sobota, 26 listopada 2016

Jako uważny czytelnik prasy wiem, że obecnie w kraju panuje dyktatura, która poniewiera obywatelem, ale w szczegóności przedsiębiorcą. Korzystając z okazji chciałbym wystawić PT Urzędnikom dwie duże grupy przedsiębiorców do sponiewierania. Zasadniczo zwracałbym się do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta, ale nie od rzeczy byłoby też jakieś ABW czy CBŚ, a na końcu jakaś Kompania Antyterrorystyczna.
Okazjonalnie pływam i co pewien czas na dnie szuflady ląduje kolejny wodoodporny zegarek, który zapomniałem zdjąć przed wejściem do wody. Po kąpieli w morzu na wskazówkach zegarka rzekomo wytrzymującego 50 metrów zanurzenia potrafi wykrystalizować się sól. Mała strata, krótki żal, bo zwykle kupuję jakąś chińską nędzę, której połowę wartości stanowią bateryjka w środku i sylikonowy pasek.
Wpadłem na pomysł ozdobienia przegubu czymś odrobinę mniej żenującym, tzn niechińskim i niecałkiem plastikowym. Poprosilem panią o zegarek o czytelnym cyferblacie i nadający się do basenu i oto czego się dowiedziałem. Napis: "wodoodporny do 30 metrów" na pudełku w gwarancji określa się jako "bryzgoszczelny". "50m" - niby trochę lepiej, ale nie na tyle by w nim pływać. Dopiero "100 metrów" na to pozwala, ale, żeby być naprawdę spokojnym, należałoby kupić taki "dwustumetrowy".
Jeżeli powyższe praktyki nie są grandą w biały dzień, klamliwą reklamą, a w istocie - oszustwem, to już nie wiem, co jest.
Chyba tylko opaska fitness o nazwie IronMan. Jak wiadomo Ironman to popularna nazwa triathlonu, którego pierwszym etapem jest parę kilometrow kraulem po jeziorze. Niestety nie w opasce Ironman, w teorii wytrzymującej na dnie Śniardw, w praktyce - "bryzgoszczelnej".
Bodaj czy nie bezwstydniejsza orgia kłamstw trwa w sklepach fotograficznych. Po długim i bolesnym zgonie kliszy 35mm aparaty są wyposażane w eletroniczne matryce światloczułe o żenująco małych rozmiarach. Sprzedawcom nie chce przejsć przez gardło, że aparat ma matrycę np. 5 mm na 4 mm, dlatego rzuca jakiś "ułamek" podający przekątną matrycy w...  sam nie wiem w czym, bo fizyka nie zna dobrej interpretacji symbolu ' 1/2.5" '.
Poprzestańmy na tym, że taki zapis to pospolite oszustwo na miarze, za które nie tak dawno przekupień trafiał w dyby, gdzie pozostawał póki łobuzom nie znudziło rzucanie weń zgniłymi pomidorami.
Stosowne wysokie Urzędy poproszę o informację, kiedy będę mógł sobie porzucać w prezesów krajowych spółek renomowanych marek szwajcarskich i japońskich.

Tagi: reklama
22:36, leniuch102 , trybuna ludu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 listopada 2016

