poniedziałek, 11 grudnia 2017


Wiek dopada nas niesprowokowany.
(Pragnę zwrócić uwagę na poprzednie zdanie, bo jest literackim zdaniem klasy premium, które dostajecie za gratis na obskurnym, jak to się teraz mówi, blogu. Tymczasem spokojnie obroniłoby się jako linijka Szymborskiej)
A zatem, wiek dopada nas niesprowokowany. Dopadnięty przez wiek uświadomiłem sobie, że czas najwyższy spełnić... no może nie marzenia, bo dowodzenie pancernikiem Yamato z różnych względów byłoby obecnie trudne, ale przynajmniej jakąś ich namiastkę. Namiastka ma prawie cztery metry, dwa luki bagażowe i parkuję ją u mamy w garażu, którego wielką zaletą jest położenie tuż obok śluzy Różanka.
Już parę razy załadowałem nabyty okazyjnie kajak, bo o kajaku mowa, na wózeczek i piechotą, ciągnąc go za sobą na podobieństwo niebieskiego, bardzo długiego jamnika, przeprawiłem się na drugą stronę wału przeciwpowodziowego, by zwodowawszy się poniżej śluzy odpłynąć w kierunku zachodzącego słońca. I z powrotem.
Znakomita sprawa, polecam każdemu, z bliska buro-bure wody Odry nie różnią się zasadniczo od wód - powiedzmy - Amazonki, a o ileż do nich bliżej i w ogóle. Moje wyprawy zapewne wywołały poruszenie wśród sąsiadów, ale nikt go nie okazał - bo są - jak to sobie później uświadomiłem - arystokratami, jak ja.
Po ekstatycznym powrocie z pierwszej wyprawy siostra zadała mi pytanie: "A czy nie było ci głupio?" "Co głupio?". "No tak z tym kajakiem między ludźmi, ostatecznie jest tam chodnik, przejście dla pieszych, ścieżka rowerowa".
Zamilkłem, bo,o dziwo, w ogóle nie było mi głupio. Rzeczywiście, po ścieżce pomykali weekendowi rowerzyści na swoich ultralekkich rowerach, truchtały laski odziane w wymyślne stroje itp. W ogóle ostatnio miasto odwróciło się ku rzece, cywilizując jej nabrzeża za kupę pieniędzy, część tego splendoru spłynęła także na nasz jej odcinek. Przechodnie też nie wzięli się znikąd, wzięli się z nowych osiedli ze słowem "residence" w nazwie i cieciem - pardon - konsjerżem przy szlabanie.
Nie zawsze tak było. Bardzo dobrze - bo od pewnego momentu najlepiej pamiętamy naprawdę zamierzchłe czasy - pamiętam zielone chaszcze w miejscu apartamentowców i miasto kończące swój bieg na moście Osobowickim. Za mostem ulica była dosłownie ucięta i niebaczny wrocławianin, który nie skręcił w kierunku cmentarza lądował na drodze nieutwardzonej, acz zaminowanej, o czym przekonała się załoga zbłąkanego tam spychacza. Jak niesie legenda dwaj wysadzeni budowlańcy byli "dosłownie wszędzie"  i kompletowano ich przez dwa tygodnie po wybuchu.
Nie zna życia, kto nie budował za komuny.

20:05, leniuch102
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 listopada 2017

Przymiotnik "ekstremalny" zużył się w ostatnich latach ekstremalnie, toteż kiedy moje dziecko dostało talon na "ekstremalne strzelanie policyjne" nie robiliśmy sobie wielkich nadziei i słusznie. Wszedł, ekstemalnie podziurawił tarczę, wyszedł, sytuacja bez historii.
Ja towarzyszyłem jako ekstremalnie pełnoletni.
Azaliż aliści przy okazji strzelania szczęka synowi jednak opadła, o co w przypadku zblazowanego nastolatka niełatwo, a to za sprawą otoczenia strzelnicy, która mieści się na dworcu Świebodzkim we Wrocławiu. Nieczynny dworzec w niedziele pełni funkcję targowiska i by dostać się na strzelanie musieliśmy chwilę pobłądzić wśród straganów.
- Ojciec, jak w jakiejś Afryce, niesamowite miejsce, co za typy, patrz na tego kolesia - wskazał malowniczo rumianego handlowca posilającego się z butelki. Zasadniczo większość z kilkuset handlujących była malownicza, a i kupującym niczego nie brakowało. -Kiedyś, synu, cała Polska była taka. - I co, nie było normalnych sklepów, no nie wiem, Pasażu Grunwaldzkiego? Na miejscu Pasażu synu, stał cyrkowy namiot, w którym handlowali ci sami państwo - wyjaśniłem, szerokim gestem ogarniając malowniczych.
Sam już nie wierzę, że tak było.

