czwartek, 18 grudnia 2014

Do naszego garażu wprowadziła się mysza [1]. Samą myszę bylibyśmy skłonni jeszcze tolerować, ale jej odchody już nie. Zasugerowałem łapkę. Sugestia została z oburzeniem odrzucona. Trutki nie sugerowałem. Horror myszy gasnącej w wyniku spożycia trutki osłabia - przekleństwo żywej wyobraźni - mnie samego. Zamówiłem w interku ekołapkę. Charakterystyczne, że producenci ekołapki nie apelują do ludzkich uczuć potencjalnych nabywców produktu. Ich przesłanie sprowadza się do: "po spożyciu trutki mysz miesiącami jedzie, użyj ekołapki". Widać wiedzą, co robią.
Ekołapka wypełniona marchewką i serem dojrzewającym a 100 pln kilo stała trzy dni, nim ugrzęzła w niej mysza, a konkretnie gryzoń model nornica. Stanąłem nad ekołapką rozważając opcje. Wymyśliłem tyle, że na razie mysza zostanie w areszcie z zarzutem naruszenia miru domowego a sam pojechałem do Poznania. Wypuszczę myszę na ten ziąb, kombinowałem - a wiedzieć trzeba, że u nas ciągnie od rzeki niemożebnie, i kiedy reszta świata cieszy się globalnym ociepleniem, to nasza łąka jest zaciągnięta szronem - a zatem wypuszczę myszę w to zimno, to nie dotrwa do rana. Wypuszczę myszę koło sąsiadów - kot, a jak nie kot, to wyłożona przez sąsiadkę trutka...
Mysza sama rozwiązała mi dylemat uwalniając się z łapki, po spożyciu pożywnej zawartości oraz gruntownym zanieczyszczeniu pudełka.
Po przeładowaniu łapki dyżurowaliśmy nad nią na zmianę, z zamiarem dopadnięcia myszy w chwili konsumpcji, albo gdy zgrubnie tak, że nie wyjdzie, skoro inteligentny mechanizm zapadki okazał się głupszy od gryzonia.
Poszczęściło się Leniuchowej, która pod pozorami delikatności skrywa temperament alpejskiego gończego krótkowłosego. Wyniosła myszę daleko w łąkę i wywaliła z pudełka. Ta tylko machnęła jej ogonkiem ruszając wyciagniętym kłusem w drogę powrotną do garażu...
W chwili gdy piszę te słowa zdycha ostatni biały nosorożec. Ktoś tam beztrosko hasał po sawannie rozwalając białe nosorożce, a my tu cackamy sie z myszą. Życie nie jest fair, wobec ludzi i wobec nosorożców też nie.
Niebawem w drugiej części wpisu doradzę jak odreagować mysz i rozwalić nosorożca. Z helikoptera. Granatnikiem.
____________________
[1] el mysz, la mysza see: el Mickey Mysz.

22:17, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 grudnia 2014
czwartek, 27 listopada 2014

A kiedy lud na nogi stanie,
Niechaj podniesie pięść żylastą:
Bankierstwo rozpędź - i spraw, Panie,
By pieniądz w pieniądz nie porastał.

01.10.2014 KAPITALIZACJA ODSETEK 0,66 PLN
01.10.2014 PODATEK OD ODSETEK KAPITAŁOWYCH -0,13 PLN

wtorek, 25 listopada 2014

-Ojciec, czemu zagłosowałeś na tego dekla, co zagłosowałeś.
-W wyniku głębokiego namysłu, synu.
-Trzysekundowego, patrzyłem.
-Namysł był dlatego krótki, bo głęboki.
-No to dlaczego?
-Pamiętasz jak opowiadałem CI o ginących na naszych oczach gatunkach? O tym ptaku, który wyginął w Wielkopolsce jak ja chodziłem do szkoły?
-O tym dropiu chyba, pamiętam. I o tym profesorze co próbował uratować ostatnie sztuki, ale na święta włamali mu się i zjedli, bo mięso na kartki było, tak?
-Otóż to.
-No ale co, ten dekiel co na niego głosowałeś to ten profesor był?
-Nie. Ale na nazwisko miał Drop.
__________________
Z pozdrowieniami dla kompletnie nieznanego mi kandydata nazwiskiem Drop.

Tagi: wybory
19:37, leniuch102 , trybuna ludu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 listopada 2014

Jesteśmy lepsi, niż nam się wydaje. Weźmy takiego mnie. Biegam sobie... od jakichś trzech lat. Nie, żebym lubił, nie. Nie lubię do tego stopnia, że przestałem mierzyć czasy i zamiast tej fitness-faszystki z endomondo słucham muzyki. Sprytny trik, ale nie zawsze pomaga, po prostu czasem mi się nie chce. Z muzyką do biegania to w ogóle jest tak, że mi tej lepszej po prostu żal. Bo nawet najlepszy kawałek się zużywa wraz ze słuchaniem i za entym razem przestaje działać. Dlatego te fajniejsze piosenki wpisuję na listę biegową z pewnym wahaniem, no i zdarza się, że lista okazuje się za krótka. Biegnę, biegnę i nagle słyszę z powrotem pierwszy utwór z listy, który w dodatku zużył się już tak, że nim rzygam. I staję. I od razu dopada mnie wyrzut sumienia - ha - mięczaku, każdy pretekst jest dobry, żeby wywinąć się od zdrowej aktywności fizycznej, ty szmato bez charakteru, rzuca mi dość bezpośrednio wyrzut.
I ja się nawet z nim zgadzam, z tym wyrzutem, ale - wiadomo - jakiego mnie p. Boże stworzyłeś, takiego mnie masz, a jak mi nie dasz jeść, to ci zdechnę. Tym niemniej, idąc dalej i złapawszy trochę oddech zacząłem w marszu rozszerzać listę piosenek i żeby udowodnić sobie i wyrzutowi, że się myli podjąłem trucht wsłuchany w nowy repertuar. I co powiecie, zdyszany wpadam na rozstaje -  w lewo do domu, w prawo z powrotem w las i po paru krokach w kierunku chałupy zawracam. No po prostu tak mnie wciagnęło to słuchanie, że z ciekawości, jak się utwór rozwinie, pociagnąłem jeszcze kilometr, a potem następny.
Ergo - rzekomy pretekst, że nie biegnę, bo nie mam czego słuchać okazał sie nie wykrętem ale szczerą jak złoto przyczyną. Było, jak sobie powiedziałem, a wyrzut sumienia może zbierać na prawnika, bo podam skubanego o oszczerstwo i zniesławienie.
Now, utwór, który przedłużył mi dżoging to znana kiedyś Guajira w wykonaniu C. Santany, na której przykładzie można się przekonać, jak bardzo muzyk ów popadł w rutynę. Guajirę nagrał jakieś 40 lat temu i nagranie to miażdży popowe piosnki, jakie psuje swoimi solówkami obecnie.
Polecam. 