Tytuł powyższy jest trawestacją cytatu z jakiegoś miłosza, który zdobił ścianę klasy w moim liceum i w całości brzmiał: "Szczęśliwy naród, który ma poetę i w trudach swoich nie kroczy w milczeniu".
Ament.
Cytaty z miłoszów i herbertów pstrzą ściany ogólniaków, ale niespecjanie się kojarzą z imprezami typu mecz Legia -Real, a jednak. Uważni widzowie tego psychodelicznego meczu, a przypomnę, że Legia strzeliła w nim trzy bramki Realowi przy pustych trybunach, mogli wyłapać następujący klejnot: "nie dialoguj z pokusą, bo przegrasz" (c) Herbert, który sfrunął z ust komentatora tvp. Komentatorzy są różni i różniści, ten konkretny w duecie z Żewłakowem na pewno jest chlubą swojej polonistki, choć niekoniecznie ulubieńcem kibiców.
Jestem podatny na niebanalne frazy, i ta jakoś utkwiła mi w mózgownicy z zupełnie zdumiewającymi konsekwencjami. Zdarza mi się, że biegam, i jak każdego truchtacza nawiedza  mnie pokusa przejścia do marszu, a najlepiej walnięcia się gdzieś w trawę. Maratończycy doznają jej podobno na 30-stym kilometrze, mi   przytrafia się co pińcset metrów i zdecydowanie za często daję jej posłuch. A raczej dawałem, bo od pamiętnego meczu w takich chwilach mawiam sobie: "nie dialoguj z pokusą, bo przegrasz", i kopytkuję dalej.
Brawa, kurtyna.
***************
Poniżej zainspirowany w/w doświadczeniem pomysł na etiudę studencką, filmową, czy jakąś, wymyślony oczywiście w biegu:
Baba w wieku histerycznym nie radzi sobie z dopinaniem własnych postanowień, nie potrafi nawet przetruchtać trzech kilometrów dziennie i udaje się o pomoc do psychologa, jak to baba (my wiemy, ze najlepszy psycholog nazywa się Jack Daniels).
Psycholog, (stechnicyzowany typ a la Damięcki) wydusza z niej, czego baba się naprawdę boi. Po wahaniach wyznaje mu, że pająków.
"W takim razie, kiedy pani poczuje, że może nie dotrzymać jakiegoś ważnego zobowiązania, na przykład wysłania raportu na czas, albo chce pani zrezygnować przed trzecim kilometrem, wtedy niech sobie pani wyobrazi, że za karę w nocy przyjdzie po pania ogromny włochaty pająk i pożre żywcem"
I git, baba podatna na sugestię, jak to baba, wróciła do chałupy i chodzi jak w zegareczku, bo co jej się odechciewa chcieć, to wyobraża sobie tego pająka, spina się ze strachu i nadanża.
Ale pewnego dnia biegnąc potyka się i skręca nogę przed zaplanowanym trzecim kilometrem. I wtedy w nocy przychodzi do niej ogromny włochaty pająk i pożera ją żywcem.
I żeby nie było, to żadne tam nocne zwidy, psychologizowane, tylko normalny wjazd trzystukilogramowego pająka przez ścianę, szkliste spojrzenie urwanej głowy, mąż, dzieci w szoku, trzy jednostki straży pożarnej i wóz transmisyjny tefałenu bladym świtem.
Dobre, nie?

23:34, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
piątek, 28 października 2016

Jak już zapewne zauważyliście żyjemy w czasach zmagań Korporacji z Narodami. Naród jaki mamy każdy z grubsza widzi, ale w Korporacjach niewiele lepiej, jeśli w ogóle lepiej. Ta, w której pracowałem poprzednio, płaciła mi za nic lub prawie za nic przez kilkanaście lat, niby jakiś włoskie ministerstwo. Zatrudniała coraz to lepszych menedżerów, którzy mieli wyprowadzić ją na prostą, a ci wysilali swoje genialne zwoje, ale głównie w kierunku, żeby samemu się obłowić i dać nogę. Serwis w takich przypadkach gasi światło i nawet nierozgarnięte serwisyny w końcu łapią ococho i pryskają z tonącego okrętu, co było i moim udziałem lat temu kilka.
Czytelnicy bloga łatwo mogli się zorientować, kiedy to zaszło, bo częstotliwość notek dramatycznie spadła, a ich ton zrobił się - jak mniemam - przygaszony.

Każdy byłby przygaszony, gdyby kazali mu pracować, nie jestem tu wyjątkiem.

Spodziewałem się, że w mojej drugiej Korporacji zobaczę prawdziwy kapitalizm w akcji: innowacje, organizację jak w zegareczku itp.

No jednak znowu nie. Wprawdzie trafiłem do branżowego rekina i bezdyskusyjnego dominatora, ale bardak mają jak w bułgarskim kołchozie. Innowacje? Może dwie na krzyż przez parędziesiąt lat. Działają mniej więcej tak: jak w jakimś segmencie sprzedaż siada, to patrzą, co zamiast nas wybrali klienci i następnie kupują ten produkt wraz z firmą, która go wymyśliła.

Proste? Proste. Działa? Działało.
Póki ktoś nie wpadł na ten sam pomysł i w końcu nie kupił nas.

Całkiem wbrew swoim planom zyskałem możność zajrzenia pod spódnicę trzeciej już Korporacji.

Wrażenia? Well, na spotkanie zorganizowane z okazji pożarcia Nas przez Nich, dostaliśmy zaproszenia na odwrocie których były słowa piosenki, którą mieliśmy, my i oni, odśpiewać jednocześnie na całej planecie. Pobudzić nasz entuzjazm miały darmowe drinki, serwowane w jakiejś okropnej gangsterskiej knajpie koło torów, która onegdaj zmieniła nazwę, ponieważ znaleziono tam ciało, dla niepoznaki upchnięte w przewodzie wentylacyjnym. W takich okolicznościach trudno o optymizm, ale zrobiło się całkiem wesoło. Oto w trakcie maratonu przemówień menedżerów obu Wysokich, Łączących się Stron doszły mnie wybuchy radosnego śmiechu. W przerwie podszedłem do koleżeństwa, żeby wywiedzieć się, co biorą, ale nic z tych rzeczy. Otóż przez cały czas grali w "bullshit bingo", polegające z grubsza na tym, że każdy obstawia słowo i następnie zlicza jego wystąpienia.