16:17, leniuch102
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 listopada 2017


Jestem - jak to kiedyś ZUS określał - inwalidą wzroku, a na nosie od drugiej klasy noszę protezę wzroku, czyli - w terminologii ZUS-u  - okulary.
Mój kiepski gust przez lata był błogosławieństwem dla domowego budżetu bo od maleńkości niezawodnie wybierałem najtańsze modele oprawek. Na starość człowiek jednak głupnie i daje się wpuścić w różne maliny, na przykład sportowe oprawki z bimetalowymi zausznikami, które pod wpływem ciepła coraz ściślej przywierają do czaszki. Działa świetnie póki temperatury  są powyżej 10 na plusie, jednak poniżej następuje efekt odwrotny, tzn. zauszniki wiotczeją, jak w tym dowcipie: "Baronie, gnie wam się".
Jakoś tam cierpiałem, ale w końcu wybrałem się po normalne, wiotczejące dopiero w piekarniku.
Mam z natury nieżyczliwy wyraz twarzy, wypisany na niej rodzaj niemej pretensji do świata, która wszakże nie ma pokrycia w moim pogodnym charakterze. Okulary są świetną okazją do skorygowania mojej fizys, dlatego oprawki wybieram wyjątkowo starannie, miesiącami.
I tak się składa, że te naprawdę fajne stoją na wyższych półkach, ale niestety, miewają wypisane wyraźne logo producenta, np. Porsche albo Ralph Lauren. Wszystko znakomicie pasuje, no ale ten napis...
Panie sprzedawczynie nie rozumieją w czym problem. Otóż problem polega na tym, że nie nazywam się Ralph Lauren. Od biedy założyłbym okulary z napisem Leniuch... co ja gadam, oczywiście nie założyłbym. Gdybym był typem tatuującym sobie imię żeńskie - są tacy - wypadałoby mieć na okularach Kasia, bo Leniuchowej Kasia, jak tej margarynie... ale Ralph? Lauren?! Wypisane zasadniczo na czole? Czy panią pop...o?
Niezrozumienie. Zdziwienie. Niechęć.
I chyba słusznie, to ze mną musi być coś nie tak, bo jak się dokładniej przyjrzeć "osobom publicznym" to one bez żenady obnoszą się z oprawkami uszlachetnionymi nazwą firmy, od ministra Ziobry po posłankę Pihowicz.
Mam nadzieję, że kazali sobie "Ralphowi" za to płacić. Ja bym kazał. 

08:13, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 października 2017


Jako współwłaściciel dwóch liniejących psów wiem co nieco o odkurzaniu. Na przykład to, że odkurzacze słabną z roku na rok, a to za sprawą Unii, która oskarża je o zbyt wielkie zużycie prądu. Ofiarą postępującej anemii odkurzaczy pierwsze padły elektryczne szczotki do nich doczepiane. Byłem gotów wybulić konkretne sumy za  silny odkurzacz ze żwawą szczotką, potem tylko za silny odkurzacz... ale nic z tego.
Coraz słabsze, bez szczotek (osobno kupowana "turbo szczotka" to słaba namiastka), za to coraz droższe.
Do tego na odkurzaczach pojawiły się nalepki z "wydajnością energetyczną" i "klasą zbierania kurzu", w tym z dywanów.
I oto stanąłem przed najnowszymi wymiataczami po 500 watów (i pięćset złotych), które wg nalepki wsysały kurz ze skutecznością A oraz przed starymi modelami o dwa razy większej mocy, ale dużo niższej skuteczności.
Jak u licha udało się producentom zwiększyć skuteczność zmniejszając moc?
Oczywiście kosztem klienta. Jak się okazało w domu, dzięki przemyślnej konstrukcji szczotka przyssała się na ament do dywanu i przesunięcie jej wymagało determinacji i stalowego nadgarstka. To prawda, po trzech ruchach ręka mdlała, ale dywan był wyczyszczony w klasie A, nalepka zatem nie kłamała.
Szkoda, że nie informowała, iż brakujące tysiąc watów użytkownik musi wygenerować z własnego bicepsa.
Klasę "A" przyznano zapewne w warunkach laboratoryjnych, gdzie jakiś osiłek odkurzył próbkę metr na metr i git.
Zadziwiające, jak w takich warunkach znakomicie działają wszystkie urządzenia: auta palą zadziwiająco mało i nic a nic nie trują, nakremowane zmarszczki znikają, farby pokrywają od pierwszego razu, a odkurzacze .. wiadomo.
Och gdybyż Grażyny z Siemiatycz raz i drugi nie pojechały do Brukseli sprzątać i unijni kaci odkurzaczy sami musieliby  po nie sięgnąć.
Pomarzyć.

15:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 października 2017

Sprawa jest skomplikowana... jako dziecko o wyjątkowo długich kończynach nadawałem się głównie do stania na bramce, a z tego pktu widzenia piłka nożna nie zachwyca. Minęło 40 lat i moje własne dziecko dostało na komunię xboksa, którego chwilę później odepchnęło ze wstrętem, przytulając za to mojego peceta do gier. Xbox 360 to urządzenie o parametrach dziadowskiego smartfona sprzed pięciu lat, przytoczę tylko jedną liczbę - pamięć = 0,5GB. Azaliż aliści istnieje gra, która swoją dojrzałość osiągnęła gdzieś koło 2008 roku i kolejne jej wydania różnią się zasadniczo piłkarzem na okładce i jako taka doskonale się na xboksie sprawdza.
Tu dygresja. Tak zwani "fachowcy" twierdzą, że piraci rozkodują wszystko. To krzycząca nieprawda.  Gdyby tak było nie płaciłbym za satelitę, czego nie robiłem przez lata ograniczając się do wstukiwania kluczy podsuniętych przez piratów. Było, minęło. Skutecznie zakodowali satelitę, skutecznie zakodowali grę FIFA, bo o niej tu mowa. Nie zakodowali tylko xboksa 360, bo za stary.
Na takim xboksie kolejny rok prowadzę Śląsk Wrocław do zwycięstwa w lidze mistrzów. I wiem, że niełatwo być menedżerem. I jak słyszę, że gdzieś tam kibice spopychali piłkarzy, to się nie oburzam. Nikt lepiej nie wie, jakie to rozczarowanie, kiedy za górę pieniędzy sprowadzam gwiazdę, a ona się nie stara. Widać za bardzo zmęczona jest tarzaniem się w moich pieniądzach, żeby jeszcze biegać po boisku. I bardzo żałuję, że nie mam w fifie "stadionowych bandytów",  którzy z liścia wyjaśniliby piłkarskiej znakomitości, że powinna lepiej się przyłożyć, or else.
Ale nie wszystkie kibicowskie zwyczaje mi się podobają. Nie za bardzo kumam, o co chodzi z tą kosą. Wiem, że mamy np. kosę z Lechem i Legią, ale skoro już zapłaciłem za satelitę i ekstraklasę w niej, to kogo mam bardziej nienawidzić podczas meczu między nimi, no bo komuś kibicować muszę. Przyjąłem założenie, że bardziej Legię, bo w Warszawie ma biuro eksploatująca mnie korporacja, jak to korporacja. Do tego z Lecha przyszedł do nas napastnik Robak, pierwszy prawdziwy napastnik od paru sezonów, który w jeszcze na wiosnę strzelał nam, a teraz strzela dla nas.
Yeah, polityka transferowa to wielka szkoła przebaczania. I tym optymistycznym... itd. itp.