https://www.youtube.com/watch?v=Y4kscMpWiAQ

22:35, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
środa, 29 października 2014

Z niejakim zdumieniem dowiedziałem się, że właściwe instytucje uznały formę "tutaj pisze" za poprawną i dopuszczają jej stosowanie. Wszyscy zapewne napotykaliśmy w życiu furiatów, którzy na niewinne: "A tutaj pisze, że..." wydzierali się: "Jakie pisze, jakie pisze! TUTAJ JEST NAPISANE". Do wczoraj  byłem święcie przekonany, że zwięzłe "tu pisze" zawsze było najzupełniej poprawne i bardziej eleganckie od pokracznego "jest napisane" i że przeciwnego zdania są tylko absolwenci szkół parafialnych dawnej Galicji, z jej niemieckoidalnym kultem strony biernej ("ist geschrieben worden"???).  A jednak...


Miło, że rozsądek w końcu zwyciężył. Jeśli ktoś wszelako cierpi z powodu, że "tu pisze", śpieszę z kojącym wyjaśnieniem. Otóż, obsesyjny poprawiaczu, kiedy czytasz te słowa, właśnie je tu pisze moduł graficzny zapalając co i rusz przygasające piksele. Pisze je do 600 razy na sekundę, więc dość intensywnie. Teraz, poprawiaczu, możesz przejść do porządku dziennego nad "tu pisze" i zająć swą udręczoną mózgownicę jakąś inną obsesją.

Tagi: tu pisze
21:24, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (7) »
czwartek, 09 października 2014

"Statystyki nie kłamią, ludzie - owszem"
Ile razy zajrzę do gazety albo zapalę telewizor, dowiaduję się, w jakim zajewyrąbistym kraju  żyję, w jakiej raz-na-tysiącletniej niebywałej prosperity spędzam swoje lata i w ogóle jaką niewymowną swołoczą/nieudacznikiem jestem nie doceniając tego.
Może i jestem swołoczą, ale z całkiem niezłą pamięcią, która każe mi kojarzyć tę - no cóż - propagandę z gierkowskimi znaczkami kolekcjonowanymi w szalonych latach siedemdziesiątych.
http://3.bp.blogspot.com/-jgGm1vfjPY4/U477LgM816I/AAAAAAAACUo/EfSfrh0vs7k/s1600/znaczki.jpg
Wynikało z nich niezbicie, że jeżeli idzie o stal, węgiel i parostatki, to jesteśmy potęgą w skali globu, a i reszta polskich produktów "nie odbiega, a pod wieloma względami przewyższa" te niepolskie.
Czterdzieści lat później z polskich produktów doliczyłem się w domu trzech par kapci góralskich, ale propaganda nie spuściła z tonu. Niestety, od czasu do czasu w jej festiwal wpiermandoli się jakiś Eurostat, czy inne OECD, z jakimiś chorymi statystykami, z których wynika, że tak jak w strefach czasowych Warszawa sytuuje się w okolicach "Zagreb, Skopje, Sarajevo" czyli rejonach malowniczej hodowli kóz.
Pamiętam kapitalne, optymistyczne analizy z czasów wczesnego Tuska, produkowane przez dziennikarzy wyborczej, żeby nie było gołosłownie, to m. in.  red. Konrada Niklewicza. Wieszczył w nich rychłe wyścignięcie Węgier. Niestety, Węgrom po drodze przydarzył się faszystowski reżim Orbana, który najpierw sprzedał soczystego kopa doradcom Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a następnie zaczął rujnować gospodarkę w pisowskim stylu. Wyniki osiągnął tez pisowskie jakby, czyli wzrost 2xtaki jak panatuskowy, w wyniku którego Węgry odjechały Zielonej Wyspie w kierunku zachodzącego słońca.
Coż, łatwo o wzrost jak się nie ma na utrzymaniu esbeckich oligarchów, włoskich bankierów i red. Niklewicza w randze wiceministra.