Wygrała ekipa od "opportunity", której po piętach deptał "excitement".
So, excited with new opportunities żegnam się jesiennie.

Wkrótce cała prawda o sensie życia i jak się z niego, tego sensu, wymiksować.
Stay tuned.

22:01, leniuch102
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 października 2016

Huczne obchody dnia chłopaka rozpoczęła Leniuchowa wręczając mi paczkę biszkoptów. Potem było jeszcze lepiej. Electronics Arts wypuściło Fifę 17, a Lech Andrzej Janerka zagrał za darmochę pod kościołem św. Marcina.
Biszkopty nie doczekają się komentarza, Lech Andrzej go nie potrzebuje, za to pozyskanie Fify wprawiło mnie w lekkie zdziwienie. Otóż jestem człowiekiem zasad i z zasady nie płacę za oprogramowanie. Mój syn - mazgaj i niezguła - owszem, ja - wychowany w szacunku dla Kodeksu Karnego, który stanowi, że ukraść można tylko rzecz, a osiem gigabajtów Fify rzeczą nie jest, więc rażącą niegospodarnością byłoby ich kupno, skoro można je po prostu ściągnąć - oczywiście Fifę ściągam.
Nie od razu jednak, bo łańcuchowe psy międzynarodowych korporacji w ciągu ostatniego roku pozamykały większość znanych i lubianych serwisów ułatwiających to ściąganie. Oczywiście wciąż łopocze na wietrze piracka bandera thepiratebay.org, ale jest to flaga mocno już postrzelana i linków do torrentów z fifą na tpb nie uświadczy. Z zastępu alternatywnych serwisów większość zwinęła interes, mam na myśli torretz.eu, kat, h33t, eztv et consortes.
Szczegóły: https://torrentfreak.com/top-10-most-popular-torrent-sites-of-2016-160102/
Na szczęście są jeszcze dzielni Bułgarzy z rarbg.to i im zawdzięczam możliwość pomszczenia Śląska Wrocław za porażkę z Termaliką. W perspektywie - jak co roku -  awans do Ligi Mistrzów i heroiczne boje z Realem. W wirtualu, bo w realu pewno znów z Druteksem Bytów.

00:31, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 września 2016

Rzadko przyłączam się do żartów z głupich, grubych Amerykanów, potykających się o własne nogi. Jeżdżących beznadziejnymi samochodami żłopiącymi kupę wachy i wyposażonymi w milion trzymadeł na kokakolę ale za to wywracającymi się przy próbie skrętu.
Bo - widzicie - antytezą nieporadnego Amerykanina jest wszystkoumiejący szczupły Somalijczyk, który ma oczy dookoła glowy i z chirurgiczną precyzją lawiruje między bombami swoim nissanem.
Gdzie miedzy Somalijczykiem a Amerykaninem sytuuje się Polak. Ten z kolei ma beemkę po Niemcu, którą potrafi zdecydowanie lepiej się posługiwać niż Jankes swoim Escalade.
Nic dziwnego Polak uczył się jeździć na drodze krajowej nr 7, gdzie idealny rozkład masy w beemce świetnie się sprawdzał w slalomie pośród tirów.
Widzicie do czego zmierzam. Jak sobie pobudujesz proste jak strzała autostrady i zarabiasz furę siana, to możesz "nie umieć jeździć" i skupic się na popijaniu kokakolą muzyki kantry.
Trwało trochę, ale w spektrum cywilizacyjnej "głupoty" przesunęliśmy się w kierunku Amerykanów.  Właśnie myknąłem sobie z Wrocławia do Warszawy w tę i z powrotem dwa razy nowiutką S8 i jeszcze nowszą obwodnicą Łodzi, co  tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że - jak Amerykanom - wystarczy mi auto do jazdy na wprost. Duże. O dowolnym rozkładzie masy.
I postąpiłem jak rasowy Janusz. Mając do wyboru merca i beemkę, wybrałem passata.
Bo jest jeszcze ten aspekt, że praktycznie nigdy nie zachodzi wybór między - powiedzmy - mercem i vw.Tak się tylko mówi. W praktyce zawsze ma się konkretną sumę, za którą - niestety - zawsze kupi się dużo mniej mercedesa niż volkswagena. I wtedy Janusz kupujący względnie wypasionego paska zamiast względnie gołej beemki nie wygląda już na takiego idiotę.
A czy ja swojego paska zdążę odebrać... to już zależy od burzliwego procesu przejęcia naszej - agresywnej i bezwględnej - korporacji przez jeszcze bezwzględniejszą i agresywniejszą.
Stay tuned.

