niedziela, 12 marca 2017

Mam kilka niezdrowych przyzwyczajeń a jednym z nich są wizyty w lokalnym makdonaldzie. I nie mam tu na myśli znakomitego menu, ale stojak z wyborczą, po którą regularnie sięgam będąc tamże. "Włącz emocje" głosi nowy slogan GW i trudno o trafniejszy. Otwieram i czytam, żeby przestać sikać do basenów, bo są już strasznie zasikane. Porusza, zwłaszcza jeśli jedziesz z dzieckiem na basen.
Szanowni, wyłączcie emocje. Pożytek z wizyty na basenie jest dużo większy niż hipotetyczne ryzyko. Może ktoś tam i popuści, ale od tego jest chlor plus nikt nie każe się tą wodą opijać. Tak żeby całkiem woda destylowana była to się pewno nie da, ani w basenie ani w jeziorze, do ktorego szcza każdy karp, rak i czapla. Szcza i wali jednocześnie, bo to takie prymitywne organizmy są.
No bo jak nie na basen, to gdzie - do pracy? Przyjedziesz, siądziesz i oddychasz, bo nie oddychać  się nie da. A kto dziś nie pierdział w biurze, niech podniesie rękę. Nie widzę.
Tak że widzicie... Spożywasz, wydalasz, spożywasz... i tak się to kręci.
No chyba, żeby nie chodzić do biura, jak ja, bo ja pracuję z domu.

23:14, leniuch102
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 lutego 2017

Poniższy wpis jest fajny, ale bez sensu, bo reklamy google w istocie już mają guzik "Już to mam" dostępny po kliknięciu w [x] w prawym górnym rogu i wybraniu opcji "Nie wyświetlaj tej reklamy", na co przytomnie zwróciła mi uwagę magdalaena1977

Hmm, naprawdę mi głupio.

 

Władcy internetu rzekomo wiedzą o nas wszystko, nawet więcej niż my o sobie samych. Każdy nasz krok w rzeczywistości i w sieci ma być śledzony i raportowany przez smartfon do centralnych serwerów, które natężając sztuczną inteligencję analizują go i próbują za pomocą reklam wtrynić nam usługi i produkty przewidując nasze następne zachcianki.
Tyle teorii. W praktyce jest trochę inaczej, jak w słynnym przypadku red. Lisa, który ze zgrozą i obrzydzeniem relacjonował ogłoszenia towarzyskie ukazujące się na katolickich witrynach. Dopiero życzliwi wyjaśnili mu, że reklamy wyświetla google na podstawie wcześniejszych wyszukiwań internauty. Na tej samej zasadzie od miesiąca jestem prześladowany ogłoszeniami o sprzedaży odkurzaczy bezprzewodowych. Owszem, wrzuciłem frazę: "odkurzacz bezprzewodowy" do wyszukiwarki, pojechałem do sklepu, kupiłem odkurzacz i wręczyłem zachwyconej Leniuchowej, ale na tym koniec, przez następne dziesięć lat nie planuję podobnego zakupu. Co innego, gdybym, jak red. Lis, szukał damskiego towarzystwa - ponawianie ogłoszeń miałoby sens.
Tymczasem cybernetyczny intelekt google zdaje się nie odróżniać kobiety od odkurzacza.
Drogi Googlu, jeżeli przeczesując sieć czytasz te słowa, doczep proszę do swoich reklam guzik "Już mam!" po przyciśnięciu którego przestaniesz mi wyświetlać sprzęty kupione zeszłej zimy.
Z drugiej strony, gdybyś był na tyle bystry, żeby przeczytać niniejsze i zrozumieć, to sam byś dawno na taki guzik wpadł.
Dlatego dodatkowo wrzuciłem do wyszukiwarki hasła "lamborghini, cena" oraz "zgrabne i chętne" i czekam, aż zastąpią te odkurzacze. 