Po tym przydługim wstępie zapraszam  do całkowicie nierealistycznych, przekłamanych i inspirowanych Macierewiczem infografik OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju).
Mój ojczysty Dolny Śląsk, region z górnej strefy polskich stanów wysokich został sklasyfikowany następująco:
Compared across all OECD regions, the region is:
- in the bottom 14% in Jobs.
- in the bottom 42% in Access to services.
- in the bottom 22% in Income.
- in the bottom 11% in Civic Engagement.
- in the bottom 26% in Environment.
- in the bottom 21% in Health.
- in the bottom 36% in Safety.
- in the bottom 18% in Housing.
czyli w dolnej strefie stanów dolnych, bo bottom - jako się rzekło w tytule, to po angielsku dno.
Jest jednak jedna, jedyna dziedzina w której dolnośląskie  "nie odbiega, a pod wieloma względami przewyższa". Tą dziedziną jest edukacja: "Compared across all OECD regions, the region is in the top 6% in Education. ". Co to jest "top" tłumaczyć nie trzeba, ale ciekawe, skąd się wziął. Otóż z tego, że 92,7% polskich pracowników skończyło szkołę średnią.
Kurtyna, oklaski.
Teraz link, ale nie do statystyk dolnośląskich, ale azjatyckich, bowiem Turcja tez wchodzi w skład OECD. Poczytajcie i porównajcie, a potem zapłaczcie, bo to nie Turcja tarza się w nędzy, przestępczości i syfie, ale Wasz, mój, nasz region właśnie.
http://www.oecdregionalwellbeing.org/region.html#TR10



Tagi: statystyki
21:33, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
środa, 08 października 2014

Za trzy miliardy lat, kiedy rozdymające się przedśmiertną puchliną słońce wypali ostatnie źdźbło [1] trawy na ziemi, ludzkość zredukuje się do trzech konfliktów.
Nad Jordanem wciąż będą zmagać się Żydzi z Arabami, nad Wisłą tuskoidzi z kaczystami, a w internecie konsolowcy z pecetowcami.
Dzisiaj o tym ostatnim boju. Tło konfliktu: choć gry komputerowe powstały na - cóż - komputery, to na przełomie stuleci przewagę zaczęły zdobywać konsole, do tego stopnia, że koło 2010 niewiele fajnych gier na kompy wychodziło.
Polska, ze swoją specyfiką kraju ambitnych nędzarzy, trwała po stronie beżowych pudeł, a to z powodu, że gry na te pudła wyraźnie tańsze były, a konkretnie na giełdzie za półgratis.
W pewnym momencie jednak tak skutecznie rozkodowano xboksa, że piratowanie tych gier stalo się rozrywką łatwą prostą i przyjemną i co roku pod koniec kwietnia rodzice ci chrzestni i ci biologiczni stawali przed hamletyckim dylematem: kupić gnojkowi [2] xboksa czy peceta. Na komunię kupić mianowicie.
Dylemat ów roztrząsałem na blogu co roku, raczej z pozycji eksperta od pecetów, niż od dzieci.
Moje własne dziecko rozstrzygnęło go z marszu, zabierajac mi peceta i zostawiając komunijnego xboksa.
Saga zaliczyła kolejny zwrot z pojawiniem się nowej generacji konsol. Nowa generacja miażdży starą generację, wysoko jakością no i takąż ceną. Konsolowcy po raz pierwszy od wielu wileu lat musieli wypluć górę złotówek, zeby móc się ponapawać nowymi grami. Pecetowcy znowu - jak mój syn - wymienili tylko (rękoma ojców) karty graficzne i też nadążyli, tym razem dużo taniej.
I cóż się dzieje... FIFA 15, na nowym ślicznym silniku graficznym ukazała się na nowe konsole ... i pecety. Na starych konsolach FIFA 15 turla się na starych, kwadratowych pikselach. Ale cenę trzyma! Brzydka fifa na stare konsole jest wyraźnie droższa od ładnej fify na peceta!
Ale to nie koniec, bo okazuje się, że nowe gry serii Assassin nawet na nowych konsolach nie są wypuszczane w pełnej rozdzielczości, z obawy o płynność rozgrywki!
Mój syn, na dość leciwym pececie, podrasowanym za marne cztery stówki gra w lepszego assassina niż nowokonsolowcy! Co więcej jego - lepsza - gra jest też 2 x tańsza.
Pecet wstał z grobu i ruszył po światową dominację.
___________________
[1] źdźbło: slowo - the holy grail polskich skrablistów, nie do ułożenia z powodów dla skrablistów oczywistych.
[2] szorstko o synu, por. Kabaret Moralnego Niepokoju 

wtorek, 23 września 2014

Ostatni weekend lata nad basenem Polak może spędzić np w Egipcie. W Polsce też, jeśli np. jest stróżem - pardon - konsjerżem w jakimś akwaparku i każą mu wywieźć z basenu lód, za karę, że zapomniał spuścić wodę przed nadejściem września.
Trochę przed ostatnim weekendem lata jest ostatni weekend wakacji, w który planowaliśmy - i plan ten zrealizowaliśmy - wybrać się z dzieckiem rowerami na piknik lotniczy - sobota - i dożynki gminne - niedziela. W obu wypadkach wycieczki zakończyły się ulewą i totalnym przemoknięciem. Tu wypadało wtrącić: "sorry taki mamy klimat", ale staram się unikać wywiechtanych komunałów, więc się powstrzymam i nie wtrącę.
Wracając do basenu... został rozłozony w te pamiętne, upalne oba dni czerwca. Poprzednim razem dwa upalne dni pod rząd zdarzyły się 2005 i wtedy właśnie kupiłem wzmiankowaną nieckę. Od czerwca do teraz wytworzył się w niej zadziwiający ekosystem o konsystencji świątecznego barszczu. Nie czekając, aż wyewoluuje z niego byt inteligentniejszy od ludzkości przerwałem ryzykowny eksperyment wyrwaniem korka.
Następnie wygłosiłem płomienny apel do rodziny wzywając ją solidarnej pomocy w demontażu basenu. Odwołałem się do więzów krwi, wspólnoty losów, umiłowania ojcowizny okupowanej przez basen, wspomniałem o poczuciu obowiązku i takich tam. Zawsze działa, podziałało i tym razem, konkretnie na dziecko, zwłaszcza jak sięgnąłem po pasek.
Szarpiąc się z orurowaniem basenu małodusznie wypomniałem dziecku, że zasadniczo rozłożyłem to gówno tylko z powodu jego jęków, a przez całe trzy miesiące wlazło do wody dwa razy po trzy minuty.
-Jak możesz... taplałem się przynajmniej kwadrans - odparł urażony i zmył się przy pierwszej okazji. Nieważne, robota była prawie skończona... Wystarczyło doczyścić i popakować rury, zawlec polietylenowe ścierwo na podjazd, zmyć myjką w środku i na zewnątrz i jeszcze raz w środku, wrócić do ogródka wyrównać niedostępny dotychczas kawałek ogródka zamieniony przez krety w makietę Kapadocji, wyrwać chwasty, skosić trawę i chwilę przed zapadnięciem zmroku obetrzeć pot z czoła.
Na kondycję  - nie ma jak basen. 