21:07, leniuch102
Link Komentarze (1) »
środa, 07 września 2016

Niewątpliwym hitem, takim wow-hitem mojego Letniego Przeglądu Kandydatów Na Auto Służbowe (C) był head up display. Czyli wyświetlanie na szybie. Jest kilka pomysłów jak to zrobić, mnie zachwycił wyświetlacz beemki. Za wiele informacji nie pokazuje, ale jego znakomita czytelność, ostre jak brzytwa krawędzie symboli, nierealna obecność parę metrów przed maską... Rewelacja. Uparłem się, ze muszę go mieć, niestety był tylko w drogim pakiecie.
Na drugim biegunie gadżetów, czyli w kitach, umieszczam "zegar analogowy" na desce passatero. Wygląd passata w ogóle nie budzi entuzjazmu mojego ani chyba niczyjego, jest w najlepszym przypadku wątpliwy. Za to deska rozdzielcza jest niewątpliwie brzydka. W jej centrum, jak zgniła wisienka na przeterminowanym torcie sterczy "zegar analogowy". Sterczy, bo wygląda, jakby ktoś poniewczasie o nim sobie przypomniał, kupił kontener najtańszych zegarków w Chinach a następnie kazał podolepiać na rzepa. Fuj.
Po hicie i kicie czas na mit, a jest nim klasyfikacja aut. Dwa najpopularniejsze segmenty to C=kompakt=golf i D=średni=passat. Duży może więcej więc i kosztuje drożej. Producenci naprawdę starają się, żeby wetknąć klientom produkty C jako D, czy nawet D+.
Jaskrawym przykładem jest oktawia, która zbudowana na płycie golfa ma czelność równać się z limuzynami typ merol c200 czy bmw 3.
No tak, tylko że wsiadając do powyższych ma się wrażenie, że w mercu i bemce jest tyleż miejsca co w golfie a oba auta mogłyby się spokojnie zmieścić w bagażniku oktawki.
Tymczasem wg polskiej wikipedii bmw 3 to auto D+. Czyli jak passat, tylko że lepsze.
I komu wierzyć? Zwłaszcza, że w centymetrach wszystkie powyższe są z grubsza takie same?
Samemu sobie, najlepiej. Wsiąść, wyciągnąć nogi, zamachać rękami. W kategorii przestrzeń w środku - passat rządzi. Większy od passata  w środku jest tylko upust w bmw. Nie wiedziałem, że takie upusty istnieją w ogóle.~40 kzł mianowicie dla rozpatrywanego modelu, prawie 2x tyle co w VW.
I bądź tu mądry.

15:49, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
środa, 31 sierpnia 2016

Zaletą anonimowego bloga jest możliwość umiarkowanie szczerego pogadania o kasie. W poprzednim wpisie napomknąłem o wyborze przed jakim stanąłem: mesio c200, bmw 3 czy też passerati. Nieprzygotowany czytelnik gotów sobie wyobrazić bógwico, no bo tu deklaruję się jako prosty inżynier, a służbowe autka takie bardziej menedżerskie.
Wbrew pozorom nie ma tu sprzeczności. Otóż inzynier serwisu nie zawsze był synonimem gapowatego nieudacznika wymieniającego toner w drukarce. Bywały czasy i wciąż istnieją firmy, zwłaszcza dinozaury IT, gdzie jakoś tam przetrwały resztki symulowanego szacunku dla tego zawodu.
Pracownicy IT w ogóle są gwałtownie bidniejacą grupą zawodową, trochę tak jak drukarze w latach 90-tych ubiegłego stulecia. Tradycyjnie bycie drukarzem było popłatnym zajęciem, bo drukarz musiał umieć czytać. A potem przyszedł skład komputerowy, drukarzy wywalono na bruk i zastąpiono komputerowcami, suto opłacając ich umiejętność klikania myszką, równie rzadką w 1991 co czytanie w 1891.
Na podobnej zasadzie serwisant w latach 90tych dostawał - tak o, na wejściu -  furę, komórę i - w moim przypadku - 2,05 średniej krajowej w sektorze przedsiębiorstw. Potem było już tylko gorzej, a "kariera" zawodowa przypominała wspinanie się po piaszczystym zboczu, gdzie każdy krok w górę powoduje zjazd w dół. Teraz zaś przyszła kryska na ostatni relikt dawno minionego wieku obfitości - hojny ryczałt samochodowy. Dlatego rzutem na taśmę, chwilę przed amputacją firmowej car policy zapisałem się na służbową brykę, o następujących parametrach: dizel do 150 KM i 150 kzł.
Niby nieźle, ale spróbujcie skonfigurować sensownego mercedesa do 150kzł. Się nie da. Do tego c200 jest naprawdę ciasny. I całkiem głośny. I -  z dizlem 136KM - umiarkowanie żwawy. Z rozlicznych zalet mercedesów zostają właściwie fajny wygląd i znaczek.  
Tu wygłoszę opinię, która jeszcze nie raz powróci: nasza oktawia, kosztująca połowę tego, co c200 jest wyrażnie lepsza - szybsza, zrywniejsza, pojemniejsza. Mam - być może mylne - wrażenie, że cichsza. Wygodniejsza. Większa. Nawet w środku bardziej mi się podoba. Herezja? Możliwe. Możliwe również, że mesio okazałby się trwalszy, ale czy ta domniemana trwałość skompensowałaby realnie wyższe koszty serwisu?
To akurat mam gdzieś, bo serwis pokrywa lizingodawca.