piątek, 10 lutego 2017

Dobiegł końca pierwszy sezon "The Grand Tour" nowego programu Jeremiasza Clarksona, który uprzednio został wyrzucony z "Top Gear" za zdzielenie producenta piąchą.
Nigdy nie byłem stuprocentowym fanem topgira i niestety jego wady przeniosły się do GT. Mam na myśli głównie przeciągnięte ponad wszelką wytrzymałość skecze w terenie z udziałem zapatrzonych w siebie prowadzących.
Dwa odcinki rozgrywające się na Wybrzeżu Szkieletów były w całości relacją z idiotycznej wycieczki po tamtejszej plażopustyni w tzw beach buggies, którymi chłopaki krążyły w te i wefte przez cały chyba czas, ale nie wiem, bo drugiego odcinka nawet nie ściągnąłem.
Ponarzekawszy, trzeba oddać, że przez - ja wiem - 60% czasu emisji GT było jednak zabawne, zajmujące, a momentami nawet -  jak entree w pierwszym odcinku - powalające. Po całości  przynajmniej tak samo fajne/kiepskie jak topgir.
Zatem warto, szkoda że nie można, w każdym razie legalnie, bo GT emituje jakaś egzotyczna telewizja Amazona, przez co popularność zdobył głównie wśród piratów.
Tyle ogólników, teraz o żywo mnie interesujących autach VW, bo Clarkson zwieńczył sezon kupnem i testem das Auta. Wsiadł do golfa i wpadł w spazmy zachwytu nad kontrolą odstępu i asystentem pasa ruchu: patrz google, samoprowadzące auta już tu są.
Do pewnego stopnia to prawda, asystent pasa zwalnia z kręcenia kierownicą, kontroler odstępu wyhamuje do zera przed bramkami, jeśli zdarzyłoby mi się zasnąć... ale.
Jest jeszcze lokalna specyfika. Jakoś tak jest że sporo całkiem kierowców nie ustąpi z lewego pasa, jeśli nie wjedzie się im na zderzak niemal. Nie wiem o czym myślą tacy ludzie: gościu dognał mnie z tyłu, ale będę dalej jechał lewym pasem, może zhamuje z dwustu na sto dziesięć i już się będzie tak za mną wlókł?
No w każdym razie zbliżyć się do takiego muła na tyle, żeby cię był łaskaw zauważyć, nie da się z włączoną kontrolą odstępu, bo wiadomo - nie pozwoli, niebezpiecznie niby.
Czyli przy trochę większym ruchu, kiedy stężenie takich cymbałów wzrasta, odstęp idzie w odstawkę. Jeśli jednak stosować go konsekwentnie to urządzenie skonstruowane na potrzeby bezpiecznej jazdy potrafi nieźle podnieść adrenalinę.
Już wyjaśniam: lecisz, szybko, lecisz lewym pasem. Zgodnie z lokalną specyfiką tirowiec na prawym jadąc 105 zbiera się do wyprzedzania tirowca przed nim, który jedzie 104,5 . Manewr ten zajmie mu resztę lutego i pół marca, ale nie o tym teraz.
Normalnie zdejmowałbym nogę z gazu na widok kierunkowskazu tirowca przede mną, ale od czego kontrola odstępu? Automatyczna?
No więc jadę ile jadę, a tir centymetr po centymetrze zajeżdża na lewy. Tylko że radar kontroli odstępu wciąż go nie widzi! Włosy mi stają dęba, ale nie po to firma zapłaciła za kontrolę odstępu (automatyczną!) żebym nie korzystał, dlatego podkulam nogi pod brodę, żeby czasem nie depnąć na hamulec.
Na koniec wreszcie radar załapuje w czym rzecz, wciska hamulec, walę zbielałą twarzą w konsolę, dramat o włos od zderzaka tira, tętno dwieście, zimny pot na czole... Ale fajnie!

17:16, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 stycznia 2017

Nazwać 50-latka młodym to lekka przesada, ale taki właśnie tytuł nosi intrygujący serial "Młody Papież". W gronie papieży pięć dych to rzeczywiście początek drogi. Do tego w roli Młodego obsadzono Judasza Law (Jude Law) kroczącego przez Watykan w rytm "I'm sexy and I know it".
Ale po kolei, czy należy w ogóle na to patrzeć, czy ten serial nie jest przypadkiem produktem przemysłu rozrywkowego, który - wobec dojścia do ściany w zarabianiu na przemocy i goliźnie -  postanowił zarobić na bluźnierstwie?
Nie jest, można oglądać. Zresztą, ktokolwiek oglądał film Grande Belezza reżysera serialu Paolo Sorrentino, wie, że nie jest on nawiedzonym ateistą. Niektóre odcinki niosą ze sobą kontrowersje, ale jako całość serial nie gorszy.
Pytanie drugie - czy warto?
W serialowych rankingach "Młody" to niewątpliwie druga liga. Rankingi wszakże układane są przez gimbazę, wg której Wikingowie są lepsi od Zagubionych. No nie są.
Między nami dorosłymi sugerowałbym najpierw jakiś film Sorrentino, może być oskarowa Grande Belezza. To takie kino europejskie, całkowicie bez akcji, myślę o nim jako o znakomicie kompresującym się. Ładny obraz, 10 sekund milczenia, delikatny najazd/odjazd/przejazd kamerą. Na pewno niewiele w nim wampirów walczących o tron.
W takich kategoriach Młody dorównuje słabszym odcinkom Domku z kart. Zatem - jak dla mnie - warto.
Jak sie szybko okazuje serial związany jest z rzeczywistością cokolwiek luźno, to bardziej taka baśń, snuta przez jednego człowieka, któremu trochę rwie się wątek, nie staje logiki i trudno utrzymać poziom. Z tymi zastrzeżeniami jest to autorskie dzieło, a nie kolegialny produkt telewizyjnych remiechów.
Judasz Law dźwiga tę opowieść, w której trochę mi przypomina  Kaligulę z "Ja, Klaudiusza", jest tak samo nieprzewidywalny i diaboliczny.
Największy problem z tym serialem, to czy ściąganie go z torrentów jest grzechem. Gdybym był sadystą spytałbym o to księdza przy okazji kolędy, ale nie będę już mu dokładał, biednemu.