Tagi: klimat
23:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
niedziela, 24 sierpnia 2014

No więc pierwszy raz od paru lat pojechałem na spływ kajakowy, co kiedyś było obowiązkowym dorocznym punktem programu. Spływ był krótki i szablonowy, trzy dni Krutynią z Sorkwit, za to w niecodziennym towarzystwie. Za sprawą kolegi-jogina do naszej szóstki dołączyła szóstka osób wyraźnie młodszych. Przepaść pokoleniowa oraz mentalna tzn. wiekowi reprezentanci kierunków ścisłych kontra świeżo upieczeni absolwenci politologi i dziennikarstwa nie wróżyła dobrze. W dodatku w naszej wesołej gromadce oprócz nadreprezentacji joginów wyłoniły się frakcje wegetarian, wegan, bezglutenowych-za-to-mięsożernych, oraz kulinarny ciemnogród, czyli ja.

Ponadto w grupie zaznaczyło swoją obecność środowisko LGBT, zwyciężczyni telewizyjnego reality show a także kolega z „zespołem cieśni nadgarstka”. No kidding.

Po namyśle zdecydowałem się na kajak jedynkę.

Nie tylko dlatego, że kajakarze się zmienili, wręcz przeciwnie – wybrałem jedynkę dlatego, że zmieniły się kajaki.

Nie tak dawno temu stanica wodna PTTK była miejscem gdzie za 10 zł na dzień wypożyczało się kajak. Cena była konkurencyjna, technologia już nie, bo drewniana. Kajak „normalny” to znaczy laminatowy zaczynał się od trzech dych za dobę... ale to już przeszłość. Teraz rządzi kajak poliestrowy. W internecie można przeczytać, że jest fajny bo odporny na kamienie, ale dużo waży. Nie wierzcie. Nasze poliestrowe dwójki nie ważyły nic. Moja jedynka ważyła mniej niż nic. Wiosło trzymałem wyłącznie dla fasonu. Kajak był tak lekki, że sterowałem nim falami mózgowymi.

Co do spływu... napiszę tyle, że w górze szlaku Krutyni widzieliśmy raptem może pięć innych kajaków. Stanice PTTK stały się ekologicznymi niszami wydrożonymi w kosmos, piętnaście zeta za osobę w namiocie, prysznic po dychu. I bardzo dobrze.

Kto spływał, ten wie, że nie istnieje, może poza jakimś kanioningiem, aktywność równie bliska przyrody, zwłaszcza w jej oślizgło – pierzastych aspektach. To własne Discovery HD 4K 5D z dźwiękiem dookólnym i efektami specjalnymi.

Polecam.

Zmieniając nieco temat, polecam też – jako odtrutkę na książki podróżnicze naszych celebrytów, a zwłaszcza tria Wojciechowska-Kret-Pawlikowska – szlachetne klasyki gatunku w rodzaju „Podróż do Turek i Egiptu 1784” czy „LISTY Z ROSJI. ROSJA W 1839 ROKU”, dostępne gratis w czeluściach internetu (pbi.pl)

Z tej pierwszej list o kajakach ad 1784:

LIST CZWARTY

12 maja. Z Carogrodu.

 Dziś rano wziąłem kaik i popłynąłem do Carogrodu. Nic sobie nie można lżejszego wystawić nad te statki; są tak lekkie, iż nie można by nigdy przyprawić do nich żagli nie posiadając zręczności kaidzich, którzy znają sposób utrzymania równowagi wiosłami i nachyleniem ciała. Mimo to jednak często trafiają się wypadki; jakoż nawet ci, co w pogodę tym się puszczają sposobem, uchodzą za bardzo śmiałych.

 Dziś wiatr tak był tęgi, że żadnej łodzi nie widać było na kanale z tym wszystkim moi kaidzi oświadczyli, że chcą wynijść pod żagiel. Jam im na to pozwolił; nie mówię tego dla chełpienia się moją śmiałością (gdyż ze strony Pani nie zjednałoby mi to wielkich pochwał), lecz ażeby dać wyobrażenie prędkości, z jakąśmy płynęli. Zaledwieśmy spostrzegli jaki widok, wnet z oczu naszych znikał, i mnóstwo nowych, z ogromną szybkością przemijających zoczeń drogę tę podobną do zachwycenia jakiegoś czyniło, a mnie nową przynosiło rozkosz. Zawinęliśmy na koniec do Carogrodu. Tutaj porzucam pióro, gdyż widok ten wszelkie przechodzi opisanie. Wystawiaj sobie, wyobrażaj, czytaj opisy w książkach — nigdy dostatecznie piękności jego nie pojmiesz.