23:57, leniuch102
Link Komentarze (6) »
środa, 24 sierpnia 2016


Niniejszy wpis wklepuję na miniaturowej niby- klawiaturce smartfona. Heroiczny ów wysiłek może być miarą nudy jaka niezawodnie dopada większość wczasowiczów pod koniec turnusu. Przez myśl przeszło mi nawet ze być może tak właśnie skonstruowano ten system- urlop ma w istocie uświadomić pracownikom że z dwojga złego praca jest ciekawsza a jednocześnie zrobić na tyle dużą wyrwę w  kieszeni żeby ci nie do końca przekonani też musieli wrócić, żeby go spłacić.
Anyway jesteśmy nad morzem a z nami miliony rodzin z dziećmi: ojcowie wożą niemowlaki   na quadach albo  wypozyczonymi skuterami bez kasków za to po troje podczas gdy matki plotkują z papierosami w zębach
Czytelnicy Newsweeka zgadują że to poklosie 500plus i się mylą bo jesteśmy nie nad Bałtykiem a w jakiejś Hiszpanii. A może Grecji.  Jak akropol to w Grecji, nie?
Morze w każdym razie to samo.
Co się swoją drogą z tymi grekami porobiło. Rozumiem że z Achillesem pokrewieństwo dalekie i wątpliwe z Fidiaszem takoż ale  np Bizancjum było tu raptem pińćset lat temu. Zmierzam do tego że wspomniane kultury jak budowaly to z rozmachem jak nie z rozmachem to estetycznie a co najmniej równo. Tymczasem współczesne greckie chatynki... Zlituj się Zeusie... Drogi to samo. Do tego kryzys a właściwie jego dno. Nawiasem pisząc ich dno to nasz szczyt bo podobno właśnie zrownalismy się PKB ale dziś nie o tym.
Wchodzimy do Carrefoura. Sklep widmo. Półki wypełnione w jednej trzeciej. Flaszki z winem rozstawione rzadką tyralierą bohatersko udają  zasobnosc ale klientów brak tylko zredukowana obsługa wraz dziećmi zgromadziła się w celach towarzyskich przy mięsnym, jedynym klimatyzowanym miejscu w tej części miasta
Itd itp
To na tyle a wkrótce rodzinny test porównawczy merca, beemki i passeratti albowiem niebawem przesiadam się do bryki całkowicie służbowej
Stay tuned!

środa, 10 sierpnia 2016

Trwają wakacje, a wraz z nimi pojawiają się olśnienia, np. takie, że wycieczka tuż, a paszport nieważny.
Ustawiamy się zatem w kolejce do paszportu pobierając numerek niepokojąco wysoki w zestawieniu z numerkami właśnie obsługiwanymi. Ale cóż, jest czas by wypełnić wniosek.Dużo czasu. Zastanawiamy się co wpisać w rubryce "wzrost" dwunastoletniego dziecka naszego. Ile ty masz, Piotrek? Pisz ojciec metr siedemdziesiąt. Mam metr sześćdziesiąt dziewięć, ale nim dojdziemy do okienka będzie metr siedemdziesiąt.