11:10, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (8) »
środa, 28 grudnia 2016


He he, to chyba jeden z tych filmów, których się nie da zaspojlerować, bo dwa dni po obejrzeniu nie bardzo wiesz, o czym był. Jestem jednym z niewielu żyjących kinomanów, którzy widzieli pierwszy odcinek Gwiezdnych Wojen w kinie i z sympatią chodzę na każdy nowy, ale tamtego - piorunującego - wrażenia, jakie wywarł na całym, nie bójmy się tego słowa, pokoleniu, nie spodziewam się już przeżyć.
Nie tylko dlatego, że nie będę już nastolatkiem, a księżniczka Lea zeszła na zawał. (Ha, teraz mi się skojarzyło, że jeszcze bardziej piorunujący i gdzieś w tym czasie wyświetlany Bruce Lee, też był zszedł na zawał - przypadek? nie sądzę).
W każdym razie z każdych Gw-Woj dawało się coś zabrać do domu, a to tego rogatego Sitha z czerwonym ryjem, a to grubego ślimaka z gołą Leą na łańcuchu, ten starszy pan pod wysokim napięciem też był niezły.
A tu nic, może poza jednym fajnym robotem. Bywały już wcześniej odcinki skandaliczne, odcinki chybione, ale dwa ostatnie takie nie są, one cierpią nie tyle na głupie pomysły, co na fundamentalny uwiąd. Jak dla mnie seria grzęźnie za sprawą ambitnych dziewcząt, obsadzanych w pierwszoplanowych rolach. One, te prymuski, nadają się świetnie do mnóstwa ról, ale Imperium raczej nie pokonają. Zwłaszcza, że nie wspierają ich żadni kowboje (Ford), żadne utalentowane chłopaki z boysbandu (Anakin), ale paru wrażliwych Azjatów dobranych widocznie z myślą o tamtejszej publiczności.

17:47, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

Środek zimy, Stalingrad. Marszałek Paulus chwilę przed kapitulacją rozdaje - niewiele już warte - awanse i ordery. Temu ze Sturmbahnfuehreara na Obersturmbahnfuhrera, owemu Żelazny Krzyż... a co tam, za chwilę i tak pojadą rąbać ruską tajgę, niech mają. Tak mi się skojarzyło z chwilą przed przejęciem Naszej firmy przez Tamtą. Macie tu Leniuch, awans z Inżyniera na Senior Inżyniera i pińć procent podwyżki, ale raczej obietnicę tejże do spełnienia w lipcu już przez nowe kierownictwo.
Taki żarcik.
No ale nie do końca. Wraz z "awansem" na seniora zyskałem też prawo do 150 konnego samochodu służbowego na felgach 16 cali. Łał.
Nie namyślając się w dosłownie ostatniej chwili przed anulowaniem starej "polityki" samochodowej zamówiłem passerati o w/w parametrach.
Now, stara "polityka" została skasowana głównie dlatego, że była zbyt hojna, ale oficjalnie, bo wymagała, by auto służbowe było napędzane "ekologicznym" dizlem. Tak jest, jeszcze do przedwczoraj dizle miały opinię eko i spoko, co więcej ekodewocyjne rządy Unii dopłacały grubą kasę do każdego zakupionego dizla.
I nagle - o niespodzianko - okazało się, że wręcz przeciwne, dizle trują gorzej od benzynowych.
Kto by pomyślał?
Czyżby katalogi producentów podawały mylne wartości?
Hej, to może spalanie katalogowe też jest niższe od rzeczywistego?
Kolejny żarcik.
Sytuacja z dizlami lekuchno przechodzi moje pojęcie. Państwa wydają grube biliardy na naukę, ze szczególnym uwzględnieniem jej praktycznych zastosowań. Z drugiej strony jeszcze grubsze biliardy topią w ekologii. Nikomu przez te lata nie przyszło do głowy, żeby za te pierwsze pieniąchy zweryfikować, czy aby te drugie wydawane są właściwie? Czy aby na pewno folkswagenowi udał się cud przerobienia dizla na odświeżacz zapachu i nawilżacz powietrza, czy może jednak jest to taka sama ściema jak "spalanie katalogowe"?
Obywatel/konsument niespecjalnie ma medium, za pośrednictwem którego mógłby zadać te pytania szafarzom jego podatków, ale w sumie nic nie szkodzi, bo po primo nie ma mózgu, żeby na takie pytania wpaść.
Dlatego władza może bez zmrużenia oka przegiąć palę w drugą stronę i zakazać dizlom wjazdu do miast, co ponoć jest już serio rozważane.
Tymczasem jeszcze popopruwam paskiem po Śląsku i Krakowie. Coś mi mówi, że już niewiele zaszkodzę atmosferze tamże.