środa, 13 sierpnia 2014

Mało kto "żyje na łonie przyrody" tak jak my . Jak byłem mały, to myślałem, że "łono" to cycki, ale nie, wzgórek łonowy znajduje się w miejscu jeszcze bardziej intymnym i potencjalnie wilgotnym, wypisz wymaluj odpowiedniku naszej mglisto-bagiennej łąki.
Dziesięć z górą lat mieszkania w chacie zanurzonej w trzymetrowych chwastach nauczyło mnie, że nie ma "powtarzalności pór roku" już raczej niepowtarzalność. Sezon sezonowi niepodobny: w jednym pod dąb przylatuje codzień i dziesięć sójek, następnego roku nie ma ani jednej, choć dąb i żołędzie na oko takie same. Pobliski potok raz potrafi zamarznąć w biegu, a kolejnej zimy mrozu braknie nawet na rachityczny staw sąsiada. I tak dalej i tym podobne. Kumaki, których ostoją rzekomo jest łąka, pojawiają w ilościach biblijnych, poczym na parę lat znikają bez śladu. Ale ani kumakom, ani sójkom, zaskrońcom, kretom, komarom, szpakom, sarnom, dzikom, tajemniczym czaplom, okazjonalnej sowie - nie po drodze z człowiekiem.

Badaj ziom taką akcję. Gapię się w telewizor, zmrok, okno niebacznie uchylone, choć - wydaje mi się - chronione solidną siatką od owadów. Nagle - jeb - jakiś spóźniony szpak wali w siatkę, rozrywa ją, odbija się od szyby i spada w ciemność. Zawału można dostać.
Tętno wraca do normy, patrzę w telewizor dalej. Niby jak przedtem, niby nic, ale za oknem coś narasta. Warkot narasta.. bombowiec? Nie, bombowiec nie potrafi nagle ucichnąć.... sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy ... WRRRRR! bombowiec odpalił silniki tuż nad moją głową. Jest w pokoju, szerszeń pieprzony, wleciał przez tę dziurę po szpaku i teraz krąży skubany na wysokości oczu. Oba psy moje ras obronno-agresywnych mało łap nie połamały wyrywając z pokoju.
I zostałem sam z klapkiem w ręku, a ten pręgowany zabójca gdzieś się przyczaił. Dwa dni go tropiłem, intensywnie, no bo dziecko moje małe z obozu quadowo-paintballowego miało wrócić, aż dopadłem koło szafy i zatłukłem.
Człowiek wciąż brzmi dumnie, także w trzcinie.


15:28, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
piątek, 08 sierpnia 2014

Minął miesiąc intensywnej eksploatacji ajfona w domu i zagrodzie i jestem gotów na w miarę kompetentną ocenę urządzonka. Rozczarowanie nim dorownuje jego cenie. Jak zachwyca, skoro nie zachwyca? Tzn. zachwyca rzecz jasna dizajnem, jakością zdjęć, jakością odwarzania muzyki w słuchawkach i bez, slo-mo w kamerce - owszem. Ale umówmy się, w tej cenie, z tak tłustym marginesem premium mógłby być dodatkowo szczerozłoty i jeszcze by na nim zarobili.
Jako telefon, komunikator zaś... no cóż, bije po oczach anachronizm rozwiązań, niezrozumiałe oddanie ewidentnym błędom koncepcyjnym, jak np. brak  klawisza 'wstecz'.
Jeden jedyny klawisz ajfona to 'home' dwojga funkcji: home'a i czytnika odcisków.
Optymalne byłyby dwa: 'home' i 'back', bo ten trzeci, znany z droida i windows - 'wyszukaj' jest pożyteczny, ale niekonieczny.
Trzy za dużo - dwa w sam raz - jeden - za mało. Ładnie, ale za mało. Aplikacje ajfona próbują nadrobić ten brak, każda inaczej nazywając i umieszczając klawisz powrotu: raz jako "gotów" innym razem jako 'anuluj', kiedy indziej (youtube) gestem "zrywania" odgrywanego filmiku, przeglądarka zaś gestem przesunięcia z prawej ku lewej.
Czasami powrócić się zwyczajnie nie da, np. gdy w sklepie z appkami poprosimy o info, które otworzy przeglądarkę.
Chaotyczna, niespójna nawigacja w ajfonie rujnuje wrażenia użytkownika a i jego nerwy przy okazji. Ajfona trzeba się uczyć, aplikacja po aplikacji od pierwszego 'kurde' po olśnione 'aha'.
Nokia? Nokia, czyli windows, jest Mili łatwiejsza nawet od androida. Windows przez 90% czasu jawi się jako intuicyjne i spójne, a mówię tu o pierwszym wrażeniu, nie tylko moim, ale mojego androidowego dziecka również.
Jeszcze o 14:00 słuchało Hobbita na starym androidzie, a 15 min później bezstresowo - tego samego - na windowsie. Wystarczyło przełożenie sima, karty z pamięcią, włączenie telefonu, trzy przyciśnięcia i jechane.
Do ajfona nie podejdzie się bez apple-id i karty kredytowej [1], o karcie pamięci można zapomnieć, wgranie głupiej empetrójki wymaga instalacji i nauki obsługi kobylastych itunes na kompie, ale jeśli sądzicie, że w ten sposób wgracie audiobooka... o nie-e, dla audiobooków trzeba zrobić taki nieoczywisty myk, który opisano na paru forach dla zainteresowanych.
Czemu tak utrudniasz ajfonie, niemo pytałem z wyrzutem, czemu nie robisz prostych rzeczy w sposób oczywisty?
Shut your stupid mouth, durak, ruki po szwam, to my wymyśliliśmy komputer, smartfona i internet tępy kmiocie ze wschodu Europy, który zapewne nie słyszał o świętym geniuszu - baczność - Stiwie Dżopsie - spocznij i to my decydujemy, co jest oczywiste a co nie jest- równie niemo odpalił kolektyw Apple. A także czego i za ile będziesz słuchał. Masz kupować w naszym sklepie, w którym nie ma żadnego popierdolonego Kaczmarskiego, ani zasranego Dostojewskiego po - ha ha ha ha - polsku, i w tym roku ściągasz Avicii i 50 Shades    of Grey.
No może ciut przesadziłem, ale w ajfona naprawdę zaszyto potężną dawkę aroganckiego marketingu.
Wykoncypowałem sobie takie porównanie, że kocioł z androidami różnych producentów przypomina dobór naturalny w toku, fony windows - 'intelligent dizajn', a ajfon, żeby trzymać się terminologii ewolucyjnej - żywą skamielinę, ale nie, to zła analogia.
Ajfon, mili, to przechodzona celebrytka, która najlepsze lata ma za sobą, ale dzięki  chirurgii plastycznej, drogim kreacjom i przyjaciołom w mediach wciąż bryluje na okładkach.
Życie z nią jest oględnie mówiąc trudne i nietanie, ale prości ludzie ci zazdroszczą.
Kupując ajfona żenisz się z Edytą Górniak.
_____________
[1] istnieją triki na ominięcie karty kredytowej.