20:31, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 sierpnia 2017

 Pedałujemy przez Austrię a konkretnie Linz. Etap niespecjalnie długi, ale gorąco strasznie no i trochę przez miasto. Boszsz, jak po Austrii łatwo się rowerem jeździ, pokryły cały kraj siecią ścieżek rowerowych hitlery kochane, kierowca też raczej depnie na hamulec niż rozkwasi, no luksus. Mimo upał, mimo ruch jadę pełen dobrych wibracji, oda do radości, jak w domu, a właściwie to o ile lepiej niż w domu.
W hotelu Grażyna mówi, żebym podszedł do bili po jajka, na żelazku sadzone usmaży... No nie, taki żarcik, ale rzeczywiście po spłukaniu etapu drałuję do jakiejś bili, piechotą, bo na rowerze cały dzień byłem.
I po paru krokach entuzjazm mi przechodzi. Gdzie właściwie oni mają tu chodnik??? Ta nitka wedle krzaków? Bo tam gdzie ma być chodnik to jakaś poroniona ścieżka rowerowa, a przechodnie na jej wąziutkim marginesie. Posr.ni ekoterroryści i ci rowerzyści-debile na swoich złomach, "pass auf, pass auf" się drą, całe miasto ich. Nim doszedłem do bili przypomniałem sobie, że nie tylko Adolf, ale i wszyscy komendanci obozów byli Austriakami, że nie przeprosili za rozbiory i rzeź galicyjską etc. etc. No i cykliści piepszeni, przestał mnie bawić żart, że całe zło świata jest przez cyklistów, bo całe zło świata jest przez cyklistów właśnie, dobrze że szybko jechali bo gotów byłem pochwycić takiego i własną jego pompkę wbić mu w... nieważne.
Straszne, straszne rozdrażnienie, no ale przecież usprawiedliwione.
Dobrze, że następnego dnia w znowu w siodełku, bo dranie zepsułyby mi urlop.

20:36, leniuch102
Link Komentarze (2) »
środa, 28 czerwca 2017

Domkersi w odróżnieniu od blokersów żyją w całkowitej izolacji od otoczenia. Dowożeni przez rodziców do szkoły i na tenisa nie mają okazji, czasu, ani umiejętności nawiązania kontaktu z innymi domkersami, o tubylcach podmiejskich osiedli nie wspominając.
Jakież było zatem moje zdziwienie, kiedy mój własny domkers, dzielący swój czas między szkołę, galerię handlową i gry online, pomachał jakiejś lasce na naszym przystanku autobusowym. Naszym o tyle, że koło niego przejeżdżamy, bo - jak to domkersi - żyjemy w całkowitej izolacji itd.
A wtedy - to już było nierealne - laska mu wesoło odmachała.
Widząc mój wytrzeszcz domkers łaskawie wyjaśnił: - kojarzysz ojciec jak pojechałem na konkurs kreatywności do Stanów? (no pojechał, jego zespół i jeszcze kilka z Polski). No i tam się okazało, że ta dziewczyna tu mieszka.
Aha. W Knoxville, Tennessee się okazało. To fajnie.

09:18, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 czerwca 2017

Ja mawiają anglosasi dobrze znaleźć sobie zajęcie, bo próżniaczymi dłońmi diabeł działa, ale, na Boga, nie w Boże Ciało! Jest taki moment w święto, kiedy banda nierobów zwana rodziną śpi , a człowieka nosi. Ja np w czwartek wziąłem i pomalowałem bramę garażową. Grzech wcale nie tak ciężki, bo zgorszył tylko zdumionego bociana, ponieważ nigdynieużywana brama naszego nigdynieużywanego grażu wychodzi na łąkę. Samo malowanie zatem być może uszłoby mi płazem, gdybym pojechał na procesję... A tak - niedługo trwało i dotkliwie pokiereszował mnie pedał. Rowerowy, bo pojechałem na rower. Jeśli ktoś pomyśłał o innym jest zaściankowym nienawistnikiem. Jaki by nie był, trzy rany ciętoszarpane nad biało-corazbardziejczerwoną skarpetą i dylemat: olać, szyć, czy zagnieść chleba z pajęczyną?
Oczytany Polak zagniótłby wzorem Zagłoby chleb z pajęczyną, po którym na Bohunie goiło się jak na psie.
Oczytany Kozak na pewno nie zagniótłby chleba z pajęczyną, bo z lektury Cichego Donu wie, że to prosta droga do zakażenia, po którym można już tylko zjechać na pobocze i poprosić "Bracia, dobijcie".  Tak się składa, że courtesy of chomikuj.pl przeczytałem ostatnio Cichy Don więc nie tracąc czasu pojechałem na SOR.
Niezorientowanym budowa szpitala w chaszczach za miastem gdzie postawiono ostatnio ogromniasty wrocławski szpital Marciniaka wydaje się pomysłem chybionym, ale nie jest. Do takiego szpitala nie można przykuśtykać podtrzymując flaki po sporze o flaszkę, nie doturla się dziadyga z  balkonikiem, placówka trzyma się na zdrowy dystans od niezmotoryzowanego lub nietrzeźwego plebsu.
Na taki SOR w sobotę obrażone żony przywożą mężów, którzy połamali się na rowerze, wkurzeni mężowie dostarczają żony, które związały się w supeł na jodze.
Jest przestronnie, ą-ę i względnie szybko.
Ale nie bezboleśnie!  
Dlatego - w dzień święty - piwo, grill, kościół, ryby, mecz, ale nie praca, praca - w pracy.