22:52, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 listopada 2016

Jako uważny czytelnik prasy wiem, że obecnie w kraju panuje dyktatura, która poniewiera obywatelem, ale w szczegóności przedsiębiorcą. Korzystając z okazji chciałbym wystawić PT Urzędnikom dwie duże grupy przedsiębiorców do sponiewierania. Zasadniczo zwracałbym się do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta, ale nie od rzeczy byłoby też jakieś ABW czy CBŚ, a na końcu jakaś Kompania Antyterrorystyczna.
Okazjonalnie pływam i co pewien czas na dnie szuflady ląduje kolejny wodoodporny zegarek, który zapomniałem zdjąć przed wejściem do wody. Po kąpieli w morzu na wskazówkach zegarka rzekomo wytrzymującego 50 metrów zanurzenia potrafi wykrystalizować się sól. Mała strata, krótki żal, bo zwykle kupuję jakąś chińską nędzę, której połowę wartości stanowią bateryjka w środku i sylikonowy pasek.
Wpadłem na pomysł ozdobienia przegubu czymś odrobinę mniej żenującym, tzn niechińskim i niecałkiem plastikowym. Poprosilem panią o zegarek o czytelnym cyferblacie i nadający się do basenu i oto czego się dowiedziałem. Napis: "wodoodporny do 30 metrów" na pudełku w gwarancji określa się jako "bryzgoszczelny". "50m" - niby trochę lepiej, ale nie na tyle by w nim pływać. Dopiero "100 metrów" na to pozwala, ale, żeby być naprawdę spokojnym, należałoby kupić taki "dwustumetrowy".
Jeżeli powyższe praktyki nie są grandą w biały dzień, klamliwą reklamą, a w istocie - oszustwem, to już nie wiem, co jest.
Chyba tylko opaska fitness o nazwie IronMan. Jak wiadomo Ironman to popularna nazwa triathlonu, którego pierwszym etapem jest parę kilometrow kraulem po jeziorze. Niestety nie w opasce Ironman, w teorii wytrzymującej na dnie Śniardw, w praktyce - "bryzgoszczelnej".
Bodaj czy nie bezwstydniejsza orgia kłamstw trwa w sklepach fotograficznych. Po długim i bolesnym zgonie kliszy 35mm aparaty są wyposażane w eletroniczne matryce światloczułe o żenująco małych rozmiarach. Sprzedawcom nie chce przejsć przez gardło, że aparat ma matrycę np. 5 mm na 4 mm, dlatego rzuca jakiś "ułamek" podający przekątną matrycy w...  sam nie wiem w czym, bo fizyka nie zna dobrej interpretacji symbolu ' 1/2.5" '.
Poprzestańmy na tym, że taki zapis to pospolite oszustwo na miarze, za które nie tak dawno przekupień trafiał w dyby, gdzie pozostawał póki łobuzom nie znudziło rzucanie weń zgniłymi pomidorami.
Stosowne wysokie Urzędy poproszę o informację, kiedy będę mógł sobie porzucać w prezesów krajowych spółek renomowanych marek szwajcarskich i japońskich.

Tagi: reklama
22:36, leniuch102 , trybuna ludu
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 listopada 2016