 

***************

wkrótce - pierwszy od 2007 spływ kajakowy pełen szokujących wrażeń. Polska widziana z wody, w towarzystwie grupy o połowę młodszych lemmingów... to nie mogło się dobrze skończyć.

Stay tuned.

21:19, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
czwartek, 03 lipca 2014

To nieprawda, że młodzi nie lubią historii, oni historię wręcz uwielbiają. Problem w tym, że jest to zwykle porąbana historia o hobbicie, elfie i orku, rozgrywana przy pomocy pada. Tym bardziej cieszy te półtorej gry na krzyż, które jakoś tam zahacza o dzieje powszechne. W konkurencji gier fanatycznie historycznych rządzi Assassin, mordujący mieszkańców Bliskiego Wschodu ery wypraw krzyżowych, renesansowych Włochów, takichż Turków, walczących o niepodległość Amerykanów a ostatnio - Hiszpanów w Nowym Świecie.
Realia architektoniczno-konfekcyjne są w tych grach bez zarzutu, gorzej z intrygą. Ujmę to tak - jest głupsza niż Dan Brown, czyli naprawdę marna. Ale nolens-volens to właśnie scenarzyści Assassina są jedynymi pośrednikami między dziatwą a dawnymi czasy i to oni opowiedzą jej np. o Rewolucji Francuskiej. Zanim jednak pokażę stosowny klip z najnowszego Assassina w Paryżu, zacytuję bezstronny opis tamtych wydarzeń:
"Następnego dnia o dziesiątej rano paryżanie uderzyli na koszary Les Invalides. Życzliwie nastawiony garnizon nie stawiał oporu, zdobyto więc około trzydziestu tysięcy muszkietów. Zbuntowani żołnierze opowiadają się po stronie ludu - jest co świętować, świetny pretekst do ustanowienia święta narodowego, n’est ce pas? Otóż non, z dwóch powodów. Po pierwsze, „Dzień Inwalidów” to także nie brzmi atrakcyjnie. A po drugie, zdobyli broń, lecz brakowało im i prochu, i kul, żeby móc jej użyć. Czyli - niewypał.
I tutaj pojawia się Bastylia, stare ufortyfikowane więzienie we wschodniej części Paryża. Planowano jego likwidację, więc znajdowało się w nim wówczas już tylko siedmiu zapomnianych więźniów, z których żaden nie był rewolucjonistą. Czterech fałszerzy skazanych z powodu afery bankowej, dwóch szaleńców i jeden hrabia, którego oskarżono o pomoc swojej siostrze w ucieczce od męża. [...]
W powieści Karola Dickensa osadzonej w czasach rewolucji, "Opowieść o dwóch miastach", tłum niesie uwolnionych więźniów na rękach, jak bohaterów, jednak w rzeczywistości paryżan wcale nie interesowała ta zbieranina (zresztą wszyscy z nich oprócz hrabiego po zdobyciu więzienia wrócili za kratki). Tłum zgromadził się pod Bastylią, ponieważ spodziewał się w niej znaleźć istną górę prochu strzelniczego, a twierdzy strzegło tylko osiemdziesięciu dwóch emerytowanych żołnierzy. Gubernator Bastylii, markiz Bernard René Jordan de Launay, przyjął posiłkiem delegację buntowników przybyłą z żądaniem wydania prochu (tak, nawet podczas rewolucyjnej zawieruchy Francuzi znaleźli czas na déjeuner), lecz potem odesłał wysłanników z kwitkiem. Kiedy także druga delegacja powróciła z pustymi rękami, zgromadzony pod murami więzienia tłum zaczął się niecierpliwić. De Launay powinien był zapewne wyczuć, skąd wieje polityczny wiatr i otworzyć bramy, tak jak zrobili to żołnierze w Les Invalides. Jednak posiliwszy się, przy czym być może wypił o szklaneczkę wina za dużo, popełnił błąd, który kosztował go życie. Około trzynastej trzydzieści motłoch wdarł się na zewnętrzny dziedziniec twierdzy, gdzie został ostrzelany z murów. Rozwścieczyło to napastników, którzy niewiele zdołali wskórać, mogli tylko groźnie potrząsać pustymi muszkietami. Jednak na nieszczęście dla de Launaya wkrótce dołączyli do nich zbuntowani żołnierze, którzy przyprowadzili ze sobą parę dział, po czym zaczęli bić z nich w bramy. Około siedemnastej de Launay przyjął do wiadomości, że jego nieliczna załoga nie utrzyma się, nawet mając do dyspozycji całe tony prochu oraz kul. Napisał wówczas grzeczny list, w którym proponował poddanie twierdzy na normalnych w takiej sytuacji warunkach, czyli w zamian za nietykalność własną oraz reszty obrońców. Nic dziwnego, że spotkał się z odmową, gdyż do tego czasu zginęło już ponad stu napastników, przy czym jeden z nich został zmiażdżony, kiedy pękły łańcuchy podtrzymujące most zwodzony. Szturmujący Bastylię stracili ochotę do rozmów utrzymanych w grzecznym tonie.
De Launay w końcu otworzył bramy, tłum rzucił się, by wziąć twierdzę w swoje posiadanie. Kilku obrońców zabito na miejscu za wcześniejszą nadmierną gorliwość, natomiast de Launaya poprowadzono w stronę Hôtel de Ville, ratusza opanowanego przez zbuntowanych mieszkańców miasta. Po drodze maltretowano go i bito, więc gubernator zapewne domyślił się, co jeszcze może go czekać. Uznał, że ma dość, i kopnął jednego z prześladowców w krocze. Za tę zbrodnię został zasztyletowany i zastrzelony, po czym odcięto mu głowę kuchennym nożem. Ten atak na prawie opustoszałe więzienie nie był wcale chwalebnym początkiem rewolucji, jak się zazwyczaj przyjmuje, natomiast należy go uznać za zjawisko nader symptomatyczne, zapowiadające dalszy przebieg wypadków - wyroki wykonywane przez tłum oraz dekapitacja stanowiły motyw powtarzający się w całej Francji co najmniej przez następne pięć lat.
Stephen Clarke (2012-10-23T10:48:00+00:00). Tysiąc lat wkurzania Francuzów (Kindle Locations 3592-3598). Kindle Edition. "
Ów kostyczny raport różni się trochę od obowiązującej narracji lewicowej, ale to właśnie ona przetrwa, bo ma po swoje stronie Assassina.
Voila:




wtorek, 24 czerwca 2014

Zastanawiałem się jak rozegrać tę recenzję. Najbardziej nęcąca była metoda "na Clarksona" w której celuje linkowany wciąż, choć już bez wzajemności [1], Blogomotive. Czyli w stylu: boże jakie brzydkie to auto, jaka wieśniacka tapicerka, drzwi niespasowane, pokrętło od radia zimne jak nos frankensztajna, pali jak pancernik bismark.... zatem czemu nie wychodzę z niego czwartą godzinę kręcąc bączki na torze mława? Bo to najzajefajniejszy przykład inżynierii od czasów legendarnej 409 !!! itd. itp.
Czyli zmyła, czyli cacy-cacy... buch po glacy, a właściwie na odwrót.
Po namyśle jednak  postanowiłem podsumować ajfona "na Prusa". Prus, w przeciwieństwie do Clarksona i Hitchcocka, zaczyna od zdradzenia puenty. Swojego pięćsetstronicowego Faraona otwiera suchą informacją, że główny bohater zginie, a rządy po nim przejmie niejaki Herhor.
Jeśli jesteś poszukiwaczem tandetnej sensacji, czytelniku, to znasz zakończenie i nie jest to książka dla ciebie. Idź sobie, zdaje się mówić autor.
Łał. Kul. Też tak będę.
No więc na początek konkluzja: ajfon się nie nadaje, bo łatwo gubi zasięg.
W tych samych - przyznaję, nienajlepszych - warunkach blackberry, lg android, sammy - walczą i łączą, a mój ajfon jakby nawet nie próbował. Jeszcze dzwonienie dokądś to jak cię moge, ale skądś do mnie - zapomnij.
No a ostatecznie telefon służy do dzwonienia, nespa?
Żeby nie kończyć recenzji przedwcześnie, roboczo załóżmy, że ajfon nie jest telefonem dla wieśniaków, tylko mieszkańców co najmniej czterech kresek, a właściwie kółek, bo ajfon siłę sygnału pokazuje w kółkach.
Pierwsze wrażenie?
 He, zacznijmy od "konkurentki", pięciokrotnie tańszej nokii. Sięgam po nokię i przybliżam do nosa (nie, nie wącham - zdjąłem okulary i lustruję krótkowzrocznym okiem). Cóż telefon jak telefon - czarne lusterko oprawne w gumowane tworzywo. Nice.
Teraz sięgam po leżącego na stole ajfona... ops.. wyślizguje mi się z palców... sięgam jeszcze raz... to samo, ogniskuję wzrok, siłę woli, precyzję ewoluujacej od  dziesięciu milionów lat dłoni - jest, mam go!
Zaliczyliśmy drugi mały minusik - poza nieodbieraniem rozmów przychodzących - ajfona: trudnopodnoszalność. (He he , wiem - ani zadzwonić, ani podnieść, za jedne 2 tysie z ogonkiem) Zważcie jednak dobór słów: nie samonasuwająca się "nieporęczność", ale trudnopodnoszalność właśnie. Bo ajfon, kiedy już tkwi w łapie, jest mistrzem poręczności. Oprócz awsamraz rozmiarów metaliczna gładkość obudowy skontrapunktowana ostrymi brzegami sprawia, że kapitalnie leży w ręce. Już po chwili zacząłem obracać go w dłoni jak szuler szczęśliwą srebrnodolarówkę, bawić się jak osiedlowy zbir nożem-motylkiem, ściskać jak Maryla Rodowicz kamyk zielony etc.
No więc stoję z tym cudem dizajnu czy też czarnym lusterkiem w metalowej oprawie w ręku i co dalej? Nie odbieram telefonu, bo wszyscy potencjalni rozmówcy słyszą w słuchawce "Proszę zostawić wiadomość", jako się rzekło, ajfon nie łączy rozmów, to może chociaż sprawdźmy pocztę?
W normalnym służbowym telefonie wypadało by wstukać kod... ale nie w ajfonie. Ten ma elegancki centralny guzik, który jednocześnie jest czytnikiem linii papilarnych. Boszsz, co za ulga. Wpisywanie kodu było dla mnie zmorą nawet na ultraprzyjaznej klawie blackberrego, nareszcie mogę uwolnić pamięć od setnego hasła do zapamiętania.
Po odblokowaniu ekranu oczom posiadacza ukazuje się odpychające w swojej pstrokaciźnie zbiorowisko ikon. Zapewne ten kolorystyczny horror ma jakieś tam uzasadnienie ergonomiczne, niestety zestawione ze stonowanymi kafelkami windows nokii robi przykre wrażenie.
Ajfon przypomina bajecznie zbudowaną Afrykankę przystrojoną w kwiecisto-bufiate perkaliki.
Nokia na jej tle jest wcieleniem spokojnej elegancji, niechby w gumowanej obudowie.
To z wierzchu, a w środku?
Niebawem.
____________
[1] nie mam żalu, Blogo, really. Dla mnie blog to rekreacja, ty jesteś zawodowcem, który z bloga karmi rodzinę, na co patrzę z niekłamanym podziwem.