13:10, leniuch102
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 czerwca 2017


Na tych tu łamach niejednokrotnie nabijałem się z melomanów zamulających sobie dyski utworami spróbkowanymi na szejset kiloherców, topiącymi fortuny w kablach, podstawkach na kolumny etc.
Rzetelne badania z podwójną ślepą próbą niezbicie podobno wykazują, że 99 na 100 słuchaczy nie słyszy różnicy, więc po co przepłacać.
Niby tak, niby oczywiście, ale...
No jednak kawałki z spotyfaja brzmią gorzej niż z CD. Przynajmniej dla mnie. Może się mylę, ale to pomyłka bardzo sugestywna. Co więcej, kawałki spróbkowane w superczęstotliwościach ("super" w sensie SACD) wchodzą do ucha fajniej niż zwykłe CD.
Again -  zapewne autosugestia, może rzeczywiście brzmią lepiej, bo to inne kawałki niż na mp3, porównuję tu na ogół całkowicie nienaukowo koncertowe AC/DC do starannie zaaranżowanego studyjnego dżezu, ale soczyste "be-bęęę" na basie szybciej usłyszę z pliku FLAC 192 kHz niż ze strimu.
Tak że ze skruchą przyznaję, że pewno nigdy nie kupię kabelków za zylion jak pewien mój znajomy ("i wiesz, słuchało mi się tak lepiej i zastanawiałem się , co się zmieniło i przypomniałem sobie o tych kabelkach wciśniętych mi na próbę- no i zostały"), ale dysk zamulam spiratowanymi winylami.
No, bo ostatecznie, cóż ja wiem o tych gościach z podwójnie ślepej próby? Może 10 z nich było podwójnie głuchych i nie robiło im różnicy, czy gra czy nie, a reszta kliknęła co bądź? I jak długo mogli próbować - godzinę, dwie?
Tymczasem ja w swoim fotelu słucham od iks lat. No i najważniejsze - to mi ma się podobać. Jeżeli do tego podobania potrzebuję marmurowej podpórki pod kolumnę i kubańskiego cygara - trudno.
Zatem  jeżeli pod wpływem "racjonalnych" argumentów ktoś nie kupił sobie pozłacanych wtyczek i odczuwa jakiś niedosyt - nie żałuj sobie chłopie, kupuj, podłącz, zatoń w fotelu i się rozkoszuj.
Zasłużyłeś.