Tytuł powyższy jest trawestacją cytatu z jakiegoś miłosza, który zdobił ścianę klasy w moim liceum i w całości brzmiał: "Szczęśliwy naród, który ma poetę i w trudach swoich nie kroczy w milczeniu".
Ament.
Cytaty z miłoszów i herbertów pstrzą ściany ogólniaków, ale niespecjanie się kojarzą z imprezami typu mecz Legia -Real, a jednak. Uważni widzowie tego psychodelicznego meczu, a przypomnę, że Legia strzeliła w nim trzy bramki Realowi przy pustych trybunach, mogli wyłapać następujący klejnot: "nie dialoguj z pokusą, bo przegrasz" (c) Herbert, który sfrunął z ust komentatora tvp. Komentatorzy są różni i różniści, ten konkretny w duecie z Żewłakowem na pewno jest chlubą swojej polonistki, choć niekoniecznie ulubieńcem kibiców.
Jestem podatny na niebanalne frazy, i ta jakoś utkwiła mi w mózgownicy z zupełnie zdumiewającymi konsekwencjami. Zdarza mi się, że biegam, i jak każdego truchtacza nawiedza  mnie pokusa przejścia do marszu, a najlepiej walnięcia się gdzieś w trawę. Maratończycy doznają jej podobno na 30-stym kilometrze, mi   przytrafia się co pińcset metrów i zdecydowanie za często daję jej posłuch. A raczej dawałem, bo od pamiętnego meczu w takich chwilach mawiam sobie: "nie dialoguj z pokusą, bo przegrasz", i kopytkuję dalej.
Brawa, kurtyna.
***************
Poniżej zainspirowany w/w doświadczeniem pomysł na etiudę studencką, filmową, czy jakąś, wymyślony oczywiście w biegu:
Baba w wieku histerycznym nie radzi sobie z dopinaniem własnych postanowień, nie potrafi nawet przetruchtać trzech kilometrów dziennie i udaje się o pomoc do psychologa, jak to baba (my wiemy, ze najlepszy psycholog nazywa się Jack Daniels).
Psycholog, (stechnicyzowany typ a la Damięcki) wydusza z niej, czego baba się naprawdę boi. Po wahaniach wyznaje mu, że pająków.
"W takim razie, kiedy pani poczuje, że może nie dotrzymać jakiegoś ważnego zobowiązania, na przykład wysłania raportu na czas, albo chce pani zrezygnować przed trzecim kilometrem, wtedy niech sobie pani wyobrazi, że za karę w nocy przyjdzie po pania ogromny włochaty pająk i pożre żywcem"
I git, baba podatna na sugestię, jak to baba, wróciła do chałupy i chodzi jak w zegareczku, bo co jej się odechciewa chcieć, to wyobraża sobie tego pająka, spina się ze strachu i nadanża.
Ale pewnego dnia biegnąc potyka się i skręca nogę przed zaplanowanym trzecim kilometrem. I wtedy w nocy przychodzi do niej ogromny włochaty pająk i pożera ją żywcem.
I żeby nie było, to żadne tam nocne zwidy, psychologizowane, tylko normalny wjazd trzystukilogramowego pająka przez ścianę, szkliste spojrzenie urwanej głowy, mąż, dzieci w szoku, trzy jednostki straży pożarnej i wóz transmisyjny tefałenu bladym świtem.
Dobre, nie?

23:34, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
piątek, 28 października 2016

Jak już zapewne zauważyliście żyjemy w czasach zmagań Korporacji z Narodami. Naród jaki mamy każdy z grubsza widzi, ale w Korporacjach niewiele lepiej, jeśli w ogóle lepiej. Ta, w której pracowałem poprzednio, płaciła mi za nic lub prawie za nic przez kilkanaście lat, niby jakiś włoskie ministerstwo. Zatrudniała coraz to lepszych menedżerów, którzy mieli wyprowadzić ją na prostą, a ci wysilali swoje genialne zwoje, ale głównie w kierunku, żeby samemu się obłowić i dać nogę. Serwis w takich przypadkach gasi światło i nawet nierozgarnięte serwisyny w końcu łapią ococho i pryskają z tonącego okrętu, co było i moim udziałem lat temu kilka.
Czytelnicy bloga łatwo mogli się zorientować, kiedy to zaszło, bo częstotliwość notek dramatycznie spadła, a ich ton zrobił się - jak mniemam - przygaszony.

Każdy byłby przygaszony, gdyby kazali mu pracować, nie jestem tu wyjątkiem.

Spodziewałem się, że w mojej drugiej Korporacji zobaczę prawdziwy kapitalizm w akcji: innowacje, organizację jak w zegareczku itp.

No jednak znowu nie. Wprawdzie trafiłem do branżowego rekina i bezdyskusyjnego dominatora, ale bardak mają jak w bułgarskim kołchozie. Innowacje? Może dwie na krzyż przez parędziesiąt lat. Działają mniej więcej tak: jak w jakimś segmencie sprzedaż siada, to patrzą, co zamiast nas wybrali klienci i następnie kupują ten produkt wraz z firmą, która go wymyśliła.

Proste? Proste. Działa? Działało.
Póki ktoś nie wpadł na ten sam pomysł i w końcu nie kupił nas.

Całkiem wbrew swoim planom zyskałem możność zajrzenia pod spódnicę trzeciej już Korporacji.