08:32, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
niedziela, 15 czerwca 2014

Fakt, pisuję z rzadka i niechętnie. Źródłem tej zmiany nie jest już wyłącznie obecna praca, która zredukowała moje oczekiwania życiowe do poziomu konia w kopalni. Podobnie jak reżyser Benedykt (linkowany jako filmowiec usia-siusia) zauważyłem, że blog stał się archaiczną formą obecności w sieci. Prawdziwe życie tętni teraz gdzie indziej - np. na fejsie, czy gdzieś. Owszem przeniósłbym się na fejsa, ale fejs z wielu względów mi nie leży. Otóż fejs jest czyjś i ten ktoś użycza mi u siebie miejsca - niejako - z łaski. Co gorsza, oglądałem film "Social Network", który jednoznacznie obrzydził mi właściciela fejsa jako buca i oszusta. Ktoś taki miałby dyktować mi reguły, z najtrudniejszą do przełknięcia regułą pisania pod nazwiskiem włącznie?
Nie ma mowy, nikt nie pozna mnie jako - powiedzmy inżyniera Kuszelaka - mam zamiar na wieki pozostać leniuchem102.
I jako leniuch102 opiszę niesamowity eksperyment przeprowadzany na żywym ciele pewnej przeciętnej polskiej rodziny. Konkretnie mojej. Otóż rodzina ta, po latach zgodnego korzystania z trzech telefonów-androidów z własnej nieprzymuszonej woli zróżnicowała się na: androidalną matkę, windows phonowego syna i ajfonowego ojca.
 Jak się teraz będą dogadywać, jeśli w ogóle?
Który z telefonów zda egzamin, jeśli którykolwiek?
I który wyląduje na śmietniku?
Na ostatnie pytanie stosunkowo łatwo odpowiedzieć - na śmietniku wkrótce wyląduje moje znielubione blackberry, zastępowane właśnie ajfonem.
Ajfonem, który wczoraj właśnie przybył do chaty na bagnach prosto z warszawskiego biura naszej firmy. I który na razie będzie testowany prywatnie, zanim - koło sierpnia - zostanie oficjalnie zaszyfrowany, oprogramowany i wprzęgnięty do sieci korporacyjnej.
Wczorajsze przybycie ajfona 5s zupełnie przypadkowo - wiem to nie do wiary, ale dokładnie tak było - zbiegło się z finalizacją zakupu nokii 520 przez syna. Uzyskałem w ten sposób niesamowitą okazję pierwszego w życiu JEDNOCZESNEGO kontaktu z w/w komórkami, w tym - pierwszy raz z ajfonem w ogóle. 
Zapewniam, nie istnieje na tej śmiesznej małej planecie recenzent, który podszedłby w stanie nieuprzedzonej nieświadomości (niepozbawionej jednak pewnej kompetencji, o czym za chwię) do dwóch konkurencyjnych pomysłów na komórkę.
Z tym nieuprzedzeniem to nie do końca: wiem np. że ajfon jest trochę - tak z pięć razy - droższy od nokii. Zatem zamierzam porównywać buraki do pomarańczy. Że się nie da? Watch me.
Cena może być różna, ale jeden parametr urządzenia mają identyczny: przekątną ekranu. To minimalne 4 cale, zdecydowanie za mało jak na trendy, grawitujące w kierunku już chyba 6 cali, ale akurat w sam raz jak na przeciętną dłoń, która bez pomocy drugiej dłoni jest w stanie ogarnąć kciukiem 4 cale właśnie.
Przypadkowy czytelnik moze się tu lekko obruszyć: na wkus i cwjet tawariszcza niet, dla kogoś w sam raz, np 4 cale dla twoje starej, a komuś - leszczu - i pięć nie wystarcza.
Otóż - leszczu - jeśli Pan Leniuch mówi, że w sam raz, to w sam raz. Moja pierwsza nokia miała jakieś 8 cali przekątnej, 2 kilo wagi i zero piksli, bo dostałem ją w roku 1993, kiedy twoja stara kończyła dzień dobranocką. Mój pierwszy smartfon http://www.theregister.co.uk/2001/08/01/motorola_accompli_008_communicator/ miał przekątną cal i ciut, czyli mniej więcej ile ty - leszczu - podówczas.
Nie no... zdenerwowałem się. 
Ciąg dalszy nastąpi.
Albo i nie.

10:31, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 84
Archiwum