22:59, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 maja 2017

Chyba coś ze mną jest nie tak, ale w żaden, totalnie żaden sposób nie rozumiem entuzjazmu, jaki budzą w widowni i krytykach brednie ze stajni marvela, a zwłaszcza chorzy iksmeni.
No dobra, publiczność  - wiadomo, do kina chadza gimbaza, ale jakim cudem rzekomo rozgarnięta witryna rottetomatos przyznaje tym przygnębiająco powtarzalnym gniotom 92% na 100... beats me.
Mam taką spiskową teorię, że za głoszenie tolerancji wobec x-dziwadeł (i chyba nawet x-Żyda) marksizujący krytycy dokładają serii na dzieńdobry +50%.
Pozawczoraj oglądałem film Logan, o x-wilkołaku, rzekomo arcydzieło. Nie pamiętam nic, bo nie było nic do zapamiętania. No kosmicznie głupie wręcz, przez moment zwróciła moją uwagę demoniczna dziewczynka wilkołak, ale ukryłem twarz w dłoniach kiedy jakiś debil zaczął tlumaczyć, że jest ponadprzeciętnie groźna, bo w przeciwieństwie do męskich wilkołaków ma jeszcze szpony na stopach, wzorem lwic, które są groźniejsze od lwów, bo coś.
Feminizujące krytyczki dopisują +10% za girl empowerment, a mi się odbija midichlorianami.
Gdzie te czasy, gdy Obcy bez żadnych wstępów wjeżdżał w załogę Nostromo jak pitbul w stado kaczek, by po godzinie rzeźni bez żadnych tłumaczeń zniknąć w czerni kosmosu, pozostawiając salę z rozdziawionymi japami i rozsypanym popkornem.
Jak boganoga, wolę już taki lalaland, albo lepiej, walki w klatce, gdzie celebryci (bo teraz wpuszcają tam mięśniaków z reality shows) próbują sobie pourywać głowy.
Kino umarło.

23:56, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
sobota, 29 kwietnia 2017

Istnieją miejsca i zawody , gdzie kobieta jest zjawiskiem rzadszym niż pantera śnieżna.
Przez 20+ lat pracy w serwisie widziałem w serwerowniach 2, słownie: dwie kobiety. Jedna konfigurowała chyba firewall avaya, druga przyglądała się, co robił jej kolega z ajbiema.
Robota głośna, brudna, trzeba kucać, dźwigać, sięgać. Z czynności nie rujnujących paznokci oferujemy tylko klikanie, ale ostrożne, bo łatwo wyklikać katastrofę.
To już łatwiej byłoby zostać hydrauliczką, taką jak w fajnym zresztą filmie rodzeństwa Wachowskich, https://en.wikipedia.org/wiki/Bound_(1996_film) który dowodzi, że skłonności do sajensfikszn mieli długo przed matriksem.
Życie życiem, a wymogi pracy w korporacji swoją drogą i fenomen działu bez kobiet nie uszedł czujnej uwagi naszych oficerek politycznych.  Zwietrzyły oczywistą dyskryminację, jak wszędzie, gdzie panie nie stanowią 50% zatrudnionych minus jedna, która powinna być szefową.
I my też mamy szefową, niestety dosyć wysoko w strukturze, w rejonach gdzie zielone pojęcie o przedmiocie zarządzania tylko przeszkadza, więc spokojnie można wtrynić babę z em-bi-ejem. A niżej posucha. Mi, skromnemu trybikowi ten problem nie spędza snu z powiek ale naszemu dyrektorowi - owszem.
I żeby ugłaskać harpie politycznej poprawności zdecydował się na krok bez precedensu. Został członkinią koła pracowniczego "Women In Action" i zaczął się w nim aktywnie udzielać.
Śmiechom i żartom nie ma końca, ale doceniamy, że w rubryce "inclusivness and diversity" po raz pierwszy od lat jest co wpisać.

12:20, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 kwietnia 2017

Byłem przeciw wycinaniu drzew zanim stało to się modne, nawet napisałem o tym wierszyk zaczynający się od słów:
"Słyszysz jak wali serce mordercy?
Nawet morderca ma w piersi serce.
A w ręku piłę z hipermarketu..."
http://leniuch.blox.pl/2013/03/Wsadze-iglaki.html
Ale poezja zaangażowana poezja zaangażowaną, a życie życiem i w przerwach między napadami ekografomanii biorę piłę z hipermarketu i idę do ogródka.
Jak prawie każdy właściciel skrawka działki poobsadzałem ją czym się dało, grab, dąb, brzoza i miliard tujów i niestety piła jest niezbędna, żeby sobie utorować drogę w tym gąszczu. Rżnę i niespecjalnie wnikam w te tam prawo wyrżnięciowe, bo dobrze żyję z sąsiadami to raz, i u nas kapuś kończy na tamie pod Widawą, to dwa.
Ale z powodu, że temat stał się modny, podłyszałem to i owo i mnie zatkało trochę. Otóż w radio jakiś histeryk dowodził, że kara pinćset złotych za centymetr obwodu wyciętego drzewa to niedrogo oraz że dziesięć lat to wystarczająco długo, by się zdecydować, czy drzewo się chce, czy nie.
Dziesięć lat to długo może dla dziesięciolatka, ale nie dla dorosłego, dziesięć lat panie to jak z bicza trzasł i w tym wieku drzewo dopiero zaczyna wyglądać i sypać listowiem na jesieni. Po następnych pięciu latach grabienia liści można się zacząć zastanawiać czy zostawiać toto czy rżnąć w cholerę, ale wtedy decyzja na rżnąć może koszować dwadzieścia tysi, jak się ma sąsiada-kapusia.
Tak tak, najłatwiej liczyć cudze pieniądze, wychowywać cudze dzieci i chronić cudze drzewa. Tylko grabić nie ma komu, amen.