Wrażenia? Well, na spotkanie zorganizowane z okazji pożarcia Nas przez Nich, dostaliśmy zaproszenia na odwrocie których były słowa piosenki, którą mieliśmy, my i oni, odśpiewać jednocześnie na całej planecie. Pobudzić nasz entuzjazm miały darmowe drinki, serwowane w jakiejś okropnej gangsterskiej knajpie koło torów, która onegdaj zmieniła nazwę, ponieważ znaleziono tam ciało, dla niepoznaki upchnięte w przewodzie wentylacyjnym. W takich okolicznościach trudno o optymizm, ale zrobiło się całkiem wesoło. Oto w trakcie maratonu przemówień menedżerów obu Wysokich, Łączących się Stron doszły mnie wybuchy radosnego śmiechu. W przerwie podszedłem do koleżeństwa, żeby wywiedzieć się, co biorą, ale nic z tych rzeczy. Otóż przez cały czas grali w "bullshit bingo", polegające z grubsza na tym, że każdy obstawia słowo i następnie zlicza jego wystąpienia.

Wygrała ekipa od "opportunity", której po piętach deptał "excitement".
So, excited with new opportunities żegnam się jesiennie.

Wkrótce cała prawda o sensie życia i jak się z niego, tego sensu, wymiksować.
Stay tuned.

22:01, leniuch102
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 października 2016

Huczne obchody dnia chłopaka rozpoczęła Leniuchowa wręczając mi paczkę biszkoptów. Potem było jeszcze lepiej. Electronics Arts wypuściło Fifę 17, a Lech Andrzej Janerka zagrał za darmochę pod kościołem św. Marcina.
Biszkopty nie doczekają się komentarza, Lech Andrzej go nie potrzebuje, za to pozyskanie Fify wprawiło mnie w lekkie zdziwienie. Otóż jestem człowiekiem zasad i z zasady nie płacę za oprogramowanie. Mój syn - mazgaj i niezguła - owszem, ja - wychowany w szacunku dla Kodeksu Karnego, który stanowi, że ukraść można tylko rzecz, a osiem gigabajtów Fify rzeczą nie jest, więc rażącą niegospodarnością byłoby ich kupno, skoro można je po prostu ściągnąć - oczywiście Fifę ściągam.
Nie od razu jednak, bo łańcuchowe psy międzynarodowych korporacji w ciągu ostatniego roku pozamykały większość znanych i lubianych serwisów ułatwiających to ściąganie. Oczywiście wciąż łopocze na wietrze piracka bandera thepiratebay.org, ale jest to flaga mocno już postrzelana i linków do torrentów z fifą na tpb nie uświadczy. Z zastępu alternatywnych serwisów większość zwinęła interes, mam na myśli torretz.eu, kat, h33t, eztv et consortes.
Szczegóły: https://torrentfreak.com/top-10-most-popular-torrent-sites-of-2016-160102/
Na szczęście są jeszcze dzielni Bułgarzy z rarbg.to i im zawdzięczam możliwość pomszczenia Śląska Wrocław za porażkę z Termaliką. W perspektywie - jak co roku -  awans do Ligi Mistrzów i heroiczne boje z Realem. W wirtualu, bo w realu pewno znów z Druteksem Bytów.

00:31, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 września 2016

Rzadko przyłączam się do żartów z głupich, grubych Amerykanów, potykających się o własne nogi. Jeżdżących beznadziejnymi samochodami żłopiącymi kupę wachy i wyposażonymi w milion trzymadeł na kokakolę ale za to wywracającymi się przy próbie skrętu.
Bo - widzicie - antytezą nieporadnego Amerykanina jest wszystkoumiejący szczupły Somalijczyk, który ma oczy dookoła glowy i z chirurgiczną precyzją lawiruje między bombami swoim nissanem.
Gdzie miedzy Somalijczykiem a Amerykaninem sytuuje się Polak. Ten z kolei ma beemkę po Niemcu, którą potrafi zdecydowanie lepiej się posługiwać niż Jankes swoim Escalade.
Nic dziwnego Polak uczył się jeździć na drodze krajowej nr 7, gdzie idealny rozkład masy w beemce świetnie się sprawdzał w slalomie pośród tirów.
Widzicie do czego zmierzam. Jak sobie pobudujesz proste jak strzała autostrady i zarabiasz furę siana, to możesz "nie umieć jeździć" i skupic się na popijaniu kokakolą muzyki kantry.
Trwało trochę, ale w spektrum cywilizacyjnej "głupoty" przesunęliśmy się w kierunku Amerykanów.  Właśnie myknąłem sobie z Wrocławia do Warszawy w tę i z powrotem dwa razy nowiutką S8 i jeszcze nowszą obwodnicą Łodzi, co  tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że - jak Amerykanom - wystarczy mi auto do jazdy na wprost. Duże. O dowolnym rozkładzie masy.
I postąpiłem jak rasowy Janusz. Mając do wyboru merca i beemkę, wybrałem passata.
Bo jest jeszcze ten aspekt, że praktycznie nigdy nie zachodzi wybór między - powiedzmy - mercem i vw.Tak się tylko mówi. W praktyce zawsze ma się konkretną sumę, za którą - niestety - zawsze kupi się dużo mniej mercedesa niż volkswagena. I wtedy Janusz kupujący względnie wypasionego paska zamiast względnie gołej beemki nie wygląda już na takiego idiotę.
A czy ja swojego paska zdążę odebrać... to już zależy od burzliwego procesu przejęcia naszej - agresywnej i bezwględnej - korporacji przez jeszcze bezwzględniejszą i agresywniejszą.
Stay tuned.