wtorek, 19 lipca 2016

W zeszłym tygodniu spędziłem parę dni z dzieckiem u rodziny w diecezji tarnowskiej. Niby w górach, niby nad Dunajcem, ale przecież sto kilometrów od Pienin. Chcąc zrobić frajdę sobie, Synowi i Bliźniakom (tamtejszym) starannie wycelowałem w sprzyjające okienko pogodowe i pojechaliśmy na spływ przełomem.
- I jak było? Spytała w domu Leniuchowa.
- Genialnie, w ogóle nie padało, ominęliśmy Tour de Pologne i w ogóle...
-A sam spływ, ciekawy?
-No wyobraź sobie przed nami siedziała babeczka z Murzynem. Boyfriendem znaczy.
-I to taka sensacja niby? - spytała z dezaprobatą.
-No, dwa razy młodszym. Polka. Ale - wiadomo - dzieci odchowane, można się zabawić. - podsumowałem brawurowo.
Z miny Leniuchowej pojąłem, że tolerancja, której niewątpliwie dowiodłem, nie była w rodzaju szczególnie przez nią poważanym. Wykręciła do Syna. "No spoko było, mama. A przed nami siedział Murzyn"
- Niesamowite, doprawdy. A Bliźniakom się spływ podobał?
- Jasne. Oni w ogóle pierwszy raz w życiu Murzyna widzieli.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Po dwóch latach użytkowania ajfona i powrocie do androida mam już pogląd  na oba systemy i nie zawaham się nim podzielić. Jestem wszakże w swoim poglądzie odosobniony.  Wszyscy koledzy z działu postawieni przed wyborem nowego telefonu: iphone 6 czy sammy s6 wybrali ajfony.
Hipokryci. Snoby. A przede wszystkim - żyły. Przecież wiem czemu to zrobili! Dali się kupić za 500+ złotych wyższą cenę ajfona. Pogonią go potem na allegro a za uzyskaną nadwyżkę zanabędą alkohol, fajki i wizytę w salonie masażu.
Patetyczne.
Mimochodem zdefiniowałem wyróżnik i przyczynek do sukcesu ajfona - cenę właśnie. Nie mam wątpliwości, że w dniu w którym cena ajfona SPADŁAby poniżej ceny samsunga, paradoksalnie - pogłowie ajfonów zaczęłoby się zmniejszać. Jedyni ajfoniarze jakich znam weszli w posiadanie tychże na koszt pracodawcy. A koszt pracodawcy skłania do wyborów możliwie wydrożonych.
Drugim wyróżnikiem ajfona jest - a raczej była - jego poręczność. Cztery cale przekątnej to - przynajmniej dla moich drobnych dłoni - granica, poza którą z telefonem muszę zmagać się oburącz. Oczywiście poręczność ajfona 5 to zaledwie 60% poręczności LG P500 sprzed 5-ciu lat (3,2 cala, ogumowany) czy  40% poręczności nokii 5110 z ubiegłego stulecia, ale na tle megapłaskich i ultraoślizłych samsungów doby obecnej - mistrzostwo.
Kto nie zwykł logować się do aplikacji prowadząc auto lub degustując hamburgera - nie doceni.
Trzecią i najważniejszą cechą ajfona, dla której przedkładam go nad androida jest...
 Ha ha ha.... Nie ma takiej cechy! Właśnie dlatego wybrałem androida.
I teraz świecę w nim oczy kolegów - inżynierów. I wiem, że mi zazdroszczą. Bo ich gejowskie ajfony w wersji szóstej są równie nieporęczne jak mój samsung, ale mają tylko jeden guzik, żywą skamielinę czasów, gdy na ajfonie mogła działać tylko jedna aplikacja naraz.
Tymczasem od wynalezienia trąbki wiadomo, że do obsługi sensownego urządzenia potrzebne są trzy guziki. Jednym można dobrze obsłużyć co najwyżej bombę atomową.
Tak więc dyskretnie przebieram paluszkami po moim androidzie dając popalić wszystkim ośmiu rdzeniom naraz i czuję na sobie zazdrosne spojrzenia - panie, zmiłuj się - wąsatych apple-boyów i wiem, że oni wiedzą, że sprzedali dwa lata telefonożycia za głupie pięćset złotych i znaczek z jabłuszkiem i że mi cholernie zazdroszczą, że było mnie stać, żeby olać tę kasę i za pięć stów do tyłu mieć normalny telefon.
I wcale mi ich nie żal.