22:41, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
czwartek, 06 kwietnia 2017

Niby każdy marzy, żeby rzucić tę robotę i przejść na emeryturę, ale pomysł na codalej rzadko który ma. Popularny mem wspomina coś o Bieszczadach. Pomysł łażenia po połoninach z przerwami na picie wódki wydaje mi się chybiony. No ale przychodzi taki moment, że komuś się spełnia życzenie i na koncie zebrał tyle, że do końca życia może leżeć kołami do góry. Nie , to nie mi się spełniło, ale mam chatę w miejscu na tyle odludnym i malowniczym, że współdzielę je z dwoma milionerami. Mały milioner posadowił się mi tuż za płotem, duży milioner - pod drugiej stronie rzeczki.
To żadna ściema, chatę Dużego można obejrzeć w jednym z popularnych (code word for -debilnych) seriali, chata Małego wciąż, bogudzięki, niezasiedlona, ale obaj wzięli się za spełnianie marzeń.
Mały wymarzył sobie staw. Wymarzył i wykopał i zapomniał, widzę ten staw z okien sypialni. Po stawie pływają kaczki. Miłe. Kiedyś podszedłem bliżej, staw z bliska okazał się nieciekawym bajorem wypełnionym brązową cieczą. Dobrze, że nie moim.
W kastoramach stoją takie fajne małe traktorki. Jak każdy normalny facet chciałbym taki traktorek, no ale nie upadłem na głowę żeby wydawać parę tysi plus na wiatę. Małego milionera stać i wydał. Raz na tydzień jeździ nim i kosi trawę dookoła stawu. Z góry wygląda jak Forrest Gump, dzięki któremu zresztą mam widok z sypialni na skoszony trawnik, a nie na chwasty, jak onegdaj.
Spełnienie marzeń trochę go kosztowało, ale jestem zadowolony.
Przypadek Dużego milionera jest poważniejszy proporcjonalnie do wagi jego kiesy, a znam go z relacji serwisanta kotła na olej opałowy. To rujnujące urządzenie jest jedyną ekstrawagancją jaką dzielę z nababem z naprzeciwka.
Wg kotlarza potentat ów do niedawna podróżował po krajach Wschodu znanych z egzotycznych i pięknych dziewcząt. A w każdym razie egzotycznych. Z jakiegoś powodu mu przeszło i przerzucił się na konie. Obserwowałem rozwój tego hobby od niegroźnego kaprysu - stajenka plus padok za domem, do poważnego kilkunastohektarowego zajoba, który mogę oglądać z okien sypialni - rozwiane grzywy na drugim planie, bo na pierwszym kwaczą kaczki.
Najzabawniejsze, że Duży wcale na koniach nie jeździ. Przez jakiś czas w gustownych oficerkach przeganiał je po polu strzelając z bata, ale teraz już go nie widuję, jeśli dogląda swego tabunu to przez lornetkę, bo ze swojej rezydencji ma znacznie gorszy widok niż ja z sypialni.
Ale nie powiem - kosztowało sporo, ale wygląda spoko, zwłaszcza, że we wsi całkiem upadła hodowla czegokolwiek.
Do tego stopnia, że proboszcz mówiąc kazanie o owcach, dopytuje się dzieci, czy aby wiedzą jak działa owca. "Wiejskich" dzieci się pyta.
No i tu dochodzimy do trzeciego planu widoku z mojej sypialni. Bo właśnie sąsiad skończył kolejną drewnianą inwestycję, z której wysypały się owce.
I przypomniał mi się Naprawdę Duży milioner, niejaki Kluska, który też na starość wszedł w owce.
I w sumie to pocieszające, że każdy może ominąć ten męczący etap dorabiania się milionów i od razu kupic sobie owcę. Sprawdziłem, zaczynają się od półtorej stówki.