21:07, leniuch102
Link Komentarze (1) »
środa, 07 września 2016

Niewątpliwym hitem, takim wow-hitem mojego Letniego Przeglądu Kandydatów Na Auto Służbowe (C) był head up display. Czyli wyświetlanie na szybie. Jest kilka pomysłów jak to zrobić, mnie zachwycił wyświetlacz beemki. Za wiele informacji nie pokazuje, ale jego znakomita czytelność, ostre jak brzytwa krawędzie symboli, nierealna obecność parę metrów przed maską... Rewelacja. Uparłem się, ze muszę go mieć, niestety był tylko w drogim pakiecie.
Na drugim biegunie gadżetów, czyli w kitach, umieszczam "zegar analogowy" na desce passatero. Wygląd passata w ogóle nie budzi entuzjazmu mojego ani chyba niczyjego, jest w najlepszym przypadku wątpliwy. Za to deska rozdzielcza jest niewątpliwie brzydka. W jej centrum, jak zgniła wisienka na przeterminowanym torcie sterczy "zegar analogowy". Sterczy, bo wygląda, jakby ktoś poniewczasie o nim sobie przypomniał, kupił kontener najtańszych zegarków w Chinach a następnie kazał podolepiać na rzepa. Fuj.
Po hicie i kicie czas na mit, a jest nim klasyfikacja aut. Dwa najpopularniejsze segmenty to C=kompakt=golf i D=średni=passat. Duży może więcej więc i kosztuje drożej. Producenci naprawdę starają się, żeby wetknąć klientom produkty C jako D, czy nawet D+.
Jaskrawym przykładem jest oktawia, która zbudowana na płycie golfa ma czelność równać się z limuzynami typ merol c200 czy bmw 3.
No tak, tylko że wsiadając do powyższych ma się wrażenie, że w mercu i bemce jest tyleż miejsca co w golfie a oba auta mogłyby się spokojnie zmieścić w bagażniku oktawki.
Tymczasem wg polskiej wikipedii bmw 3 to auto D+. Czyli jak passat, tylko że lepsze.
I komu wierzyć? Zwłaszcza, że w centymetrach wszystkie powyższe są z grubsza takie same?
Samemu sobie, najlepiej. Wsiąść, wyciągnąć nogi, zamachać rękami. W kategorii przestrzeń w środku - passat rządzi. Większy od passata  w środku jest tylko upust w bmw. Nie wiedziałem, że takie upusty istnieją w ogóle.~40 kzł mianowicie dla rozpatrywanego modelu, prawie 2x tyle co w VW.
I bądź tu mądry.

15:49, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
środa, 31 sierpnia 2016