21:16, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 czerwca 2016

Lat temu parę własnym przykładem zainspirowałem kilku znajomych do budowy domku za miastem. Wiem, bo sami mi to powiedzieli. Nolens -volens uczestniczyłem później w ich zmaganiach z budową, już to życzliwą radą, już to bezlitosnym szyderstwem.
Sam skłaniając się ku budowie "po taniości" (działka a 16pln metr, ukraińska ekipa) szczególnie wydziwiałem nad kolegą, który zatrudnił projektantkę wnętrz, a ta z kolei np. podwykonawcę do drapowania firan i zasłon. W skrytości ducha jednak zazdrościłem mu wyręki na najbardziej być może konfliktogennym  etapie budowy: aranżacji i wykończeniu wnętrz.
Przyjmijmy jednak, że mamy już ten punkt za sobą. Pieczołowicie wybrany odcień pokrył ściany, starannie zharmonizowany "wypoczynek" wylądował na utrzymanym w tonacji parkiecie, zasłony (piąta wersja) otuliły okna. Delikatny rysunek słojów jesionu współgra z tapicerką kanapy, która łagodnie koresponduje z - powiedzmy - beżem ścian, rozjaśnionych firanami latte.
Sielanka.
No i teraz w środek tego wszystkiego pan domu wpier..ala prostokąt full ha-de, 3 de, 60 cali przekątnej, czarny jak sumienie Tuska.
Mało tego, rozstawia po całym pokoju złowrogo połyskujące czarnym plastikiem kolumny "kina domowego".
Ludzie, czy wy tego nie widzicie?! Tego powszechnego gwałtu na estetyce waszych własnych domów? Czemu sami to sobie robicie? Zróbcie trzy kroki w tył i popatrzcie, jakbyście wchodzili w gości, krytycznie: czy ta czarna płyta ku czci tvn24, te bazalty naprawdę tu pasują?
No.
Pisane w oczekiwaniu na przesyłkę z dwoma kolumnami głośnikowymi metr dziesięć, 25 kilo każda, " z wysoko połyskliwym wykończeniem z lakieru fortepianowego".
Czarnym.

09:55, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
wtorek, 31 maja 2016

W pracy nie powinno się bić podwładnych, dlatego zwolnienie poprzedniego prowadzącego Top Gear przyjąłem ze zrozumieniem. W oczekiwaniu na nową odsłonę z nowym prowadzącym BBC urządziła festiwal powtórek, zresztą ku zachwytowi mojego dziecka, wielkiego fana programu i Jeremego Clarksona.
W końcu pojawiła się, długo wyczekiwana i szeroko reklamowana, nowsza, lepsza i grzeczniejsza edycja...
I???
Well, czas na dygresję. Amerykańscy naukowcy dowiedli, że naczelne dzielą się z grubsza na dwie kategorie: osobniki takie, które są chętnie oglądane przez pozostałe i takie, na które te inne patrzą z przykrością. O ile za oglądanie małp - nazwijmy je Alfa - widownia chętnie odda własne banany, to żeby skłonić ją do oglądania mniej udanych Delt, naukowcy musieli ją przekupywać bananami z magazynku.
Taki lajf. Niby każdy inny, wszyscy równi, ale kiedy przychodzi co do czego, to każdy naczelny woli jędrny, atrakcyjny egzemplarz, starannie omijając cherlawe niezguły.
Nie twierdzę, że poprzedni gospodarze programu byli okazami zdrowia i urody. Sytuowali się w szarej strefie pomiędzy, żadne z nich Clooneye nie były.
Azaliż aliści... jeśli Clarkson & Co mogli budzić wątpliwości, to nowy prowadzący - jakiś Chris, nie budzi żadnych. Niewątpliwie za pokazywanie go BBC powinna rozdawać banany.
On nie tylko jest brzydki i cherlawy. Z odpychającą powierzchownością łączy jeszcze chorobliwą nadaktywność, jakby wciągnął o jedną kreskę za dużo. Dziwię się ludziom, którzy tam przychodzą, ja bym się bał. "Weź kolo te chore ręce, bo zarazisz mnie jeszcze swoim rachitycznym blondynizmem".
Tak, że owszem: rozczarowanie.
Mało rzeczowa ta recenzja wyszła, więc na koniec zacytuję dwunastolatka: sześć gwiazdek na dziesięć możliwych.

23:16, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (4) »
sobota, 07 maja 2016