15:20, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
niedziela, 12 marca 2017

Mam kilka niezdrowych przyzwyczajeń a jednym z nich są wizyty w lokalnym makdonaldzie. I nie mam tu na myśli znakomitego menu, ale stojak z wyborczą, po którą regularnie sięgam będąc tamże. "Włącz emocje" głosi nowy slogan GW i trudno o trafniejszy. Otwieram i czytam, żeby przestać sikać do basenów, bo są już strasznie zasikane. Porusza, zwłaszcza jeśli jedziesz z dzieckiem na basen.
Szanowni, wyłączcie emocje. Pożytek z wizyty na basenie jest dużo większy niż hipotetyczne ryzyko. Może ktoś tam i popuści, ale od tego jest chlor plus nikt nie każe się tą wodą opijać. Tak żeby całkiem woda destylowana była to się pewno nie da, ani w basenie ani w jeziorze, do ktorego szcza każdy karp, rak i czapla. Szcza i wali jednocześnie, bo to takie prymitywne organizmy są.
No bo jak nie na basen, to gdzie - do pracy? Przyjedziesz, siądziesz i oddychasz, bo nie oddychać  się nie da. A kto dziś nie pierdział w biurze, niech podniesie rękę. Nie widzę.
Tak że widzicie... Spożywasz, wydalasz, spożywasz... i tak się to kręci.
No chyba, żeby nie chodzić do biura, jak ja, bo ja pracuję z domu.

23:14, leniuch102
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 lutego 2017

Poniższy wpis jest fajny, ale bez sensu, bo reklamy google w istocie już mają guzik "Już to mam" dostępny po kliknięciu w [x] w prawym górnym rogu i wybraniu opcji "Nie wyświetlaj tej reklamy", na co przytomnie zwróciła mi uwagę magdalaena1977

Hmm, naprawdę mi głupio.

 

Władcy internetu rzekomo wiedzą o nas wszystko, nawet więcej niż my o sobie samych. Każdy nasz krok w rzeczywistości i w sieci ma być śledzony i raportowany przez smartfon do centralnych serwerów, które natężając sztuczną inteligencję analizują go i próbują za pomocą reklam wtrynić nam usługi i produkty przewidując nasze następne zachcianki.
Tyle teorii. W praktyce jest trochę inaczej, jak w słynnym przypadku red. Lisa, który ze zgrozą i obrzydzeniem relacjonował ogłoszenia towarzyskie ukazujące się na katolickich witrynach. Dopiero życzliwi wyjaśnili mu, że reklamy wyświetla google na podstawie wcześniejszych wyszukiwań internauty. Na tej samej zasadzie od miesiąca jestem prześladowany ogłoszeniami o sprzedaży odkurzaczy bezprzewodowych. Owszem, wrzuciłem frazę: "odkurzacz bezprzewodowy" do wyszukiwarki, pojechałem do sklepu, kupiłem odkurzacz i wręczyłem zachwyconej Leniuchowej, ale na tym koniec, przez następne dziesięć lat nie planuję podobnego zakupu. Co innego, gdybym, jak red. Lis, szukał damskiego towarzystwa - ponawianie ogłoszeń miałoby sens.
Tymczasem cybernetyczny intelekt google zdaje się nie odróżniać kobiety od odkurzacza.
Drogi Googlu, jeżeli przeczesując sieć czytasz te słowa, doczep proszę do swoich reklam guzik "Już mam!" po przyciśnięciu którego przestaniesz mi wyświetlać sprzęty kupione zeszłej zimy.
Z drugiej strony, gdybyś był na tyle bystry, żeby przeczytać niniejsze i zrozumieć, to sam byś dawno na taki guzik wpadł.
Dlatego dodatkowo wrzuciłem do wyszukiwarki hasła "lamborghini, cena" oraz "zgrabne i chętne" i czekam, aż zastąpią te odkurzacze. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 89
Archiwum