Zaletą anonimowego bloga jest możliwość umiarkowanie szczerego pogadania o kasie. W poprzednim wpisie napomknąłem o wyborze przed jakim stanąłem: mesio c200, bmw 3 czy też passerati. Nieprzygotowany czytelnik gotów sobie wyobrazić bógwico, no bo tu deklaruję się jako prosty inżynier, a służbowe autka takie bardziej menedżerskie.
Wbrew pozorom nie ma tu sprzeczności. Otóż inzynier serwisu nie zawsze był synonimem gapowatego nieudacznika wymieniającego toner w drukarce. Bywały czasy i wciąż istnieją firmy, zwłaszcza dinozaury IT, gdzie jakoś tam przetrwały resztki symulowanego szacunku dla tego zawodu.
Pracownicy IT w ogóle są gwałtownie bidniejacą grupą zawodową, trochę tak jak drukarze w latach 90-tych ubiegłego stulecia. Tradycyjnie bycie drukarzem było popłatnym zajęciem, bo drukarz musiał umieć czytać. A potem przyszedł skład komputerowy, drukarzy wywalono na bruk i zastąpiono komputerowcami, suto opłacając ich umiejętność klikania myszką, równie rzadką w 1991 co czytanie w 1891.
Na podobnej zasadzie serwisant w latach 90tych dostawał - tak o, na wejściu -  furę, komórę i - w moim przypadku - 2,05 średniej krajowej w sektorze przedsiębiorstw. Potem było już tylko gorzej, a "kariera" zawodowa przypominała wspinanie się po piaszczystym zboczu, gdzie każdy krok w górę powoduje zjazd w dół. Teraz zaś przyszła kryska na ostatni relikt dawno minionego wieku obfitości - hojny ryczałt samochodowy. Dlatego rzutem na taśmę, chwilę przed amputacją firmowej car policy zapisałem się na służbową brykę, o następujących parametrach: dizel do 150 KM i 150 kzł.
Niby nieźle, ale spróbujcie skonfigurować sensownego mercedesa do 150kzł. Się nie da. Do tego c200 jest naprawdę ciasny. I całkiem głośny. I -  z dizlem 136KM - umiarkowanie żwawy. Z rozlicznych zalet mercedesów zostają właściwie fajny wygląd i znaczek.  
Tu wygłoszę opinię, która jeszcze nie raz powróci: nasza oktawia, kosztująca połowę tego, co c200 jest wyrażnie lepsza - szybsza, zrywniejsza, pojemniejsza. Mam - być może mylne - wrażenie, że cichsza. Wygodniejsza. Większa. Nawet w środku bardziej mi się podoba. Herezja? Możliwe. Możliwe również, że mesio okazałby się trwalszy, ale czy ta domniemana trwałość skompensowałaby realnie wyższe koszty serwisu?
To akurat mam gdzieś, bo serwis pokrywa lizingodawca.

23:57, leniuch102
Link Komentarze (6) »
środa, 24 sierpnia 2016


Niniejszy wpis wklepuję na miniaturowej niby- klawiaturce smartfona. Heroiczny ów wysiłek może być miarą nudy jaka niezawodnie dopada większość wczasowiczów pod koniec turnusu. Przez myśl przeszło mi nawet ze być może tak właśnie skonstruowano ten system- urlop ma w istocie uświadomić pracownikom że z dwojga złego praca jest ciekawsza a jednocześnie zrobić na tyle dużą wyrwę w  kieszeni żeby ci nie do końca przekonani też musieli wrócić, żeby go spłacić.
Anyway jesteśmy nad morzem a z nami miliony rodzin z dziećmi: ojcowie wożą niemowlaki   na quadach albo  wypozyczonymi skuterami bez kasków za to po troje podczas gdy matki plotkują z papierosami w zębach
Czytelnicy Newsweeka zgadują że to poklosie 500plus i się mylą bo jesteśmy nie nad Bałtykiem a w jakiejś Hiszpanii. A może Grecji.  Jak akropol to w Grecji, nie?
Morze w każdym razie to samo.
Co się swoją drogą z tymi grekami porobiło. Rozumiem że z Achillesem pokrewieństwo dalekie i wątpliwe z Fidiaszem takoż ale  np Bizancjum było tu raptem pińćset lat temu. Zmierzam do tego że wspomniane kultury jak budowaly to z rozmachem jak nie z rozmachem to estetycznie a co najmniej równo. Tymczasem współczesne greckie chatynki... Zlituj się Zeusie... Drogi to samo. Do tego kryzys a właściwie jego dno. Nawiasem pisząc ich dno to nasz szczyt bo podobno właśnie zrownalismy się PKB ale dziś nie o tym.
Wchodzimy do Carrefoura. Sklep widmo. Półki wypełnione w jednej trzeciej. Flaszki z winem rozstawione rzadką tyralierą bohatersko udają  zasobnosc ale klientów brak tylko zredukowana obsługa wraz dziećmi zgromadziła się w celach towarzyskich przy mięsnym, jedynym klimatyzowanym miejscu w tej części miasta
Itd itp
To na tyle a wkrótce rodzinny test porównawczy merca, beemki i passeratti albowiem niebawem przesiadam się do bryki całkowicie służbowej
Stay tuned!

środa, 10 sierpnia 2016

Trwają wakacje, a wraz z nimi pojawiają się olśnienia, np. takie, że wycieczka tuż, a paszport nieważny.
Ustawiamy się zatem w kolejce do paszportu pobierając numerek niepokojąco wysoki w zestawieniu z numerkami właśnie obsługiwanymi. Ale cóż, jest czas by wypełnić wniosek.Dużo czasu. Zastanawiamy się co wpisać w rubryce "wzrost" dwunastoletniego dziecka naszego. Ile ty masz, Piotrek? Pisz ojciec metr siedemdziesiąt. Mam metr sześćdziesiąt dziewięć, ale nim dojdziemy do okienka będzie metr siedemdziesiąt.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88
Archiwum