Planowałem zupełnie inny tytuł, najpierw "Wrocławianin patrzy na Kraków", bo podczas ostatniej delegacji objechałem Kraków rowerem, potem "na Łódź", bo z rodziną łaziłem po Piotrkowskiej, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że wrocławianin ze mnie juz żaden. Bywam w tym mieście często, ale przelotnie, bo - jak większość znajomych - wyniosłem się z centrum w podwrocławską zieleń.
Po dwunastu latach mieszkania na wsi jestem wieśniakiem (bo przecież nie rolnikiem) i może straciłem kompetencje do porównywania Wrocławia z innymi miastami, ale zyskałem świeże spojrzenie. I postawiłem oczy w słup. Jak wygląda miasto z grubsza się orientuję. W środku rynek, a dookoła kwartały kamienic. Kamienice mogą być klasycystyczne, secesyjne i - yyy - artdeko? w każdym razie zabytkowe. Pomiędzy nimi jeżdżą... no właśnie, takie kurka obiekty, że oczy bolą patrzeć. Wyglądają jak przerośnięte czopki doodbytnicze, które ktoś polakierował dla lepszego poślizgu. Można się domyśleć, że kształt miał być opływowy i że obiekty miały przekraczać trzecią prędkość kosmiczną. Ale nie przekraczają. Zasadniczo to czołgają się po torach w tempie dżdżownicy. Tak, to tramwaje , zaprojektowane najwyraźniej przez Jasia, który chciał polecieć w kosmos.
Szczególnie ohydnie wyglądają nowe skody. Czesi to, umówmy się, żadni mistrzowie dizajnu, ale ich tramwaje wyglądałyby kiepsko nawet na księżycu. Kiedy skoda jedzie przez park, liście więdną. Kiedy wjedzie na stare miasto, z balkonów sypie się tynk i sztukaterie, bo podtrzymujące balkony kariatydy zasłaniają oczy żeby na skody nie patrzeć. Brzydkie? Agresywnie brzydkie, o przodzie jak pysk bulterriera skrzyżowanego z toy-toyką i z debilnie przekręconą boczną szybą .
Był kiedyś znakomity, choć wynikający z nędzy trend do kupowania starych tramwajów z Niemiec. Miały po pięćdziesiąt lat, ale - właśnie dlatego - prezentowały się znakomicie, zwłaszcza na tle stuletniego+ centrum np. Poznania. No i się nie psuły. Ale to już było. Po Poznaniu zapyla teraz polskie tramino, ciut ładniejsze od skody, bo być brzydszym to niemożliwe, ale także paskudne.

tramwaje-uderzone

wtorek, 03 maja 2016

Podobno za odtworzenie jednego utworu na spotify artysta dostaje jedną setną centa. Skandalicznie mało, to prawda, ale z drugiej strony za całą dyskografię ściągniętą z piratebay dostaje równe nic. Niektórych słuchaczy serwisów muzycznych rusza sumienie i chcąc wynagrodzić swoim ulubieńcom kupują ich płyty winylowe. Połowa tych winyli wędruje bez przesłuchania na półkę, a część nie zostanie wysłuchana nigdy, bo właściciel winyla nie ma nawet gramofonu, jak ja.
Wybralem inny sposób wyrównania rachunków z artystami i udałem się na koncert. Koncert to drugi -finansowo -biegun sluchania muzyki. Tutaj dwie i pół godziny kosztuje drobne cztery stówki, razy trzy, bo wziąłem - nieprawdaż - rodzinę.
Tak wiem, po pierwsze chwalenie się wydatkami na konsumpcję jest w złym guście, po wtóre bywają dużo droższe bilety itp. itd., ale zamierzam brnąć dalej, bo wzmiankowaną kasę wydaliśmy nie na Stonesów, ale czeską orkiestrę symfoniczną. Musi być w tym jakiś haczyk, bo normalnie czeskiej orkiestrze mało kto daje zarobić nawet tę jedną setną centa na spotify.
Powodem, dla którego nie tylko my, ale jeszcze jakieś dziesięc tysięcy ludzi pojawiło się w Atlas Arenie, był fakt, że Czesi grali (i śpiewali: chór też był) kawałki znane z przebojów kinowych, od Gladiatora po Batmana, pod batutą autora muzyki, niejakiego Hansa Zimmera. Hans jest popularnym i rekordowo płodnym oprawcą muzycznym, obrabia po parę filmów rocznie, z każdego wydaje płytę, a w przerwach dorabia z ekipą po ludziach. I nie narzeka. Zuch.
Nawet najbardziej pracowici Czesi nie zagrają wystarczająco głośno, by być dobrze usłyszanymi w dużej hali. Zamiast studziennego dźwięku np. tuby słuchacze słyszą więc studzienny dźwięk tuby wzmocniony przez wzmacniacz i wyemitowany przez membrany głośników.  To zupełnie inna jakość. Powietrze wibruje nie tylko nie tylko wokół słuchacza, ale także w jego płucach, nozdrzach i zatokach czołowych. Arsenał Hansa nie ogranicza sie oczywiście do tuby, Hans atakuje większością instumentów kiedykolwiek wynalezionych przez ludzkość , w tym dwoma zestawami perkusyjnymi.  Hałas przez nie generowany po wzmocnieniu wyraźnie przekracza granicę bólu.
"To co, teraz jedziemy do ZUS-u po rentę z tytulu osiemdziesięcioprocentowej utraty słuchu?" rzuciłem do żony po koncercie. "Co mówisz? Do jakiego GUS-u?" - odpowiedziała.
Jeśli po wizycie w sali koncertowej mam ochotę pozbyć się domowego stereo jako niezdolnego do wiernego odtworzenia dźwięku, to po powrocie z Atlas Areny nie mogłem się nadziwić, jak perfekcyjnie gra. No, może trochę za cicho.
__________
http://www.bbc.com/news/entertainment-arts-36027867

10:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87
Archiwum