogą narzekać, bo choć ambitniejsza literatura nie trafiła na chomika, to bez większych problemów można ją zanabyć w necie. Wracając do chomika: fakt, że ten serwis wciąż funkcjonuje wymownie świadczy o impotencji organów ścigania. Ciekaw jestem ilu z kozaków udostępniających książki via chomikuj.pl robiłoby to, gdyby sami mieli ponieść ryzyko pozwu sądowego. A tak za parę złotych miesięcznie kupują sobie pozór legalności. Bo parę złotych miesięcznie razy dziesięć milionów internautów pozwala opłacić prawników pracujących na trzy zmiany dla chomikuj.pl oraz ferrari testarosa właściciela chomikuj.pl.
Brzydzi mnie opłacanie się chomikowi, ale aby doić z niego książki na kindla nie trzeba płacić ani grosza, bo chomik pozwala ściągać pliki < 1MB bezpłatnie, co wprawdzie wyklucza ściąganie filmów czy muzyki, ale jest żadną przeszkodą w przypadku ebooków. Czemu właściciele księgarni internetowych jeszcze nie odstrzelili tego bezczelnego zwierzęcia, skoro organa się do tego nie kwapią? Pytanie dobre, ale nie do mnie.
Mnie można się spytać, co z tego chomika ostatecznie sobie ściągnąłem. Otóż Clarksona, tego z Top Gear. W domu mam całą półkę z odjechanymi felietonami Clarksona i w pewnym momencie powiedziałem dosyć, no more. I nie kupuję i nie kupiłbym więcej, ale ściągnąć - czemu nie?
"Wściekły od urodzenia" to zbiór felietonów z lat 90-tych, opisujący głównie auta, które dziś spokojnie rdzewieją już na złomowiskach, także polskich.
Clarkson o Polonezie:
"Najczęściej zadawane mi pytanie brzmi: Jaki jest najgorszy samochód, który kiedykolwiek prowadziłeś? FSO Polonez, produkowany w Polsce odpad Fiata ze stylistyką nadwozia autorstwa uczniów klasy 4 „b" szkoły podstawowej w High Wycombe, jest tutaj oczywistym faworytem.
[...]
W dalszym ciągu podtrzymuję opinię, że Nissan Sunny był najgorszym samochodem wszech czasów. Nie miał niczego na swoją obronę; niczego, co byłoby lepsze lub tańsze niż w innych samochodach. A jednak pod względem jazdy, najgorszym samochodem na świecie jest FSO Polonez. On jednak ma jedną rzecz na swoją obronę - jest tani. Musi być tani: jest samochodem, który tak naprawdę samochodem nie jest. To pudełko, pod którym nierozważny nabywca odkryje traktor pochodzący z 1940 roku. Już sama jego stylistyka zniechęcała większość ludzi, ale przecież musiał konkurować jedynie z Wartburgiem i Trabantem, a żaden z tych wozów nigdy nie pojawi się w książce Piękne samochody Jeremy'ego Clarksona.
Nawet nie potraficie sobie wyobrazić, jak okropnie jeździ się tym wyjątkowo ohydnym samochodem. Gdy nie możecie przestać dziwić się temu, jak wysoko Polonez odbija się od ziemi, stwierdzacie, że nie działa w nim układ kierowniczy, bo jego przednie koła zostały wypełnione betonem. Gdyby to Karl Benz wynalazł silnik Poloneza, musiałby całkowicie odejść od idei wewnętrznego spalania. Hałas tej jednostki płoszy ptaki, a zużycie paliwa odpowiada specyfikacji technicznej lokomotywy spalinowej Intercity 125. Ostatni raz jechałem Polonezem w zeszłym roku. Była to taksówka, która zepsuła się w tunelu na Heathrow. Wdałem się wtedy w sprzeczkę z jego grubym kierowcą, bo kategorycznie odmówiłem zapłacenia za kurs. Ale od czasu mojego długiego, wypełnionego spalinami spaceru do terminalu, nie usłyszałem już ani słowa o tym pryszczu na tyłku motoryzacji. Aż do chwili obecnej. Wygląda na to, że FSO produkuje nowy wóz o nazwie Caro, który odniósł w Wielkiej Brytanii pewien sukces. W zeszłym roku sprzedano go tu w liczbie 480 sztuk. Mogę jedynie przypuszczać, że właściciele tych samochodów ograniczają swoje wypady na drogi do godzin nocnych. Żadnego z nich z pewnością nigdy nie widziałem. Jestem przekonany, że to całkowicie znienawidzona maszyna."


Całkowicie? Bez żartów. Ja np. byłem zadowolony:

"Silnik 16 zaworów, sto parę koni, elektryczne szyby, alufelgi... Zgadliście, polonez. Lwie, dobrze ryknąłeś ... pomyślałem po pierwszym przygazowaniu. Lew ryczał całą drogę do Wrocławia, gdzie z punktu oddałem go do warsztatu w złudnej nadziei wyciszenia. Tam w towarzystwie gości we włóczkowych beretach z antenką (strój klubowy posiadaczy poloneza) pławiłem się w zachwytach nad alufelgami, silnikiem...

Szczycę się, iż jestem jednym z nielicznych, którzy jechali poldkiem ponad 180 km/h i przeżyli. To trochę jak po przebiciu bariery dźwięku – przestajesz słyszeć silnik. Głównie dlatego, że powietrze strasznie hałasuje o kanciate kształty. Znalazłem uznanie nawet w oczach drogówki: był pan dzisiaj najszybszy – powiedział kapral flak wręczając mandat na pięć stówek (1997r.) za trzykrotne (3 x 60) przekroczenie ograniczenia prędkości. Polak potrafi ! "


Powyższy cytat pochodzi z notki sprzed 10 lat: http://leniuch.blox.pl/2004/06/Paranoja-jest-gola.html .

00:45, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 84
Archiwum